MPinkwart w Arles, Espace van GoghMaciej Pinkwart

Przedwiośnie po prowansalsku (4)

TUTAJ odcinek 1

TUTAJ odcinek 2

TUTAJ odcinek 3

 

TUTAJ przegląd zdjęć...

 

 

Camargue, 2 maja 2007

 

 

Plan Camargue

 

Camargue miało być dzikie, tajemnicze, pełne rozlewisk, ze stadami flamingów, białych koni, i czarnych byków. Tak naprawdę to najlepiej się sprawdziły te rozlewiska, jako że zaczęło popadywać już rano, przy wyjeździe i wody robiło się coraz więcej.

Jesteśmy w departamencie Bouches de Rhône, w ujściu Rodanu.

Nasza rzeka zaraz za Arles – które na razie mijamy szerokim łukiem – rozdziela się na dwa ramiona – Wielki i Mały Rodan i przecieka po rozległej równinie do morza. Grand Rhône dopływa szerokim strumieniem prosto do morza w porcie St.Louis-du-Rhône, zaś Petit Rhône skręca w prawo, na zachód, rozpada się na szereg mniejszych rzeczek i w końcu wpada do Morza Śródziemnego koło miejscowości Saintes-Maries-de-la-Mer, która jest jednym z celów naszej dzisiejszej wycieczki. Po drodze rozlewiska rzek na przesiąkalnym gruncie tworzą około 300 stawów, z których największy i najpiękniej położony jest Etang de Vaccarés... Nazwa, gdy znajduję ją na mapie, brzmi znajomo, uruchamiam skanowanie pamięci, wreszcie sobie przypominam: Alistair McLean napisał kiedyś książkę Tabor do Vaccarés, akcja toczyła się wśród Cyganów, nie kojarzyłem gdzie i dlaczego, teraz już wiem.

Wypatrujemy przez okna słynnych białych, dzikich mustangów, które podobno mieszkają tu od czasów prehistorycznych, podobne można zobaczyć namalowane na ścianach grot Lascaux. Inni badacze uważają, że do Camargue sprowadzili je Fenicjanie, bądź Maurowie. Pojawiają się wreszcie – jeden, dwa, niekiedy pięć... Ale jakie tam one dzikie! Zawsze widać je koło jakiejś zagrody, sprawiają wrażenie równie dzikie, jak wałachy w PGR... Rzeczywiście łażą sobie luzem niespiesznie pasąc się w niezbyt wysokiej trawie. Grunt wszędzie podmokły... Czy koń wyczuwa bagnisko i się nie utopi? a czy może dostać reumatyzmu? Jest ich tu podobno kilkaset, czy może kilka tysięcy sztuk, ale by widzimy tylko niewielkie stadka.  Camargue to zarazem rasa koni, hodowanych także poza deltą Rodanu – niewielkie, wytrzymałe, o krótkich pyskach, podobnych do prehistorycznych dzikich koni. Rodzą się czarne lub ciemnobrązowe, z czasem sierść staje się coraz jaśniejsza, by u dorosłego osobnika przybrać barwę białą.

Innymi okazałymi przedstawicielami miejscowej, dzikiej oczywiście, fauny, są czarne byki z Camargue. Byki i krowy, bo stado wciąż się odnawia, podobno od czasów najazdu Hunów, jako że to im przypisuje się osadzenie azjatyckiego bydła w Camargue. Wiele stuleci temu skrzyżowano miejscowe bydło z bykami z hiszpańskiej Nawarry i oto efekt pasie się na podmokłych łąkach Camargue. Co roku odławia się pewną liczbę byków przeznaczając je na corridę. Ale nie ma co ronić nad nimi łez – ich przeznaczeniem jest zwykle sława, a nie śmierć. W przeciwieństwie bowiem do hiszpańskich krewniaków – nie są one zabijane przez torreadorów (po tutejszemu – raseteurs), którzy mają za zadanie tylko pozdejmować z byczych rogów osadzone tam kolorowe kokardy i inne ozdoby. Ładne tylko! Torreador nie ma szpady, a jedynie coś w rodzaju sporego grzebienia, a byk ma rogi jak najbardziej prawdziwe i ostre. Jest rozdrażniony i walczy, jak w hiszpańskiej corridzie, raseteurs nieraz salwują się ucieczką za bandę, a jeśli byk przez 15 minut nie pozwoli zdjąć sobie ozdób – to on wygrywa...

Są w tych rozgrywkach – tak jak w hiszpańskiej corridzie - ulubieńcy publiczności, przyciągający tłumy, a jednemu z nich nawet – imieniem Sanglier – wystawiono po śmierci pomnik. Sanglier to byk, oczywiście.

Mój entuzjazm co do eko-corridy a la Camargue studzi nieco wiadomość, że takie hiszpańskie jatki organizowane są tu także, i to w większych miastach, gdzie można – za spore pieniądze – zaspokoić krwiożercze gusta Prowansalczyków i ich gości.

Łażą gdzieś, po krzakach, koło chałup, zawsze jednak na tyle daleko od drogi, że trudno sfotografować. Podobnie z ptakami – lata ich nawet sporo, raz czy drugi nad głowami przelatuje nam coś dużego, orzeł! – krzyczą dzieci, ale pewno sęp jakiś, naturalnie wszyscy wypatrujemy niebywałych ilości flamingów, które tu podobno zamieszkują stadami, liczącymi przeszło 10 tysięcy sztuk. Pewnie, że warunki mają niezłe – mnóstwo wody, co chwilę jakieś podmokłe rozlewiska, wygląda to jak na filmie o Wietnamie... Równe rządki czegoś w wodzie... No tak, to ryż – przywieziony na południe Europy przez Maurów, tutaj znalazł świetne warunki do uprawy, a ten z Camargue jest podobno wyjątkowo smaczny.

