Maciej Pinkwart
Duża porcja Grecji
Odcinek ósmy
TUTAJ poprzednie odcinki:
6. Ucieczka ze Skały Tajgejskiej
Śniadanie u Afrodyty
20-22 czerwca 2017.
ię rozhuśtać na pełnym morzu.
Ale oczywiście głównym powodem jest chęć zysku - żeby napakować jak najwięcej
samochodów i żeby statek był równomiernie obciążony. Rejs trwa godzinę i 45
minut, jest przyjemny, ale nie jest to przyjemność tania: bilet dla człowieka
kosztuje w jedną stronę 12,5 €, dla samochodu - 44.50 € i można je kupować tylko
w przedsprzedaży w kasie, albo on line.
Samochody upakowane jak szprotki w pudełku, więc statek podnosi tylną burtę i
odpływamy.
![]() Jean-Antoine Watteau, Odjazd na Cyterę, 1710, Frankfurt |
![]() Jean-Antoine Watteau, Odjazd na Cyterę, 1717, Paryż |
![]() Jean-Antoine Watteau, Odjazd na Cyterę, 1718, Berlin |
c i my tutaj będziemy
się nią posługiwać, czego żałuję, bo Cytera bardziej mi się podoba.
Historię Kithiry determinowało jej strategiczne położenie na skrzyżowaniu
morskich dróg z zachodu na wschód i z północy na południe. Spośród mocarstw
starożytności najbliżej mieli tu potężni Minojczycy: z Krety jest tu niespełna
80 kilometrów, a można jeszcze zrobić przystanek na położonej dokładnie w
połowie drogi niewielkiej Antikithirze.
Kithira zamieszkała już od późnego
neolitu (są zabytki z 6 tysiąclecia p.n.e., a najstarsze osady pochodzą z -3000 r.), co
najmniej od XX w. p. n. e. stała się częścią imperium minojskiego. Tworzono tam
bazy morskie, pozwalające kontrolować newralgiczny obszar Morza Śródziemnego,
miasta (jak Paleochora w centrum wyspy) i porty (jak Skandia na
południowym-wschodzie). Na górze Agios Georgios znaleziono ślady minojskiego
sanktuarium z częścią wyposażeni
a. A potem przyszedł XV wiek
p.n.e, spadkobiercy króla
Minosa na Krecie zaczęli mieć kłopoty z agresywnymi Mykeńczykami z północy i
skorzystali z tego przedsiębiorczy Fenicjanie, szukający nowych terenów i nowych
surowców na Zachodzie. Odkryli, że w pobliżu Kithiry występują w dużych
ilościach morskie ślimaki
Purpura haemastoma, z których produkowano słynną fenicką czerwień,
cenioną wysoko jako barwnik do rytualnych szat królewskich w krajach basenu Morza
Śródziemnego. Założyli tu więc fabrykę purpury, a przy okazji zajęli prawie całą
wyspę. Bardzo prawdopodobne, że mit o narodzinach Afrodyty właśnie na Kithirze
wywodzi się z faktu, że tutaj właśnie Fenicjanie przywieźli ważny w ich państwie
kult bogini miłości (i rozwiązłości...) Astarte i to dla niej zbudowali
świątynię w Paleocastri (Kastelo w Avlemonas), dziś nazywaną świątynią Afrodyty
Uranii.
A potem dzieje Kithiry przebiegały podobnie jak historia
całego południowego Peloponezu.
Po Fenicjanach przyszli tu Mykeńczycy - z tego
okresu mamy pierwszą wzmiankę literacką o wyspie, w Homerowej Iliadzie,
gdzie wzmiankowany jest mieszkaniec Kithiry Amfidamus i miejscowość Scandia.
Mykeńczyków wygonili Dorowie, od VI w. p.n.e. aż do czasów klasycznych władanie nad wyspą
objęli Spartanie, w czasie Wojen Peloponeskich między Spartą a Atenami
przechodziła z rąk do rąk, po zwycięstwie Sparty zapanował tu kult Dioskurów -
braci Kastora i Polideukesa. Potem Kithirę podbili Macedończycy, a po nich
Rzymianie. A w 365 r. n. e. doszło do fatalnego w skutkach trzęsienia ziemi, które
zmieniło wygląd wyspy, niszcząc m.in. całkowicie port w Skandii. Od VI w. Kithira wraz z całą wschodnią częścią Morza Śródziemnego weszła w skład
Cesarstwa Bizantyjskiego, a charakterystycznym elementem jej pejzażu stały się
pomniki i kościoły. Jednak gospodarka upadała i ok. 1000 r. wyspa opustoszała na
okres niemal stu lat. Potem zawładnęła nią rodzina Evdemonogianni przybyła z
Monemvasii i rządziła wyspą samodzielnie przez sto lat. To oni wybudowali
potężną osadę Agios Dymitrios w Paleochorze, gdzie według legendy wznieśli 365
kościołów - po jednym na każdy dzień roku... W początkach XIII w. cały ten
region opanowali Wenecjanie - a w ich imieniu zarządzała Kithirą potężna rodzina Venierich, przez długi czas mając Monemwazyjczyków jako głównych wrogów. Dopiero
w 1238 r.
Nicholas Evdemonogiannis zakończył ten spór w iście wschodni sposób - uznał
władzę Wenecjan i wydał swoją córkę za Marka Veniera, weneckiego władcę Krety,
samemu zachowując liczne przywileje naKithirze.
