Przedwiośnie po prowansalsku
Z Zakopanego do Awinionu, 29-30 kwietnia 2007
Jakoś tak i chciałem i nie chciałem do tej Prowansji. Mnóstwo roboty, ważnej i terminowej do wykonania w domu, sprawy rodzinne i nie dogadane z własnym kręgosłupem kwestie współpracy – wszystko to w zasadzie powinno mnie skłonić do pozostania w Nowym Targu. Z drugiej strony jednak – Prowansja zawsze jest Prowansją i nie można tak sobie obojętnie z niej zrezygnować. Po drugie – ten plener stanowił realizację części mojego planu wyjazdu z 2001 roku, który wtedy wziął w łeb. Więc pojechałem.
Z każdym kilometrem
przejechanym w stronę granicy z Niemcami
powoli
traciłem nadzieję, że słodka Francja powita nas słońcem i ciepłem. Nad żółtymi
polami rzepaku pięknie komponowały się pękate ciemne chmury, od czasu do czasu
pokapywał deszcz i robiło się coraz chłodniej. Dzięki nowej autostradzie do
Wrocławia droga zrobiła się jakaś przyjaźniejsza i nawet najbardziej poziome
schody Europy – jak zwykle nazywaliśmy ostatni, przygraniczny odcinek,
wybudowany jeszcze w czasach Hitlera – przemknęły niezauważone. A może po prostu
autokar miał dobre resorowanie. Mimo długiego, majowego weekendu na granicy w
Jędrzychowicach nie ma nikogo. Krótka kontrola i już jesteśmy w obrębie układu z
Schengen.
Podobno za rok tej
granicy już nie będzie. Jakoś nie mogę w to uwierzyć. Wciąż mam wrażenie, że
jesteśmy w tej unii przez protekcję i wciąż mamy status niepełnosprawnego,
ubogiego kuzyna, którego się toleruje, bo to jednak rodzina, ale którego lepiej
omijać wzrokiem i gestem. Polityka obecnych władz jest oczywiście na rękę tym
wyniosłym „starym” Europejczykom, którzy w każdym przemówieniu Kaczyńskich, w
retoryce Giertycha, w paranoicznych pomysłach ustawodawczych widzą potwierdzenie
tego, że tych dzikich Scytów nie należy wpuszczać na salony, bo co krok to
niezręczność, co słowo to faux pas... W dodatku zamknięcie się w dusznym
salonie polskim, w którym zamiast utworów Mozarta i Szymanowskiego słychać
dźwięki gry w salonowca teczkowego (na każdy tyłek można zrobić teczkę w IPN...)
powoduje całkowite abstrahowanie od wyrównywania standardów, od ujednolicania
prawa, od zabezpieczania unijnych granic
przed
infiltracją ze Wschodu. Odnoszę wrażenie, że gdyby Kaczyńscy nie byli więźniami
własnej antyrosyjskiej – antykomunistycznej (co wygląda na tożsame) retoryki,
która każe im prężyć wątłe torsiki, stawać na paluszkach i zza bezpiecznego muru
brukselskiego wymachiwać dziecięcą szabelką w stronę ruskiego misia – to prędzej
mielibyśmy otwartą granicę z Rosją Putina, Ukrainą Janukowycza i Białorusią
Łukaszenki, niż z krajami Unii. Chciałbym być fałszywym prorokiem, ale wygląda
na to, że do układu z Schengen dopuszczą w przyszłym roku Słowację, Czechy,
Węgry, Słowenię – a my nadal będziemy się lustrować. Bo przecież nic nie stoi na
przeszkodzie, żeby pisiarze przedłożyli projekt ustawy, w myśl której do układu
z Schengen mieliby prawo tylko ci obywatele, którzy nie mają teczki w IPN, a
pozostałych przez granicę się nie przepuści. No bo będą tam komuszyć i agencić
na rzecz KGB... Nie ma już KGB? To się reaktywuje...