Gdyby tak było, byłby to rzeczywiście wyjątkowy – każdy ryż bowiem jest w zasadzie kompletnie pozbawiony smaku...

Zatrzymujemy się na rozstaju dróg, na poboczu ronda w środku zupełnej pustki. Nie tylko nie ma ruchu – nie ma nic w zasadzie. Płasko, zielono-niebiesko, słońce przez chmury. Niesłychanie smutny krajobraz. Tutaj właśnie kończy się wspaniały poemat Mireio Frédérica Mistrala, gdy jego bohaterka, tytułowa Mireille, po prowansalsku - Mireio, pielgrzymując do Saintes-Maries-de-la-Mer by prosić Święte Kobiety o wstawiennictwo u ojca, który nie chce zgodzić się na jej małżeństwo z ubogim chłopakiem – umiera w ciszy Camargue na udar słoneczny, słysząc tylko daleki dźwięk dzwonów kościoła, do którego dążyła...  Najwyższe miejsce Camargue wznosi się zaledwie na 4 metry powyżej poziomu morza – najniższe – to półtorametrowa depresja stawu Vaccarés. Tu bezustannie trwa walka wody z ziemią, a nawet – wody morskiej z wodami rzeki. Rodan nanosi osady i odpycha morze na południe, podczas gdy morze falami niesionymi przez wiatry stara się wtargnąć w głąb lądu. Na przestrzeni czasów historycznych linia brzegowa zmieniła się znacznie: Saintes-Maries-de-la-Mer było niegdyś wioską rybacką, potem znajdowało się kilka kilometrów w głębi lądu, dziś jest miejscowością portową. Odwrotnie Aigues-Mortes: kiedyś były portem, dziś łączy je z morzem system kanałów.

Do tej właśnie miejscowości jedziemy teraz, nie zauważając nawet momentu, kiedy opuszczamy Prowansję, wjeżdżając kilka kilometrów w głąb regionu Langwedocji. Wrażenie co najmniej dziwne: wśród bagien, dzikich łąk, stawów i plątaniny kanałów jawi się nagle przed nami przepiękne, średniowieczne miasto, otoczone zwartym systemem fortyfikacji miejskich. Nazwa „Martwe Wody” odnosi się zapewne do faktu, iż w otaczających miasto basenach przeważa wysoko zasolona woda morska, w której życie biologiczne jest nikłe. Sól morska zresztą jest jednym z ważniejszych produktów wytwarzanych w Aigues-Mortes. Pierwszy okres świetności i czas największych inwestycji przypadł tu na pierwszą połowę XIII wieku: trudno w to uwierzyć, ale znajdował się tu jedyny port francuski nad Morzem Śródziemnym, i stąd właśnie w 1248 roku król Ludwik Święty wyruszył 38 statkami na swoją pierwszą (a w ogóle VI) krucjatę. Nie przyniosła ona jak wiadomo oczekiwanego sukcesu,  król dostał się do niewoli, z której wykupiono go za gigantyczne sumy, ale jeszcze gorzej powiodło się w czasie kolejnej wyprawy krzyżowej, która rozpoczęła się także w Aigues-Mortes w 1270 r.: Ludwik IX zmarł bowiem niemal na jej początku w Tunisie i to nie od saraceńskiego miecza, lecz na dżumę...

Mury miejskie pochodzą z czasów przed VI krucjatą, pobudowano je w czworobok, mają 10 bram i 20 wież obronnych. Największą z nich jest przeszło 30-metrowa Tour de Constance, wybudowana przez Ludwika jako garnizon wojskowy, jednakże po jego śmierci i upadku znaczenia miasta służąca głównie jako więzienie. Trzymano tu między innymi templariuszy i hugenotów, ale spośród więźniów największą sławę zdobyła niejaka Marie Durand, siostra pastora, którą uwięziono tu w 1730 r. w wieku niespełna 19 lat, wśród 20 innych kobiet-protestantek. Góralka z Alp, nie dała się złamać i przymusić do zmiany wyznania – cierpiąc głód, chłód, nędzę i beznadzieję. Spędziła w Tour de Constance 38 lat i została w końcu uwolniona po interwencji gubernatora Landwedocji. Do legendy twierdzy w Aigues-Mortes przeszedł fakt, iż na ścianie jej celi pozostało wydrapane przez nią słowo Register! co po okcytańsku znaczy: przetrwać...

Dla ścisłości historycznej jeszcze dodam, że w tym samym czasie co Marie Durand, zwolniono z Tour de Constance inną kobietę, Marie Robert, która siedziała za niewinność w tym samym pudle 41 lat. No, ale niczego nie wydrapała na ścianie i tak nie przeszła do legendy, co dowodzi ważności słowa pisanego.

Marie Durand powróciła do swej wioski rodzinnej Bouschet-de-Pranles w regionie Rhône-Alpes i zmarła we własnym łóżku w domu, gdzie się urodziła w 8 lat po uwolnieniu z więzienia. Dziś jest tam muzeum.