Jednak wojny między Wenecją i Konstantynopolem trwały nadal, choć na Kithirze nie
było prześladowań religijnych i swobodnie rozwijał się kult zarówno łaciński,
jak i wschodni. Ale gospodarczo wyspa straciła na znaczeniu i liczba mieszkańców
znów zmalała do kilkuset osób, które skupione były głównie w trzech miejskich
ośrodkach obronnych: były to Chora (miasto Kithira), Agios Dymitrios (Paleochora)
i Milopotamos. W XVI w. największym niebezpieczeństwem dla
mieszkańców były
napaści piratów berberyjskich i tureckich, spośród których najgroźniejszy i
najbardziej okrutny był otomański admirał Hayreddin Barbarossa. On właśnie w 1537
r. złupił i zniszczył całkowicie Paleochorę, wycinając w pień jej mieszkańców. W
kolejnym stuleciu oblicze Kithiry zmienili liczni imigranci z Krety, który
przywieźli tu swoje obyczaje i tradycje, niejako wracając do początków historii
wyspy. Tymczasem największą potęgą regionu stali się Turcy, a ich walki z
próbującymi bronić swoich zdobyczy Wenecjanami nie ominęły i Kithiry. Wenecja
jednak panowała nad nią aż do upadku Republiki Dożów w 1797 r. tworząc tu
niewielką enklawę łacińską w morzu muzułmańskim. Potem ścierały się tu potęgi
Francji i Anglii, a także Włoch i odradzającej się z popiołów historii Grecji. W
początkach XIX w. Kythitra została włączona do efemerycznego Zjednoczonego
Związku Wysp Jońskich ze stolicą na Korfu i razem z nim w 1864 r. weszła w skład
Królestwa Grecji. W czasie II wojny zorganizowano tu potężny ruch oporu
przeciwko Niemcom i to właśnie Kithira jako pierwszy region grecki została
wyzwolona spod okupacji 4 września 1944 r.
Dziś, mimo wciąż rosnącego ruchu turystycznego, populacja wyspy maleje, z powodu emigracji młodych do Grecji kontynentalnej lub za granicę. Obecnie mieszka tu zaledwie 3.400 stałych mieszkańców (wg innych danych - 4.000). Największymi miastami są Potamos (ok. 300 osób), Agia Pelagia, Kithira, Ano Livadi i Kálamos. Administracyjnie Kithira należy do regionu Attyka, czyli tego samego, co Ateny. Geograficznie jest najbardziej na południe wysuniętą częścią archipelagu Wysp Jońskich. Ma powierzchnię 284 km2, maksymalną długość 28 km, a szerokość 19 km. Najwyższe wzniesienie nie przekracza 500 m n.p.m., zaś większość zamieszkałego terytorium (poza miasteczkami portowymi, naturalnie) zajmuje wyżynę o wysokości 300 m.
Wylądowaliśmy w porcie w Diakofti, Michał - który na prom wjechał pierwszy,
teraz musi czekać aż zjadą na brzeg wszyscy, którzy wjechali potem i go
zastawili... My tymczasem idziemy do biura promowego, żeby kupić bilety
powrotne. Ponieważ wszyscy wpadli na ten sam pomysł, więc kolejka zrobiła się
spora. Jest upał, wczesne popołudnie. Wreszcie samochód na lądzie, bilety
kupione, wyjeżdżamy z przylądka, na którym usytuowany jest terminal promowy,
przez malowniczą groblę i ruszamy za nawigacją na północny wschód. I zaraz na
pierwszej serpentynie, wyprowadzającej nas na wzgórza nad miastem zatrzymujemy
samochód, by podziwiać widok na zatokę Diakofti. Uwagę zwraca przede wszystkim
położona kilometr od portu
niewielka, elipsoidalna Prasonisi - Zielona Wyspa,
której głównym akcentem jest do połowy zatopiony potężny wrak. Co oni z tymi
wrakami! - przypomina mi się od razu "największa atrakcja" Zakintos - Zatoka
Wraku. Ten tutaj - w przeciwieństwie do sztucznie zaholowanego do zatoki statku
na Zakintos - to MV Nordland, autentyczna jednostka holenderska, duży (7562
tony załadunku, 127 m długości, 11 m szerokości) statek towarowy, który 28
sierpnia 2000 r. wszedł tu na mieliznę i został przedziurawiony przez skały.
Rufa pogrążyła się w wodzie na głębokość 30 metrów, reszta w dość dobry stanie
wystaje ponad wodę. Dziś jest to popularny obiekt fotograficzny i cel wypraw
nurków.
Podjeżdżamy serpentynami na wyżynę, zajmującą środek wyspy, mijamy starożytneą Paleochorę i położone opodal niewielkie lotnisko i koło miasta Potamos zaczynamy
ponownie zjeżdżać na wybrzeże, w kierunku kolejnego portu Agia Pelagia. Na
przedmieściach znów skręcamy pod górę i zatrzymujemy się przed piękną rezydencją
- hotelem "Prapas Apartments". Nowoczesny, kilkukondygnacyjny budynek - jak nam
się wydaje - nie ma parkingu, a do środka prowadzą wielopiętrowe schody. Ale na
taras wybiega sympatyczna dziewczyna w dżinsowych szortach i pokazuje nam,
żebyśmy jechali drogą dalej pod
górę. Rzeczywiście - jeszcze dwa zakosy i
stajemy na niewielkim parkingu tuż przed drzwiami do apartamentu na najwyższym
piętrze. Tu ulokujemy się na następne dwa dni.
Dziewczyna tymczasem wbiega po schodach i z uśmiechem nas wita. To Christina,
zarządzająca hotelem. Przemiła, sympatyczna, dobrze mówiąca po angielsku,
specjalnie wybrała dla nas te pokoje, żebyśmy nie musieli chodzić po schodach z
bagażami. No i widok jest stąd najlepszy. Daleko, za morzem widać góry
Peloponezu, po lewej - Elafonisos, a za nami - porośnięte makią góry Kithir
y,
wznoszące się nad nami na 300 metrów. Blisko pod nami widać w dole zabudowania
portu i miasteczko Agia Pelagia, a jeszcze bliżej - niewielki basenik hotelowy
ze szmaragdową wodą, usytuowany na poziomie recepcji i jadalni - bo mamy tutaj
śniadania, wliczone w cenę hotelu. Schodzimy z Christiną na dół załatwić
formalności i nie spotykamy nikogo: jesteśmy jak się okazuje jedynymi gośćmi...
