Maciej Pinkwart
Duża porcja Grecji
Odcinek siódmy
TUTAJ poprzednie odcinki:
6. Ucieczka ze Skały Tajgejskiej
W oślej szczęce
18-19 czerwca 2017. Ranek budzi się słoneczny, ale niewyraźne
chmurki na horyzoncie zapowiadają, że pogoda może nie wytrzymać do wieczora. A
więc szybko coś jemy, pakujemy sprawy plażowe i wyruszamy do portu, a potem,
objeżdżając wyspę drogą nadmorską, jedziemy na ładną, piaszczystą plażę Simos, w południowej
części Elafonisos. Nazwa o
d początku kojarzy mi się z milutką, niemal karaibską
w wyglądzie plażą na przylądku Elafonisi na Krecie. Tamto, kreteńskie Elafonisi
jest wtórne - nazwali je tak znani w tym regionie rybacy z Elafonisos, bo
przypominało wyglądem plażę Simos, na którą właśnie jedziemy. A tutejsza nazwa
pochodzi od słów elafi lub, w lokalnym dialekcie - lafi, co
oznacza jelenia oraz słowa nisos, wyspa.
<-- Plaża Simos
Rzeczywiście mieszkało tu ponoć sporo jeleni szlachetnych (Cervus elaphus), co w swoich nazwach wyspy odnotowali Arabowie, nazywając ją w VII w. Ashab al Baqar, wyspa jeleni, czy później w wieku XVI Wenecjanie, którzy na mapach oznaczyli ją jako Isola di Cervi, co znaczy to samo. Ba! Grecki geograf Pauzaniasz, na którego się już tu powoływałem, odnotował w II w. n.e., że były tutaj świątynie Artemidy - dlatego, że była to bogini polowania, no i przedstawiano ją właśnie często z jeleniem.
Inna rzecz, że od tego samego
Pauzaniasza wiemy, że w jego czasach wyspa Elafonisos wcale nie była wyspą,
tylko półwyspem, trwale połączonym z Peloponezem, w dodatku dla swego kształtu
nazywana była też odzwierzęco, choć może mniej poetycko - Onou Gnathos,
czyli... Ośla Szczęka...
<-- Biblijny Samson rozbija Filistynów oślą szczęką
Zauważmy kolejne
greckie słowo, które po pewnych
modyfikacjach przeszło do polszczyzny, a nawet - góralszczyzny. Przecież do dziś
kości, nie tylko szczęki i nie tylko osła w potocznej mowie nazywamy gnatami,
zaś górale sanki o specyficznym kształcie nazywają gnatkami...
Góralskie gnatki też mają kształt oślej szczęki -->
W 375 r.
n. e. wielkie trzęsienie ziemi, które spustoszyło południowy Peloponez
spowodowało przerwanie przesmyku łączącego Oślą Szczękę ze stałym lądem
i zatopiło kilka miast znajdujących się w tej okolicy - między innymi dużą
miejscowość Pavlopetri, którą niektórzy uczeni wiążą ze słynnym Państwem
Atlantów. To najstarsze, bo pochodzące sprzed 5 tysięcy lat podwodne miasto
świata znajduje się między Elafonisos i Puntą i nasz prom płynie ponad tym
miejscem. Dzisiejsza nazwa (oryginalnej nie znamy) pochodzi od maleńkiej (60 x
50 m) wysepki położonej na wschód od ruin, poświęconej pierwszym apostołom.
Miasto założono prawdopodobnie w epoce brązu, rozwinęło się za czasów kultury
minojskiej, a
szczyt swej historii osiągnęło w czasach mykeńskich. Zostało
zniszczone prawdopodobnie ok. -1000 r., przez pierwsze z serii trzech wielkich
trzęsień ziemi, które nawiedzały tę okolicę. Odkryte w 1967 r. przez Nicholasa
Flemminga, dziś należy do zabytków podwodnych chronionych przez UNESCO.
Przebadano jedynie obszar liczący ok. 500 m2, choć całe miasto miało
ok. 100.000 m2. Widocznych jest 15 domów mieszkalnych, dziś
zanurzonych na 3-4 m pod wodą, ruiny świątyń, ulic, portu. Inne podwodne miasto
- wciąż nie przebadane - ma się znajdować na południe od plaży Simos, do której
właśnie jedziemy.
