Przedwiośnie po prowansalsku (3)
Luberon, 1 maja 2007
Jeśli Galia est omnes divisa in
partes tres..., to owo zdanie Cezara dotyczy także samej Prowansji. Trzy
części tej krainy różnią się od siebie zdecydowanie i jedyne co je łączy to
tradycja: i ta galijsko-rzymska, i ta współczesna, turystyczna. Cały ten obszar,
obejmujący mniej więcej teren od granicy włoskiej (nieco umownej zresztą w
Ventimilla) po Rodan i od Morza Środziemnego do Alp, jest zresztą bardzo
nierównomiernie obdzielany łaskami przez turystów. Najwięcej osób zwiedza
oczywiście Lazurowe Wybrzeże, co do którego mam poważne wątpliwości, czy można
je tak hop-siup włączać po prostu do Prowansji. Część wschodnia to dziedziny
górskie – beskidowaty Luberon i Alpy Nadmorskie, Alps Maritimes.
Dziś
wyjeżdżamy zaraz po śniadaniu by zwiedzać kilka miejscowości w części
zachodniej, ciągnącej się od Orange i pasma górskiego Drôme, przez Awinion po
Aix-en-Provence, po Arles i deltę Rodanu. W swej górskiej części leży na skraju
pasm Les Alpilles (Alpiki?) oraz Luberon i ozdobiona jest dziesiątkami miast i
wiosek, uczepionych wapiennych wzgórz, poprzedzielanych głębokimi dolinami rzek
i malowniczą szachownicą pól. Wśród upraw dominuje oczywiście winorośl i
lawenda, ale jest za wczesna wiosna, żeby to móc docenić: winne krzaczki ledwo
zaczynają się zielenić, a lawendzie daleko do fioletowego kwitnienia i
oszałamiającego zapachu, podobno ulubionego przez starszych panów. Kasia, nasza
przewodniczka, co prawda mówi, że czuje ów zapach, że już się nad krzakami
delikatnie unosi, ale ja chyba nieczuły jestem i cynicznie mówię, że to zapewne
wiatr przywiał go z któregoś sklepu z pamiątkami, gdzie oczywiście olejki
lawendowe stanowią jeden z głównych towarów. Lawenda, niestety, kwitnie dopiero
na przełomie czerwca i lipca i nic się z tym nie da zrobić...
Rozdrobnione pola to spadek po
Rzymianach, którzy całą Galię Narbońską chcieli podzielić na kwadraty o boku
długości 100 kroków, pośród których malowniczo rosną gaje oliwne i owocowe –
najwięcej czereśni. Nasz autokar wspina się jednak coraz wyżej, na łąkach coraz
więcej buszu, który tu nazywają garrigue, wśród drzew pojawiają się
figowce, by po chwili ustąpić miejsca zwyczajnym, choć nieco cherlawym świerkom.
Droga coraz węższa i coraz bardziej zatłoczona, wreszcie pokazuje się z
niszczony zamek przyklejony do stromych skał o dziwacznych kształtach. Wysiadamy
szybko przy drodze, nie wolno tu stać, autokar czym prędzej odjeżdża, a my w
tłumie innych wycieczek wędrujemy stromą drogą w górę.
Odjechaliśmy już spory kawał od Awinionu, i jesteśmy w połowie drogi między nim a Arles. Alpiki są tu może niewysokie w kategoriach bezwzględnych, ale bardzo malownicze. Erozja wyżłobiła wapienne skały w niesłychanie kunsztowne kształty, a sam zamek, mocno zniszczony, tak pasuje do otoczenia, że w pierwszej chwili wydaje się wyrastać wprost z górskiego stoku. Po paru minutach podejścia ginie nam zresztą z oczu, zasłonięty przez zabudowania miasteczka, rozłożonego wśród skał.