Niemcy
w nocy i w deszczu. Drezno chyba przespałem, widzę drogowskazy na Norymbergę,
ale jedziemy w stronę Manheim, więc w pewnym momencie zauważam Schweinfurt. Stąd
już tylko rzut beretem do Wolfganga w Würzburgu. Naprawdę, myślę, powinienem
jakoś częściej ruszać się z chałupy, przecież te 1000 km przy takiej drodze to
jest naprawdę pikuś, i przy odrobinie dobrej woli (i kasy..) można by co któryś
długi weekend zameldować się w Bürgerstuben St. Kilian. Ciekawe, co by Wolfie
powiedział, jakby zaprosić go tam na kolację? Miło wspominam atmosferę tamtych
rozmów sprzed siedmiu lat, no i smak „reńskiego” znad Renu...
Mieliśmy początkowo jechać przez Słowację, Austrię i Włochy, ale zdaje się z przyczyn oszczędnościowych tniemy niemieckimi darmowymi autostradami w stronę Francji, gdzie już trzeba będzie płacić. Słowacja, Austria i Włochy mają winiety lub opłaty, więc w sumie zyskujemy. To znaczy, zyskuje biuro podróży, my tracimy czas. Chyba benzynę też. Dla mnie to lepiej, bo tej trasy nie znam.
Dojeżdżamy do Renu i nadgraniczną autostradą pniemy się w górę, na południe, w stronę Alp. Na drogowskazach pojawia się Bazylea i Miluza. Przypominam sobie, że w zasadzie właśnie powinienem być w Bazylei i okolicach, w Genewie, Rapperswilu, Morges i przede wszystkim w Lozannie – wszędzie tam zapraszał mnie przedstawiciel tamtejszej Polonii, w imieniu własnym i ambasadora polskiego w Szwajcarii. Miałem mieć tam spotkania w związku z rocznicą śmierci Szymanowskiego. 70 lat temu w Lozannie... W sumie nikt tego zaproszenia nie odwołał, ale za to ambasadora odwołała pani Fatyga i szlag trafił wcześniejsze ustalenia. Pacta sunt servanda było dobre dla tych starorzymskich komuchów...
Słońce wstaje, gdy przejeżdżamy most na Renie. Jest 30 kwietnia 2007. Witaj, Francjo. Jesteśmy w Alzacji i jedziemy wzdłuż pasma Wogezów. To tutaj niedaleko znajduje się Saint-Dié-de-Vosges, niegdyś partnerskie miasto Zakopanego. Ciekaw, czy Zakopane jeszcze o tym pamięta, że kiedyś, za komuny, ponawiązywało kilka tego typu kontaktów licząc na pomoc i na to, że rządzący miastem działacze będą dostawać służbowe paszporty umożliwiające wyjazdy na ten kuszący, choć taki brzydki Zachód... Poza St. Dié, było to niemieckie Siegen, jakieś miasto w Holandii, które nam bardzo pomagało w stanie wojennym, a potem zostało wchłonięte przez coś większego, a to większe już z nami nie chciało mieć nic wspólnego, no i słowacki Poprad, w którego ożenku z Zakopanem miałem niejaki udział. I polski Sopot. I co z tego wynika? Ano, teraz dokładnie nic. Od czasu do czasu jakieś delegacje wymieniają uściski, strzelają korki szampana i życie toczy się dalej. Jak koła naszego autokaru przez Wogezy.
Naszą pilotką i przewodniczką jest Kazia Józefowicz, zakopiańska romanistka, szkolna koleżanka Lidki. Przed laty pomagała mi przygotować wykład o Tatrach jako źródle inspiracji artystycznej, tłumacząc go na francuski i szlifując moją wymowę. Dzięki niej w 1986 r. mój pierwszy pobyt w Paryżu i pierwszy (jedyny jak dotąd...) wykład po francusku dla Francuzów nie skończył się kompromitacją. Odwdzięczam się jej teraz występując przy autobusowym mikrofonie jako jej asystent. A więc mówimy ogólnie o Francji, o mijanych terenach i regionach, bo już się całkiem rozwidniło i załoga powoli się budzi. Jest nas prawie 50 osób, z czego większość młodzieży. Ale tylko ta dorosła mniejszość w ogóle patrzy za okno i słucha podawanych informacji.