Choć trzęsienie ziemi, które przerwało połączenie Elafonisos z Peloponezem miało miejsce ponad 1600 lat temu, wydarzenie to dopiero zapoczątkowało ten rozwód, który w zasadzie jest procesem, trwającym do dziś. Jeszcze w 1677 r. odnotowano, że z lądu na wyspę można było przejść na piechotę. Parę lat temu odległość między Elafonisos a Puntą wynosiła 350-400 m. Dziś jest to 570 m. W dodatku, sądząc po nielicznych, ale interesujących wzmiankach w literaturze antycznej, dzisiejsza wyspa usytuowana była nieco bardziej na wschód, bliżej Przylądka Malea - jednego z dwóch najdalej wysuniętych na południe punktów Peloponezu.
Najpierw jest, oczywiście, mitologia. Tutaj Elafonisos wchodzi na scenę dość
wcześnie i w mocno dramatycznych okolicznościach, za które przepraszam. Oto gdy
bóg Nieba Uranos, obawiając się odebrania mu władzy przez jego liczne dzieci ze
związku z Gają, Ziemią - najstarszą boginią, zaczął je wszystkie po kolei
strącać do piekielnego Tartaru - jego syn Kronos, przy pomocy matki i rodzeństwa
wykastrował tatusia, obcinając mu sierpem jądra, które spadły do morza w
Cieśninie Elafoniskiej, między Elafonisos a Kythirą.
<-- Okaleczenie Uranosa przez Kronosa, Giorgio Vasari, Cristofano Gherardi, 1555, Palazzo Vecchio, Florencja
I właśn
ie za sprawą tych
utraconych imponderabiliów przyszła na świat najpiękniejsza z bogiń - Afrodyta,
która urodziła się na Kythirze, ale z piany morskiej wyłoniła się na Cyprze.
Inną interpretację geograficzną przedstawił włoski poeta (ale urodzony na
Zakynthos) Niccoló Ugo Foscolo, żyjący na przełomie XVIII i XIX w.: według niego
dawno, dawno temu Kythira i Elafonisos były połączone lądem, na którym rósł
piękny las. I właśnie tam któregoś dnia pojawiły się trzy Gracje - albo, po
grecku: Charyty - Aglaja, Eufrozyna i Taleja, boginie wdzięku, piękna i radości,
które miały stać się towarzyszkami Afrodyty. Przyjechały tam rydwanem,
ciągniętym przez jelenia. Mieszkańcy Kythery, szczególnie młodzi, powitali je z
radością, ale nieokrzesani myśliwi, polujący w owym lesie chcieli je napaść i
wygonić, bo płoszyły zwierzęta. Wtedy Afrodyta schowała Gracje pod swoją szatą,
a las wraz z myśliwymi zatopiła, tworząc Cieśninę Elafoniską.
Trzy Gracje, wg Antonio Canovy, 1814-1817, brązowa kopia dzieła znajdującego się w Ermitażu (Sankt Petersburg) -->
Skoro już przywołałem Afrodytę - trzeba wspomnieć też o jej podopiecznych,
sławnych choć niezbyt mądrych kochanków: królewicza trojańskiego i piękną
Helenę, królową Sparty. Parys, uprowadzając (za jej zgodą...) Helenę z Amyklaju,
ukrył się najpierw na maleńkiej wysepce Kranai (dziś: Marathonisi) w Zatoce
Lakońskiej, a potem przypłynął na Elafonisos, zatrzymując się w Megalo Tigani, w
pobliżu dzisiejszego portu, gdzie była też świątynia Ateny. To był kiepski pomysł,
bo wiadomo, jak podłe relacje miały ze sobą Afrodyta i Atena, więc sprawy nie
mogły pójść dobrze. W dodatku, świątynia ta była podobno zbudowana przez
Agamemnona, szwagra Heleny. Obok był Asklepejon, co mogłoby uleczyć chorą
miłość, ale nie uleczyło. Inni uważaną, że Parys z Heleną czekali na sprzyjające
wiatry, które pomogłyby im popłynąć do Troi, spędzając romantyczne noce pod
gwiazdami na górze Vigla, 2 km na południe od miasta. I to właśnie tam była ta
świątynia Ateny.