Średniowiecze miesza się tu z początkami Renesansu. Rodzina francuskich wielmożów o nazwisku Baux opanowała wzgórze i całą okolicę – siłą – w X wieku i przez pięć stuleci sprawowała tutaj niepodzielną władzę, nie uznając ani królów, ani hrabiów Prowansji, ani władzy kościelnej. Twierdzili, że ich ród i nazwisko pochodzi od biblijnego Baltazara, jednego z trzech królów-magów, którzy odwiedzali Dzieciątko w stajence, stąd też ich proweniencja jest wyższa niż kogokolwiek. Cóż – nie znali pracy „Święty Graal, święta krew” i „Kodu Leonarda da Vinci”, bo wtedy by wiedzieli, że prowansalscy potomkowie Merowingów, czyli późni wnukowie Chrystusa mogliby ich spokojnie wysyłać do sklepu po mirrę…

Ale w herbie panów Baux, który co kilka
kroków widać w mieście, jest Gwiazda Betlejemska z 16 promieniami, która ich
przodka prowadziła do Stajenki…
Miasteczko jest malutkie, skupione wokół
zamku, dominującego na wzgórzu. Wąskie, strome uliczki oplatają gęstą siecią
twierdzę i pobliski kościół. To jeden z „cudów Francji”, a więc jedno z
najczęściej odwiedzanych przez turystów miasteczek. Zatrzęsienie sklepów i
sklepików, przede wszystkim z pamiątkami, ale także z ciuchami i butami, no i
artykułami spożywczymi. Stosunkowo mało kawiarenek i restauracji, wszystko jakby
w miniaturze, ilość przechodzi w jakość…
Ponieważ wśród pamiątek najwięcej jest
torebeczek z ziołami prowansalskimi i lawendą oraz ceramicznych cykad z
„radarem”, jak tu piszą, czyli takich, które „grają”, gdy „widzą” wchodzącą do
sklepu osobę – to już po paru krokach jesteśmy przesiąknięci zapachem Prowancji
i ogłuszeni cykaniem. Potem się przyzwyczajamy, ale stanowczo odmawiam kupienia
cykającego szpiega. Za bardzo mi to przypomina krupówkowego gwizdającego
świstaka czy beczącą „łowiecke”… Na straganach mnóstwo tkanin – chusty, obrusy,
ściereczki, wszystkie w kolorach Prowansji:
żółto-pomarańczowo-czerwono-niebieskich. Wiem, oczywiście, że tkaniny te mają
proweniencję niedawną zarazem i odległą: przywieziono je tutaj w XVIII wieku z
Indii, zaczęto sprzedawać a następnie produkować w Orange i nazywano les
indiennes. A potem stały się symbolem Prowansji.
Ot, coś tak jak u nas na Podhalu spódnice i chusty z „tybetu”…
Sobiepanowie Baux, w postępowaniu
jeszcze okrutniejsi od niemieckich i polskich raubritterów, nawet od otoczonego
fatalną sławą rodu Szafrańców z Secemina i Pieskowej Skały, trzymali żelazną
ręką okolicznych mieszkańców i za nic mieli prawa ludzkie i boskie. Raymond z
Turenne, pan na Baux z II połowy XIV wieku wpadł na niezwykle skuteczny sposób
powiększania swojej fortuny: jego dworzanie najeżdżali po prostu okoliczne
miasteczka, a nawet wsie, porywali mieszkańców i żądali okupu. Gdy rodziny nie
chciały lub nie mogły zapłacić – jeńców zmuszano do samobójczej śmierci poprzez
rzucenie się z murów zamkowych w przepaść. A panowie Baux w tym samym czasie
podejmowali w twierdzy prowansalskich trubadurów i suto im płacili za pieśni o
miłosnych perypetiach rycerzy…
Po śmierci „dobrego króla René”, który
traktował Baux jako swoje lenno –
miasto wraz z zamkiem przeszło na własność
Francji, ale oczywiście jego panowie się temu nie podporządkowali. Tego było już
za wiele dla króla Ludwika XIII i jego pierwszego ministra - kardynała Richelieu,
który rygorystycznie przestrzegał zasady, żeby cały teren Francji był ściśle
podporządkowany monarsze i że nie będą tolerowane żadne „państwa w państwie”.