Zawsze
się zastanawiałem, po co nam młodzież na tych plenerach. Sam przejazd jest dla
nich świetną okazją do zabawy, którą z pożytkiem dla wszystkich mogliby
realizować stacjonarnie, w domu czy gdziekolwiek indziej. Najpiękniejsze widoki
za oknem obchodzą ich tyle samo, co kiepski program oglądany przez rodziców w
telewizji, nawet mniej, bo nie można przełączyć kanału. Informacje praktycznie
zaś tylko o tyle, o ile dotyczą spraw bieżących: jedzenie, siusianie, długość
postoju... Dzięki Bogu, jedzie z nami Andrzej Mrowca, który od czasu do czasu
wstaje i idzie do młodzieżowej części autokaru pacyfikować co głośniejszych. Na
trochę skutkuje. Zastanawiam się, co by powiedzieli rodzice tych dzieci, gdyby
starsi na tej wycieczce postępowali równie bezceremonialnie i bez liczenia się
ze zdaniem innych, jak młodzież. Środek nocy, zdecydowana większość ludzi śpi, a
kilka panienek z gimnazjum rozmawia na cały autokar ze sobą, jakby były w szkole
na przerwie. Uciszam je, na chwilę skutkuje. Podejrzewam, że raczej mój ostry
ton, niż argument: przecież swoją rozmową przeszkadzacie tym, którzy chcą
spać... W najpiękniejszych okolicach, przy dłuższych trasach dzieciaczki
wrzeszczą, żeby im puścić film, najlepiej bajkę. No niby fajnie, ale gdybyśmy
tak ich zaczęli katować, bo ja wiem, beethovenowskimi nagraniami Karajana? W
końcu ja to lubię i też mam prawo oglądać to co chcę? Po przejściach w szkole
większość z nas jest sterroryzowana przez niechęć do zajmowania ostrego i
zdecydowanego stanowiska, cicho siedzi całe kierownictwo wycieczki. Na szczęście
Andrzeja to nie dotyczy - on jest z "Kenara", a u nas uczy niedawno, no i
reaguje normalnie: jak coś jest nie tak, to nie udaje, że jest tak...
Ale przy mikrofonie, jak się siedzi tyłem do gości, to w sumie jest wszystko jedno. Zresztą, tyle lat praktyki radiowej pozwala mi wykonywać to co mam do wykonania bez konieczności patrzenia na reakcje słuchaczy i w ogóle bez tych reakcji. W dodatku – jestem tu pierwszy raz, nie jestem specjalnie przygotowany i tylko czerpię z zasobów ogólnej wiedzy, którą jakoś posiadłem. Mało kto mi wierzy, że jeszcze tu nie byłem.
Miluza ma europejski port lotniczy, obsługujący między innymi Bazyleę, z którą kiedyś łączył ją eksterytorialny korytarz. Chyba w ubiegłym roku Szwajcaria podpisała porozumienie z Unią, że w zasadzie znosi na swoich granicach kontrolę dokumentów. Przypomina mi się, z jakim strachem dwa lata temu przemycaliśmy Asię z Francji do Szwajcarii, ze Szwajcarii do Lichtensteinu i z Lichtensteinu do Austrii – kiedy to uwierzyła (nie mnie!) że może nie szukać swojego paszportu, bo dowód jej wystarczy... Jedziemy najpierw wzdłuż kanału, łączącego Ren z Rodanem (Rhin – Rhône). Rodan jest niedaleko, bo niedaleko jest Genewa, gdzie ta piękna rzeka wypływa z Lac Leman. Ale nie widzimy go – dopiero za jakiś czas zacznie nam towarzyszyć w drodze.
Na razie gdzieś daleko majaczy nam Belfort i Besançon, za którym niebawem dojeżdżamy do Autostrady Słońca – łączącej Paryż z Marsylią. Odtąd już będziemy jechać na południe, w coraz piękniejszą pogodę, przy coraz wyższej temperaturze. Niestety, tylko tego dnia... Po lewej stronie widzimy od czasu do czasu połyskujące lustro Saony, która jest najdłuższym dopływem Rodanu,
Jesteśmy
w Burgundii. Mijamy miasto Macon i wjeżdżamy w obszar o znanej miłośnikom wina
nazwie Beaujolais. W zasadzie tak sobie myślę, że prawdziwy miłośnik wina
powinien produkty znad Saony omijać szerokim łukiem. Badziewne jest to
niesłychanie i żadne kampanie reklamowe mnie do tego wina nie przekonają. Wino
Beaujolais – głównie czerwone - produkowane tu na powierzchni ponad 20 tys.
hektarów w ilości ponad milion hektolitrów rocznie ze szczepów Gamay, w
południowej części regionu gdzie przeważają gleby gliniasto-wapienne ma smak
cierpki i nadaje się do spożycia przez co najwyżej 3 lata. Jest dość mało
smaczne, ale w sumie jako takie, średniej jakości. Natomiast szczególnym
zjawiskiem jest Beaujolais Nouveau, a zwłaszcza Beaujolais Primeur.