Pod koniec czerwca! Kupujemy zimnego Amstela i wracamy do siebie, by nacieszyć
się przez chwilę dość niecodzienną sytuacją: piękny hotel, w świetnym miejscu, z
genialnym widokiem - cały dla nas... Ogromny taras pozwalałby na to, żebyśmy się
stąd w ogóle nie ruszali - jeśli, oczywiście, mielibyśmy w planie tylko
wypoczynek czy opalanie. Nie miałbym nic przeciwko temu. Ale nie dla psa
kiełbasa...
Na kolację zjeżdżamy do portu. Tu ludzi sporo, ale w tawernach większość
stolików jest wolnych. Goście przyjdą dopiero po zmroku, a teraz jest dopiero
przed szóstą. Wchodzimy do tawerny "Akrogiali", zaglądamy do menu, specjalność: oczywiście, owoce morza. Fale
leniwie rozbijają się na plaży - nieładnej, bo kamienisto-żwirkowatej. Ale też
nie zamierzamy się tu kąpać. Naprzeciwko restauracji supermarket Kapsanis
szczyci się tym, że istnieje od 1912 roku. Korzystamy z tej tradycji,
zaopatrując się w towary refleksyjne. Oglądamy jeszcze widok z pobliskiej góry,
dokąd dojeżdżamy w poszukiwaniu latarni morskiej, ale zamiast niej znajdujemy
przekaźnik telefoniczny z lampą ostrzegającą samoloty. Wieczór na tarasie:
Christina już pojechała do domu, basen zamknięty, ale ładnie oświetlony, cisza -
tylko z odległych o parę kilometrów hoteli nad morzem dobiegają dźwięki muzyki.
21 czerwca 2017, środa. Śniadanie w Prapas zabija nas zupełnie.
Christina i, zdaje się, jej mama musiały wstać bardzo wcześnie, bo przecież
mówiła nam, że od 8 do 10 śniadanie na nas czeka. Śniadanie? Śniadanicho!
Najpierw zestawiają dwa stoliki, żeby to wszystko się zmieściło, a potem wnoszą
góry jedzenia i picia. Na zimno i na ciepło, napoje takie i śmakie, wędliny,
sery, pieczywo, ciasto i owoce, nie
wyrabiamy.
Zostawiamy niedojedzone ciasteczka deserowe i ruszamy w drogę.
Wyjeżdżamy zakosami na wysokość przeszło 300 metrów i drogą przez środek wyspy
pomykamy na południe, chcąc jak najszybciej znaleźć się na plaży, A że dojazd
jest trudny, więc na razie omijamy bokiem największe miasto Kithiry - Potamos,
przejeżdżamy przez niewielką, ale nastrojową, nieco senną o tej porze Aroniadikę
i powoli wspinamy się jeszcze wyżej, by potem dzikimi zakrętami szaleńczo
zjechać w dół. O trudnościach tej - jednej z dwóch głównych - trasy przez wyspę
świadczy fakt, że 30 km, jakie dzielą naszą Pelagię od południowego celu naszej
podróży pokonujemy w przeszło
godzinę... Na ostatnich kilometrach zapominamy o
asfalcie i wznosimy obłoki kurzu na szutrówce. Podobny do naszego obłoczek pędzi
paręset metrów przed nami, co nas upewnia, że do celu - jeżeli tu w ogóle jest
jakiś cel - nie jedziemy sami. Plaża Melidoni ukazuje się niemal w ostatniej
chwili i jest puściutka -
przed nami jechał właśnie pan, który wynajmuje leżaki, włącza agregat zasilający
lodówkę i parzy kawę. Spośród gości jesteśmy na razie sami - dochodzi jedenasta
- i korzystamy z tego w pełni. Renata napełnia wiatrem swój chiński fikuśny
leżak-materac, Michał i ja mościmy się na leżakach, potem wszyscy idziemy do
wody, starannie unikając kamyków na plaży i skałek w wodzie. Melidoni to zatoka,
głęboko wciśnięta między dwa wysunięte cypelki,
gdzie widok na pełne morze
zasłania wielka i groźnie wyglądająca skalista wyspa Chytra. Nie jest duża (900
x 300 m), leży o siedem kilometrów od nas, ale sprawia naprawdę wielkie
wrażenie.
Upał rośnie, w otoczonej wysokimi górami zatoce brak przewiewu, ludzi powoli
przybywa, choć wciąż to jest raczej kilka, niż kilkadziesiąt osób. Ale jesteśmy tu
już - co niemal nieprawdopodobne - prawie pięć godzin, a mamy spore plany na
dalszą część dnia, więc się zbieramy. Znów pokonujemy kilkadziesiąt serpentyn,
wjeżdżamy na wysokość prawie 400 metrów i już spokojniej docieramy do położonej
na południowym krańcu wyspy jej miasta stołecznego, które też nazywa się Kithira, ale częściej używa się tu nazwy Chora,
co znaczy po prostu Miasto. Położone
170-150 m nad poziomem morza, jest jak większość starych miast oddalone o
kilometr od wybrzeża, co miało zabezpieczać mieszkańców przed atakami piratów.
