Przedwiośnie po prowansalsku (2)
Awinion, 30 kwietnia-2 maja 2007
Drugi raz jest zawsze najgorszy. Pierwszym razem coś – ktoś – nas fascynuje, urzeka swoją innością, ukazuje nowe punkty widzenia. Za drugim razem – cena nowości spada, fascynacja musi przejść weryfikację, a punkty widzenia ukazują już znane perspektywy...
A może po prostu byłem zmęczony.
Jeszcze w początku tego roku w jakimś wywiadzie prasowym odpowiadałem na pytanie, gdzie chciałbym mieszkać, gdybym mógł mieszkać gdzie indziej... Mówiłem wtedy, że w Polsce byłby to mój rodzinny Milanówek, a w świecie – Awinion.
Dwa
lata temu, wracając z Barcelony, byłem tam po raz pierwszy. Oczywiście,
najważniejszy był most. TEN most, o którym śpiewają piosenkę w dziesiątkach
języków, gdzie tańczą panowie, tańczą panie... Most świętego Bénezeta był
wtedy dla mnie jednym z najważniejszych symboli kulturowych na świecie: powstał
z inicjatywy młodego pasterza (który nigdy nie był świętym – jeśli w ogóle
kiedykolwiek istniał, co pewne nie jest...) w II połowie XII wieku, by połączyć
Awinion z Villenueve. Połączył na krótko, został zburzony najpierw przez wojska
jednej z krucjat, potem przez powódź – i pozostały zeń tylko cztery przęsła. Był
przeto ów most symbolem mostu bardziej niż mostem jako takim, i dlatego mi się
tak ogromnie podobał i nawet pisałem o nim, że symbolizuje ludzką niechęć do
przechodzenia na drugi brzeg wartkiej i mrocznej rzeki życia, jaką mi się jawił
Rodan...
Minęło południe, a z nim – pierwsza doba naszej podróży. Autokar okrąża mury miejskie, szukając wjazdu. Mijamy nasz hotel – już wiemy, że jest świetnie położony. Ale do rozpakowania się i pierwszej kąpieli minie jeszcze trochę czasu, a razie przed nami pierwszy kontakt z dawną stolicą papieską. Wysiadamy niemal w środku obszaru, otoczonego przez mury miejskie.
Dziwna ta
awiniońska starówka. Średniowieczne mury otaczają gotyckie centrum, z którym
zgodnie koegzystuje XIX-wieczna secesja i jak najbardziej współczesna
architektura. Gęstwina wąskich uliczek, takich – wydawałoby się – na dwie krowy,
po których spokojnie
przeciskają
się samochody, uprzejmie dając pierwszeństwo turystom. Tych jest niewielu o tej
porze roku, ale latem, a szczególnie w okresie lipcowego festiwalu teatralnego,
przepycha się tu zwarty, wielojęzyczny tłum. Nie sposób zabłądzić – poza
licznymi drogowskazami (biało-niebieskie dla samochodów, biało-brązowe dla
pieszych) – drogę wskazują wysokie, gotyckie wieże zabytkowych budowli. Zresztą,
stanowiący centrum starówki Pałac Papieski zajmuje najwyższy punkt miasta.
Wędrujemy więc w
górę drogą, pamiętającą zapewne rzymskich legionistów i czasy, kiedy miasto
nazywało się Avenio i dzięki korzystnemu położeniu w centrum Galii, nad spławnym
Rodanem, wyrosło na znaczący ośrodek handlowy. Musiało już jednak istnieć i
dobrze prosperować w czasach wcześniejszych, bo jego nazwa wywodzi się z czasów
celtycko-liguryjskich, a więc na kilka stuleci przed naszą erą. Nazywano je
wówczas Aouen-ion, co miało oznaczać albo „miasto wiatrów” (po celtycku),
albo „władca rzeki”
(po liguryjsku). Obie interpretacje trafne… Potem podobno Fenicjanie,
przejściowo panujący nad Marsylią zbudowali w Awinionie port rzeczny, panujący
nad dolnym biegiem Rodanu, no i wkrótce zostali pokonani przez Rzymian, którzy
urządzili to swoją warownię. Do wielkiej potęgi miasto doszło w czasach, gdy
należało do dynastii andegaweńskiej, władającej Królestwem Obojga Sycylii, a
jednym z najważniejszych ośrodków europejskich stało się z początkiem XIV wieku,
kiedy to papież Klemens V, będący marionetką w rękach francuskiego króla Filipa
Pięknego, w 1305 r. został – po trwającym 11 miesięcy konklawe w Perugii -
wybrany papieżem. Naprawdę nazywał się Bertrand de Got, był francuskim
zakonnikiem z Bordeaux, gdzie przed wyborem pełnił funkcję arcybiskupa.