Jest to wyjątkowe świństwo, ale dzięki intensywnej reklamie wszyscy udają, że im
smakuje. Primeur jest butelkowane od razu po procesie winifikacji, w
efekcie czego trzeba je wypić najpóźniej w 3 miesiące od daty produkcji.
Nouveau dojrzewane jest przez rok i musi być wypite w ciągu 10 miesięcy.
Od kilku lat na skutek intensywnej kampanii reklamowej urządzane jest na całym świecie święto Beaujolais Nouveau w pierwszy piątek po 15 listopada. Wtedy spija się całe hektolitry cienkiego sikacza w butelce z jarmarczną etykietką, kosztującego wówczas w Polsce ok. 30 złotych, co jest zupełnym zdzierstwem, jako że we Francji w tym czasie można je kupić za 2 euro. Primeur – jeszcze gorszy od nouveau – jest znacznie droższy, sprzedają go za 15 euro. To jest też dobry chwyt reklamowy – jak nie możesz sprzedać za 5 złotych – podnieś cenę na 50 i powiedz, że masz mało…
Wzgórza
Masywu Centralnego zostają za nami i wjeżdżamy do Lyonu. Autostrada tym
razem nie omija miasta i przebiega przez jego zachodnią część, pozwalając
oglądać nawet – co prawda z daleka - kawałek starówki. To jedna z największych
aglomeracji we Francji, miasto stanowiące klucz do południowej części tego
kraju. Tradycyjnie Lyon uważa się za największy francuski ośrodek tkacki i
motoryzacyjny – to tutaj produkuje się najwięcej samochodów renault. Ale dla
mnie z Lyonem kojarzy się zupełnie inna fabryka: fabryka, gdzie powstało kino.
To przecież właśnie tutaj urodzili się i wychowali bracia August i Louis Lumière,
których ojciec miał w Lyonie fabrykę i właśnie dokument Wyjście robotników z
fabryki, tej fabryki, był pierwszym filmem w historii kina. Z mojej „branży”
jeszcze dwie ważne osoby wywodzą się z Lyonu, pisarze Antoine de Saint-Exupéry
(który patronuje liońskiemu lotnisku) i Eric-Emmanuel Schmitt, autor m.in.
Oskara i pani Róży. Tutaj też pierwsze swoje kompozycje tworzył urodzony w
Lyonie Jean Michelle Jarre.
Udaje
mi się dostrzec – a przynajmniej mam takie wrażenie – miejsce, gdzie od lewej,
wschodniej strony dopływa Rodan i niemal w centrum Lyonu łączy się z Saoną. Jest
teraz naprawdę potężny i można łatwo uwierzyć w to, że choć nie jest najdłuższą
rzeką Francji (to miano przysługuje Loarze), to jest rzeką największą, niosącą
najwięcej wody. Będzie nam towarzyszyć przez kilka najbliższych dni naszej
podróży.
Długi czas jedziemy równolegle do wielkiej rafinerii, która sama w sobie tworzy malowniczy, choć dość technicystyczny widok, ale że położona jest wzdłuż autostrady – projektanci zaopatrzyli ją w nawiązujące do charakteru obiektu dzieła sztuki i ozdoby. Potem Lyon zostaje w tyle, a my wypatrujemy miejsca, gdzie zacznie się Prowansja.
