MPinkwart w Arles, Espace van GoghMaciej Pinkwart

Przedwiośnie po prowansalsku (5)

TUTAJ odcinek 1

TUTAJ odcinek 2

TUTAJ odcinek 3

TUTAJ odcinek 4

 

TUTAJ przegląd zdjęć...

 

 

3 maja 2007, czwartek, Aix-en-Provence – Cannes

 

Teraz będziemy jechać na południe, by zakończyć dzień na sławnym i ślicznym Lazurowym Wybrzeżu. Pakujemy rzeczy i żegnamy piękny Awinion i przy dosyć kiepskiej pogodzie już niebawem wjeżdżamy do Aix-en-Provence. Niezbyt piękne przedmieścia, nieco socrealistycznych bloków i wreszcie za którymś zakrętem – jest! Widać ją wyraźnie w prawych oknach, dokładnie taka, jaka powinna być, taka jak ja sobie wyobrażałem i jak ją opisywałem – Góra Świętej Wiktorii. Sainte Victoire z mojej Dziewczyny z Ipanemy. A więc widać ją, pięknie i wyraźnie, z miasta. Ale niknie o chwili i potem mignie jeszcze dwa – trzy razy i już klops. Szkoda. Kryje ją wysokie budownictwo i smog nad miastem, a niemniej – chmury, którymi pokrywa się niebo. Zaczyna padać deszcz. Kluczymy trochę po ulicach.

Miasto założył w 124 r. przed Chrystusem konsul rzymski Caius Sextus Calvinus, który rok wcześniej zniszczył leżące w pobliżu warowne oppidum celtycko-liguryjskie Entremont. Nowa osada powstała wokół kilku źródeł termalnych, znanych tu od wieków i nazwano ja Aquae Sextie, Wody Sykstusa. Stąd poszło potem Aix. Podobno... W 102 roku przed Chrystusem wódz rzymski Mariusz zatrzymał tu maszerujących na Italię Teutonów...

Pisałem o tym w Ipanemie tak:

- Teutoni? - siwa bibliotekarka stanęła mi za plecami, spoglądając na kartkę, na której robiłem notatki z lokalnego informatora - proszę pan, to byli, być może, pańscy krajanie, powinien pan im współczuć. Tak naprawdę były to plemiona znad wybrzeża Bałtyku, może nawet Słowianie? Plutarch, proszę pana, opisuje, jak wódz rzymski Mariusz, czy to wiedziony strachem czy raczej przemyślnością, ukrył się wraz z wojskiem w skałach, a może w jaskiniach góry, która pana interesuje i pozwolił im defilować przed sobą przez sześć dni i sześć nocy. Wędrowali od lat na południe, zmęczeni chłodem Bałtyku, szukając ciepła i spokoju. Dotarli tu i wydawało się im, że są w raju - jeśli w ogóle wierzyli w jakiś raj. Jechali na wozach przykrytych namiotami, z całymi rodzinami i dobytkiem, żywym i martwym. To był cały naród, proszę pana, który któregoś dnia zniknął nad Bałtykiem i pojawił się nagle, jak deus ex machina, pod Górą Świętej Wiktorii. Mówili Rzymianie, że po prostu schowali się w jednej z jaskiń gór, może w Neubrandenburgii, tam są takie pagórki po 120-130 metrów i wyszli któregoś dnia tutaj. Ale mieli pecha, bo Mariusz był przemyślnym wodzem. Czekał na Teutonów, którzy panoszyli się na północ od Sextusowych Wód, Aqua Sextiae, czyli dzisiejszego Aix, no i doczekał się tych Bałtów. Kiedy już zrobił przegląd ich defilady - podzielił swoje wojsko na trzy korpusy i przed świtem, gdy ogniska przygasały a słońce jeszcze nie wzeszło - zaatakował. Nie bardzo chce mi się w to wierzyć, ale podają, że 100 tysięcy przybyszów zostało zabitych, a drugie 100 tysięcy poszło w niewolę. 300 wojowników, rannych ale wciąż żywych, z tych wziętych wcześniej do niewoli, Mariusz kazał wyprowadzić na szczyt góry i strącić do otworu Diablej Studni, mówiąc, że oddaje ich w ręce ich bóstw, żeby szybciej wpadli do Hadesu... Ale najciekawszy był koniec bitwy, opisany tak, jakby Plutarch naoglądał się westernów: ostatni żywi i wolni zrobili barykadę ze swoich wozów i tam bronili się, dopóki mogli. A potem, kiedy już przekonali się, że nie mają żadnych szans, najpierw pozabijali swoje dzieci i zwierzęta, co jeszcze żyły, potem - żony, a na końcu rzucili się na swoje miecze. Przyjaciel zabijał przyjaciela, pilnie doglądając, żeby przypadkiem nie pozostał nikt ranny, ale żywy. Rzymianie zastali tam tylko trupy, więc pozbierali swoich rannych, oraz tych z wrogich wojowników, którzy byli tylko lekko uszkodzeni i nadawali się na niewolników - a resztę zaciągnęli do tego obozu śmierci i podpalili. Stos płonął przez tydzień...