Tak
prawdę powiedziawszy cała ta papieska awantura, w wyniku której Watykan znalazł
się w Awinionie, zaczęła się nieco wcześniej i niewątpliwie miała charakter
kryminalny. Papież Bonifacy VIII, obrany papieżem w 1294 r., wdał się w konflikt
z królem
Francji, który w finansach kościoła i duchownych poszukiwał źródeł
dochodu dla podupadającego królewskiego skarbu. Kiedy papież wydał bullę,
ustanawiającą prymat władzy duchowej nad świecką i stwierdzającą, że osoba
nieposłuszna biskupowi Rzymu nie może osiągnąć zbawienia – król oskarżył
Bonifacego o nadużycia seksualne, bluźnierstwa i herezję, oraz, oczywiście,
przymierze z diabłem. Wezwał papieża na sąd, a gdy ten nie przybył – wysłał po
niego swego zausznika Wilhelma Nogareta i… 1600 dragonów. Papież uciekł z Rzymu,
ale został schwytany w swoim rodowym pałacu Gaetanich, gdzie jeden z dworzan
Filipa spoliczkował go żelazną rękawicą. Bonifacy
został
uwięziony, potem uwolniony, ale w wyniku tych wszystkich przejść oszalał i zmarł
jesienią 1303 r. w Rzymie. Pochowano go w Bazylice św. Piotra, ale to nie
wystarczyło królowi Francji, który na wieść o tym, że ludzie modlą się u jego
grobu – kazał otworzyć mogiłę i wtedy okazało się, że ciało nie uległo
rozkładowi. By zmarły papież nie był już więcej obiektem kultu – Filip Piękny
kazał spalić jego trupa na stosie.
Po śmierci
Bonifacego konklawe obradowało zaledwie jeden dzień, a
uczestniczyło w nim tylko
18 kardynałów – reszta bała się króla Francji i jego agentów. Był, zdaje się,
tylko jeden kandydat, który odważył się sięgnąć po tiarę: najbliższy
współpracownik Bonifacego, który po wyborze przyjął imię Benedykta XI. Choć
zaraz zniósł ekskomunikę, nałożoną na Filipa przez swojego poprzednika, to
jednak obłożył interdyktem jego „prawą rękę” – Nogareta i pozostałych
uczestników porwania Bonifacego. I tak jakoś się dziwnie złożyło, że zaledwie w
miesiąc po wyborze Benedyktowi zaszkodziło zjedzenie kilku świeżych fig...
Dostał rozstroju żołądka i – trzeba było szukać kolejnego następcy świętego
Piotra... Dziwnym przypadkiem, okazał się on Francuzem, uległym stronnikiem
Filipa IV, który po wyborze przyjął imię Klemensa V i żeby zbytnio nie oddalać
się od umiłowanego monarchy, koronował się nie w Rzymie tylko w Lyonie, a
następnie rezydował początkowo w Bordeaux i Poitiers, a od 1309 r. – w
Awinionie.
Podjął w kościele interesujące próby reform, powołał między innymi sądy kardynalskie i papieski konsystorz, ale w dalszym ciągu za sznurki pociągał Filip Piękny. Gdy król wystąpił z oskarżeniami przeciwko zakonowi templariuszy (dybiąc na ich ogromne majątki) – papież – choć werbalnie od czasu do czasu próbował się sprzeciwiać królowi – jednak w końcu posłusznie zwołał synod w położonym między Lyonem a Awinionem Vienne i w 1312 r. rozwiązał bogaty zakon, sankcjonując fakt uwięzienia przez Filipa i jego siepaczy wszystkich (lub prawie wszystkich) francuskich templariuszy. Notabene, była to wzorowo przeprowadzona akcja: seneszele wszystkich prowincji otrzymali przedtem zamknięte koperty z instrukcjami, na dany znak złamali pieczęcie i w piątek, 13 października 1307 r. wkroczyli z wojskiem do wszystkich komandorii zakonu, zdobywając je w zasadzie bez oporu. Totalna klęska najpotężniejszego, rycerskiego zakonu w owym feralnym dniu spowodowała, że piątek, trzynastego zaczął być uważany za dzień wyjątkowo pechowy...
Ale tak naprawdę, to ów piątek, 13-go był liczony według kalendarza juliańskiego – na nasze obecne standardy czyli wg obecnie używanego kalendarza gregoriańskiego akcja ta miała miejsce 20 października... W czwartek zresztą...
Tak czy
inaczej, skończyło się pechowo dla wszystkich. Filip nie odnalazł wielkiego
skarbu templariuszy – na który liczył, wprowadzając ten stan wojenny i
internując rycerzy. Może zdołano go ukryć lub wywieźć, może go w ogóle nie było.