Jednak dziś o ukryciu się nie ma mowy - z daleka widać górujący nad Chorą,
wyniosły średniowieczny zamek wenecki z przełomu XIII i XIV w. (choć ostatnie
przebudowy pochodzą z 1503 r.). Doc
ieramy do niego wąskimi uliczkami, między
jednopiętrowymi domkami pomalowanymi na śnieżnobiały kolor, z błękitnymi, wręcz
turkusowymi drzwiami i framugami okien. Samo miasteczko także powstało dzięki
Wenecjanom w XII w. Nowsza zabudowa, z kilkupiętrowymi kamienicami, to
pozostałości XIX w. W Chorze jest kilkanaście wartych uwagi kościołów,
przeważnie pochodzących z czasów bizantyjskich i przeważnie zamkniętych.
Parkujemy przy murach miejskich, skąd rozciąga się wspaniały widok na twierdzę.
Drogowskazy prowadzą nas malowniczymi zaułkami do Kastro, czyli zamku.
Wstęp jest bezpłatny. Środek jest mocno zrujnowany, ale z łatwością odnajdujemy
kilka ocalałych budowli - dawne więzienie, rezydencję panów zamku, mieszczącą
dziś siedzibę archiwum historycznego Kithiry (z dokumentami podobno nawet z XVI
w.), kilka średniowiecznych kościołów, wśród których uwagę zwraca przede
wszystkim niewielki, pomalowany na biało kościół
Panagia Myrtidiotissa, dziś oczywiście
ortodoksyjny, ale wybudowany w 1545 r. przez Wenecjan jako katolicka świątynia
pod wezwaniem św. Barbary (potem - Matki Boskiej). Pozostałe kościoły to
świątynia Matki Boskiej Sierocej (Panagia
Orfanis) oraz Chrystusa Stwórcy
Wszechświata (Pantokratoras).
Już podchodząc do wejścia widzimy przepiękny pejzaż położonej w dole zatoki
Kapsali, z piękną plażą, przypominającą atol mórz południowych i białym
miasteczkiem o tej samej nazwie. Z murów zamkowych widok ten jest jeszcze
piękniejszy. Przy drodze z Kithiry do Kapsali ulokowane jest ciekawe, choć
niewielkie muzeum archeologiczne, pokazujące m.in. pamiątki z najdawniejszych
czasów pierwszego osadnictwa. Zastanawiam się, czy najstarszy, neolityczny dzban
nie był świadkiem narodzin Afrodyty... Dostrzegamy z murów ponurą wyspę Chytrę,
którą niedawno widzieliśmy z zatoki Melidoni. Obronny charakter zamczyska
przypominają liczne rozmieszczone w różnych miejscach twierdzy armaty - podobno
niektóre są bizantyjskie, inne pochodzą z czasów wojen rosyjsko-tureckich,
najmłodsze umieścili na zamku Anglicy.
Dochodzi czwarta popołudniu, wiatr ucichł i jest okropnie gorąco. Szukam
cienia i znajduję go pod rozłożystymi piniami,
których sporo rośnie na zamku.
Przy stromym, ale wygodnym zejściu pod piniami poustawiane są ławki, a koło
jednej z nich dostrzegam kran z wodą - o dziwo, czynny, z czego korzystam. Znów
przeciskamy się wąskimi uliczkami, turystów prawie nie ma, mieszkańców też nie
widać, w upale coraz głośniej grają cykady. I wreszcie dostrzegamy jednego z
muzykantów - cykada jest tak otumaniona upałem i swoimi miłosnymi zalotami, że
pozwala się Renacie sportretować z bliska.
Cykady to dla nas symbol lata, spędzanego gdzieś w rejonie Morza Śródziemnego.
Są podobno obecne wszędzie, a ich 2900 gatunków zamieszkuje niemal wszystkie
strefy klimatyczne, ale nas interesują te grające. Pierwszy raz słyszałem je w
Prowansji, a poznałem bliżej 10 lat temu na Rodos. Ale rzadko widywałem na
własne oczy, bo zazwyczaj chowają się w liściach drzew, a że nie są
specjalnie kolorowe - trudno je dostrzec. Grają inaczej niż znane nam wszystkim
świerszcze czy koniki polne, bo dźwięk wydają przy pomocy czegoś w rodzaju pudełka
akustycznego, które napinają i zwalniają z ogromną prędkością, a w dodatku mają
to jakoś tak urządzone, że człowiek zawsze słyszy to "cykanie" w innym miejscu,
niż to, gdzie znajduje się owad. Ale panie cykadowe - bo grywają wyłącznie samce
w okresie godowym - jakoś trafiają do panów, i zapewne jakość grania ma
świadczyć o
jakości genów, bo samce starają się jak oszalałe. Dźwięk cykad
przekracza podobno 106 decybeli, ale nie wiem czy tak podliczano pojedynczego
muzykanta, czy całą kapelę. Lepsze są po tym względem takie pływające owady
wioślaki, które są swojego rodzaju wirtuozami gry na skrzypcach: skrzypcami jest
ich odwłok, a smyczkiem niewielki penisik, którym pocierają odwłok, wytwarzając
dźwięki ponad 90 decybelowe. No, to bym z punktu widzenia samicy rozumiał, ale
żeby przywabiać panienkę szalonym kastanietem w tymbalach przyodwłokowych?