Ten Mariusz to miał pecha. Nie tylko przeszedł do historii jak autor największej masakry w tych okolicach, ale w dodatku słynny pisarz Walter Scott w jednej ze swych powieści napisał, że rzymski wódz został ochrzczony Mariuszem na cześć Marii Panny. Na przeszło sto lat przed narodzeniem Chrystusa.

Dzięki owemu zwycięstwu Aix zostało stolicą Galii Narbońskiej II, potem siedziba arcybiskupstwa, zaś od XII wieku – głównym miastem Prowansji, siedzibą kulturalnych i artystowskich Hrabiów Prowansji, z których najsłynniejszym był oczywiście „dobry król René” panujący w XV wieku.

Tymczasem dojeżdżamy do muzeum najsłynniejszego mieszkańca Aix – wielkiego malarza Paula Cézanne’a. Mieści się ono w sporej willi w ogrodzie na spokojnych dawniej przedmieściach Aix, koło Route de Galice.  Dom – La Maison de Jas - ma ponoć proweniencję XVIII-wieczną, ojciec malarza, Louis-Auguste Cézanne kupił go w 1859 roku, ale zamieszkał tu z rodziną dopiero w 1870 roku, czyli gdy jego słynny syn miał już 31 lat. Ciągle nie akceptowany przez rodzinę jako malarz, otrzymał jednak zgodę na wykorzystywanie jednego z pomieszczeń jako skromnego atelier. Ale nie lubił tego domu i po śmierci swoich rodziców, wraz z siostrami w 1899 r. postanowił go sprzedać. Budynek przechodził z rąk do rąk, aż w 1994 r. ostatni właściciel sprzedał willę miastu Aix-en-Provence. Ale dopiero w 2006 r., w 100-lecie śmierci Cézanne’a urządzono tu muzeum.

Muzeum, dobre sobie. W całym domu, poza kasą, udostępniono tylko owalny salon na parterze, w którym artysta w latach 1860-1870 namalował – wprost na ścianach – 12 znanych obrazów, m.in. „Portret ojca, Louisa-Auguste Cézanne” i „Portret Achilla Emperaire’a”. Siadamy na niewygodnych krzesłach, sporo osób musi stać, bo jest ich za mało i oglądamy ekspozycję. Nie ma ani jednego obrazu – podobno w całym Aix, miejscu urodzenia i zamieszkania Cézanne’a nie ma żadnych oryginałów jego prac. Tu nie ma nawet reprodukcji. Stół, krzesła, jakiś sekretarzyk. Głośniki. I kilka ekranów LCD. W różnych miejscach sali pod sufitem zaczynają pracować projektory. Na krześle pojawia się stary Cézanne czytający gazetę, na stoliku znana martwa natura z owocami, kaleki Emperaire siedzi na innym krześle, wygląda jak wycięty z papieru płaszczak... Przewodniczka komentuje obrazy fragmentami życiorysu artysty. Po kilkunastu minutach wychodzimy w deszczu do parku.