Kilkudziesięciu wyższych rangą rycerzy spalono na stosie – m.in. 18 marca 1314
r. zginął w ten sposób ostatni Wielki Mistrz, Jakub z Molay. Zanim pochodnie
katów podpaliły stos, ułożony na wysepce na Sekwanie, naprzeciw królewskiego
pałacu w Paryżu, z którego okien Filip IV Piękny przyglądał się z lubością
egzekucji – Jakub zdołał spokojnie zapowiedzieć, że wszyscy ci, którzy
zniszczyli templariuszy i jego samego niesłusznie skazali – nie przeżyją roku. I
tak właśnie się stało. 20 kwietnia 1314 r., a więc w nieco ponad miesiąc po
Wielkim Mistrzu zmarł papież, otruty winem mszalnym przez tajemniczego mnicha. W
maju w niejasnych okolicznościach śmierć zabrała głównego organizatora
prowokacji przeciw templariuszom – Wilhelma z Nogaret. 29 listopada 1314 r. w
Fontainebleau oddał Bogu wszetecznego ducha Filip, też nagle, też z objawami
otrucia. Potem umierali kolejni przedstawiciele rodu królewskiego i w ciągu 14
lat od owych wydarzeń wymarła cała dynastia Kapetyngów...
Klemens V
próbował – z niewielkim skutkiem – przeciwstawiać się
manipulacjom Filipa, ale
wkrótce obaj zeszli z tego świata – a papieskie urzędy pozostały w Awinionie.
Rządy Stolicy Piotrowej objął przeszło 70-letni Jan XXII, poprzednio, jako
Jacques d’Euse, biskup Awinionu. Już za jego czasów miasto nad Rodanem stało się
jednym z najważniejszych ośrodków religijnych i politycznych świata, zaś kolejny
papież awinioński, Benedykt XII, rozpoczął budowę wielkiej i pięknej rezydencji,
która właśnie pojawia się w całej krasie przed nami.
Przeciskamy
się między stolikami kawiarń i restauracji na Place d’Horloge, podziwiamy
przepiękną fasadę teatru miejskiego usytuowanego obok merostwa i mijamy
tradycyjną karuzelę w stylu belle epoque (nieczynną, bo jeszcze nie
sezon). Zegar, od którego plac bierze nazwę to bynajmniej nie malutka tarcza na
frontonie miejskieg
o ratusza! Na lewo od Hôtel de Ville wznosi się
przepiękna gotycka Wieża Zegarowa (Tour de l’Horloge), gdzie nie tylko
wielki cyferblat usprawiedliwia nazwę, ale w dodatku na jej szczycie znajduje
się carillon, gdzie dwie postacie wybijają na dzwonach godziny.
Wchodzimy na
niemal pusty dziedziniec przed Pałacem Papieskim. Gotyk w stanie nienaruszonym
od stuleci! Rezydencję tworzą połączone ze sobą Stary Pałac z czasów Benedykta
XII (zbudowany 1334-1342) i Nowy Pałac, którego budowę podjął kolejny Francuz na tronie papieskim, Klemens VI (ok. 1342-1352). To on właśnie był największym
bon vivantem tamtych czasów – miłośnik
sztuki, sutych biesiad i dobrego wina, a przede wszystkim pięknych kobiet, i –
co w tamtych czasach było regułą –
absolutnie wierny monarchii francuskiej. Klemens kupczył odpustami i
przywilejami, słynął z wielkiego poczucia humoru, nie bez nutki a
utoironicznej,
był krytykowany i potępiany, porównywany z diabłem, a nawet, gdy w Awinionie
pojawiła się w 1350 r. zaraza – mówiono, że to kara za grzechy papieża. Ale był
zarazem wielkim mężem stanu, mecenasem sztuki, szczwanym dyplomatą i doskonałym
gospodarzem. Awinion zawdzięcza mu i to, że w 1348 r. za 80.000 dukatów odkupił
miasto wraz z okolicą od królowej Obojga Sycylii Joanny I Neapolitańskiej.
Po nim jeszcze rezydowali w Awinionie trzej papieże: Innocenty VI, Urban V i Grzegorz XI. Już Urban chciał powrócić do Rzymu, ale udało się to dopiero w 1376 r. Grzegorzowi XI, którego napominała w tej sprawie charyzmatyczna mistyczka, święta Katarzyna ze Sieny.
Francuscy
władcy nie uznali tej ucieczki za dobre posunięcie i spowodowali, że jeszcze
przez kilkadziesiąt lat w Awinionie rezydowali antypapieże – zadziwiające, ale
bynajmniej nie Francuzi: Szwajcar, kilku Włochów i Hiszpan... Ten bunt nazywan
o
Wielką Schizmą Zachodnią, a cały okres, w którym Awinion był siedzibą papiestwa
zyskał nazwę niewoli awiniońskiej – przez analogię do biblijnej „niewoli
babilońskiej”... Kariera kościelna Awinionu zakończyła się ostatecznie w 1429
r., ale nadal pozostawał on terytorium kościelnym, zaś granicę wyznaczał Rodan.
Sama rzeka jednak uważana była za terytorium francuskie – ilekroć więc powódź
zalewała niżej położone dzielnice Awinionu, pojawiali się na statkach królewscy
urzędnicy i zabierali się do ściągania należnych koronie podatków z biednych
powodzian.
W czasie Rewolucji, czyli pod koniec XVIII w. dawne własności kościelne stały się łupem Republiki i tak miasto nad Rodanem weszło w skład Francji.