Efekt tego jest taki, że jak już ta sztuka się uda, samica włazi na drzewo,
składa tam pod korę jaja, z których po pewnym czasie wylęga się larwa - nimfa,
która spada na ziemię i zakopuje się w pobliżu korzeni, bo żywi się właśnie
sokiem wysysanym z podziemnych części roślin. Ten stan larwalny trwa dwa lata,
ale w Ameryce żyją cykady, które żerują pod ziemią przez... 13 lub 17 lat. Po
osiągnięciu "matury" larwy wygrzebują się, wchodzą z powrotem na drzewo, na
którego korzeniach żerowały - i tam przekształcają się najpierw w poczwarkę, a
potem w dorosłego owada, którego wielkość w śródziemnomorskiej strefie
klimatycznej dochodzi do 3-4 cm. Po kilku dniach ich pancerzyki twardnieją,
cykady zaczynają latać, żerują na młodych roślinach, nie tykając liści ani szpilek
drzew, gdzie mieszkają. No i dobierają się w pary. Zaczynają grać, gdy
temperatura powietrza przekroczy 22 stopnie, dokładnie. A więc w naszych trasach
podróży to zwykle godzina 8-9 rano. Milkną wieczorem, po 20-tej. Jak już związek
zostanie skonsumowany - cykada milknie, co jest dość dla nas zrozumiałe: staramy
się jak cholera, żeby zdobyć partnera (sorry za niezamierzony rym, czyli
eufonię), zrobić co trzeba, a potem nam wszystko wisi i już nie gramy tak
ładnie... O ile się nie mylę, strefa życia śródziemnomorskich cykad pokrywa się
ze strefą występowania oliwek.
Jest jeszcze jeden okaz przyrodniczy, który też występuje w strefie cykad, nabiera imponującego wyglądu w momencie orgazmu roślinnego, po czym - umiera. To agawa. W sumie - można jej pozazdrościć: grube, mięsiste liście z kolcami często są ozdobami naszych domowych, doniczkowych ogródków, czasem hoduje się je w wielkich donicach, wynoszonych na zewnątrz na czas polskiego lata, po czym wędrują na salony. I tak sobie żyją, długo nawet, ale bezproduktywnie. W naturze śródziemnomorskiej, subtropikalnej i tropikalnej rosną i rosną aż osiągną dojrzałość płciową - w wieku 6-15 lat. Ale niektóre gatunki stają się dorosłe w wieku 100 lat, co mnie interesuje bardzo. Po czym zakwitają, jeden jedyny raz w życiu, wypuszczając przepiękny pojedynczy pęd kwiatowy, który wygląda jak spore i dość masywne drzewo, wyrosłe nagle na krzaku agawy. Pęd taki może sięgać do 15 metrów i mieć na sobie kilkanaście tysięcy kwiatostanów. Po czym kwiaty przekwitają i rozsiewają nasiona, pęd w ciągu kilku dni więdnie i łamie się pod własnym ciężarem, agawa-matka umiera, ale zwykle ostatnim wysiłkiem wydaje jeszcze odszczepki przykorzeniowe. Lubię agawy, choć zauważam tylko jak właśnie umierają - czyli jak wydają na świat potomstwo w postaci owego gigantycznego pędu kwiatowego.
Wracamy do samochodu, wsiadamy jak do pieca martenowskiego, ale dobra droga
pozwala na sporą szybkość, więc niebawem się ochładza. Dobra droga na Kithirze
zdarza się rzadko - praktycznie jedna przecina wyspę z północy na południe i od
niej o
dchodzą cztery kilkunastokilometrowe trasy w bok. Reszta to drogi,
chciałoby się rzec, czwartej kolejności odśnieżania. Teraz jednak tą
główną drogą jedziemy z Chory na północ do Livadi, potem nieco na zachód i znów
na północ do Katouni, stanowiącego w zasadzie dzielnicę dolnego Livadi, Kato
Livadi. Jedyny zabytek tej okolicy zwrócił naszą uwagę już rano, kiedy mijaliśmy
go z odległości kilkuset metrów. To przypominający rzymski akwedukt wielki
most (Géfira Katouniou) - podobno największy w całej
Grecji. Niestety, nie jest rzymski - powstał za czasów panowania na wyspie
Anglików, w 1823-1826 r. Ma 110 m długości, 6 m szerokości i 16 m wysokości,
składa się z 13 arkad i 12 idealnie symetrycznie rozmieszczonych przepustów, a
autorem projektu tej konstrukcji był inżynier
John Mackwell - brytyjski komisarz Livadi, który ponoć zakochał się w
dziewczynie, mieszkającej po drugiej stronie rzeczki w Katouni i chciał sobie
skrócić drogę na randki... Przez most prowadzi szosa z nadbrzeżnego Avlemonas do
Livadi, którą właśnie przyjechaliśmy i zaparkowaliśmy po drugiej stronie
zabytku. Rzeczka, nad którą stoi most jest teraz pusta, bez śladu wody, ale
podobno potrafi w czasie silnych opadów wręcz zagrozić powodzią. Pewno nie bez
powodu nazywa się Кακος Пοταμος, Kakos Potamos - Zła (albo: Dzika)
Rzeka... Opodal znajduje się muzeum fresków bizantyjskich, jednak znając już
dziesiątki innych podobnych kolekcji - tę omijamy szerokim łukiem.
Jedziemy teraz na północny wschód, do innej złej rzeki, usytuowanej
koło miejscowości Milopotamos. Miasteczko założone przez Wenecjan niewiele ma
średniowiecznej architektury i mało w nim świadczy o tym, że było to jedno z
głównych centrów osadnictwa na wyspie,
więc od razu jedziemy dalej - do
największej atrakcji okolicy, dość nietypowej dla greckich wysp, przeważnie nie
cierpiących na nadmiar bieżącej wody. Sama nazwa miasta o tym świadczy -
Μυλοπόταμος to Rzeka Młynów. Rzeczywiście, z wypływającej z pobliskich wysp
rzeczki (potamos), nazywającej się
Κακό Λαγκάδι,
Kako Linkadi, Zła dolina korzystały niegdyś 22 młyny. Do dziś dotrwał tylko
jeden, Filippas (czyli: należący do Filipa), będący w rodzinie właściciela od
350 lat. My jednak kierujemy się najpierw do przepięknego wodospadu, którego
sielankowa okolica doskonale koresponduje z jego oficjalną nazwą - Wodospad
Nereidy. Nereidy były to co prawda nimfy morskie, przepiękne córki Nereusa -
boga morskiego i okeanidy Doris, ale w potocznym rozumieniu uważa się je za
boginki wodne.