Tutaj Cézanne rozstawiał swoje sztalugi od 1866 do 1895 r. i namalował 36 prac olejnych i 17 akwarel, przedstawiających sam pałacyk, pobliskie gospodarstwo rolne, grządkę irysów, aleję kasztanów, basen i otaczające go pomniki. Malował tu tez widoczną podobno wtedy górę Wiktorii, ale dziś jej nie widać – zasłaniają ja wysokie domy. Przewodniczka rozdaje nam zafoliowane opisy: A tutaj Cézanne namalował obraz numer 14...

Zastanawiam się, dlaczego po prostu nie ustawiono jakichś plastikowych reprodukcji i nie pozwolono nam samemu łazić po parku. Może jeszcze na to za wcześnie? W końcu, to raczkujące muzeum istnieje dopiero rok, od kwietnia 2006... Zza drzew wychodzi jakaś dziwna świnia w ciąży i łazi za naszą wycieczką...

Po godzinie kończymy zwiedzanie i jedziemy do centrum. Wysiadamy przy Placu Generała de Gaule’a, ozdobionym fontanną – jest ich w mieście przeszło sto, niektóre z wodą o temperaturze 34-36 stopni. W lewo odchodzi śliczna, wysadzana kilkusetletnimi platanami aleja Cours Mirabeau – Aixowskie Champs Elysées... Patronujący jej ekstrawagancki hrabia Gabriel-Honoré Riqueti de Mirabeau (1749-1791), arystokrata i liberał, pisarz i dziennikarz, rewolucjonista, tajny agent, dyplomata i mason wydawał się pozornie biedną karykaturą człowieka: zniekształcona przy urodzeniu stopa uczyniła zeń kalekę, miał wodogłowie, wystające królicze zęby, w dodatku twarz zniszczoną przez ospę wietrzną... Ale przeszedł do historii jako jeden z najbardziej inteligentnych Francuzów, szczwany dyplomata i wybitny mówca parlamentarny, który zasłynął elokwencją w niełatwych dla arystokratów czasach Wielkiej Rewolucji... Za Ancien Regime’u przez 3 lata był więziony w Chateau de Vincennes pod Paryżem (za romans z mężatką, zadenuncjowany przez jej męża), gdzie napisał dwie znakomite książki – Listy więźnia stanu  oraz kapitalne Listy do Zofii, będące wspaniałym przykładem literatury miłosnej. Skłócony z dworem i arystokracją wersalską – szybko i entuzjastycznie poparł Rewolucję, choć patrzono na niego uważnie, jako że był hrabią... Wymigał się jednak od gilotyny i zmarł we własnym łóżku w Paryżu, choć uporczywie powtarzana pogłoska wiązała jego śmierć z otruciem. Rewolucja początkowo uczyniła zeń swego bohatera, pochowano go z pompą w Panteonie, ale dobrą sławą wśród jakobinów cieszył się po śmierci krótko: w 1792 r. gdzieś w zamkniętej żelaznej szafie odkryto dokumenty, z których wynikało, że był królewskim tajnym agentem i doradcą, a w szeregach rewolucjonistów był po prostu Wallenrodem... Grób Mirabeau sprofanowano, a prochy nieszczęsnego hrabiego wrzucono do paryskich kanałów...

Jakoś tak przypomina mi się inny z dziwnych hrabiów, związany z południem Francji i również nie obdarzony przez naturę zdrowiem i urodą – Henri de Toulouse-Lautrec...

Tutaj, w Aix, Mirabeau się ożenił, i tutaj się rozwiódł, tutaj mieszkał przez pewien czas i stąd został wybrany do Stanów Generalnych na rok przed Zdobyciem Bastylii. I teraz ma w mieście najpiękniejszą ulicę – trakt, wytyczony w 1650 r. w miejscu dawnych murów miejskich, wysadzany przeszło 300-letnimi platanami, ozdobiony trzema starymi fontannami, pełna eleganckich sklepów i rezydencji. Dziś na promenadzie porozstawiane są stragany, błądzimy między kilometrami kolorowych tkanin, hektarami ładnych ciuchów, między pachnącymi torebeczkami i butelkami wina, między suwenirami a marché aux puces... W końcowej części promenady wznosi  się kolejna fontanna, ozdobiona pomnikiem jednego z największych dobroczyńców Aix – Dobrego Króla René Andegaweńskiego.