A my i tym
razem nie zwiedzamy Pałacu Papieskiego w środku, nie wiem – z braku czasu,
pieniędzy czy – najpewniej! – ochoty. Idziemy za to do Petit Palais –
pochodzącego z drugiej dekady XIV wieku pałacu, stanowiącego rezydencję
kardynałów, wchodzących w skład dworu papieskiego. Od 1976 r. mieści się tu
muzeum, prezentujące sztukę średniowiecza i wczesnego renesansu, z czasów
niewoli awiniońskiej. Interesujące, że
wśród wystawianych dzieł przeważają
obrazy i rzeźby autorów włoskich: bowiem mimo faktu, iż wszyscy awiniońscy
papieże byli Francuzami, to jednak ich dwór nie odbiegał specjalnie od
standardów watykańskich (przed Janem Pawłem II, kiedy to Włochów zaczęli
wypierać Polacy...) i sztuka włoska była tu w zdecydowanej przewadze. Nie
przepadam za sztuką sakralną w ogóle, a średniowieczną w szczególności, ale
trzeba przyznać, że dzieła są w kapitalnym stanie, a ekspozycja urządzona bardzo
dobrze. Głównym dziełem, którym szczególnie chlubi się Petit Palais, jest
pochodząca z 1470 r. Madonna z Dzieciątkiem Sandra Botticellego, rzeczywiście
bardzo piękna.
Dwór papieski
w Awinionie wykreował nad Rodanem całe środowisko artystyczne, prawnicze i
oczywiście kościelne, w znacznej mierze składające się z Włochów. Co więcej –
Awinion był także dla Rzymian, Florentczyków czy Wenecjan swojego rodzaju
alternatywą, a nawet miejscem azylu: w przypadku konfliktu w rodzinnych włoskich
stronach, grożącego procesu czy po prostu zbyt natrętnych wierzycieli – uciekano
na dwór papieski do Prowansji. Tak trafił tu na przykład ojciec Francesco
Petrarki, florencki notariusz, wraz z rodziną. Naprawdę nazywał się Petracca i
został wyrzucony z Florencji za to, że przyjaźnił się w innym wygnańcem – Dantem
Alighieri. Francesco, urodzony już na wygnaniu, po studiach w langwedockim
Montpellier i we włoskiej Bolonii, powrócił do Awinionu na pogrzeb ojca w 1326
r. i postanowił zostać księdzem. Skończyło się na tym, że był papieskim
gryzipiórkiem, w wolnych chwilach pisywał coraz lepsze wiersze, przyjaźnił się z
Boccacciem... Był już po pierwszych ślubach kapłańskich... I w Wielki Piątek, 6
kwietnia 1327 r., w kościele św. Klary w Awinionie zobaczył Laurę...
Nigdy nie
rozmawiali ze sobą. Nigdy nie poznali się osobiście. Niektórzy analitycy
twierdzą, że może była to postać anonimowa, wyidealizowana, przypadkowo nosząca
takie akurat
imię, ale to chyba niemożliwe. W latach 1330-1365 napisał o niej
317 sonetów – 261 „Dla Laury Żywej” i 56 „Dla Laury umarłej”, bowiem jego
idealna miłość – co wiemy od Petrarki – zmarła w 1348 r. na cholerę. Była to
prawdopodobnie Laura de Noves, z rodziny rycerza Pierre Audiberta z Noves,
protegowanego biskupa Awinionu. Miała 19 lat, gdy ujrzał ją po raz pierwszy. Ona
prawdopodobnie nawet nie wiedziała o jego istnieniu. Była chyba już wtedy żoną
Huguesa de Sade, przodka słynnego rozwiązłego markiza...
Miłość idealna, platoniczna, opisywana w poezji nowatorskiej w formie, choć niewątpliwie nawiązującej zarówno do tradycji antycznej, jak i pieśni miłosnych prowansalskich trubadurów. Petrarka stworzył wzorzec włoskiego czternastowersowego sonetu, zawierającego przeważnie konstrukcję abba abba cdc dcd, gdzie pierwsze dwa czterowiersze stanowią opis, zaś końcowa konstrukcja zawiera myśl uogólniającą.
Sonet 61
|
Benedetto sia 'l giorno, e 'l mese, e l'anno, e la stagione, e 'l tempo, e l'ora, e 'l punto, e 'l bel paese, e 'l loco ov'io fui giunto da' duo begli occhi che legato m'hanno;
e benedetto il primo dolce affanno ch'i'ebbi ad esser con Amor congiunto, e l'arco, e le saette ond'io fui punto, e le piaghe che 'nfin al cor mi vanno.
Benedette le voci tante ch'io chiamando il nome de mia donna ho sparte, e i sospiri, e le lagrime, e 'l desio;
e benedette sian tutte le carte ov'io fama l'acquisto, e 'l pensier mio, ch'è sol di lei, sì ch'altra non v'ha parte. |
Błogosławiony niechaj ów dzień będzie, Czas, miejsce, chwila, miesiąc i rok cały, Gdy mnie poraził na zawsze i wszędzie Blask dwojga oczu, które mnie spętały.