<-- Edward John Poynter, Nimfy w jaskini podczas sztormu, 1903, kolekcja prywatna
Jednak miejscowa nazwa jest też romantyczna, choć już nie sielankowa: wodospad nazywa się Φόνισσα, Fonissa, czyli "Zabójczyni". Według legendy dawno, dawno temu spotkały się tu dwie kobiety, by rozstrzygnąć spór o kochanego przez obie mężczyznę. Jedna z nich zamiast siły argumentów użyła argumentu siły, spychając rywalkę z wysokiej skały wprost w objęcia wodospadu. Topografia przypomina trochę - choć w innej skali - Siklawicę w Tatrach: są to też dwa piętrowo usytuowane wobec siebie wodospady, z których wyższy ma ok. 20 metrów. Widoki są bajkowe: szmaragdowa woda, kolorowe skały, przyjemny chłód nawet w największy upał (temperatura wody w stawkach o głębokości ponad 3 metry wypłukanych przez spadającą wodę nie przekracza 10 stopni), omszałe ściany skalne, kolorowe motyle...
Wyżej usytuowane są wiatraki, ale dojście do nich jest
dość trudne i wymaga przynajmniej odpowiedniego obuwia turystycznego. My nie
mamy ani górskich butów, ani specjalnie ochoty, więc wierzymy na słowo, że i tam
jest pięknie. Wracamy do miasta i przyglądamy się dwu pięknym platanom,
ocieniającym główny plac miasta, do którego do
pływa rzeczka spod wodospadu,
tworząc z jednej strony przyjemny staw, gdzie pływają kaczki. Miasto jest dość
spore i ładnie zabudowane. Główny kościół przy placu, pod wezwaniem św. Haralambosa zwraca uwagę malowniczą pięciokondygnacyjną wieżą. Opodal - główny
kościół parafialny św. Sozosa. Oba pochodzą z XVIII w. W pobliskich górach jest
także wiele zabytkowych wczesnochrześcijańskich, bizantyjskich i weneckich
kościołów, a wśród nich - umieszczona w jaskini kaplica św. Zofii, z
przepięknymi i doskonale zachowanymi w stabilnej temperaturze i wilgotności
kolorowymi freskami, których wykonanie datuje się na XII wiek. Dziś jaskinia nie
ma charakteru sakralnego (msze odprawiane są tylko 17 września, w dzień św.
Zofii) i jest udostępniona do zwiedzania - ale tylko w sezonie letnim (15
czerwca - 25 września) w zorganizowanych grupach z przewodnikiem (normalny bilet
wstępu 5 €, ulgowy 2 €).
Jednak najstarszy i najważniejszy zabytek tej okolicy
znajduje się kilometr dalej na zachód i nieco niżej, choć usytuowany na sporym
wzgórzu. To Kato Chora, Dolne Miasto, niemal opuszczona i zaniedbana dzielnica,
miasto duchów. Miasto zaczęło umierać mniej więcej od 1950 r., kiedy to
większość mieszkańców przeniosła się do Mylopotamos, czy wręcz do Grecji
kontynentalnej. Dziś większość domów stoi pustych, a najbardziej malowniczą
ruiną są pozostałości dawnego
zamku, którego pochodzenie dokumentuje uszkodzony,
ale dobrze widoczny skrzydlaty Lew św. Marka - herb Republiki Weneckiej dobrze
widoczny nad bramą wejściową. Obok umieszczono datę - rok 1565, która zapewne
nie oznacza roku wzniesienie zamku, tylko jego odbudowy.
Zniszczone średniowieczne mury otaczają całe Dolne Miasto, przypominając o
charakterze miejscowości: była to forteca, panująca nad okolicą i przede
wszystkim strzegąca bezpieczeństwa Kithiry, w dawnych czasach wciąż zagrożonej
napaściami piratów. We wnętrzu zamku stale mieszkało 55 weneckich żołnierzy z
rodzinami. W XVI w. znaleźli się tam też uciekinierzy z Cypru i Krety, a także z
Kithyryjskiej Paleochory, zniszczonej przez pirata Barbarossę. Było tam dziewięć
XVI- i XVII-wiecznych kościołów, o dość skromnych gabarytach. Te, które
zachowały się do dziś, mają dobrze widoczne ślady dawnej świetności w postaci
wciąż jeszcze kolorowych fresków. Zamek - i wiele domów
miasteczka - są w
znacznej części zarośnięte pnączami i bugenwillami, których drapieżne kolory
przykrywaj w pewny stopniu częściowo zabliźnione rany, jakie osadzie zadał
nieubłagany czas. Ale ci, którzy pozostali, nie poddają się i próbują żyć tu w
miarę normalnie. Jakieś życie współczesne się tu tli, są
niewielkie sklepiki, miejsca do parkowania, nawet wypożyczalnia samochodów i
przystanek autobusowy. Na głównym placyku nadal działa stara Angielska Szkoła,
założona przez brytyjskich okupantów w 1825 r.
Wracamy do głównej drogi i już w pół godziny później parkujemy przed naszym hotelem w Agia Pelagia. Tu naprawdę wszędzie jest blisko, choć uświadomimy sobie to dopiero wtedy, kiedy już trochę poznamy Kithirę. Czyli wtedy, kiedy trzeba będzie stąd wyjeżdżać.