Urodzony w dalekim Angers nad Loarą w 1409 r. był potomkiem bocznej, biedniejszej linii dynastii Walezjuszy – a więc był krewnym naszego nieudanego króla Henryka III... Zaręczony w wieku 11 lat z Izabelą Lotaryńską, młodość spędził na dworze swego możnego i wykształconego teścia Karola i to jemu pewno zawdzięcza zarówno pasje do rozmaitych sztuk (w tym – ars amandi...), jak i obycie w sferach wielkiej polityki. Obycie – ale nie umiejętności. W 1428 roku w wojnie z Anglią stanął po stronie Anglików, rok później, zafascynowany Joanna z Arc zmienił opcję i stał się jej protektorem, co nie skończyło się dobrze ani dla niej ani dla niego. Wmieszany w konflikty wokół własności jednego z księstw w Burgundii, trafił do niewoli i siedział trzy lata w twierdzy w Dijon, wykorzystując ten czas na doskonalenie się w malarstwie, poezji i literaturze. Już wcześniej studiował także matematykę, prawo i geologię, komponował, był też poliglotą, mówiąc po grecku, łacinie, włoski, hebrajsku i katalońsku. W krótkim okresie lepszej koniunktury politycznej władał Lotaryngią i sporymi terenami w centralnej Francji, od 1434 r. był hrabią Prowansji, od 1435 r. królem Neapolu i Sycylii, od 1438 r. tytularnym królem Jerozolimy, sięgnął także po władzę w Katalonii. Ale z Lotaryngii wkrótce zrezygnował na rzecz syna, Neapol utrzymał ledwie przez kilka lat, w Jerozolimie i tak od 1244 r. rządzili Saraceni, Katalonii nie zdobył... W gruncie rzeczy największe sukcesy odnosił w turniejach rycerskich i mecenacie sztuki, działając głównie w rodzinnym Angers i właśnie w Aix-en-Provence, gdzie zmarł w 1480 r., co stało się początkiem końca samodzielności Prowansji, w której potem zaczęli rządzić gubernatorzy francuscy.

Chodzimy sobie teraz po starówce Aix, budowana w XIII w. na gruzach antycznej świątyni Apolla asymetryczna katedra Świętego Zbawiciela (St.Sauveur) niestety jest zamknięta, więc oglądamy ją tylko z zewnątrz, trochę pada, więc wracamy na Cours Mirabeau by schronić się w najsłynniejszym lokalu miasta – „Café des Deux-Garçons”. Siadamy na osłoniętej werandzie, wnętrza pochodzą z końca XVIII wieku, ale sława kawiarni pochodzi główne z przełomy XIX i XX wieku, kiedy była główną „bazą” bywających w Aix intelektualistów, od Emila Zoli do Jacquesa Cocteau. Przypomina mi się paryska „Café Flore”, gdzie siedziałem w miejscu Ernesta Hemingwaya i piłem kir, no więc konsekwentnie zamawiam to znowu: białe mocno schłodzone wino, zdaje się chablis z sokiem z czarnych porzeczek... Pyszne, ale lepiej się pije w upał. Upału, zdecydowanie, dziś nie ma...