<-- Helena i Parys, Jean-Louis David, 1788 r., Luwr, Paryż
A wiele - jedenaście? - lat później do Elafonisos dopłynął wracający spod Troi z odbitą Heleną jej zdradzony mąż, Menelaos. Wiemy od Pausaniasza, że właśnie na tej wyspie umarł i został pochowany kapitan statku Menelaosa - niejaki Kinadis, któremu zbudowano szykowny nagrobek prawdopodobnie w rejonie plaży Panagia w Dolnej Wyspie, Kato Nisi. A my tam właśnie na Elafonisos mieszkamy. Inni uważają, że grobowiec ten - w kształcie piramidy - powstał w miejscowości Viglafia, koło Punty a więc na terenie Peloponezu. Cała ta historia jest mocno naciągana, jeśli przypomnimy sobie podobną historię z przylądka Sunion, gdzie wracający spod Troi Menelaos pochował sternika swego okrętu. Ale może się czepiam: w końcu śmiertelność wśród ówczesnych marynarzy musiała być spora...
Jak Troja, to i Homer. Ale sięgnijmy nie do Iliady, tylko do znacznie
ciekawszej geograficznie Odysei. Bohater tego poematu, po zdobyciu i
zburzeniu Troi,
wracając do rodzinnej Itaki dopłynął na czele swojej niewielkiej
flotylli do przylądka Malea, po czym usiłował przepłynąć przez Cieśninę
Elafonicką, jednak już znalazłszy się na zachód od Kythiry, napotkał przeciwne
wiatry, które zapędziły jego statki na Wyspę Cyklopów. Tradycja lokalna, oparta
na analizie tekstu Homera i szczegółowej analizie terenu identyfikuje miejsce,
gdzie mieszkał syn Posejdona - cyklop Polifem, którego Odyseusz oślepił i tym
samym naraził się na zemstę boga mórz, co spowodowało dziesięcioletnią tułaczką
po Morzu Śródziemnym.
Odyseusz i Polifem, Arnold Böcklin 1896, Muzeum Sztuk Pięknych, Boston -->
Otóż jest to ni mniej, ni więcej tylko Kato Nisi, czyli tam gdzie mieszkamy na Elafonisos. W pobliżu jest jaskinia, gdzie mieszkał Polifem, dokąd zabłądził Odyseusz i jego towarzysze, zaś położone naprzeciw plaży Panagia małe, skaliste wysepki - to skały, którymi oślepiony cyklop ciskał w odpływające statki Odyseusza. A zatem na Elafonisos zaczęła się odyseja...
Sporo odniesień mitologicznych ma też pobliski teren Malei, niegdyś połączony z Elafonisos - legendy prowadziły tam morskiego boga Glaukosa, końskonogiego Sylena - towarzysza zabaw Dionizosa i boga przyrody, a możliwe też, że ojca Apolla, pojawiał się tam także mądry i szanowany centaur Chiron, a także heros Herakles.
No, więc już wiemy, gdzie jesteśmy. Na szczęście, tutaj, na boskiej plaży Simos,
nie
grożą nam cyklopi ani centaury, co najwyżej pojawi się jakaś Helena z jakimś
Parysem. Parkujemy za darmo, wykupujemy dwa leżaki pod parasolką (7 €), Renatka
podstawia pod wiatr swój dmuchany fotel i cieszymy się słońcem. Plaża "płytka",
jak mawiał pan Włodek, więc korzystamy na całego. Są tu właściwie dwie plaże:
mniejsza Simos, przy zatoce Frango, nazwana tak albo od nazwiska nurka, który tu
zginął, albo od pustelnika, który nieopodal żył - każdy może wybrać co lubi - i
większa Sarakiniko, z zatoką o tej samej nazwie, która z kolei wywodzić się ma
od saraceńskich, czyli arabskich piratów, chętnie tu zawijających. Plaże
rozdziela półwysep (akrotiri) Elena. Patrzymy przed siebie, na
południe, co nie jest łatwe, bo ostre słońce odbija się w turkusowej wodzie.
Dobrze widać następną wyspę, Kythirę, od której oddziela nas tylko Cieśnina
Elafoniska, szeroka na niewiele ponad 10 kilometrów. Opowiadają, że tutaj
objawił się pierwszy grecki żeglarz - młody chłopak, który na pniu zwalonego
drzewa przepłynął cieśninę wkrótce po tym, jak trzęsienie ziemi oddzieliło
Elafonisos od Kythiry.