Błogosławiona pierwsza słodka troska, Która zawdzięczam wszechwładnej miłości Łuk, strzała, co mnie trafiła, mistrzowska: Rany, drżące serca głębokości.
Błogosławione niechaj będą pieśni - Wielbiłem nimi imię mej kobiety; Tęskne pragnienia, gorzkie łzy boleści.
Błogosławione niech będą z tysięcy Słowa, co o niej są - i myśli poety, Która nią żyje tylko, niczym więcej. |
Szybko stał
się znanym i uznanym poetą, tworzył dzieła o rozmaitym charakterze, ale to
sonety dla Laury rozsławiły go najbardziej. I ją, nieświadomą, także. Nie byli
sobie bynajmniej wierni, o nie! Ona – mężatka, matka trojga dzieci, on także
spłodził troje dzieci z nieznaną nam dziś kobietą lub kobietami. Mieszkał w
Awinionie i w pobliskim Vaucluse, dokąd wybieramy się jutro. Tam jest też muzeum
Petrarki (inne, bardziej znane jest w podweneckim Arqua, gdzie dokonał żywota),
ale po minach współtowarzyszy wycieczki przypuszczam, że raczej tam nie
zaglądniemy. W sumie, niewiele zostaje po poetach...
Na placu przed
muzeum gruba Murzynka i szczupły biały chłopak tańczą break dance, jak
prawie wszędzie na otwartych, płaskich przestrzeniach przed znanymi budynkami.
Nie umiem się orientować, czy to sztuka dla sztuki, czy zbierają za to
pieniądze, czy protestują przeciw czemuś, albo demonstrują coś. Między Petit
Palais a Palais des Papes stromo wznoszą się mury pochodzącej z XII
wieku katedry Notre Dame des Doms, to Doms to skrót od Domines,
czyli jakby Matka Boska Pańska, tu pewno w znaczeniu: od biskupów... W tamtych
czasach po francusku mówiono Pan Biskup., a nawet Pan Papież. Dziś w Polsce
uważane jest za obrazę, jeśli ktoś do księdza powie „proszę pana”, a do
zakonnicy – „proszę pani”. Za obrazę, a może nawet za świętokradztwo... Kościół,
wybudowany w stylu romańskim na miejscu pierwszej kaplicy z IV wieku,
wielokrotnie był przebudowywany, ale ów romański styl byłby dobrze widoczny,
gdyby naszego wzroku nie przyciągała koszmarnie złota, XIX-wieczna figura Matki
Boskiej, „zdobiąca” wieżę katedry. Program wycieczki nie obejmuje zwiedzania
katedry, choć wstęp jest wolny, a wnętrze – jak pamiętam z poprzedniego pobytu –
tworzy niezwykle harmonijną mieszankę stylu romańskiego i gotyckiego, jest tam
także grób winnego papieża Jana XXII oraz Benedykta XII.
Popołudnie.
Zaczyna się robić duszno, od północnego zachodu nadciągają ciężkie chmury.
Schodzimy stromymi uliczkami na zachód, kupujemy bilety i wchodzimy na most św.
Benezeta. O dziwo – tłoczno. Piękne widoki na mury – trzeba będzie kiedyś tam
się przejść, na północ, skąd jest piękny widok na most, lepszy niż ten
tradycyjny od południa. Rodan dziś ciemny i groźny. Obserwuję naszą wycieczkę,
która rozsypała się wśród innych grup. Niby robią zdjęcia, patrzą na rzekę, ale
czytam po twarzach, że tak w gruncie rzeczy nie wiedzą, co tu jest do oglądania.
Nikt nie tłumaczy niczego, nikt nie próbuje śpiewać słynnej piosenki... A
przecież znaczna część osób już tu była i wszystko wie, jest z nami Helenka Roj,
nasza romanistka, która tak pi
ęknie
śpiewała tutaj – wraz z nami – dwa lata temu:
Sur le pont d'Avignon
L'on y danse, l'on y danse
Sur le pont d'Avignon
L'on y danse tous en rond
Les beaux messieurs font comm' çà
Et puis encore comm' çà...
Teraz tylko
słychać gwar rozmów w różnych językach. Na samym końcu mostu polska grupa
pielgrzymkowa (do Lourdes?) robi sobie zdjęcia. Gruby ksiądz krzyczy do faceta,
stojącego obok zakonnicy:
- No obejmij ją, porządnie ją obejmij...
Aż kuca z aparatem, ale zakonnica się odsuwa, a obcy jak widać facet rozkłada ręce i mówi:
- Sorry, I don’t understand Polish customs...
Przepycham się przez tłum i spoglądam na północ. Wydaje mi się, że widzę... Gdzie? Przed oczyma duszy mojej... Kto to powiedział, koteczku? Wiem, że nie cierpicie cytatów, ale to jedno dzieło warto znać na pamięć, właśnie ze względu na te cytaty, które jeszcze nie uczynią z nikogo człowieka inteligentnego, ale stanowić będą krok we właściwym kierunku. To Hamlet tak mówi, spostrzegając ducha swego ojca na murach zamku Elsynor: Methinks, I see.. Where? Im my mind’s eyes...