Parking,
nazywany Bramą Słońca pozwala nam chwilkę odpocząć rzeczywiście na słońcu
i w cieple. Swetry i bluzy zostają w autokarze, szukamy kwiatów i zapachu
Prowansji, ale to jeszcze za wcześnie… Jednak widać już pierwsze pinie,
pojawiają się cyprysy i krajobraz robi się coraz bardziej górzysty. Droga powoli
wznosi się szerokimi łukami, by wreszcie osiągnąć przełęcz. Po lewej szare skały
i porośnięte drzewami góry przypominają Beskidy. Rzut oka na mapę potwierdza
moje przypuszczenia: to pasmo Drôme, klucz do Prowansji. Jesteśmy już za
progiem.
Prowansja to teraz
jedna z wizytówek Francji, wraz z Lazurowym
Wybrzeżem
(które raz jest do niej włączane, a raz traktowane jako osobna kraina)
najtłumniej odwiedzana część kraju. Wielce przyczynił się do tego w ostatnich
czasach Anglik, Peter Mayle, który swoimi książkami (pierwszy był Rok w
Prowansji) pokazał jak piękny to kraj i jaki ciekawy, także poza tymi
najbardziej znanymi ośrodkami. Ale człowiek ma już to do siebie, że zanim
zacznie poszukiwać dzikich ostępów i nieodkrytych jeszcze wiosek, zbiera
wrażenia z najbardziej znanych miejsc, stanowiących główne punkty regionu. Tak i
my mamy w planie podążenie owczym pędem za stadami wycieczek (na szczęście w tym
sezonie nie jest ich zbyt wiele) i nadzieję, że może kiedyś wrócimy tu na dłużej
i poznamy ten kraj głębiej.
No właśnie, kraj. Z jakim polskim słowem kojarzy się nam Prowansja? – pytam młodzież. Z prowincją – odpowiada któryś, a reszta się śmieje, że mnie tak zażył z mańki. Bingo – odpowiadam, a oni już nie wiedzą, czy mówię serio, czy podejmuję dowcip. Ano właśnie, prowincja. Ale to słowo u nas ma wydźwięk pejoratywny, a w czasach rzymskich oznaczało po prostu teren poza metropolią, poza Italią. Pierwsza Provincia Romana, dzisiejsza Prowansja, była to pierwsza podbita przez Rzymian część Galii, nazywana Galią Narbońską, od miasta Narbonne. Rzymianie znaleźli tu piękny klimat, zagospodarowane tereny i uprawy roślin, które świetnie znali – oliwek i winorośli. Przywieźli je tu głównie Grecy, pierwsi koloniści na tych terenach, którzy już w 6 wieku p.n.e. założyli tu pierwsze miasta i porty: Massalię – Marsylię, Antipolis – Antibes, Nikaję – Niceę czy Monoikos – Monako.... W głębi kraju nadal panoszyli się Ligurowie, wywodzący się z północno-zachodniej Italii, którzy osiem stuleci przed Chrystusem dotarli wybrzeżem do rejonów południowej Prowansji i napotkali tu silne plemiona celtyckie, później nazywane Galami, które dotarły tu z północy, wypierając spokojnych rodzimych pasterzy neolitycznych. Wojny skończyły się wspólnym działaniem, no bo nic tak nie łączy jak wspólny wróg... A poza Grekami na południu, od zachodu zaczynali łakomym okiem patrzeć na Prowansję Rzymianie, delikatnie flirtujący z Grekami. A potem ante portas stanął fenicki wódz Hannibal i jego słonie. Grecy w konflikcie opowiedzieli się po stronie Rzymian, a w nagrodę ci ostatni w 212 r. p.n.e. ustanowili w Masalii rzymską załogę... Co prawda - opłaciło się, bo Celto-Ligurowie, siedzący w nieodległej warowni Entremont źle obliczywszy szanse, postanowili zaatakować kwitnący port. Rzymianie przyszli z braterską pomocą, Entremont obrócili w perzynę, no i swoim zwyczajem na jego gruzach (a dokładniej – nieco na południe od brzydko pachnących ruin) wznieśli swoją, w pełni rzymską osadę. Ponieważ powstała wokół malowniczego źródła wody termalnej, a urządzał ją konsul imieniem Sykstus, pierwsze rzymskie miasto w Galii nazwano Aquae Sextiae - Wody Sykstusa. Po wiekach nazwę skrócono, a potem powiązano z nową prowincją i dziś znamy je jako Aix-en-Provence. Cieplica Sekstusa działa w nim nadal...