Teren dzisiejszej wyspy był zamieszkały od neolitu. W latach 6.000-3.500 p.n.e. w regionie kwitła nieznana, a bardzo rozwinięta cywilizacja, której ślady widzimy w nie całkiem jeszcze wyeksplorowanych podwodnych miastach, Najbardziej znane to, jak już wiemy, Pavlopetri, ale podobne zatopione ruiny odkryto w pobliżu plaży Panagia koło Kato Nisi oraz nieopodal Przylądka Helene, czyli wszędzie tam, gdzie bywamy. Kim byli ich twórcy? Atlantami, o których nic nie wiemy? Minojczykami, którzy na tym terenie stworzyli najpotężniejszą cywilizację? Kim by nie byli, ulegli potem większym potęgom: Mykeńczykom z Argolidy w czasach Perseusza i później mrocznym Dorom, których walec przetoczył się przez Peloponez i okoliczne wyspy gdzieś tak koło -1100 r. Z X w. p.n.e. pochodzi wspominana przez dawnych geografów świątynia Ateny (być może na górze Vigla), a między VI a V w. powstała świątynia Apolla, która znikła gdzieś w rejonie plaży Simos. W V wieku Elafonisos został ogarnięty wojnami peloponeskimi, które w zasadzie spustoszyły teren całkowicie. Jeszcze sto lat później Tukidydes opisuje co prawda, że znajduje się tu jedna miejscowość, połączona drogą z resztą Peloponezu, ale potem okolica się wyludnia, a po trzęsieniu ziemi z IV w. n.e. , które przekształca Oślą Szczękę w wyspę - pozostaje tu tylko niewielka społeczność rolników i rybaków. Poza tym hula tu tylko wiatr i rozbijają się fale morskie.
Dopiero w VII w. Cieśniną Elafonicką zaczynają przemykać na skróty okręty
arabskie, na których żołnierze proroka kierują się w stronę Konstantynopola w
czasie pierwszych, nieudanych prób jego podboju. W połowie IX w. Saraceni lądują
na wyspie i wycinają w pień niemal wszystkich mieszkańców. Ci, którym udało się
uciec z pogromu, przedostają się na kontynent i tam dają świadectwo o
zniszczeniach. Od tamtej pory przez tysiąc lat Elafonisos pozostaje
niezamieszkałe, zniszczone i tylko teoretycznie jest częścią poszczególnych
imperiów, panujących w tej okolicy: po Arabach przyszli krzyżowcy, czyli
Frankowie, Wenecjanie, Turcy Osmańscy, Francuzi i Anglicy... Ale po prawdzie
wyspa była tylko portem dla piratów i korsarzy, grasujących po środkowej części
Morza Śródziemnego. Jednak Cieśnina Elafoniska była wciąż ważnym traktem
morskim, którędy pływano na K
retę, do Egiptu i do Ziemi Świętej. Właśnie do
Ziemi Świętej wyruszył w 1496 r. władca Pomorza, książę Bogusław X (1454-1523),
wychowanek Jana Długosza i mąż Anny Jagiellonki. Dotarł do Wenecji, tam w marcu
1497r. wsiadł na statek z 55-osobowym orszakiem i przez Cieśninę Elafoniską
zamierzał przedostać się na Morze Egejskie, a stamtąd do palestyńskiej Jafy, ale
zza Kythiry wypłynęła przeciwko niemu grupa okrętów tureckich, których dowódca
zażądał by wenecki statek oddał mu honory wojskowe.
Książę Bogusław i jego dwie żony: Małgorzata Brandenburska i Anna Jagiellonka, Muzeum Narodowe w Szczecinie -->
Oficer wenecki odmówił, więc Turcy rozpoczęli atak, strzelając do pielgrzymów, wdarli się na pokład, wenecki statek stanął w płomieniach i już. już by zatonął między Elafonisos a Kythirą, lecz nagle losy się odwróciły - Turcy przestali strzelać, opuścili wenecką jednostkę, a nawet wzięli ją na hol i pomogli dostać się do Chani na Krecie, gdzie statek został naprawiony i popłynął do Palestyny. Co się stało? Są dwie odpowiedzi. Pierwsza to cud, druga to pieniądze. Ad 1. Na rei płonącego masztu pojawiła się postać Mahometa, smaganego biczem przez Chrystusa i dopiero przerwanie ataku przez muzułmanów zakończyło tę kaźń. Ad 2. Książę Bogusław wysłał do tureckiego dowódcy swego posła, który zaoferował mu 30 tysięcy talarów okupu. A za swą dzielność i oddanie dla wiary chrześcijańskiej władca Pomorza został w Jerozolimie pasowany na Rycerza Grobu Świętego.