Ale my wspinamy się (niektórzy jadą windą...) na szczyt wieży Konstancji – nie mam pojęcia dlaczego tak się nazywa – by pilnie wypatrywać widoku morza. Majaczy się na horyzoncie, ale znacznie bliżej widać wielkie, białe hałdy soli, otrzymywanej przez odparowywanie na słońcu wody morskiej. Chmurzy się od północy, ale na razie słońce grzeje mocno. Nie przeszkadza to mi zastanawiać się nad tym, co się dzieje z tą solą w czasie intensywnego deszczu: nie rozpuszcza się aby i nie spływa z powrotem do morza? To byłaby taka syzyfowa praca, czyli po naszemu mówiąc robota głupiego... Ale pewno per saldo soli więcej zostaje, bo jednak stanowi ona ważny produkt z Camargue.

Jedziemy na wschód, wypatrując flamingów. Na razie bezskutecznie. Za to w szczerym polu, wśród łąk ozdobionych czerwonymi makami, jak z Moneta, stoi sobie Le Caveau – piwniczka niby, ale to zwykła kamienna szopa, w której jest probiernia, no i oczywiście punkt sprzedaży wina. Większości z nas przypomina się podbarcelońska Bodega, co akurat znaczy to samo, a i pewno działa na takiej samej zasadzie: w programie konkretnego biura podróży zawsze się znajduje konkretna piwniczka... Przypomina mi się, jak przed paru laty właściciel doskonale prosperującego sklepu alkoholowego w San Marino, widząc mnie zaledwie drugi raz w odstępie roku (i poznając! pewno dlatego że był rodzinnie związany z Nowym Targiem) zaproponował mi gratyfikację, jeśli „moje” wycieczki będą regularnie do niego przyjeżdżać... Mój Boże, świat składa się z les caveaux... Tutejsze gospodarstwo na piasku nazywa się Domaine du Petit Pin, posiadłość pod małą sosną, co brzmi dość swojsko rzeczywiście. Przed szopą jakaś stara, zardzewiała prasa do wyciskania soku z winogron zapewne uwiarygodnia „domowość” produkcji, w którą oczywiście nie wierzę. Urządzenia probierni znacznie gorsze niż pod Barceloną, wybór mniejszy, ale wino nieporównane lepsze. Produkcja winna z Camargue nazywa się vin de sable, wino z piasku. Słyszałem dotąd o biczach i o zamkach z piasku, ale o winie nie. Okazuje się, że na tutejszej, niezbyt urodzajnej glebie winorośl rośnie świetnie, a wino, podgrzewane nocami przez oddające zakumulowane w dzień przez piasek ciepło, ma pełny bukiet i jest naprawdę pyszne. Produkują tu słodki muscatel, który mi nie smakuje, bo za słodki, ale sądzę, że przy słodyczach mógłby się podobać, i kilka innych gatunków, wśród których można wybierać. Właściciel, Frédéric Ramain, osobiście nalewa nam do kieliszków próbki, dzieci dyskretnie trzymają się z daleka, tylko potem proszą o poradę, co by tu kupić dla rodziców na prezent. Ja dla swoich potrzeb wybieram trzy gatunki – czerwony wytrawny Cabernet Sauvignon, biały wytrawny Chardonnay i nadzwyczajnie smaczne rosé. Wszystkie produkowane tu wina mają apelację Vin du Pays des Sables du Golfe du Lyon. Rzeczywiście, ten piasek, na którym sobie winorośl rośnie, to piasek morza z Zatoki Lwiej, do której uchodzi Rodan.

Zakupy trwają, dorośli robią teraz miejsce dzieciom. Poza winem, można tu kupić mydło lawendowe i olejek o tym samym zapachu, oliwę, miejscowy ryż i sól. No i oczywiście pamiątki. Czyli cykady i chustki. Rozglądam się po okolicy. Poza makami, dostrzegam w pobliżu spory zagajnik, w którym po podejściu bliżej rozpoznaję kępę bambusów.

Droga prowadzi dalej na wschód, w oknach pojawia się coraz częściej otwarta przestrzeń morza, wreszcie wjeżdżamy do Saintes-Maries-de-la-Mer.

Miasteczko jest niewielkie, liczy niespełna 2 tysiące mieszkańców, ale jest siedzibą gminy obejmującej większość terytorium Camargue, co czyni zeń drugą (po Arles) co do powierzchni gminę Francji. Jak bardzo daleko w głąb historii sięgają jego początki – tego najstarsi Cyganie nie pamiętają. Na pewno istniało już i dobrze prosperowało w czasach rzymskich, ale w IV wieku n.e. geograf Festus Avienus nazywał leżące tu miasto Oppidum Priscum Râ – Stara Forteca Ra. Chodzi tu oczywiście o egipskiego boga słońca, choć wcześni ortodoksyjni chrześcijanie przechrzcili to Ra na Ratis – statek. Wiąże się to oczywiście z jedną najtrwalszych legend Francji.

Prawdopodobnie w 42 roku naszej ery, w czasie prześladowań chrześcijan w Palestynie za czasów Heroda Agrypy, grupka wyznawców bliskich Jezusowi: Maria Salomea – żona Zebedusza, matka apostołów Jana i Jakuba Większego, Maria Jakubowa – żona Kleofasa, matka apostoła Jakuba Mniejszego, siostra lub kuzynka Marii Panny, Maria Magdalena, Łazarz i jego siostra Marta, Maximin i ślepy Sydon z Jerycha oraz Józef z Arymatei (niektórzy mówią o 42 postaciach...) wsiedli na statek, bez żagla i steru. Ciemnoskóra Sara wołała, żeby także wziąć ją ze sobą, gdy statek już wypłynął na morze. Wtedy Maria Salomea rzuciła na fale swój płaszcz, a Sara dopłynęła na nim jak na tratwie do łodzi. Statek dopłynął sam z siebie do Prowansji i wylądował w miejscu, gdzie dziś znajduje się miasto, którego sama nazwa odnosi się do świętych Marii, znajdujących się na pokładzie.