Mimo „trzejkrólowego” rzekomo pochodzenia panów Baux, kardynał miasto zdobył, a
zamek zburzył. Około 6000 zamieszkujących tu osób zostało wygnanych. Ruina
zyskała na znaczeniu, a miasto odżyło dopiero w XIX wieku, kiedy to odkryli je
literaci (oczywiście niezrównany Mistral…), oraz artyści, w tym van Gogh,
Cezanne czy Gauguin.

Dziś w części dolnego zamku jest
niewielkie muzeum. Nad bramą powiewa dumnie żółto-czerwona flaga Prowansji –
podobna do katalońskiej, tylko z pasami inaczej ułożonymi. Herby obu krain są
identyczne, a wywodzi się to wszystko z czasów, gdy nad Prowansją zapanowali
książęta z Barcelony. Zwiedzania muzeum oczywiście w planie wycieczki nie ma,
ale niewiele tu w sumie jest do oglądania, może poza filmem na wideo, ukazującym
związki wybitnych artystów z Baux. W dolnej części miasteczka
oglądamy kościół
św. Wincentego, z kaplicami z X wieku i witrażami Maxa Ingranda, które
zafundował świątyni w 1960 r. książę Rainier, władca Monaco, posiadacz tytułu
markiza de
Baux. Nieopodal stoi XVII-wieczna Kaplica Białych Pokutników (Chapelle
des Pénitents Blancs), z freskami współczesnego malarza Yvesa Brayera. Wśród
następnych sklepów z pamiątkami ukrywa się niewielkie Muzeum Zapachów – wstęp
wolny, mnóstwo flakoników o rozmaitych kształtach, prasa do wyciskania, garście
suszonej lawendy… Oczywiście, można nakupić różnych różności, ale jakoś nikt
niczego nie kupuje, przynajmniej z naszej grupy, która w zasadzie zadowala się
tradycyjnymi pamiątkami: ceramiczne cykady, lawenda, zioła, młynki, tkaniny...
Z placyku przed kaplicą oszałamiający
widok w dół, na małe domki wśród skał, ciekawą rzeźbę ścian wąwozu po przeciwnej
stronie. Ktoś robi porównanie z greckimi Meteorami, ale to jednak zupełnie inna
formacja skalna i zupełnie inna perspektywa.
Zbieramy się pomału i schodzimy na parking. Autokar zjeżdża ze wzgórza i w plątaninie wąskich asfaltowych dróg wybieramy kierunek do Fontaine de Vaucluse. Już do końca dnia będziemy w rejonie gór Luberon.
Urocze, średniowieczne miasteczko, tym
razem położone w głębi ocienionej doliny, dnem której płynie rzeka – jeden z
najważniejszych w tej części Prowansji dopływów Rodanu: Sorgue. Jej źródło (fontaine)
właśnie tutaj się znajduje i daje nazwę miejscowości. Vaucluse to
oczywiście reminiscencja czasów rzymskich i pochodzi od łacińskiego Vallis
Clausa, zamknięta dolina. Rzeczywiście, do miasta prowadzą dwie drogi – z
Cavaillon, skąd właśnie przyjechaliśmy i z L’isle-sur-la-Sorge – i obie
kończą się tutaj. Na niewielkim – wszystko tutaj jest dość małe, jakby
prototypowe – placu centralnym rozchodzą się dwie główne ulice. Jedna prowadzi
początkowo w górę rzeki po jej orograficznie lewej stronie – i tam gdzieś jest
Muzeum Petrarki, druga po prawej, w stronę źródła. I tędy idziemy. Deptak nad
Sorgue początkowo przypomina wszystkie Krupówki we wszystkich kurortach świata:
mijamy sklepiki z pamiątkami, przekąskami, niewielkie restauracyjki, kioski z
napojami. Ludzi niedużo, ale łatwo sobie wyobrazić, że w sezonie cała ta
wąziutka uliczka nad rzeką jest wypełniona zwartym tłumem posuwającym się powoli
w górę.
Mijamy dawną fabrykę papieru, napędzaną
efektownym kołem wodnym, gdzie jest niewielkie muzeum, droga zaczyna powoli
tracić charakter ulicy, wreszcie asfalt się kończy i ścieżka zaczyna przypominać
Dolinę Białego w Tatrach
. Tylko w Dolinie Białego nie rosną figowce i platany...