A ponieważ Celto-Ligurowie nadal podnosili głowy, Rzymianie zaczęli budować między Alpami a Pirenejami kolejne garnizony i powoli utworzyli swoją pierwszą pozaitalską prowincję – Galię Narbońską. I gdy Juliusz Cezar wkroczył tu w 58 r. p.n.e. – w zasadzie nie było już czego podbijać. Kłopoty z Galami miał, jak wiadomo nieco bardziej na północ, tutaj Rzymianie po prostu ustanowili swoją administrację i swój ustrój polityczny. Ale ślady owej trwającej 600 lat pokojowej okupacji tereny, oficjalnie już nazywanego Provincia Romana napotykać będziemy przez cały czas trwania naszej wycieczki. Nie całkiem a propos, ale przypomina mi się Cezar: Galia est omnes divisa in partes tres, quarum unum incolunt Belgae, aliam Aquitanii, tertiam, qui ipsorum linguae Celtae nostri Galii appeluntur. I właśnie tę trzecią część Galii przemierzamy od dzisiaj.
Rzymska władza nad Prowansją jakoś tak rozlazła się zaraz po chrześcijańskiej konfesji Konstantyna. Przez jakiś czas na Pomorzu Śródziemnomorskim współistnieli sobie Rzymianie i chrześcijanie, obok rzymskich aren i teatrów powstawały wczesnoromańskie kaplice, sama nazwa zresztą wiąże tę epokę budownictwa z Rzymem, potem zaczęły się kłopoty z Germanami – z dalekiej, skandynawskiej północy ciągnęli Burgundowie i Longobardowie (dając początek ziemiom jakże mało kojarzonym z Germanią – francuskiej Burgundii i włoskiej Lombardii), ze wschodu, wypierani przez Hunów szli na zachód Ostrogoci i Wizygoci, wreszcie całe to towarzystwo wziął za twarz najpotężniejszy z Franków, Germanin jak się patrzy – Karol Wielki, który stworzył cesarstwo Franków. Jego częścią stała późniejsza Francja, biorąca nazwę od owych Germanów.
Z Akwizgranu jednak, gdzie mieszkał cesarz, do Marsylii, Awinionu i Arles było daleko. Buntowali się przeciw Frankom mieszkańcy Galii Narbońskiej, ale po brutalnej pacyfikacji trzech największych miast przycichli. Rządy Franków nad Prowansją, trwające zaledwie do śmierci Karola, pogłębiły jeszcze niechęć do najeźdźców i podkreśliły ogromne różnice w kulturze i obyczajach.
W ostatnich wiekach pierwszego tysiąclecia najeżdżał Prowansję kto chciał, ale nikt długo tu nie popasał. Pustoszyli dorzecze Rodanu Normanowie, w 924 r. zapuścili się to nawet Madziarowie, bestialsko plądrując Nîmes, najwięcej jednak we znaki dali się mieszkańcom Saraceni, których naiwni Prowansalczycy chcieli mieć za sojuszników przeciw Frankom, ale jak to zwykle bywa – sojusznik przekształcił się wkrótce w okupanta, trzeba było przed nim uciekać do wysoko położonych, ufortyfikowanych miasteczek, wreszcie pod koniec X wieku hrabia Wilhelm z Arles zadał najeźdźcom zdecydowany cios koło Saint Tropez, wycinając w pień wojska Saracenów, chroniące się w masywie górskim, znanym do dziś jako Massif des Maures – Góry Maurów.
Spokój zapanował w XI wieku, kiedy to Prowansja weszła w skład Cesarstwa Rzymskiego, rządzonego przez władców niemieckich, którzy jednak do lokalnych księstewek niewiele się wtrącali. Od XI wieku teren między Alpami a Rodanem zarządzany jest przez miejscowych panów, których sukcesorami z początkiem XI stulecia stają się hrabiowie Barcelony. Pierwszym władcą Prowansji został z początkiem XIII wieku Katalończyk Raymond Beranger V, który założył stolicę w Aix i miał nadzieję stworzyć wielkie imperium śródziemnomorskie. Jego córka Beatrycze wyszła za mąż za Karola Andegaweńskiego i od połowy XIII w. panowie d’Anjou zdobywają tytuł hrabiów Prowansji. Znaczy to bardzo wiele.