Naturalnie, jak to zwykle z legendami bywa, jest kilka wersji tego zdarzenia – jedna z nich mówi, że nie było w tym żadnego cudu – po prostu zagrożeni przez Rzymian chrześcijanie wsiedli na statek, utrzymujący regularną łączność z Galią i tu znaleźli bezpieczny azyl. Także o Sarze różnie mówią – była podobno egipską księżniczką. Być może po prostu już tu mieszkała w czasie, gdy było to Święte Miasto Boga Re. Po wylądowaniu łodzi nawróciła się na chrześcijaństwo i stała się sługą Świętych Marii. Mówi się też, że była mniszką w Libii. Albo potomkinią zaginionych Atlantów... Cyganie, którzy czczą ją jako świętą i ich patronkę, nadali jej przydomek Kali, co ma oznaczać zarazem Cygankę i osobę o czarnej cerze. Egipskie pochodzenie Sary byłoby wówczas dość oczywiste – wszak sami Cyganie uważają, że ich ród wywodzi się z Egiptu. A po angielsku na przykład Cyganka to gypsy, słowo pochodne od egyptian...

Maria Jakubowa i Maria Salomea, obydwie już kobiety starsze, pozostały w mieście, dokąd przywiodły je fale i spędziły tu resztę życia, w towarzystwie Sary. Ich towarzysze rozproszyli się, prowadząc działania apostolskie w Galii. Święta Marta znalazła się w Tarascon, gdzie przy pomocy znaku krzyża pokonała straszliwego płaza imieniem Tarasque, który wynurzał się z wód Rodanu, by porywać dzieci i bydło. Otoczona czcią, dokonała w świętości żywota w tym właśnie mieście i w Tarascon została pochowana. Maria Magdalena podążyła w stronę masywu Sainte Baume i tam zamieszkała w niedostępnej dla ludzi grocie (baume), do której wyniosły ją anioły. Tak pokutowała za swoje grzechy przez 30 lat za jedyne okrycie mając niezwykle długie i gęste włosy i żywiąc się korzonkami, po czym została przeniesiona (anielską linią lotniczą) do pobliskiego miejsca gdzie mieszkał Święty Maximin (dziś miejscowość St.Maximin-La-Sainte-Baume). Tam zmarła i została pochowana, a relikwie obojga świętych są tu do dziś czczone w bazylice. Łazarz nauczał w Marsylii a Maximin – w Aix-en-Provence. Obie Marie mieszkające w małej miejscowości portowej były otoczone ogromnym szacunkiem i już za życia przyciągały tu mnóstwo pielgrzymów, pragnących na własne oczy zobaczyć osoby, które były świadkami męczeńskiej śmierci Jezusa na krzyżu i jego zmartwychwstania. Gdy zmarły w kilkumiesięcznym odstępie (a wkrótce po nich odeszła Sara) – uroczyście pogrzebano je w niewielkiej kaplicy, którą same kazały jeszcze za życia zbudować. W ceremonii brał udział Święty Trofim, biskup Arles, który przedtem udzielił im ostatnich sakramentów.

I tak w pierwszym wieku naszej ery, ewangelizowana przez Świadków Chrystusa Prowansja śmiało może być uważana za kolebkę europejskiego chrześcijaństwa. Kościół w miejscu pochówku Świętych Kobiet powstał w VI wieku, miasto nazywało się po okcytańsku najpierw La Vila de la Mar, Miasto Morza, potem Nòstra Dòna de la Mar, Nasza Pani z Morza. Kult obu Marii i Sary po latach nieco przygasł, a wskrzesił go dopiero Dobry Król René, za sprawą którego w 1448 roku odkryto szczątki świętych (dokładniej – odkryto dwa kobiece szkielety), ex cathedra komunikując, że odtąd będzie to miejsce święte. Tak powstała usytuowana pod kościołem krypta, zawierająca rzekomo relikwie. Miasto stało się oficjalnym punktem pielgrzymkowym – odwiedzano je głównie jako etap w podążaniu do Santiago de Compostella, a kościół zaczął słynąć z cudów, dokonującym się za wstawiennictwem świętych Marii. „Dowodem” na to miały być liczne vota, dosłownie pokrywające całą świątynię. Niemal wszystkie zostały zniszczone w czasie Rewolucji. Sam kościół poniósł tylko niewielkie straty. Jakobini co prawda wywlekli na rynek relikwiarz i go spalili, ale przewidujący proboszcz ukrył większą część relikwii tak, że rewolucjoniści ich nie znaleźli. Potem relikwiarz zrekonstruowano, kult świętych kobiet pomału wrócił, a w 1838 r. miastu oficjalnie nadano obecną nazwę.

Przez stulecia była to niewielka wioseczka, żyjąca spokojnym życiem rybaków i pasterzy. Jedynymi rozrywkami były manady – czyli bezkrwawe walki byków, parady koni – i doroczne pielgrzymki, podejmowane zarówno przez czcicieli obu Marii, jak i Sary – 24  maja i 19 sierpnia. Dziś głównym źródłem dochodu mieszkańców (nazywanych po francusku w sposób absolutnie nieprzetłumaczalny Saintois – Świętanie?) wydaje się być jednak turystyka.