Po prawej stronie rzeka zachowuje się nieco nielogicznie – im bliżej źródła tym
robi się szersza i głębsza, wreszcie dochodzimy do wywierzyska – na całej
przestrzeni sporego ponoru woda nabiera koloru zielono-żółtego, momentami
przechodząc w szmaragdowy błękit i widać jak wydostaje się z dna. To jeszcze nie
jest właściwe fontaine, tutaj woda tylko wydobywa się spomiędzy skał,
dokąd dopływa podziemnymi korytarzami z rzeczywistego źródła, do którego
dochodzimy po chwili.
Teraz nie jest specjalnie efektowne.
Droga kończy się przy liczącym 230 metrów urwisku, pod którym jest zejście do
gigantycznej groty. W jej głębi widać ciemne lustro wody, teraz spokojnej i
pokrytej kurzem, opadłym ze skał. Jednak tam, w środku, w przepastnego wnętrza
gór Luberonu wydobywa się rocznie 630 milionów metrów sześciennych, co czyni
Fontaine de Vaucluse największym źródłem Francji i piątym co do wielkości w
świecie. Zapewne późną jesienią i wczesną wiosną strumienie przewalają się przez
krawędź i płyną też suchym teraz korytem, bowiem wtedy do łożyska rzeki Sorgue
wpływa 90 m3 wody na sekundę.
Ale
ta zmienność i potęga wody, w połączeniu z urokami krajobrazu przyciągała tu od
wieków twórców rozmaitego rodzaju, przede wszystkim - wzorem Petrarki -
literatów. Postać zakochanego twórcy sonetów "ogrywana" jest w wielu miejscach,
najciekawsze jest upamiętnienie jego postaci przez Towarzystwo imienia...
Dantego w pobliżu sławnego źródła. Inna tablica prezentuje fragment poematu
Mistrala Mireio, to pierwsze spotkanie na naszej trasie z językiem
prowansalskim, i o ile zdołałem się zorientować, także opiewa uroki Wielkiego
Źródła. Ale tak naprawdę nie wiemy, gdzie to
źródło jest, bowiem nikt jeszcze nie zszedł na samo dno jaskini. Próbowali tego
rozmaici nurkowie, próbował nawet słynny badacz Jacques Cousteau, wpuszczając do
wody robota, który zszedł na głębokość 318 metrów i nie sięgnął dna... Grota w
Vaucluse jest więc z pewnością fragmentem zawalonego systemu jaskiń, ciągnącego
się w głąb Luberonu, a być może – jak opowiadają dawne legendy – do samego
środka ziemi, gdzie miał mieszkać straszliwy smok lub – jak chcą inni – wąż, o
imieniu Coulobre, którego w Vaucluse w połowie VI wieku pokonał arcybiskup
Cavaillon, Św. Véran.
Poświęcony mu XI-wieczny romański
kościół jest niewielki, jednonawowy, a jego najstarsza część – na prawo od
prezbiterium - kryje sarkofag św. Vérana. Dzielny pogromca smoka zapewne
pochowany został początkowo w Cavaillon, gdzie była siedziba biskupstwa.
Inny, młodszy o osiem wieków biskup tych
okolic – Philippe de Cabasso,
rezydujący w malowniczym zamku, którego ruiny
wciąż jeszcze górują nad miastem, był przyjacielem Francisco Petrarki. Biskup
zapraszał poetę do Fontaine de Vacluse na dłuższe lub krótsze pobyty w latach
1337-1353. To tutaj właśnie, w czasie tych wilegiaturowych pobytów – a nie w
odległym o 30 km Awinionie – powstała większość jego słynnych sonetów do Laury.
Niedaleko placu, na którym góruje XIX-wieczna kolumna, upamiętniająca pobyt
Petrarki, znajduje się muzeum wielkiego poety. Na pierwszym piętrze wystawione
są dzieła sztuki i publikacje (XVI-XIX w.) odnoszące się do Petrarki, Laury,
Awinionu i Fontaine, a także najstarsze wydania dzieł Petrarki i innych poetów z
tego okresu. Podobno jest to dom, obok którego mieszkał Petrarka, w już
nieistniejącym budynku.