Z początkiem XIX w. Elafonisos potraktowano jako część Kythiry i włączono do Państwa Jońskiego, funkcjonującego pod protektoratem angielskim. W 1829 r. dokonano pozatraktatowej aneksji wyspy do tworzącego się wówczas państwa greckiego, czego Wielka Brytania nie uznała traktując wszystkich zamieszkałych tam ludzi - w sumie 29 osób... - jak obywateli brytyjskich. Dopiero w 1850 r. Grecja podpisała z Anglią traktat, oficjalnie przyłączający Elafonisos do Grecji.
Chmurzy się i widać, że już z opalania się nici. Pakujemy się i wraca
my do
naszej "Kalimery" w Kato Nisos. Kąpiel, przebiórka, rozglądamy się z naszego
okna z widokiem na śmietnik. Wczorajszego wieczora do późna trwała impra na
plaży, jakieś wesele czy może zwykły sobotni dancing, grało disco-greko,
strzelały sztuczne ognie. A wysoko nad morzem po lewej stronie było pięknie
oświetlone coś, jakby świątynia - więc postanawiamy to zwiedzić. Okazuje się, że
to restauracja
Ta
Nisia tis Panagias, Wyspa Panagia, nie wiem dlaczego wyspa, ale widok tak
na plażę Panagia, jak i całą zachodnią część Elafonisos jest przepiękny.
Specjalność kuchni - owoce morze i dania śródziemnomorskie, ceny jednak spore, a
rozległy widok tym razem nieco przestrasza: nadciągają ciemne chmury, czujemy
wiatr i pierwsze krople deszczu. Rezygnujemy i jedziemy do miasta, czyli do
portu Elafonisos, przy okazji odnajdując nową drogę z Kato Nisi do plaży Simos.
Siadamy w jednej z licznych portowych restauracji (specjalność: kuchnia grecka),
obsługa uszczelnia przezroczystym plastikiem okna bez szyb, a my czekając na
kolację patrzymy, jak wielkie fale
rozbijają się o nabrz
eże, a deszcz przysłania
kościółek św. Spirydona. Z wczorajszego romantycznego zachodu słońca zostało
tylko wspomnienie, ale wiemy, że to przecież Grecja i za chwilę, a najdalej za
parę godzin się rozpogodzi. Wrodzony pesymizm podsuwa mi co prawda obrazki z
innej wyspy: kiedy to Basil z Zorbą czekali na statek, a następnie płynęli na
Kretę w nieprawdopodobnej i nie kończącej się ulewie...
Zorba w deszczu -->
Elafonisos jest małą wyspą - ma zaledwie 18 km2 powierzchni (plus 4 km2 wliczone administracyjnie do Elafonisos, tereny znajdujące się na lądzie stałym, m.in. miejscowość Punta i położone koło niej jezioro Stroggili wraz z jego rezerwatem przyrody oraz wysepkę Pavlopetri) i 31,2 km obwodu. Główną miejscowością jest miasteczko (choriò), wyrosłe przy porcie. Przy wejściu do portu stoi latarnia morska, a obok, na niewielkiej wysepce połączonej mostem z portem znajduje się wybudowany w 1858 r. kościół św. Spirydona Żeglarza, który jest świętym patronem wyspy (święto patrona 8-9 lipca). Po prawej, wschodniej stronie nabrzeża jest przystań promowa. Na linii Elafonisos - Punta kursują dwie jednostki, odchodzące rano (w sezonie letnim odjazd z Elafonissos od 7.00, z Punty od 7.30) i wieczór (ostatni rejs z Elafonisos o 23.00, z Punty o 23.30) co godzinę, a w środku dnia - co pół godziny. Bilety kupuje się na statku, płatność tylko gotówką.
Wracamy do domu, sprężyny zardzewiałej przystawki skrzypią jakby mniej, daje się
pospać. Rankiem w poniedziałek wstajemy i patrzymy na niebo bez chmurki, ciesząc
się kolejnym letnim dniem. Teoretycznie jednak jeszcze przez dwa dni będzie
wiosna, więc najwyższa pora kontynuować podróż. Pakujemy się do samochodu już z
rzeczami, ale najpierw jedziemy na plażę. Parę minut po dziewiątej meldujemy się
na pu
stym jeszcze Simos, obsługa albo dopiero zaczyna się schodzić, albo ziewa
gdzieś po kątach, matki z dziećmi, zmieniające im brudne pampersy wprost w
wodzie jeszcze nie nadjechały. Korzystamy z uroków Elafonisos, już po raz
ostatni w czasie tej wyprawy. Na pewno jest tu ciszej i spokojniej niż na
kreteńskim Elafonisi, choć mniej karaibsko... Brakuje też pięknych lilii
morskich (Pancratium
maritimum), nazywanych niekiedy
zupełnie niesłusznie storczykami plażowymi. W polskim nazewnictwie jest
to pankracjum nadmorskie. Ale po prostu jeszcze nie zakwitły - w końcu,
jest jeszcze wiosna. Ładne, białe kwiaty na bladozielonych łodyżkach rosną w
całym rejonie śródziemnomorskim, widywaliśmy je nie tylko na Krecie, ale także
na Zakyntos i w Prowansji. Zawsze się zastanawiałem, z czego te bidule żyją, bo
środowisko plażowego piasku, słonej wody w pobliżu i upiornego nieraz gorąca
raczej nie powinno im sprzyjać. Ale jakoś rosną, kwitną, a nawet wyglądają
pięknie.