Sara uważana jest przez Cyganów za ich patronkę, stąd też doroczna fiesta 24-25 maja jest rozgrywana w rytmach od fandanga po czardasza. Figurę ciemnoskórej Świętej wyprowadza się wtedy ceremonialnie z kościoła i w procesji odprowadza na brzeg morza, na pamiątkę słynnego lądowania z 42 r., a kapłan, znajdujący się w udekorowanej łodzi – błogosławi pielgrzymów i ich patronkę.

No tak, tylko o jaką Sarę tu chodzi ?

W tradycji kościoła katolickiego jedyną czczoną Sarą jest wiekowa żona protoplasty Abrahama, bezpłodna do 90 roku życia, a potem matka Izaaka. I to ona według Kościoła jest patronką Cyganów. Cóż - Cyganie jednak swoje wiedzą…

ICH Sara to może egipska księżniczka, która przekazała Romom tajemną wiedzę kapłanów spod piramid… Może przedstawicielka wymarłych rodów galijsko-liguryjskich… Według popularnych ostatnio mitów pop-kultury to wręcz córka Jezusa i Marii Magdaleny, tylko że Maria Magdalena – ta prowansalska – zawsze była samotna… Wygląd Sary świadczy o tym, że może być utożsamiana z Czarną Madonną, bo podobna jest nieco do naszej Matki Boskiej Częstochowskiej, do Matki Bożej z Gwadelupy, Madonny z Chartres, Marii Panny z Montserrat… No, ale w zasadzie Czarna Madonna to do Marii Egipcjanki ma bliżej… Z drugiej strony imię Sara-la-Kali prowadzi nas w stronę ciemnoskórej hinduskiej bogini Kali, a Cyganie mają jednak wiele wspólnego z mieszkańcami Indii... Tyle pytań, a odpowiedzi nie ma i nie będzie. Tylko – czy w ogóle są potrzebne? Czyż XII-wieczny spór między Piotrem Abelardem a świętym Bernardem z Clairveaux na temat niekoherentnych relacji miedzy wiedzą a wiarą niczego nas nie nauczył?

Zatrzymujemy się przy niewielkim ryneczku i idziemy do doskonale widocznego romańskiego kościoła, budowanego od IX do XI w., w miejscu, gdzie była kaplica z VI w. Ją z kolei wzniesiono tam, gdzie według legendy było wczesnochrześcijańskie oratorium, w którym Święte Marie opowiadały o Chrystusie, o jego naukach, śmierci i zmartwychwstaniu. Czy wtedy kobiety mogły nauczać prawd wiary? Warto odnotować, że w kościele zachował się dawny pogański ołtarz z IV wieku przed Chrystusem…

Taki to, à la Camarguese, pochód historii, powracające fale faktów i mitów, legend i niedopowiedzeń, na tle pięknego pejzażu i wielu setek lat tradycji. 15-metrową wieżę Kościoła „Świętych Marysiek”, jak mówi nasz kierowca, widać z odległości dziesięciu kilometrów z głębi Camargue, z morza na pewno dalej.

Upewniam się co do godziny spotkania i na pół godziny urywam się nad morze. Kręte, wąskie uliczki, wypełnione sklepami pamiątkarskimi są takie same jak w Lido koło Wenecji, w Rimini czy w miasteczkach Costa Brava. Tylko wszystko pachnie inaczej – słona wilgoć, niesiona wiatrem od morza miesza zapach ryb z lawendą, słodko i słono zarazem. Ludzi niewiele, bo jeszcze nie sezon, dominują miejscowi. Na ławce siedzi tęgawa Cyganka, mniej przypominająca piękne Arlezjanki, więcej – peruwiańskie Indianki w męskich kapeluszach. Forpoczta pielgrzymki, czy tutejsza Carmen? Nie zwraca na mnie uwagi, nie próbuje mi wróżyć z ręki, wpatrzona w jeden punkt trwa w bezruchu. Gdy za pół godziny będę tędy wracał – nie zmieni pozycji, tylko papieros w jej ręku będzie świadczył, że nie jest elementem dekoracji miejskiej. Zapewne papieros marki Gitane...

Zanurzam ręce w słonej wodzie Morza Śródziemnego. Nareszcie. Idę wolno po plaży, na niewielkiej redzie stoi kilka kutrów rybackich. Pora wracać.

Zamiast figury Świętych centralne rondo ozdabia pomnik byka i torreadora, opodal jest ocieniony arkadami budynek merostwa z herbem, w którym widać dwie niewiasty w łodzi. Po sąsiedzku niewielki, żwirowany placyk, kilka ławek w cieniu platanów i kilku niemłodych panów, którzy nie bacząc na palące teraz słońce rzucają stalowymi kulami. To plac gry w pétanque, czyli w bule. Ta typowo prowansalska rozrywka ma już 2 tysiące lat. Do X wieku grywano w nią w zasadzie tylko w Prowansji, potem rozpowszechniła się we Francji i w innych krajach, a od 2002 r. w pétanque gra się także w Polsce. Polega ona z grubsza na tym, by żelazną kulę (średnica 70,5-80 mm, ciężar 0,65-0,8 kg) rzucić na odległość 5-10 m tak, by znalazła się ona jak najbliżej drewnianej kuli stanowiącej cel (średnica 25-35 mm), która nazywa się we Francji cochonet (prosiaczek; w Polsce obowiązuje nazwa „świnka”). Każdy z zawodników ma do dyspozycji 3 kule, sztuka polega także na tym, by przy okazji rzucania własnej, umiejętnie wybić kule przeciwnika. Wygrywa ten zawodnik lub ta drużyna (2-3 graczy) którzy zdobyli więcej punktów w czasie rozgrywki. Naturalnie, reguły są bardzo skomplikowane i rozbudowane, a same rozgrywki budzą wiele emocji, choć uważa się pétanque za dyscyplinę relaksową, uprawianą przeważnie przez ludzi w sile wieku i będących na emeryturze.