Zbieramy się dalej w drogę. Wąska szosa zmierza wyraźnie w kierunku coraz wyższych wzgórz, garrigues przemieszane z gajami czereśniowymi migają za oknami, sporadycznie widać rozrzucone domki i małe wioski, pewno w większości jednak turystyczne, bo jakoś poza chuderlawymi winnicami i tymi czereśniami niewiele tu daje się uprawiać. Te budynki rzeczywiście są takie, jak śpiewa Mireille – kamienne ściany z wapienia koloru miodu (Andrzej Mrowca mówi, że to taki marmur pińczowski, bielejący z czasem), czerwone dachówki, wszystkie wyglądają na średniowieczne. Ale nie dam się nabrać – w Fontaine de Vaucluse widziałem, jak nowiutka chałupa z pustaków okładana jest taką kamienną okładziną, pewno taki przepis jest żeby nowe wyglądało jak stare...
Ale za chwilę dojeżdżamy do wioski w
której stare rzeczywiście jest stare, ale dobrze się sprzedaje. To Village
des Bories, wyglądające trochę jak kolonia termitów, a trochę jak wioska
Eskimosów, przeniesionych w ciepły klimat... Borie to chałupinka z
płaskich kamieni, ułożonych jeden na drugim, bez zaprawy, przypominająca igloo
bez lodu. Budowano takie domki już w czasach liguryjskich, a więc na 8 stuleci
przed Chrystusem, i użytkowano je bez przerwy do końca XVIII wieku, niekiedy
tylko zmieniając funkcje – z „lokatorskich” na gospodarcze... Dziś w wiosce jest
20 bories, w większości pozbieranych z okolicy, pochodzących XVI-XVIII
wieku i wynajmowanych turystom, którym znudziły się hotele pięciogwiazdkowe. Po
drodze widać także jeszcze kilka rozproszonych kamiennych chatek, te wyglądają
na autentycznie używane – chyba jako spiżarnie czy magazyny. Nieodparcie nasuwa
mi się analogia z luzem stojącymi spiskimi piwnicami na skraju spiskich wsi...
Autokar wspina się coraz wyżej
serpentynami i nagle w prawych oknach pokazuje się przyklejone do skały, gęsto
zabudowane miasteczko Gordes. Pięknie oświetlone przez słońce wywołuje
okrzyki zachwytu. Autokar zatrzymuje się na skraju drogi, nie wolno tu stać, ale
korek, który tworzy się za nami cierpliwie czeka, aż sobie pofotografujemy przez
szybę, a jest co, bo to jeden z najpiękniejszych widoków Prowansji. Budynki
ciasno skupione wokół zamku, po którego średniowiecznej proweniencji pozostała
tylko wieża z krenelażem, reszta jest ewidentnie renesansowa, najwyższym jednak
punktem miasta jest wieża XVIII-wiecznego kościoła Św. Firmina. Miasto było
zamieszkane od czasów prehistorycznych, pierwsze muzy obronne wznieśli tu
Rzymianie, a od średniowiecza było tu pewne schronienie w czasie wojen
religijnych. Zamek w Gordes podobno nigdy nie został zdobyty. Jak się okazuje –
i my też go nie zdobędziemy...
Podjeżdżamy na rynek, maleńki, uroczy,
ale wszędzie są zakazy zatrzymywania, z pospiesznej konwersacji pilotki z
ludnością miejscową domyślam się, że wjechaliśmy tu, gdzie autokarom nie wolno,
parking jest dalej, ale kierownictwo decyduje, że już widzieliśmy dość i
jedziemy dalej, nie wysiadając.

Znów mijając pojedyncze bories zjeżdżamy do opactwa cystersów w Sénanque. Wydaje się, że wywodzący swą przeszłość z połowy XII wieku budynek jest jedynym przejawem ludzkiej cywilizacji w tej zagubionej wśród gór dolinie. Pozorne niewiele tu do oglądana – surowe budynki klasztorne, niezbyt piękny ogród, wokół pola lawendy, szarozielonej jeszcze, już przekwitłe mimozy, kilka oliwek, cherlawa winnica. Ale parking pełen samochodów osobowych i autokarów, wycieczki zachowują względną ciszę – wiadomo, klasztor - próbujemy wejść do środka.