Przed dwunastą jedziemy do portu i zabieramy się na prom, odpływający o 12.30.
Po kilkunastu minutach jesteśmy już na stałym lądzie i odjeżdżamy z przystani
koło Punty. Docelowo jedziemy do Neapolu - czyli Nowego Miasta, Nea poli,
ale dość okrężną drogą. Kluczymy serpentynami po górach i korzystamy z tego, że
jest dość pusto, a my możemy nacieszyć się widokami i zapachami Grecji. Tutaj, w
pustaciach Lakonii, gdzie tylko co parę kilometrów mijamy senne miasteczka,
pobudowane najczęściej wokół niewielkich klasztorów, jest zupełnie inaczej, niż
na wyspach. Przede wszystkim - o wiele bardziej wilgotno i zielono, i pachnąco.
Tymianek, koper włoski, pewno bazylia... Ale w tym cocktailu jest o wiele więcej
składników, których mnie da się zsyntezować gdzie indziej. Ten zapach, granie
cykad, szum wiatru w liściach oliwek, przyjazne słońce - to dla mnie
najważniejsze elem
enty Grecji. Oczywiście, jest jeszcze morze, są zabytki,
jedzenie, wino i przyjaciele. Bez tego Grecja nie smakowałaby tak cudownie.
Nagle przy drodze pojawia się koń. Młody, pięknie utrzymany, przywiązany dość
krótko, pasie się na skrawku trawy, rosnącej między suchą makią - jesteśmy dość
wysoko, powyżej 600 m n.p.m. Widok jest tak niespodziewany, że zatrzymujemy
samochód i robimy koniowi sesję zdjęciową. W tej chwili uświadamiam sobie, że
dotychczas nie widzieliśmy nie tylko konia, ale nawet najmarniejszego osła, a te
przecież to obok półdzikich kóz też jakby stały element greckiego pejzażu...
Zjeżdżamy wreszcie na jakąś główniejszą drogę, pojawia się coraz więcej
samochodów, przed nami pojawia się samotna, majestatyczna skała na morzu,
połączona z lądem wąską groblą, przez którą prowadzi droga. Trochę jedziemy,
wreszcie widzimy, że auta zatrzymują się na poboczu, ludzie wysiadają i idą
dalej. To niezawodny znak, że dojechaliśmy do ważnego zabytku, przy którym albo
nie ma parkingu, albo jest on już zapełniony. Przypomina mi się droga na Balos
na Krecie, gdzie trzeba było przytulać się samochodem do skalistej ściany i ze
dwa kilometry iść na piechotę. Tutaj inaczej: Michał podjeżdża do końca drogi,
wysiadamy z Renatą, a on wraca szukać miejsca do zaparkowania i po chwili wraca
na piechotę. Stoimy przed średniowieczną bramą, za którą na skalnych półkach
przycupnęło
miasto o jednym wejściu, niemal zawieszone nad morzem -
Monemvasia.
To kolejne w Lakonii miasto - skansen średniowiecza. Nazwa Monemvasia pochodzi od tego, że do wnętrza otoczonej murami miejscowości prowadzi tylko jedno wejście, czyli po grecku moni emvasis. Przy czym, jeśli wcześniej zwiedzana Mistra była ośrodkiem władzy religijnej i administracyjnej, to Monemvasia była przede wszystkim bastionem obronnym, z ważną oczywiście rolą religijną, ale także handlową. I dziś jest to przede wszystkim bardzo popularna atrakcja turystyczna.