Wywodzili się znad Loary i w wiekach średnich stanowili najbardziej szacowny i skoligacony ród w Europie. Byli skromni, gdzie trzeba i wielcy, gdzie można. W czasie, gdy we Francji i ościennych krajach karty rozdawał wcale niepiękny Filip Piękny, wsławiony przeniesieniem stolicy papiestwa z Rzymu do Awinionu i brutalnym skasowaniem zakonu templariuszy – prowansalscy przedstawiciele Andegawenów siedzieli cicho w Aix i zajmowali się propagowaniem sztuki, korzystając zresztą z wpływu, jaki na rozwój artystyczny tego regionu miał dwór papieski. Warto tutaj przypomnieć, że jeden przedstawicieli tego rodu - Karol Robert Andegaweński został królem węgierskim, zapoczątkowując dynastię, która miała wielkie europejskie plany, realizowane ze zmiennym szczęściem. Ożenił się z córką Władysława Łokietka, jego syn Ludwik był królem Węgier i Polski, a wnuczka Jadwiga odziedziczywszy po stryju tron Polski, wyszła za mąż za Władysława Jagiełłę. Z ziemi prowansalskiej do Polski? Nie koniecznie – Karol Robert to była inna linia, Prowansalczycy nie mieli aż takich ambicji, ograniczając swoje wpływy do basenu Morza Śródziemnego. To też nie było mało....
Po latach niewoli awiniońskiej wszystko wróciło do normy, papieże pojechali zurück do Rzymu – a sztuka pozostała. Z początkiem XV wieku hrabia Ludwik II Andegaweński założył w Aix słynny uniwersytet, zaś jego syn, zwany Dobrym Królem René, zasłynął w całej Europie jako wybitnie kulturalny, wykształcony i prawdziwie dobry człowiek. Niestety, te cechy, choć sympatyczne, nie uczyniły zeń w zasadzie dobrego władcy, przewidującego i troszczącego się o swój kraj. Po jego śmierci w 1480 r. Prowansja straciła niezależność – choć jeszcze przez trzy stulecia zachowała autonomię. Powoli traciła jednak odrębność polityczną, kulturową, wreszcie językową. Czasy średniowiecznych trubadurów, którzy jeżdżąc od zamku do zamku sławili piękne damy i rycerskie czyny w pięknym języku prowansalskim, stanowiącym wspólny mianownik dla łaciny, włoskiego, francuskiego i katalońskiego –– odeszły w przeszłość. W 1790 roku w czasie Rewolucji Prowansję ostatecznie wcielono do Francji.
I,
jak to już powiedziałem, obecnie jest perłą w koronie pana prezydenta
Sarcozy’ego. Ale jak przyjechaliśmy do Prowansji trwała jeszcze kampania
wyborcza, choć w zasadzie gdyby nie ogólna wiedza polityczna i informacje Kasi
Józefowicz – pewno byśmy o tym nie wiedzieli. Na palcach można by policzyć
miejsca, gdzie przystojny, choć nieco kurduplowaty Sarcozy, szczycący się piękną
żoną która kiedyś go rzuciła ale wsparła go w kampanii, pokazujący się z dziećmi
nie koniecznie własnymi i manifestujący przyjaźń z Gerardem Depardieu konkuruje
z bardzo elegancką socjalistką, Ségolène Royal. Socjalistka z taką urodą, taką
klasą i z takim nazwiskiem bo nie może być prawdziwa socjalistka. Plakatów mało,
spotkania wyborcze owszem, nawet niedaleko nas, w Drôme, było takie z Royal, ale
i tak głównie naoglądałem się ich w czasie dyskusji telewizyjnej, którą
śledziłem w barze w Awinionie. Niewiele rozumiałem, ale Ségolène wyglądała
super. Więc wygrał Sarcozy.
Ale do współczesnej prezydencji mamy teraz bardzo daleko. Przez najbliższe dni będziemy wędrować po średniowieczu, początkach chrześcijaństwa i oczywiście epoce rzymskiej.