Opactwo powstało tu zaledwie w
kilkadziesiąt lat po napisaniu reguły cysterskiej przez słynnego Bernarda z
Clairvaux, w 1148 roku, jako jeden z trzech klasztorów tego zakonu ulokowanych w
Prowansji. Budynek opactwa nosi wyraźne ślady romańskiego pochodzenia,
przemieszane z dodatkami gotyckimi. Ale myślę, że sporo tu części zupełnie
nowych, w najlepszym wypadku remontowanych: już w czasie XVI-wiecznych wojen
religijnych zabudowania mocno zniszczono, w czasie Rewolucji braciszków
wyrzucono z Sénanque, pojawili się ponownie w połowie XIX wieku, ale w 1903 r.
usunięto ich znowu. Współczesna historia opactwa zaczęła się dopiero w 1988 r.
Obecnie zakonnicy, poza modlitwami i
kontemplacją, zajmują się uprawą lawendy i pszczelarstwem i jak się zdaje
produkcją wina. Oczywiście, sporym źródłem dochodu jest turystyka. W
przyklasztornym sklepiku funkcjonuje dobrze zaopatrzona księgarnia i stoisko z
pamiątkami. Wnętrze klasztoru można zwiedzać kilka razy dziennie w grupach
zorganizowanych, ale albo nie jesteśmy grupą zorganizowaną, albo to
nieodpowiednia pora, albo oszczędzamy, albo nas to nie interesuje – w każdym
razie poza sklepem i sąsiadującymi z nim toaletami klasztor pozostaje dla nas
zamknięty.
Włóczę się trochę po ogrodzie, szukając jakiejkolwiek kwitnącej lawendy, ale bezskutecznie. Nagle dociera do mnie, że cały czas słyszę uporczywy hałas. Przecieram uszy – hałas to wzmaga się, to cichnie... No, jasne – to grają cykady... Jest wczesne popołudnie, a zawsze mi się to jakoś kojarzyło z wieczorem, ale tylko teoretycznie, bo przecież nigdy cykad zdaje się nie słyszałem, poza piosenką Maanamu Cykady na Cykladach.... Sądziłem do niedawna, że cykada to taka bardziej arystokratyczna nazwa naszego konika polnego, albo zgoła szarańczy, ale dopiero tu w Prowansji zobaczyłem, że jest to coś innego, ten owad to tutejsze dobro narodowe, pokazywane na dziesiątki sposobów – przeważnie w postaci bardzo kolorowej ceramiki. Budzi się we mnie niepohamowana wprost żądza zobaczenia latającego oryginału. Myślę, że skoro tu cyka ta cykada, to i jest, może zresztą niejedna, bo cyka z różnych stron. A jak jest to gdzieś siedzi, bo przecież nie cyka latając chyba... A jak siedzi, to na słuch ją znajdę.
Potem sobie przypominam, że słuchu to
tak ogólnie nie mam specjalnie, a w ostatnich latach ogromnie mi się pogorszył,
niektórych rzeczy to po prostu słuchać już nie mogę. W dodatku cykada ma tak
urządzoną tę muzykę, że nigdy nie słychać jej z tego miejsca gdzie gra,
specjalnie, dla zmylenia przeciwnika. A swoi już ją jakoś potrafią namierzyć,
może idą na feromony? No ale czy ja mogłem być uważany przez cykadę za
przeciwnika? Pewnie jakby mi wleciała do pracowni i zaczęła cykać to zaraz
bym sięgnął po gazetę, ale po pierwsze gazety czytam tylko internetowo, a z
pewnością bym jej nie walił monitorem za 700 złotych, a po drugie nie ma takiej
obawy w Nowym Targu, cykada by nie przeżyła w naszym środowisku i tak.