Ale do
Elsynoru mamy dość daleko, zresztą źle się dzieje w państwie duńskim,
skupmy się więc na tym, co tu i teraz. Jakby pogoda była dobra – a nie jest,
właśnie na północy widać ciemne, opasłe brzuchy chmur – to łatwo byłoby zobaczyć
odległą jakieś 50 km stąd Mont Ventoux. Nazwę tłumaczy się zwykle jako „Góra
Wiatrów” co niewątpliwie jest słuszne, bo każda góra jest siedliskiem wiatru.
Ale po prowansalsku nazywano ją Ventor, co wywodziło się od celtyckiego
vent, które to słowo oznaczało po prostu górę. Góra o nazwie „Góra” po
prostu, a Ventoux to już francuska reinterpretacja. Przypomina mi się jak kilka
lat temu rozszyfrowywałem nazwę jaskini w innej górze – Mont St. Victoire.
Jaskinia nosiła nazwę Gouffre de Garagaï, co okazało się również
tautologią: prowansalskie Garagaï znaczy to samo co francuskie gouffre,
czyli przepaść, studnia, jaskinia bez bocznych korytarzy, awen.
Ale wznosząca się na 1912 m n.p.m. Mont Ventoux to góra ważna dla Prowansji, choćby dlatego, że jako pierwszy zdobył ją Petrarka w 1336 r., stając się w ten sposób pierwszym alpinistą, który wspiął się na nią, dlatego że jest. A alpinista także i dlatego, że góra ta jest najwyższym szczytem masywu Baronnies w Alpach Południowych. Warto było na pewno, bowiem ze szczytu widać zarówno Morze Śródziemne, jak i najwyższe szczyty Alp oraz Pirenejów. Wieje okropnie, niekiedy do 300 km na godzinę. Ale kto by się tam dzisiaj wspinał! Na sam szczyt prowadzi kilka dróg dojazdowych, w dodatku kilkakrotnie poprowadzono tędy trasę prowansalskiego etapu Tour de France. Podjazd na odcinku ok. 20 km pokonuje 1600 m deniwelacji, ze średnim nachyleniem ponad 7,5 %. W 1967 r. w czasie podjazdu tuż przed szczytem zmarł na serce angielski kolarz, mistrz świata Tom Simpson, zaś w 1970 r. na mecie na szczycie Mont Ventoux zasłabł Eddie Merckx, późniejszy zwycięzca Tour de France.
Na szczęście nas czeka jeszcze tylko krótka droga do hotelu. Autokar stoi na parkingu, skąd jest świetny widok na most, ale poza kilkoma dorosłymi z naszej grupy nikt nie fotografuje. Zakwaterowujemy się w „Etapie”, szybka kąpiel i zbieramy się na kolację. Nasz hotel położony jest tuż poza murami miejskimi, stosunkowo niedaleko od dworca kolejowego, ale mimo to jest zacisznie i przyjemnie. Kolacja w dość zatłoczonej restauracji. Przyjemnie jest na chwile usiąść i porozmawiać, bez konieczności zwracania uwagi na historyczne czy literackie konteksty. Ale słuchając gwaru rozmów, podsłuchując rozmowy kelnerek jakoś słyszę tylko francuski: nikt nigdzie nie mówi po prowansalsku, nie ma też – tak jak widziałem to w Nicei – dwujęzycznych napisów z nazwami ulic czy sklepów. Mówią głośno, wyraźnie, z charakterystycznym „r” – mniej drapiącym gardło niż w Paryżu. Przypomina mi się najpiękniejsza piosenka o Prowansji:

Oui, j'ai gardé l'accent
qu'on attrape en naissant
du côté de Marseille
C'est l'ail du potager,
l'huile de l'olivier,
le raisin de la treille
C'est le micocoulier
où jouent les écoliers,
Qu'une cigale égaye.
Quand la mer de Pagnol en retenant ses vagues
S'endort en rêvassant
Et rêve d'un marin qui lui passe la bague
La mer à notre accent !
Quand le vent de Mistral décoiffe les marchandes
Jouant au Tout Puissant
Et qu'il nous fait le ciel plus bleu que la lavande
Le vent à notre accent !
Oui, j'ai gardé l'accent
qu'on attrape en naissant
du côté de Marseille
C'est le mas paternel,
aux murs couleur de miel,
aux tomates vermeilles
C'est la tuile du toit,
comme un peu de patois
que le soir ensoleille
Quand la nuit de Daudet aux moulins met des voiles
Qui tournent en crissant
Et que ça grouille au ciel des millions d'étoiles,
La nuit à notre accent !
Quand l'été de Giono revient en transhumance
Et que les estivants, imitent en riant
Le parler de Provence,
Le monde à notre accent !
Oui, j'ai gardé l'accent
qu'on attrape en naissant
du côté de Marseille,
C'est l'accent du clocher,
la Noël des bergers
dans la nuit des merveilles.