Cykam fotki graczy, fotografuję plac gry i nagle aparat odmawia posłuszeństwa – jednogigowa karta jest pełna. No problem, mam w plecaku nową, kupioną tuż przed wyjazdem na Allegro. Wsiadam do autokaru, ruszamy. Kasia rzuca hasło, że zaraz za miastem będzie staw z flamingami. Zmieniam kartę błyskawicznie, niestety nieskutecznie: niesprawdzona w domu 4-gigówka nie pasuje do mojego aparatu. Flamingów tylko kilka, ale i tak ładnie wyglądają. Przyglądam się jak Lidka fotografuje. Po pół godzinie wjeżdżamy do Arles.

Duże nowoczesne miasto, z dość brzydką zabudową na obrzeżach i interesującą starówką to dla nas przede wszystkim ślady rzymskiej przeszłości i pamiątki po Vincencie van Goghu – tego właśnie tutaj chciałem szukać. Autokar zatrzymuje się przy podjeździe do klasycystycznego hotelu „Jules Cesar”, skąd ruszamy w kierunku centrum. Rozglądam się uważnie, wreszcie – jest! Sklep fotograficzny, urządzony dokładnie tak samo jak w Zakopanem, Warszawie czy Popradzie... I obsługa podobna. Pytam, czy mają karty SD do aparatu Panasonic-Lumix. Oczywiście, bien sûr, a jakiej pojemności monsieur sobie życzy, może być 1 GB? Ten żygabajt mnie trochę blokuje, ale w końcu pojmuję i oczywiście proszę od razu rozpakować i sprawdzić, D’accord, nie ma sprawy, wszystko działa jak złoto, przepłaciłem, ale wiadomo jak to w pośpiechu, zakup zajął mi może pięć minut, ale wycieczka mi uciekła – nikt nie zauważył, że się zgubiłem. Oczywiście, nie mam żadnych pretensji, bo wiem, że nikt mi nie wierzy, kiedy mówię, że jestem tu pierwszy raz, zresztą c’est rien, w końcu nie w takich miastach się gubiłem... Najbardziej dramatyczne zgubienie się miałem kilka lat temu w Sorrento, kiedy to odszedłem od wycieczki na moment koło portu, skąd prosta jak strzelił droga prowadziła do Piazza Tasso. Ponieważ szliśmy nią w przeciwną stronę, to wracając postanowiłem pójść ulicą równoległą, po czym skręcić i już. No, ale nie było „i już”. Zniosło mnie dość potężnie między jakieś osiedla mieszkaniowe, gdzie mieszkańcy wyglądali na członków neapolitańskiej camorry, łypali na mnie podejrzliwym wzrokiem, wreszcie przestałem przed sobą udawać, że wiem gdzie jestem i zacząłem pytać o drogę. Niestety, w panice pytałem po angielsku, czego nie rozumiał nikt, ani stary ani młody. W końcu podszedłem do jednego takiego w średnim wieku, co siedział na przyzbie przed chałupą i wydukałem:

- Scusi signor, come andare a Piazza Tasso, per favore?

Rozpromienił się, wstał i pewno uważając, że jestem z Bolonii, a nie z Polonii, zasypał mnie potokiem informacji, zupełnie nieprzydatnych, bowiem kompletnie dla mnie niezrozumiałych. Nie po raz pierwszy okazało się, że ważna jest nie umiejętność zadawania pytań, tylko rozumienia odpowiedzi... Na szczęście rzecz się działa we Włoszech, a nie na przykład we flegmatycznej Holandii. Mój rozmówca – o ile taki monolog można nazwać rozmową – gestykulując wściekle wytłumaczył mi wszystko rękami, jak sołtys krowie na miedzy.

- Grazie – powiedziałem i trafiłem bez pudła, dochodząc do placu z przeciwnej strony, niż reszta wycieczki...

Tu, w Arles, mam może większe szanse na dogadanie się, ale nie wiem o co pytać, bo szczegółowego planu wycieczki nikt nie ujawnił. Idę więc na wyczucie i na azymut, bo zza zakrętu wyłania się wysoki obelisk zdobiący, jak się okazuje, niewielki plac Republiki. Przed cokołem akordeonista gra – jak mi się wydaje – włoskie melodie, a nasza wycieczka słucha opowieści przewodniczki. Opodal widać budynek merostwa i niewielki średniowieczny kościół świętego Trofima, z bardzo dekoracyjna fasadą. Świątynia jest, z polskiej perspektywy – bardzo stara, bo wzniesiono ją głównie z XI i XII wieku, wokół pierwszej bazyliki z V w., wówczas poświęconej pierwszemu męczennikowi – św. Stefanowi. Bo chyba francuski Étienne – Stefan – to to samo co nasz Szczepan? Obecny romański kształt pochodzi z XI i XV wieku. Jej patronem jest święty biskup Arles z III wieku, a budował ją inny święty – Hilary, kardynał i biskup Arles z V wieku. W środku jednonawowe, ciemne wnętrze, wiele zabytków i  pozostałości średniowiecznych, w tym – w osobnej kaplicy – relikwie wczesnochrześcijańskich świętych.