Czas wolny się kończy, zbieramy się znów na placu de Gaule’a i podjeżdżamy do miejsca, w którym Paul Cezanne zbudował sobie atelier. To znów przedmieścia Aix, tym razem wysunięte w kierunku północno-wschodnim, dzielnica niegdyś willowa, dziś między drzewami pojawiają się hotele i apartamentowce. Niewielka willa w ogrodzie została, jak głosi tablica na murze, ofiarowana miastu przez amerykańskich miłośników twórczości malarza. Cezanne w 1901 r. kupił dom z ogrodem, w którym pracował do śmierci. Tu także malował swoją ukochaną górę (dziś i tu Świętej Wiktorii nie widać), ale przede wszystkim martwe natury i niektóre sceny rodzajowe (np. Wielkie kąpiące się). Muzeum składa się z dwóch części – właściwego atelier, w którym udostępniona do zwiedzania jest tylko jedna sala na piętrze, w związku z czym tłok jest ogromny, musimy czekać, w dodatku nasza grupa ma być podzielona na dwie części. W atelier pokazują dekoracje do obrazów, zestawienia talerzy, dzbanków, owoców, tworzących martwe natury. Owoce wymieniają w sezonie codziennie, poza sezonem co tydzień. Jest poza sezonem, więc śmierdzi. Tymczasem idziemy do sąsiedniej szopy z drewna, gdzie ustawiony jest telewizor, na którym puszczają filmie o Cezannie. Jest tylko wersja francuska, a kolory tak okropnie przekontrastowane, że w zasadzie niewiele widać. Ale na zewnątrz leje, więc w sumie każda okazja, żeby nie moknąć jest dobra…

Niestety, „dorosła” część naszej grupy nie może wejść, bo mają pierwszeństwo przed nami jacyś Niemcy, no a następna umówiona grupa to Włosi, a po nich my, choć nasz termin jest niby wcześniejszy… Czekanie w deszczu przed niemiłą recepcją jakoś mi się nie uśmiecha. Zabieram się i idę na parking do autokaru, po chwili dochodzi reszta grupy, jakoś ten Cezanne nam – pod względem muzealnym – nie przypadł do gustu.

W okolicy jest jeszcze jedno miejsce, związane z tym wielkim artystą. Przy drodze do Louvenciennes, gdzie jest zamek Picassa i gdzie on sam jest tam pochowany – jest taki punkt widokowy, w miejscu, gdzie Cezanne rozstawiał sztalugi i malował górę Św. Wiktorii. Mieliśmy nawet w planie zrobić tam zajęcia plenerowe dla fakultetu plastycznego. Ale pada nadal i chyba już wszyscy mamy dość i Aix, i Cezanne’a. W dodatku zajęcia plenerowe od jakiegoś czasu nie polegają na malowaniu czy choćby szkicowaniu w plenerze, tylko na robieniu fotografii, z których potem będzie się malować w szkole na lekcjach. Powiem szczerze, że nie koniecznie mi się to podoba, bo w końcu nawet na własne oczy nie trzeba by było tego widzieć – wystarczyłoby mieć pocztówkę. Czy czyjeś zdjęcie, choćby z Internetu…

No ale nie mój cyrk, nie moje małpy. Mnie po prostu prywatnie szkoda, że nie pojadę drogą, którą opisałem w Ipanemie. Bo już po kilku chwilach od wyruszenia z Aix widać, że – przypadkiem czy celowo – kierowca obrał kierunek w stronę dolnego corniche, czyli Górę będziemy objeżdżać od południa, od strony masywu Cengle – tam, gdzie jest studnia Garragaï… Może i lepiej?

Wypogadza się i trochę widać. Wzdłuż St. Victoire jedziemy chyba kilkanaście minut, ale góra od południa jest znacznie mniej charakterystyczna niż od północy. Jasny, wapienny obryw niewiele wznosi się ponad lasem, wkrótce zakrywają go wzgórza Cengle. Skręcamy na południowy wschód. Po prawej widzimy pokryte ciemną zielenią góry Sainte Baume. To tutaj gdzieś, według legendy, w uwidocznionej w nazwie Świętej Grocie miała pokutować Maria Magdalena…

Zbliżamy się do morza, bo ruch gęstnieje, wreszcie utykamy w solidnym korku, gdzieś w okolicach St. Raphaël. Podobno do St. Tropez korki są jeszcze większe, można i pół dnia przestać czekając na wjazd na półwysep. Ciekawe, że te wszystkie kojarzące się z przepychem i niejakim wyuzdaniem miejscowości mają za patronów świętych… Francuska perwersja, czy obłuda? Tymczasem tutaj brzydkie, byle jak budowane domki, bałagan i brud na podwórkach nijak nie pozwalają myśleć, że oto dotarliśmy na słynne Lazurowe Wybrzeże.