I wtedy zobaczyłem, jak leci. Założyłem okulary i rzeczywiście, była bardzo piękna. Siadła elegancko tuż przy mnie, po cichu, bez cykania, więc cyknąłem ją ja, aparatem. Potem zobaczyłem drugą, no i pomysłem sobie, że to może para jest, więc tylko ją też sfotografowałem i dyskretnie się wycofałem. Mam teraz nadzieję, że to rzeczywiście jest cykada, bo jako żywo, cykania od niej nie słyszałem. No, ale jako się rzekło, słuch mam nieszczególny.
Szerokim łukiem z Sénanque jedziemy
wzdłuż pasma Luberonu w głąb, w stronę wschodnią. Kolejne miasteczko,
Roussillon, położone znów na wysokim wzgórzu, według mnie jest jeszcze
piękniejsze od Gordes: te same miodowe ściany i pomidorowe dachy, ale tu jakby
więcej odcieni pomarańczowych i czerwonych. Takie chatki z piernika na zielonym
tle, tworzonym przez zagajniki sosen i pinii. Nazwa miejscowości doskonale i
bezpośrednio nawiązuje do jej wyglądu i wywodzi się od koloru: village rousse
to ruda wieś, za czasów rzymskich – Vicus Russus, czerwona wieś. Niewiele
tu zabytków, ale początki miejscowości na pewno sięgają prehistorii, a gotycki
kościół św. Michała, wchodzący niegdyś w skład fortyfikacji miejskich, pochodzi
z XI wieku,
choć większość wnętrza to XVIII wiek, a obecna fasada powstała w
wieku XVII. Wąskie uliczki, malowniczo oplatające wzgórze są dość typowe dla
wielu turystycznych wiosek
południowej Europy: grupy turystów mijają się tu z
mieszkańcami, którzy zajęci swymi sprawami udają, że nie widzą, jak
różnojęzyczni goście zaglądają im do okien... To samo widziałem w katalońskiej Tossa de Mar, którą Roussillon mi bardzo przypomina. Tylko, oczywiście, nie ma
tu morza. Ale kiedyś było i jemu to Roussillon i najbliższe mu okolice
zawdzięczają swoją kolorystykę.
Za to jest wszechobecna
ochra. Miasto położone jest u progu niebywale pięknej formacji
geologicznej, którą 230 milionów lat temu utworzyło tu morze. Osady piasku,
wymieszanego z tlenkami metali, głównie żelaza tworzą kolorowe wzgórza,
urzekające wzrok paletą barw od biało-złotej po karminowo-fioletową. Ochra to
naturalny, mineralny barwnik, od tysięcy lat wykorzystywany
przez człowieka do
twórczości artystycznej i sztuki użytkowej. To przy pomocy ochry malowali sobie
twarze pierwsi myśliwi i wojownicy, wyruszający na bitwę z sąsiednim plemieniem.
To właśnie wilgotna i umazana w ochrowym pyle ręka pierwszego artysty odcisnęła
na jasnej ścianie jaskini pierwszy kolorowy obraz, będący pierwszym krokiem w
nieśmiertelność: to co, że umrę, ale ślad mojej ręki zostanie na wieczność...
Ochrą barwiono ściany domostw, ceramikę, a nawet tkaniny, którą to technologię w
XVIII w wynalazł mieszkaniec Roussillon Jean-Etienne Astier. Cenny minerał
wydobywano w tutejszych kopalniach odkrywkowych, transportowano potem na mułach
do Marsylii i eksportowano na Bliski Wschód przez ponad sto lat, do czasu, kiedy
barwniki syntetyczne wyparły naturalne.
Wędrujemy za drogowskazami, prowadzącymi
do Conservatoire des ocres et
pigments appliqués. Centralnym punktem
miasteczka jest niewielki Plac Pocztowy, nieopodal punkt widokowy z zegarem
słonecznym pozwala na przyjrzenie się zarówno całej miejscowości, jak i
pobliskiemu rezerwatowi ochry. Widać dobrze resztki średniowiecznych murów
miejskich, malownicze domki (w jednym z nich okres II wojny światowej spędził
irlandzki dramaturg Samuel Beckett) i wzgórze Castrum, na którym zgodnie z nazwą
stał kiedyś roussilloński zamek. Po przeciwnej stronie czerwono-pomarańczowe
wzgórza ochry. Zachodzące słońce kładzie się na kolorowe piaski, dodatkowo
barwiąc je kolorem krwi...