Włóczymy się po starówce, wreszcie docieramy na Place du Forum. Na środku stoi pomnik Mistrala, a na wschodniej pierzei placu żółtymi kolorami zaprasza „Café van Gogh”. Taką nazwę lokal ma od 2004 r., przedtem nazywał się „Café de la Nuit”, a reklamuje się jako kawiarnia, związana z van Goghiem. Faktycznie, „Nocna kawiarnia” to jeden z najbardziej znanych obrazów holenderskiego mistrza, a jego związki z Arles są bardzo ważnym elementem jego życiorysu.

Chyba Henri Toulouse-Lautrec namówił Vincenta van-Gogha do wyjazdu na południe Francji, gdzie są niezrównane kolory, wspaniały klimat i przyjaźni ludzie. Przyjechał do Arles w lutym 1888 r. i już zaczęło się pechowo – Prowansja była pod śniegiem... Początkowo mieszkał kątem w różnych miejscach, wreszcie we wrześniu 1888 r. osiadł w Żółtym Domu przy placu Lamartine, gdzie za 15 franków miesięcznie miał do dyspozycji cztery pokoje w prawym skrzydle domu. Mieszkał w Arles ponad rok, niekiedy podejmował krótkie wycieczki w pobliskie okolice, także do Camargue, namalował tu przeszło 200 obrazów – i nie sprzedał ani jednego. Myślał, że mieszkanie w Żółtym Domu stanie się azylem także dla innych artystów, ale udało mu się namówił do przyjazdu tylko Paula Gauguina. Pod koniec 1888 r., po dwu miesiącach wspólnego mieszkania między artystami zaczęło dochodzić do poważnych sprzeczek, wreszcie 23 grudnia van Gogh rzucił się na przyjaciela z brzytwą. Gauguin uciekł i wynajął pokój w hotelu. Tej samej nocy van Gogh tą samą brzytwą odciął sobie część ucha, zapakował w papier i chciał podarować znajomej prostytutce Rachel. W efekcie trafił do szpitala Hôtel Dieu w Arles, gdzie stwierdzono u niego ciężką chorobę psychiczną. Jeszcze dwukrotnie leczył się w Arles, ataki furii, halucynacje i bezsenność jednak powracały, a mieszkańcy Arles pisali petycje do władz, by niebezpiecznego furiata wywieźć z miasta. W końcu dobrowolnie wyjechał do szpitala psychiatrycznego w St.Rémy-de-Provence. Jak wiemy, kuracja okazała się w sumie nieskuteczna – niespełna rok po wyjeździe z Arles malarz popełnił samobójstwo w Auvers-sur-Oise, na północ od Paryża.

 

   

 

Żółty Dom został zniszczony w czasie amerykańskiego bombardowania Arles pod koniec II wojny światowej, podobnie jak kawiarnia przy placu Forum i jak malowniczy most w Langlois, chętnie przezeń kilkakrotnie malowany. Pokój van Gogha, według jego znanych obrazów został znakomicie zrekonstruowany kilkadziesiąt metrów od miejsca gdzie się znajdował, przy Rond point des Arènes. Kilka lat temu odbudowano most w Langlois, na przedmieściach Arles, a teraz siedzimy w odbudowanej kawiarni, w miejscu, gdzie kiedyś malował van Gogh.

Piję pastis i myślę, co tych wszystkich ludzi tutaj ściąga: jest tu spora część naszej grupy, kilkunastu Japończyków, Niemcy... Legenda van Gogha? Genius loci? ale przecież to wszystko nie ma nic wspólnego z van Goghiem, z tym co naprawdę malował. To nie jest tak jak w paryskiej Closerie de Lilas, gdzie można usiąść przy tym samym stoliku, przy którym siadywał Ernest Hemingway. A więc co, snobizm? No, niechby. Lepiej się snobować na van Gogha i Hemingwaya niż na Dodę i Majdana.

Wąskie uliczki starówki Arles doprowadzają nas w końcu do najstarszych z zachowanych zabytków: rzymskiej areny, na której odbywały się dawniej walki gladiatorów, a dziś czasami jej piasek spływa krwią byków, zabijanych tutaj zgodnie z rytuałem hiszpańskim. Budowla uchodzi za jedną z najstarszych inwestycji rzymskich w Galii i datowana jest na lata 90-80 p.n.e, czyli na okres panowania Hadriana, a zatem jest tylko kilka lat młodsza od rzymskiego Kolosseum. Sama arena ma kształt elipsy o długości 136 metrów. Widownia mogła pomieścić do 20 tysięcy widzów - co wydaje się liczbą ogromną wobec faktu, że współczesne Arles ma ok. 50.000 mieszkańców. Ale nie należy wyciągać zbyt pospiesznych wniosków! W czasach rzymskich liczba ludności wynosiła w IV w. 10 tys. osób, a sto lat później – już 40 tysięcy! Wokół areny, między siedzeniami, jest 180 wyjść, dzięki którym cały tłum mógł opuścić amfiteatr w ciągu kilku minut.