Trochę leniuchujemy na tarasie, mała kąpiółka, przebieramy się i zjeżdżamy do portu w Pelagii na kolację. Tym razem wybieramy inną tawernę niż wczoraj, a ściąga nas do niej samotny starszy muzyk, grający smętnie na klarnecie. Zamawiamy coś tam, a do muzyka dosiada się drugi, z gitarą. Grają i śpiewają. Bardzo po grecku, żadne tam komerchy w postaci zorby czy Bregowica. O miłości, więc bardzo smutno. Pewno o miłości nieszczęśliwej, bo co tu śpiewać o szczęśliwej? Jest 21 czerwca, Noc Kupały, więc niby trochę nastrój nieadekwatny, ale co tam. Po kolacji jeszcze pożegnalny spacer po Peli, zakupy i wracamy do domu na noc świętojańską. Jest pięknie, ale wciąż nie najweselej.
22 czerwca 2017 r., czwartek. Świętojańska noc mija
błyskawicznie, tym bardziej, że budzik dzwoni o siódmej. Jeszcze ostatnie
spojrzenie na gościnny i niesamowicie przyjemny apartament, ozdobiony jakimiś
amatorskimi (może Christiny?) dziełami sztuki. Musimy się spakować,
ogarnąć i w drogę. Zanim będziemy się mustrować na prom (a nie możemy się
spóźnić, bo jest tylko jeden dziennie), mamy w planie jeszcze zwiedzanie i plażing. Ale przedtem, oczywiście, musimy jeszcze pokonać śniadanie. Christina i
tym razem nas (i swojego budżetu...) nie oszczędza. Jest, co prawda, taki sam
zestaw co wczoraj, więc wiemy już co wybierać
i pałaszować, a od czego
ostatecznie można się
uchylić, ale i tak zajmuje to nam pół godziny. Pakujemy się do samochodu,
serdecznie żegnamy i sympatyczny Prapas Apartments i jego gospodynię, która
wybiega za nami na taras i długo za nami macha rękami. Będziemy potem jeszcze
przez jakiś czas utrzymywać kontakt. Z portu skręcamy na południowy wschód i
wzdłuż wybrzeża, po dość podłej i ryzykownie poprowadzonej nad przepaścią drodze
docieramy do Kakia Langada, Złego Wąwozu. Tym razem nazwa - dość popularna, jak
widać - jest zupełnie usprawiedliwiona, co zresztą wyjaśnia w pewien sposób
uzupełniający napis na drogowskazie "Barbarosa Canyon". Chodzi oczywiście o
słynnego pirata tureckiego
Hayreddina Barbarossę, który tu właśnie wylądował w 1537 r. i stąd skrycie
zaatakował najstarsze podobno miasto na Kithirze - o czym przynajmniej świadczy
jego nazwa - Paleochorę, (Paleo Chora - Stare Miasto) zwaną także przez
ówczesnych mieszkańców Agios Dimitrios, miasto świętego Dymitra.
Wąwóz oglądany dziś jest może nie tyle zły, ile dziki,
choć piękny. Jest tu rezerwat przyrody, co przejawia się także w tym, że jakaś
wolontariuszka pracowicie sprząta kamienia, leżące między wodą z rzeki, a
morzem. Trudno to nazwać plażą, ale mimo wczesnej godziny już zaczynają się tu
pojawiać ludzie, więc zwijamy się pomału, żeby dotrzeć do Paleochory drogą
bardziej cywilizowaną. W końcu - nikt z nas nie jest piratem, przynajmniej nie
rudobrodym. Na dojazd potrzebujemy pół godziny - Barbarossa zapewne musiał
poświęcić na to więcej czasu. Wąwóz doprowadza do Starego Miasta leżącego o
kilometr w głąb lądu i blisko 200 metrów w górę. My objeżdżamy dwanaście
kilometrów i zatrzymujemy się tam, gdzie boczna,
szutrowa droga się kończy.
Trudno to nazwać parkingiem, ale z braku lepszego miejsca i określenia z tego korzystamy. Dalej wąziutka ścieżka między skałami, zarośnięta niekiedy makią
prowadzi do ruin zamku, ledwie wystających nad zaroślami. W lepszym stanie trwają
budynki średniowiecznych kościołów, a wśród nich niewielka świątynka św.
Barbary, usytuowana przy drodze do zamku. Patrzymy na to wszystko i trudno nam
sobie wyobrazić, że niegdyś kwitło tu bogate (w każdym znaczeniu tego słowa)
życie miasta, które było stolicą całej Kithiry.
Twórcom miasta, założonego gdzieś w połowie XV w. wydawało się zapewne, że jego
położenie uratuje go przed zniszczeniami, którym podległy wszystkie wcześniej
istniejące osady, złupione przez barbarzyńców tak, że w średniowieczu Kithira
stała się niemal wyspą bezludną. Paleochora zaś leżała daleko od morza, w
widłach dwóch stromych wąwozów i co najważniejsze - w zagłębieniu terenu,
niższym od otaczających wzgórz tak, że była zupełnie niewidoczna z morza.
Prawdopodobnie więc atak Barbarossy był poprzedzony dobrym wywiadem, a może
turecki pirat w stopniu admirała miał w Starym Mieście swojego szpiega... Jedna
z legend mówi, że rosnące znaczenie osady stało się szeroko znane nawet na
Peloponezie, więc Barbarossie pozostało tylko dowiedzieć się, gdzie ona
dokładnie leżała. Wylądował więc na Kithirze i schwytawszy pewną liczbę jeńców
ścinał ich po kolei tak długo, aż ktoś wyjawił mu położenie stolicy. Ponadto
jest podobno jeden punkt na morzu, w odległości 10 km od wyspy, z którego było
widać zamek. Miasto - nazywające się wówczas Agios Dimitrios - rozwijało się
szybko i w 1530 r. miało już 800 mieszkańców - czyli więcej, niż miasta Kithiry
mają dziś. Było tam wówczas 15 kościołów i 20 księży. W 1537 r. Barbarossa
najpierw ostrzelał miasto z armat swego okrętu, które zainstalował na
okolicznych wzgórzach, potem doprowadził do walki wręcz. Kobiety z dziećmi oraz
biskup uciekli z Paleochory, chroniąc się w jednej z pobliskich jaskiń wraz z
częścią dobytku. Mimo że Grecy bronili się dzielnie, zadając Turkom olbrzymie
straty - ci jednak w końcu zmusili obrońców do poddania się. Barbarossa
splądrował miasto, ale nie wziął jasyru, bo nigdy się nie dowiedział, gdzie
ukryła się reszta mieszkańców. Agios Dymitrios jednak nigdy już nie
podniósł się po tej klęsce i największe miasto stało się Starym Miastem -
opuszczonym i zrujnowanym.