C'est l'orgueil provençal,
la gloire de Mistral,
C'est l'accent de... Mireille !
Tak, zachowałam akcent, który mam od czasu gdy się urodziłam koło Marsylii. To czosnek z warzywnika, oliwa z oliwek, rodzynek z winnicy, to wiąz, pod którym bawią się uczniowie, gdzie gra cykada...
Kiedy morze Pagnola* wstrzymując swe fale zasypiaja w marzeniach i śni o żeglarzu, który mu ofiaruje pierścionek – morze ma nasz akcent!
Kiedy Mistral* psuje fryzury przekupek bawiąc się we Wszechmogącego i sprawia, że niebo jest bardziej niebieskie niż lawenda – wiatr ma nasz akcent!
Tak, zachowałam akcent, który mam od czasy gdy się urodziłam koło Marsylii. To dom rodzinny, ze ścianami koloru miodu, z suszonymi pomidorami, z dachówkami na dachu, jak szczypta gwary, która rozświetla wieczór...
Kiedy noc Daudeta* kładzie się na skrzydła wiatraków, które kręcą się skrzypiąc i poruszają w niebie miliony gwiazd – noc ma nasz akcent!
Kiedy lato Giona* powraca z redykiem owiec i gdy letnicy próbują dla żartu mówić po prowansalsku... - świat ma nasz akcent!
Tak, zachowałam akcent, który mam od czasy gdy się urodziłam koło Marsylii. To akcent dzwonnicy, Bożego Narodzenia, pasterzy w nocy cudów, to duma prowansalska, chwała Mistrala*. To akcent... Mireille!
Marcel Pagnol
(1895-1874), dramaturg, pisarz i filmowiec francuski, autor Trylogii Marsylskiej
i adaptacji filmowej „Listów z mojego młyna” prowansalskiego pisarza A.Daudeta.
Prowansalczyk.
Mistral – chłodny,
silny wiatr północny, a zarazem nazwisko wybitnego pisarza prowansalskiego,
Frédèrica Mistrala (1830-1914), który przyczynił się do reaktywowania języka
prowansalskiego i dokonał jego kodyfikacji. Prowansalczyk.
Alphonse Daudet
(1840-1897), pisarz i publicysta francuski, autor „Listów z mojego młyna”
osadzonych w realiach prowansalskich oraz prasowych felietonów „Kroniki
prowansalskie”. Prowansalczyk.
Jean Giono
(1895-1970), pisarz francuski, mieszkający w Prowansji i piszący o tym kraju.
Jest m.in. autorem powieści „Le mulin de Pologne”, która wbrew pozorom nie ma
niczego wspólnego z Polską... Prowansalczyk.
Nie pasuje mi tu w tłumaczeniu to słowo „akcent”, bo w zasadzie o wymowę chodzi, specyficzne brzmienie, to mówienie beng zamiast bien, peng zamiast pain, oue zamiast oui... Ale jak pozmieniam, to będzie jeszcze gorzej... Może ktoś pomoże?
Dlaczego akurat tu wspominam Mireille Mathieu? Cóż, Mireille to jeden z kwiatów Awinionu – ta następczyni Edith Piaf tutaj właśnie (a nie koło Marsylii) urodziła się 22 lipca 1946 r. Stąd pochodził także jeden z najwybitniejszych kompozytorów francuskich, Olivier Messiaen.
Zamawiam pastis, oczywiście, ale aperitif jest inny niż ten przed dwoma laty – taki sam, jak wówczas w samo południe na Place d’Horloge, jednak smakuje znacznie gorzej. Za dużo lodu? Za bardzo zmęczony jestem? A może drugi raz zawsze smakuje gorzej... Do obiadu bierzemy jakieś kompletnie nie markowe, lokalne rosé, taniutkie i pyszne.
Deszcz, choć
nadal wisi w powietrzu, jednak wciąż nie pada. Jutro czeka nas mnóstwo atrakcji,
więc ktoś rzuca hasło, by pójść do sklepu i kupić bagietek z serkiem na drogę.
My mamy jeszcze krajowe pieczywo, więc idziemy sami na spacer. Zmrok zapada tu o
wiele później niż w Polsce, więc mimo zbliżającej się godziny dziewiątej, jest
całkiem jasno. Powoli zaczynam się orientować w plątaninie uliczek, zresztą
dobra informacja i prosty układ przestrzenny nie pozwalają na zgubienie się.
Pokazuje się niesamowicie podświetlony niewielki pomnik Frédèrica Mistrala,
prowansalskiego poety, który w 1904 r. otrzymał literacką nagrodę Nobla za
twórczość w języku lokalnym, i który w znacznym stopniu przyczynił się do tego,
że prowansalski znów jest językiem żywym, że uczą go szkołach i ma własną
literaturę pisaną – choć, po prawdzie akurat w Awinionie tego nie widać.