Monemvasia to miasto, usytuowane na stromej skale,
tworzącej wysepkę, oddaloną od lądu o 160 metrów, dziś połączoną z Peloponezem
wąską groblą. Początkowo był to półwysep, który został oddzielony od Peloponezu
przez trzęsienie ziemi w 375 r. Pierwszą osadę założyli tu w 583 r. uciekinierzy z północnej
Grecji, którzy tu znaleźli schronienie przed inwazją Słowian i Awarów. Być może
jednak miejsce to
było znane już wcześniej jako bezpieczny port, bo geograf Pauzaniasz wiąże z Monemvasią określenie Akra Minoa,
Cypel Minojski. Miejscowość jest i w tym oryginalna, że jej powstanie jest dokładnie opisane w
Kronice Monemvasii, powstałej prawdopodobnie w X w., której cztery
kopie przetrwały do dziś. Właśnie w X w.
założono tu ważny port, obsługujący statki, płynące z Italii do Konstantynopola.
Arabowie w VII w. nie zdołali zdobyć fortecy, podobnie w 1147 r. Normanowie
odpłynęli spod Monemvasii bez sukcesów. Mieszkańcy przyjęli chrześcijaństwo z
Bizancjum i przez niemal 7 wieków byli częścią cesarstwa wschodnio-rzymskiego.
Była tu siedziba gubernatora bizantyjskiego, a tutejszy port był głównym
ośrodkiem, przez który napływały wojska Bizancjum podczas walk z Frankami. W
1249 r. miasto jednak zajęli krzyżowcy, ale nie utrzymali się tu długo. Pod
panowaniem Bizancjum Monemvasia pozostawała do 1460 r. dochodząc do wielkiej
potęgi. W tym okresie było tu ok. 800 domów i 40
kościołów, a teren, który był jej podległy, obejmował całą południowo-wschodnią
część Peloponezu. Jednym z głównych produktów, wyrabianych w tej okolicy i
sprzedawanych szeroko po świecie (także w Polsce) było słodkie, czerwone
wino
Malvasia, u nas znane jako małmazja. W czasie panowania tureckiego
produkcja winiarska podupadła i szczepy malvasii zawędrowały na Kretę i
w inne rejony śródziemnomorskie, także na Maderę i Wyspy Kanaryjskie. W XV w. miasto było krótko własnością Państwa Kościelnego, po czym
zapanowali tu Wenecjanie, którzy ostatecznie musieli ustąpić przed potęgą
turecką w 1715 r. Od 1821 r. rządzą tu Grecy. Jako port straciła mocno na
znaczeniu po otwarciu Kanału Korynckiego, kiedy to jadąc z Morza Jońskiego
na wschód już nie trzeba było opływać Peloponezu. Groblę, przez
którą dojechaliśmy
do miasta, wybudowano dopiero w 1971 r. i od tej pory Monemvasia jest odwiedzana
co roku przez dziesiątki tysięcy turystów.
Przechodzimy przez bramę. Wąziutka uliczka doprowadza nas do Dolnego Miasta, z
mnóstwem sklepów z pamiątkami, małych hotelików, restauracji i kościołów. Ruchu
samochodowego nie ma - na przykład bieliznę hotelową do prania dowozi się
ręcznymi wózkami do bramy głównej, skąd dopiero odbiera ją samochód. Turystów,
którzy chcą się zatrzymać w hotelach taksówka wysadza przed bramą i dalej trzeba
ciągnąć walizki samemu, co nie jest łatwe, bo część ulic jest brukowana, a
niektóre prowadzą po schodach. W zakamarkach pamięci pojawiają się obrazy czegoś
podobnego, jakbym tu już kiedyś był. Jest! Dokładnie tak wygląda prowansalskie Baux - dawnej twierdzy feudalnych panów, pochodzących rzekomo od biblijnego maga
Baltazara - okrutnych, pazernych i walecznych. Takie same wąskie uliczki,
sklepiki, kaplice, fortyfikacje, a na samej górze - twierdza. Łazimy zatem po
Monemvasii, podziwiając to, czego w Baux nie było - wspaniałe i malownicze
widoki na morze, które rozpościera swoje fale u stóp Dolnego miasta, otoczonego
potężnymi weneckimi murami, poza którymi był usytuowany port. W górze, 300
metrów nad morzem, jest Górne Miasto, do którego wchodzi się przez zrujnowaną
bramę miejską, a następnie po dość stromych schodach do pozostałości
XII-wiecznej twierdzy i ładnego kościoła św. Zofii. W dolnej części największa
jest miejska katedra pod wezwaniem Chrystusa Pojmanego, wybudowana w XIII w.,
ale obecnie mająca wystrój XVII-wieczny. W środkowej części miasta jest spory
plac, którego centralną część zajmuje imponująca armata, przypominająca o
obronnej funkcji
Monemvasii. Tutaj dobrze widać potężne mury, chroniące miasto
nawet od strony morza.