Dawno, dawno temu, za górami, za
lasami... W XII wieku panem Roussillon był Raymond z Awinionu, który wraz ze
swoją piękną i młodą żoną Sirmondą mieszkał
w tutejszym zamku. Któregoś dnia
przybył do nich Wilhelm z Cabestan w Wysokich Alpach, który został – na prośbę
swojego ojca, zaprzyjaźnionego z Raymondem – przyjęty na służbę w charakterze
pazia i
trubadura. Był młody, przystojny i układał piękne pieśni, a Raymond
często wyjeżdżał do swoich rozległych włości, gdy zaś przebywał w Roussillon,
więcej zajmował się polowaniem niż sprawami domowymi. Zaniedbywana żona
zakochała się w młodym trubadurze, on w niej i układane przezeń pieśni stawały
się coraz bardziej płomienne. Po pewnym czasie plotki dotarły do uszu Raymonda,
który oskarżył pazia o zdradę, ale ten skłamał, że miłosne pieśni nie opiewają
żony jego pana, lecz jej siostrę, Agnieszkę z Tarascon. Ta, znając prawdę i
chcąc uspokoić szwagra, potwierdziła, że to dla niej śpiewa trubadur.
Lecz nie spodobało się to Sirmondzie, która urażona w swojej dumie, kazała Wilhelmowi ułożyć pieśń o ich miłości. Wtedy poznał się na podstępie Raymond z Awinionu, zabrał trubadura na polowanie i tam go zabił. Odciął mu głowę i ciało strącił ze skały, wyrywając mu przedtem serce, a powróciwszy do zamku – kazał je kucharzowi przyrządzić w pikantnym sosie. A następnie podał swojej żonie, zmuszając, by zjadła serce swojego kochanka. Ta zaś zorientowawszy się co się stało, rzekła:
-
Panie mój, dałeś mi tak wspaniały
posiłek, że nigdy już nie skosztuję niczego innego.
Raymond wyciągnął miecz, chcąc zabić
niewierną, lecz Sirmonda zdołała uciec z sali jadalnej, wbiegła na najwyższą wieżę
zamkową i z niej rzuciła się w przepaść, roztrzaskując się o skały. Jej krew
zabarwiła ziemię na różne odcienie czerwieni i zmieszała się z krwią
nieszczęsnego trubadura, tworząc cudowny melanż kolorów, które na zawsze
zmieniły wygląd okolicy. W miejscu, gdzie ciało Sirmondy zatrzymało się w swym
upadku, leżało właśnie pozbawione serca ciało Wilhelma z Cabestan. I tam właśnie
wytrysnęło Źródło Miłości – jak łzy z oczu, które za życia nie zdołały zapłakać.
A kochanków pochowano razem w miejscu, gdzie skały mają najczerwieńszą barwę.
Płacimy za wstęp i wchodzimy do rezerwatu. Wędrować tu można wiele godzin, bowiem niesamowite kształty i kolory skał przyciągają wszystkie oczy i obiektywy, a trasa wiedzie przez kilka czy może nawet kilkanaście kilometrów po okolicy. Jakby mieć więcej czasu, można by zwiedzić położone 6 kilometrów dalej Colorado Provençal – wspaniały, kolorowy wąwóz, przypominający Wielki Kanion w Colorado. Ale trzeba mieć na to cały dzień i zaczynać wycieczkę w Bouvéne, a kończyć w Rustrel.
Tego czasu nie mamy. Słońce zachodzi, nadciągnęły chmury i zaczyna padać deszcz. Pod parasolami wracamy do autokaru, otrzepujemy z butów i spodni ślady ochry i wracamy do Awinionu. Oberwanie chmury w czasie kolacji w zasadzie zapowiada to, co czeka nas w najbliższych dniach, ale wierzymy, że przecież jutro jedziemy do delty Rodanu i nad morze, więc na pewno będzie pięknie. A pojutrze Lazurowe Wybrzeże, więc musi by cudownie. Deszcz szumi na liściach platanów.