Pierwsze
rzymskie miasto na terenie Prowansji mijamy po prawej stronie. To Orange,
założone w 35 r. p.n.e. jako kolonia dla emerytowanych rzymskich żołnierzy II
Legionu Galijskiego. Mijamy – a więc trzeba będzie przyjechać innym razem, żeby
obejrzeć najstarszy, utrzymany w doskonałym stanie antyczny teatr sprzed 2
tysięcy lat, i jego słynną fasadę, liczącą przeszło 100 metrów szerokości. W II
w. n.e. teatr codziennie dawał inne przedstawienia – komedie, pantomimy,
recytacje, sztuki cyrkowe...
Jeszcze większy żal mnie ogarnia, gdy widzę jak nasz
autokar z prędkością 120 km na godzinę mija skrzyżowanie, na którym od
Autostrady Słońca odchodzi w prawo szosa opatrzona drogowskazem, na którym widzę
napis: Châteauneuf-du-Pape. Tu znajduje się jedna z
najsłynniejszych winnic Francji, gdzie powstaje wino,
uchodzące
za najlepsze w naszej części świata. A może i w całej Galaktyce. Tutaj, na
obszarze zaledwie 3100 hektarów, na żwirach i piaskach rosną wspaniałe
winogrona, które dają wino Châteauneuf du Pape, o niezrównanym smaku. Trunek z
tych okolic – pierwszy, który otrzymał (w 1923 r.) certyfikat oryginalności
nazywany tu apelacją (na butelce znak AOC -
appellation d'origine contrôlée)
– produkuje się z mieszaniny trzech, siedmiu albo (rzadko!) trzynastu szczepów
winogron –Grenache, Mourvèdre, Cinsault, Muscardin, Cournoise, Clairette,
Bourboulenc, Picpoul, Roussanne, Terret Noir, Picardan, Vaccarese oraz mój
ulubiony syrah, poza Francja nazywany z perska shiraz. Wino jest
oczywiście czerwone, wytrawne o bardzo intensywnym smaku (można wyczuć wanilię,
cynamon, żurawiny), no i dość mocne. Pija się je do dziczyzny, smażonej
wołowiny, sera roquefort i langres. Najlepsze jest przechowywane
od pięciu do dwudziestu lat. Polecane są roczniki 2004, 2003, 2000, 1998, 1995,
1990, 1989, 1988. A wszystko to zawdzięczamy oczywiście papieżom, lubiącym
niezłe trunki, a szczególnie Janowi XXII (nazywanemu czasem „papieżem wina”),
który tu właśnie, nieco na północny zachód od swej oficjalnej rezydencji
wybudował sobie takie podawiniońskie Castel Gandolfo i skłonił wieśniaków do
produkcji tego boskiego trunku. Papież był synem szewca z Cahors pod Pirenejami,
gdzie do dziś głównym zajęciem ludności jest produkcja wina... Nazywał się
Jacques d’Euse, był wychowawcą – a potem protegowanym króla Karola
Andegaweńskiego z Neapolu
i nieco podstępnie w 1316 r. zdobył tron
Piotrowy:
po dwuletnim bezpapieżu, kiedy to Klemensa V dotknęła klątwa
templariuszy, na konklawe w Carpentras koło Awinionu rozpuścił pogłoskę, że jest
ciężko chory i przy swoich 70 latach długo nie pożyje, więc kardynałowie,
których
miejscowy hrabia zamknął w sali i zagroził zagłodzeniem, jeśli szybko nie będzie
nowego papieża – wybrali go, licząc na dobrą kolację i rychłe następne wybory.
Jan XXII rządził jednak w Awinionie przez 18 lat, a głównym efektem tych rządów
była wspaniała winnica przy letniej rezydencji. Wsławił się także tym, że
publicznie twierdził, iż piekło nie istnieje, czego musiał się wyrzec na łożu
śmierci, gdyż kapelan papieski nie chciał papieżowi o takich poglądach udzielić
ostatniego namaszczenia...
W miasteczku jest ładna, choć bardzo skromna średniowieczna starówka, gdzie co krok są winiarnie, a na wzgórzu wznoszą się ruiny Château du Pape – dawnej rezydencji letniej papieży, zniszczonej przez protestantów w końcu XVI wieku.
Mija południe, kiedy wjeżdżamy do Awinionu. Rezydujemy w nowym, świetnie urządzonym położonym tuż przy murach miejskich hotelu Etap. Tutaj spędzimy trzy noce.