Parę kroków od areny znajdują się ruiny rzymskiego teatru. Powstał w czasach Augusta, ok. 20 r. p.n.e. On ucierpiał znacznie bardziej niż arena – od 5 w. n.e. biskupi Arles zabronili wykorzystywać go dla wszetecznej sztuki aktorskiej, potem zaczęto go traktować jako skład materiałów budowlanych przy wznoszeniu kościołów, a także domów miejscowych dostojników. Zostały nienaruszone tylko dwie korynckie kolumny, spośród ośmiu zdobiących niegdyś scenę. Arlezjanie nazywają je Dwie Wdowy... Teraz teatr jest intensywnie remontowany, a nawet w takim przejściowym stanie jest wykorzystywany w czasie rozmaitych przedstawień i występów, szczególnie pięknie współgra z głównymi imprezami lipcowego Festiwalu Sztuki, a także w czasie Prowansalskiego Przeglądu Folklorystycznego, kiedy wybierana jest m.in. Królowa Arles...

Z tyłu, za Dwiema Wdowami są schodki i niewielka platforma, na której upozowują się do fotografii turyści. Patrzę na ten teatr pamiątkarski i myślę, jakie dziwne to miasto. Rola jaką odgrywało i odgrywa Arles od blisko 3 tysięcy lat jest znacznie większa od wielkości miasta. Co prawda, gmina Arles jest największa we Francji pod względem powierzchni (Paryż zajmuje 113 miejsce...), ale znaczna część jej obszaru to rozlewiska i łąki Camargue. Ulokowane w wierzchołku delty Rodanu, stanowi klucz do tego terenu, a jednocześnie jest ważnym punktem po drodze z Włoch do Hiszpanii, z Paryża i Berlina do Santiago de Compostella. Ma przy tym kapitalny klimat – zimą jest tu średnio 11 stopni, w lipcu i sierpniu – powyżej 30.

Jakoś tak przez te pielgrzymki Cyganów od XIX wieku z nimi się to miasto kojarzy, choć na ulicach ani Cyganów ani ciemnoskórych Afro-Francuzów w większej liczbie nie widać. Pewno znów to zasługa literatury i sztuk wszelakich, bo piewca Prowansji Alphonse Daudet napisał kiedyś mało znaną sztukę „Arlezjanka”, do której bardzo hiszpańsko-cygańską muzykę stworzył George Bizet. No, a Bizet to także „Carmen”, Carmen to Cyganka, więc... „Arlezjanka” van Gogha także ma rysy starej Cyganki, no a doroczne majowe święta Arles, podczas których odbywa się parada gardians - tutejszych ujeżdżaczy koni z Camargue i osób pilnujących czarnych byków - to przegląd najwspanialszych typów cygańskich męskich – i kobiecych, w czasie wyborów królowej...

Tuż poza miastem leżą Alyscamps, nieco zniekształcona po prowansalsku wersja Pól Elizejskich, ale nie tej alei paryskiej, tylko miejsca zadumy i smutku, dokąd udają się dusze zmarłych. Tutaj właśnie znajdowała się słynna już w czasach galijskich nekropola, gdzie chowano Celtów, Liguryjczyków, Greków i Fenicjan, potem oczywiście Rzymian, zaś od IV wieku – chrześcijan. Wtedy powstało tu całe miasto umarłych, z siedemnastoma kościołami i kaplicami, a o niesamowitej atmosferze tego miejsca wspomina nawet mistrz Dante Alighieri w IX pieśni „Piekła”. Był to może najważniejszy cmentarz południowej Europy, według legendy pochowano tu najwaleczniejszych bohaterów bitwy z Saracenami pod Roncesvalles w 778 r. – Rolanda i Oliviera, a przez całe średniowiecze być pochowanym w Alyscamps to był prawdziwy szpan. Bywały dni, że Rodanem – jak Gangesem – spławiano do Arles kilka trumien... W Alei Sarkofagów stało niegdyś 1000 grobowców – dziś pozostało tylko część, są puste i w większości mniej zabytkowe: te cenniejsze trafiły do muzeów.

Czas wolny przed opuszczeniem Arles wykorzystujemy na obejrzenie Espace van Gogh. To właśnie tutaj był szpital, w którym rozpoznano jego chorobę. Dziś jest tu pełne kwiatów podwórko i galeria multimedialna, pod arkadami butiki z książkami o mistrzu i reprodukcjami jego dzieł.

Przy sąsiedniej, maleńkiej uliczce kupuję owiany legendą nóż Opinel, o którym wciskają mi kit, że to tradycyjny prowansalski nóż pasterski. Akurat... Rzeczywiście, wzorem były tu pasterskie koziki, ale raczej z Alp niż z Prowansji. Patent opracował dopiero w 1890 r. Joseph Opinel z St.Jean-de-Maurien w Sabaudii, a poza kształtem i ostrzem przypominającym brzytwę jego cechą specyficzną jest swoiste zamknięcie, proste i skuteczne, w postaci niezamkniętej obrączki, które po obróceniu zabezpiecza nóż przez nieoczekiwanym zamknięciem – lub otworzeniem. Sprzedają go w kilku rozmiarach, od 6 do 12, jako miłośnik tendencji centrowych kupuję nr 8, o długości ostrza 8,5 cm.

Opinel nr 8

Pora wracać. Autokar podjeżdża przed Hotel Juliusza Cezara w momencie, kiedy spadają pierwsze krople deszczu. Wracamy na ostatnią noc do Awinionu.

 

Dalej