Wreszcie wyjeżdżamy na wąską, krętą i prowadzącą nad samym przepaścistym brzegiem morza drogę i skręcamy w stronę Cannes. Ale jazda! Kapitalne widoki, ostre skały, o które rozbijają się naprawdę lazurowe fale, jachty przy brzegu, parowce na horyzoncie – malownicze pejzaże i brawurowa jazda – wszystko to przykleja nas do okien. Nas, dorosłych. Młodzież w większości nawet nie zauważa, że dotarliśmy na Riwierę. Nadal zabijają nudę grami, opowiadaniem głupich dowcipów, słuchaniem muzyki… Mało kto w ogóle patrzy w okno choć od czasu do czasu…

Niestety, pada. Spodziewałem się, że nad morzem pogoda się poprawi: nieuprawnione wnioskowanie na podstawie tej wątłej przesłanki, że w Saintes-Maries-de-la-Mer, nad morzem, świeciło wczoraj słońce… Co było a nie jest…

Do Cannnes dojeżdżamy przed wieczorem. Wydaje się, że pogoda się poprawia, wzdłuż Croisette – nadmorskiego bulwaru, przy którym stoją najbardziej eleganckie hotele i restauracje – tłok niewielki, wreszcie skręcamy i parkujemy na… dworcu autobusowym, tuż koło stacji kolejowej. Hotel podobno mamy w pobliżu. No, ładnie.

Ale nie ma co narzekać. W końcu Cannes to Cannes, bez względu na to, gdzie się mieszka. Tym bardziej, że hotelik „Select” choć stary i ciasny, okazuje się dość sympatyczny, przypomina trochę ten Grand, zbudowany dla rosyjskich białogwardzistów w San Remo. Łazienka mniejsza od kabiny windy, kiepsko się domyka ale w sumie wnętrze dość oryginalne, pełne luster, co albo ma sprawiać wrażenie perwersyjne, albo ma optycznie zwiększać pomieszczenie. Przyjmuję, że tym razem ta druga wersja bardziej mnie satysfakcjonuje. Po kolacji, mimo siąpiącego deszczu, decydujemy się na spacer. W końcu – za kilka dni rozpoczyna się festiwal filmowy i trzeba zaliczyć zdjęcie na czerwonym dywanie, zanim zrobi to Nicole Kidman czy Jack Nicholson.

Dziarsko rezygnuję z parasola, nie mam też swetra, bo w ogóle go nie wziąłem z domu, kurtka „przeciwdeszczowa” przemaka po kilkudziesięciu metrach. Pałac Festiwalowy już niemal gotowy, wielki billboard z Nicole reklamuje tapis rouge, no i rzeczywiście, widzę go wyraźnie: mało dziś czerwony, raczej wiśniowy, w błyskach fleszy – bo wszyscy się tu chcą sfotografować - widać wyraźnie jak bardzo jest nasiąknięty wodą. Już mi i tak wszystko jedno: dawno zapomniałem, że kiedykolwiek miałem sucho w butach. Czy zresztą gdziekolwiek indziej.

Wreszcie i ja dostępuję zaszczytu wejścia po dywanie, kilka fotek i już można obejrzeć Aleję Gwiazd, z odciskami dłoni sławnych ludzi kina. Sława jest rzeczą względną i przemijającą, a więc znakomita większość nazwisk, zwłaszcza tych francuskich, nic mi nie mówi, wstyd mi za to…

Łazimy po Croisette, żeby znaleźć hotel „Carlton”. Wreszcie jest, secesja jak się patrzy, a może neobarok, podobno dwie kopuły wieńczące dach były wzorowane na piersiach jednej z francuskich bywalczyń Cannes, pięknej Otèro, niestety nie znam, zresztą nie żyje od dawna. Hotel ma już prawie 100 lat, zaprojektował go Charles Dalmas i od kilkudziesięciu lat mieszkają tu wszystkie największe gwiazdy w czasie Festiwalu Filmowego i wszyscy snobowi poza nim. „Carlton” ma własną ogrodzoną plażę, naprzeciwko głównego wejścia. Ale to nieprawda, że w centralnej części Croisette nie ma publicznego dostępu do morza, jak piszą w niektórych przewodnikach: miejska plaża jest tuż obok hotelowej i to zupełnie niezła.