Niedaleko
stąd, przy skrzyżowaniu ulicy Mistrala z Labourer, zobaczymy dwa dni później
ciekawe muzeum Fundacji Angladon-Dubrujeaud, prezentujące kolekcję dzieł sztuki
z przełomu XIX i XX wieku, zebranych przez paryskiego kreatora mody Jacquesa
Douceta. Przez budzące się dopiero do życia około 8 rano miasto, sami mocno
zaspani, przyjdziemy tutaj, by obejrzeć prace Degasa, Maneta, Sisleya i
Cézanne’a, kilka dzieł Picassa, Różową bluzkę Mogidlianiego oraz
Wagony kolejowe van Gogha – jedyne dzieło tego mistrza znajdujące się w
Prowansji. To doprawdy niesprawiedliwe – przecież tyle tu namalował pięknych
rzeczy! Muzeum należy do fundacji, prowadzonej przez spadkobierców Douceta i z
tej właśnie rodziny jest sympatyczna pani kustosz, która specjalnie dla nas
przyszła tak rano, na kilka godzin przed oficjalnym otwarciem muzeum (zwykle od
13.00), dzięki czemu mamy całą kolekcję dla siebie.
Piękna ekspozycja, choć muzeum dość nowe (otwarte w 1996 r.) i jeszcze nie
okrzepłe w tradycji. Odnoszę wrażenie, że nie bardzo wiedzą czy bardziej chwalić
się tym co mają teraz, czy tym, co mogliby mieć, gdyby okoliczności nie zmusiły
rodziny do wysprzedaży niektórych dzieł...
![]() |
![]() |
|
![]() |
![]() |
Zapewne
w tej galerii drogich nieobecnych pierwsze miejsce przypada
najsławniejszemu może dziełu Picassa Panny z Awinionu.
Jacques Doucet cieszył się posiadaniem tego dzieła od 1924 r. aż do śmierci w
pięć lat później. Jego spadkobiercy w 1937 r. sprzedali obraz, który znalazł się
w Nowym Jorku, w słynnym MoMA (Metropolitan Museum of Modern Art). Teraz pewno
bardzo żałują, ale z drugiej strony - pieniądze za Picassa i Braque'a (bo jego
też sprzedano za ocean) pozwoliły uratować resztę i założyć muzeum. Cóż - jak
wiadomo obraz Les Demoiselles d'Avignon nie pokazuje panienek z
tego Awinionu, w którym teraz jesteśmy. Namalowany w Paryżu, nawiązuje do
młodzieńczych przygód Picassa w pewnym przybytku uciech w Barcelonie, który
znajdował się przy ulicy
carrer d'Avinyò. Jest na nim pięć kubistycznie przedstawionych prostytutek
(początkowo towarzyszyło im dwóch panów, przystępujących właśnie do realizacji
transakcji, ale namówiony przez przyjaciół Picasso ograniczył się do sceny
wyłącznie żeńskiej... Można pęknąć ze śmiechu, jak czyta się uczone rozprawy o
tym, że ów obraz jest kubistyczną wersją "Sądu Parysa"....), a obraz uważany
jest za jeden z najważniejszych w historii sztuki współczesnej. Jednak władze
prowansalskiego Awinionu starannie informują na oficjalnej stronie miasta, że
dzieło to nie ma nic - poza nazwą - wspólnego z "naszym" Awinionem. Innymi słowy
- ten burdel to nie u nas... Ale pewno ani obywatele, ani mer papieskiego miasta
nie mieliby nic przeciwko temu, by można było cofnąć decyzję z 1937 r. i żeby
pięć wygibanych niewiast swawolnych wisiało w awiniońskim Musée d'Angladon...
Wąskie uliczki
po zachodniej stronie Pałacu Papieży doprowadzają nas do Mostu Świętego Benezeta.
Ładnie oświetlony, prawie bez turystów wygląda na to, czym w istocie jest –
modelem naszego niedokończonego życia, z błazeńską czapką gotyckiej kapliczki
św. Mikołaja na romańskim korpusie.
Jednak miasto
nad Rodanem ma swój wielki urok. Starannie odsuwam od siebie świadomość tego, że
to duża, nowoczesna aglomeracja, 175.000 mieszkańców, poza terenem w obrębie
murów ma jeszcze cztery duże, nowoczesne i dość brzydkie dzielnice, że jest
wielkim centrum komunikacyjnym i przemysłowym. W lipcu pęka w szwach z powodu
międzynarodowego festiwalu teatralnego, ale może warto wczesną jesienią? Może w
czasie festiwalu jazzowego, albo festiwalu filmów niezależnych? Od trzeciego
pobytu pewno już by można się nazywać bywalcem Aw
inionu...
Czy nadal jestem zakochany w Awinionie? Pewnie, bo po francusku Avignon
to elle, rodzaj żeński...
Bulwar nad Rodanem jest - jak większość tutejszych ulic - wysadzany platanami, które niesamowicie wyglądają w świetle latarni. Zapada noc, Powoli, wzdłuż ukwieconych trawników nad Rodanem, przy świetnie utrzymanych murach miejskich (co krok pustawe, darmowe parkingi...) wracamy do hotelu. Zaczyna padać deszcz.