Młodzież przedziera się przez makię i znika między zrujnowanymi murami, ja
pozostaję z pięknym widokiem na Paleochorę, oglądając ruinę z dystansu.
Słoneczko, cisza, tylko cykady grają jak opętane. Poza nami nie ma innych
turystów. W pewnym momencie słyszę hałas i widzę wspinający się na niebo spory
samolot. To mi przypomina, że trzy kilometry stąd znajduje się jedyne lotnisko
na Kithirze. Uruchomiono je w 1971 r. na początku dla niewielkich samolotów
lokalnych, które połączyły wyspę z Atenami. Rozbudowano je w latach 1998 i 2003
r. Jest tam obecnie jeden pas startowy (1480 m długości i 30 m), a lądują tam
głównie samoloty z rozmaitych miejscowości w Grecji. Regularne loty na Kithirę
organizowane są kilka razy w tygodniu z Aten (w sezonie co najmniej raz
dziennie), 3 razy w tygodniu można stąd polecieć na inne Wyspy Jońskie (Korfu,
Zakintos i Kefalonię), latem także do Salonik. Oczywiście loty czarterowe
organizowane są z wielu innych krajów i miast, ale przeważnie wymagają
przesiadki w Atenach. Przypomina mi się popularna tu opinia, że Kithira to wyspa
najbardziej modna w... Australii, skąd podróż trwa na pewno ponad dobę, ale
chyba się opłaca i cieszy powodzeniem, jeśli Australijczycy nie tylko stanowią
jedną z największych narodowościowo populacji turystycznych na naszej wysepce,
ale nawet założyli świetnie podobno działające Kytherian Association of
Australia, które nawet sponsoruje wydawanie anglojęzycznych przewodników po
Wyspie Afrodyty.
Stowarzyszenie nazywane początkowo Braterstwem Kithyryjskim
zostało założone w 1922 r. w Marathon Cafe w Sidney przez kilku emigrantów z
Kithiry w celu podtrzymywania więzi ze starym krajem. Dziś organizacja liczy
kilka tysięcy członków i wielu sympatyków, przeważnie rekrutujących się z
rdzennych Australijczyków, którzy namówieni przez potomków emigrantów zaczęli
przyjeżdżać ze swojej wielkiej na tutejszą maleńką wyspę i zakochali się w niej.
Stowarzyszenie wydaje własne czasopisma, publikuje książki, prowadzi w Sidney
specjalistyczną Bibliotekę Kitheryjską i Centrum Kulturalne. A na jego wzór
zaczęły także powstawać podobne organizacje w Stanach Zjednoczonych.
Czas na nas. Jeśli chcemy jeszcze wskoczyć do morza - musimy się zbierać.
Wracamy do głównej drogi, mijamy lotnisko i zjeżdżamy serpentynami w dół, do
portu w Diakofti. Mijamy znów niezatapialny wrak przy brzegu Prasonisi i
docieramy na plażę usytuowaną w pobliżu grobli, łączącej miasto z wysepką, gdzie
jest przystań promowa. Mamy mnóstwo czasu, prawie cztery godziny, które
zagospodarowujemy właściwie. Prom pojawia się nieco spóźniony, może dlatego, że
dziś zabieramy się na jednostkę, która przypłynęła z Krety, zawadzając po drodze
o Antykithirę. Mimo tego jest prawie pusty, także nawet upakowywanie aut nie
trwa długo i nie ma na pokładzie aż takiego ścisku, jak w tamtą stronę.
Spotykamy kilka osób, które płynęły z nami poprzednim razem, a teraz tak jak my
wracają - widać trzydniowy pobyt na Kithirze to norma. Dla
nas to stanowczo za
mało - na pewno tu trzeba będzie jeszcze wrócić.
Zbliża się szósta po południu, kiedy lądujemy w cichym, niemal sennym Neapoli, które wydaje mi się idealnym miejscem do spokojnego wypoczynku - więc z pewnością nigdy mi już nie będzie dane tu zamieszkać, bo co jak co, ale spokojny odpoczynek to nie dla mnie. Chyba, że wieczny odpoczynek... Nasza astra powoli wyjeżdża z brzucha promowego lewiatana, wsiadamy i ruszamy w drogę. Przed nami prawie 250 km jazdy po górach i lasach Peloponezu, przez Lakonię i Mesenię. Po godzinie 22-giej wnosimy rzeczy do kompletnie pustej recepcji hotelu Artina w Marathopolis, z której moglibyśmy wynieść wszystko: meble, sprzęt elektroniczny, komputery i kasę, z wyjątkiem recepcjonisty. Ten przychodzi po kilkunastu minutach - okazuje się, że jest jeden na dwa budynki, a w dodatku w telewizji był chyba jakiś mecz. Spóźnienie nadrabia uprzejmością, apartament jest super, na sporym tarasie liczymy gwiazdy, świecące tym razem nad Ionio Pelagos, Morzem Jońskim. Gdzieś tam, daleko są nasze wspomnienia o Korfu i Zakintos. Ale o wyspach w tym sezonie już trzeba zapomnieć - do końca wyprawy pozostaniemy na kontynencie. No, chyba że przyjmiemy, że Peloponez jednak jest wyspą.