Ale to wszystko bliżej zobaczę dopiero nazajutrz, kiedy będę miał złudzenie, że pogoda się poprawiła. Tymczasem wracamy do hotelu, winko, aspirynka i nadzieja na lepsze jutro. To będzie ostatni dzień we Francji.

 

4 maja 2007, piątek, Cannes – Antibes

 

Rzeczy już w autokarze, ale do odjazdu musimy poczekać z godzinę, chodzi zdaje się o niezbędny czas postoju, więc wyskakuję z aparatem na chwilę z powrotem na Croisette. Wszędzie kałuże, ale nie pada. Zaliczam ponownie Pałac i Czerwony Dywan, idę na plażę, gdzie spotykam Renatkę z mężem, fotografujemy „Carlton” za dnia. Chyba nie jestem zachwycony. Cannes to pierwsze miasto na naszej trasie właściwie bez historii. Wioska rybacka powstała tu „zaledwie” w X wieku i żyła sobie sennym życiem do 1834 r., kiedy to w Anglii wybuchła epidemia cholery i uciekając przed niebezpieczeństwem dotarł do Cannes brytyjski lord kanclerz Henry Peter Brougham, który tu zamieszkał nad ciepłym morzem i zachęcił do tego innych. Pod koniec I połowy XIX wieku miasteczko stało się poligonem budowlanym, gdzie jak grzyby po deszczu powstawały rezydencje arystokracji brytyjskiej, francuskiej, rosyjskiej, niekiedy także przedstawicieli innych krajów. Arystokracja to pojemne słowo – w tym przypadku reprezentowane były zarówno rody notowane w Almanachu Gotajskim, jak i w tabelach giełdowych. Mimo tendencji do splendid isolation arystokraci tłoczyli się w Cannes jak śledzie w beczce, no bo po co komu zbytek, jeśli ktoś inny nie będzie go zazdrościł?

Z anegdot historycznych o Cannes zawsze mi się najbardziej podobała ta o słynnej dyktatorze mody i obyczaju, Coco Chanem, która będąc w Cannes „złapała” mimo woli trochę opalenizny i z brązową skórą wróciła do Paryża. A opaloną skórę dotąd miewały tylko chłopki, zaś damie wypadało mieć tylko jedwabiście białą cerę. Coco mogła więc tylko albo wymyślić dla siebie jakąś chorobę – albo nową modę. To ostatnie było dla niej łatwiejsze. I tak, od 1923 roku kobiety się opalają. Jeszcze w Awinionie widziałem reklamę salonu kosmetycznego „Centra do Bronzage et bien-être Coco-sun”…

Nie ma, jak zwykle, czasu – prawdę powiedziawszy, z powodu pogody także ochoty – na zwiedzenie Canneńskiej starówki: dzielnicy Le Suquet, nad która wznosi się XVII kościół Notre-Dame-d’Espèrance i XII-wieczny zamek, należący do opactwa Lérins, z muzeum historycznym. Opactwo to, z historią sięgającą V wieku, zostało założone przez św. Honoriusza na jednej z wysp leżącego opodal Cannes Lérins niewielkiego archipelagu. Na sąsiedniej wyspie siostra Honoriusza Święta Małgorzata założyła klasztor żeński. To właśnie na wyspie Ste-Marguerite znajduje się fort, w którym w XVII wieku przetrzymywali jednego z najsłynniejszych, tajemniczych więźniów stanu Francji – „człowieka w żelaznej masce”, uważanego – bez żadnych podstaw – za bliźniaczego brata króla Ludwika XIV.