Między domkami znajdujemy przyjemną restaurację z przepięknym widokiem na morze
i dalekie góry Peloponezu na horyzoncie. Po obiedzie czeka nas
przeprawa na ich
drugą stronę. Najpierw jednak trzeba przejść prawie kilometr do zostawionego
przed groblą samochodu, co przy dużym ruchu i sporym upale nie jest sprawą
łatwą. Jeszcze ostatni rzut oka na imponująco wyglądającą od zachodu skałę Monemvasii i ruszamy w drogę. Godzinę później zatrzymujemy się w hotelu
Arsenakos przy bulwarze nadmorskim Leoforos Voion, tuż przy głównej plaży w
Neopoli. Jest upał, hotel świetny, miasteczko urocze, po prawej stronie za
morzem widzimy opuszczony dziś Elafonisos, przed nami majaczy Kythira, dokąd
pojedziemy jutro. Aż żal, że jesteśmy tu tylko kilka godzin. Rozpakowujemy tyl
ko
najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszamy na wschód, żeby przez zachodem słońca
zobaczyć ukryty między górami a morzem Skamieniały Las.
Droga dość szybko nabiera charakteru lokalnego, asfalt - jeśli się pojawia - to
jest wąski i zniszczony, w końcu jedziemy szutrową drogą, wzbijając tumany
kurzu. Mijamy skrzyżowanie z drogą do sporej wioski Świętego Mikołaja, ale
bynajmniej nie jest to Rovaniemi, tylko Agios Nikolaos. Wreszcie droga niemal
się kończy, w każdym razie dla samochodu, który zostawiamy przy czymś w rodzaju
turystycznego parkingu i maszerujemy pod górę, no bo wyobrażamy sobie, że
kamienny las będzie gdzieś wśród skał.
Drogowskazy, które nas do tej pory
prowadziły, jakoś znikły i zdajemy się na czuja. Myślimy przez chwilę, że to
przenośnia i nie chodzi tu o żaden rzeczywisty las, tylko o tak zerodowane
skały, które sterczą coraz gęściej wokół nas i z tym przeświadczeniem idziemy
między nie coraz wyżej, aż wąska ścieżynka doprowadza nas do... fermy owiec.
Owce, jak to owce, nie bardzo chcą gadać, zresztą na pewno nie znają
angielskiego, a pasterze jakoś nie ma. Wracamy na parking, już chcąc się poddać,
ale widzimy, że na parkingu stoi jakiś samochód, do którego właśnie wsiadają
jacyś turyści francuscy, wracający z dołu, gdzie stroma ścieżka prowadzi nad
morze. Schodzimy - i rzeczywiście, w niewielkiej zatoczce sterczy kilka kamieni,
nie wyższych niż metr, które na upartego mogą sprawiać
wrażenie spetryfikowanych
pieńków. I tak też jest rzeczywiście. Moim skromnym zdaniem - atrakcja
dość niewielka, a już na pewno nie warta tej całej eskapady. No, przepraszam -
eskapada była warta tego trudu, bo w drodze powrotnej, jadąc nieco inną drogą,
natrafiamy na fantastyczny widok wielkiego stoku górskiego usianego skałami
wielkości domków jednorodzinnych, a czasami wielkomiejskich kamienic, co sprawia
wrażenie, jakbyśmy mijali bole bitwy, jaką stoczyli między sobą Cyklopi czy
Giganci...
Jeszcze przed wieczorem kupujemy bilety na jutrzejszy prom, który zawiezie nas na Kythirę i zasiadamy do wieczornej sjesty na hotelowym balkonie. Ciepło, słońce zachodzi, szumi morze, szeleszczą palmy, ludzi niewiele - żyć nie umierać. Nie chcę stąd wyjeżdżać. Ale odjazd na Cyterę - jak to malował Watteau - jest niezbędny. To przecież symbol romantyzmu, i sam to wymyśliłem. Ech, nie można mieć wszystkiego. Ale można mieć kolejny kieliszek peloponeskiego syriaha z widokiem na Kythirę, majaczącą w oddali. Korzystamy - bo już jutro, będąc na Kythirze, będziemy mieli co najwyżej widok na Neapoli.