Ruszamy. Przed nami krótka jazda do ostatniej miejscowości na naszej trasie – Antibes. Mimo iż to również modny, snobistyczny ośrodek, wielki port jachtowy i centrum wypoczynkowo-rozrywkowe, to przecież tutaj także daje o sobie znać dawna – grecko-rzymska przeszłość. A początki są jeszcze starsze. Miasteczko portowe założyli tu w V w. p.n.e. Fenicjanie z Marsylii i nazwali je z grecka Antipolis, co zwykle wiąże się z tym że było położone naprzeciw Nicei, niektórzy uważają, że opozycją jest w tym przypadku Korsyka. Potem Rzymianie zająwszy miasto przechrzcili je na Antabo, a z czasem, lawirując między wpływami Francuzów i włoskich Grimaldich Antibes przekształciło się w największy i najważniejszy port jachtowy Europy, skutecznie rywalizując nawet z Monaco. Wysiadamy przy placu Republiki, podziwiamy piękne fontanny i rozchodzimy się po mieście. Spacerujemy po starym targu, gdzie dominują owoce i wędliny, przy placu Nationale mijamy muzeum Raymonda Peyneta, który w Antibes właśnie mieszkał. Znakomity i popularny rysownik francuski stał się szczególnie popularny dzięki swojemu cyklowi o zakochanych... Starówka – nie koniecznie rzeczywiście stara – otoczona jest pięknie zachowanymi (a raczej – dobrze odremontowanymi) murami miejskimi, wywodzącymi się z czasów francuskiego króla Franciszka I, a zmodernizowanymi za panowania Ludwika XIV przez królewskiego budowniczego Sebastiana le Prestre de Vaubana. Jego dziełem jest także groźny Fort Carré – strzegący Antibes na przylądku od strony Nicei. Wąskie uliczki, z małymi knajpkami i sklepikami z pamiątkami są tematem prac malarskich, my przez jedną z bram wychodzimy do portu. Rzeczywiście ładny i tłoczny, ale wydaje mi się, że Monaco jest większe.

Pogoda w kratkę – deszcz na zmianę ze słońcem, ale dość chłodno. Wędrujemy ufortyfikowanymi nabrzeżami w stronę południową, gdzie wznosi się zamek Grimaldich, wywodzący się z XII wieku, przebudowany w wieku XVI, niestety, remontowany także i dzisiaj... W 1946 r. zamieszkał tu na kilka miesięcy 65-letni Pablo Picasso, zakochany po uszy w 25-letniej Françoise Gilot i eksplodujący nowymi, wspaniałymi dziełami malarskimi, rzeźbiarskimi i ceramicznymi – w sumie blisko 200 dzieł w rozmaitych technikach. Wszystko to artysta ofiarował miastu Antibes i tak powstała jedna z najciekawszych kolekcji wielkiego mistrza. Niestety, muzeum Picassa w zamku jest w remoncie. Jak pech to pech... Oglądamy tylko położoną obok katedrę (tu także audiowizualna informacja na ekranie telewizora zastępuje przewodnika), po czym schodzimy na plażę, korzystając z tego, że przejściowo świeci słońce.

Wiatr od południowego zachodu popędza niewielkie, ale spienione fale. Płyną od ekskluzywnego półwyspu Cap d’Antibes, gdzie poza mocno strzeżonymi rezydencjami bogaczy znajduje się Muzeum Napoleońskie, upamiętniające fakt, że to właśnie tutaj, w zatoce Golfe-Juan cesarz 1 marca 1815 r. lądował po ucieczce z Elby i stąd rozpoczął triumfalny marsz na Paryż, na swoje słynne 100 dni, zakończone klęską pod Waterloo. Znów zaczyna padać i zbieramy się powoli do odwrotu.

Kolacja, ostatnie zakupy, pożegnanie Prowansji. Udaje mi się wypatrzyć butelkę pastisu Lou Garagaï, produkowanego podobno z ziół, zbieranych na zboczach Góry Świętej Wiktorii. To będzie moja najlepsza pamiątka z wycieczki, bo szukałem go przez kilka lat w bardzo specjalistycznych sklepach, a znalazłem na półce supermarketu w Antibes...

Żegnaj, Prowansjo... A właściwie – a bientôt! Trzeba będzie prędko tu wrócić, na dłużej, zobaczyć więcej i zrozumieć lepiej. Chciałbym. Ale pewno nie będzie to już łatwe.

 

Koniec

Piątek, 13.07.2007