Maciej Pinkwart
Wolna sobota
Odcinek 6
Tej nocy kochali się krótko i niespokojnie. Za oknem widać było latarki
przechodzących obok ludzi, wydawało im się, że ze wszystkich stron dochodzi stuk
młotków i warkot pił motorowych. „Budują te pieprzone arki” – pomyślała,
wkładając głowę pod poduszkę. Udało się jej zasnąć dopiero przed świtem i to na
krótko. Michałowi nic nie przeszkadzało – obudził się dopiero wtedy, kiedy
otworzyła okno. Było ciepło, ale słońca nie było widać, znikły też Tatry na
horyzoncie. Siedzieli w kokonie mgły.
Wieś najwidoczniej zjechała już tak nisko, że unoszące się nad wodą mgły
ogarnęły ją i dodatkowo odgrodziły od świata. Michał uznał, że nie ma już na co
czekać: potop może przyjść za kilka godzin. Elżbieta wzięła torbę i poszła do
Kasi, obejrzeć Szymka. Wiedziała, że kilkoro innych dzieci będzie też do
przeglądu. Owszem, były, ale tym razem po raz pierwszy ich rodzice słuchali jej
nieuważnie, a zdrowie maluchów nie wydawało się im najważniejsze. Podeszła obok
do najnowszej położnicy. Urodzona wczoraj Weronika nie chciała ssać i trochę
straciła na wadze, była żółta, pępek wyglądał dobrze, ale i tu mało kto jej
słuchał. Leżąca w łóżku matka płakała.
- Bardzo pani dziękuję, ale wydaje mi się, że to wszystko na nic. Umrzemy,
prawda? Utopimy się?
Też tak pomyślała, ale musiała wykazać zawodowy optymizm.
- Nie pieprz głupot, dziewczyno. Damy radę. Najwyżej się trochę umyjemy w
ciepłej wodzie, to się wszystkim przyda, a potem nas wyciągną, spokojnie. Aha,
jakby pojawiła się wysypka, to by trzeba zaparzyć macierzankę i delikatnie
przemywać…
„Macierzanka, kurde, nie rośnie pod wodą” – pomyślała – „a pływających aptek w
Jeziornej też nie ma.”
Pożegnała się, podziękowała za pieniądze, uznając, że nikomu one teraz się nie
przydadzą. Parę mocnych desek byłoby bardziej na miejscu, ale wszystkie pewno
poszły na budowę arki.
Michał siedział koło motoru i wiązał cienką linką pływaki z pięciolitrowych
kanistrów, po dwa na każdą rękę, którą trzeba było włożyć w ciasną pętlę. Nie
było wygodnie, ale w sumie poruszać się dało, zresztą uznał, że i tak ważne,
żeby nogi mieli wolne. Zgromadził tego plastiku więcej, powiązał je razem, jako
coś w rodzaju tratwy. Najgorzej było połączyć dwudziestolitrowe baniaki, bo nie
miały uchwytów, ale w końcu wymyślił pętle, które zawiązał wokół nieco
zgniecionych szyjek. Chciał jakoś ratować motor, choć wątpił czy kawasaki da się
ustabilizować na wodzie.
- Zastanawiam się – powiedziała – dlaczego nikt nas nie szuka? Siedzimy tu już z
pięć dni, i nikomu nas nie brakuje? W końcu, są tu jacyś ludzie, którzy nie
pojechali do roboty, nie byłam u moich pacjentek, to powinny robić piekło w
przychodni, ciebie powinni szukać, żeby ci wręczyć dyscyplinarkę za porzucenie
pracy, jakaś poczta, jacyś kurierzy z przesyłkami z Chin, dostawy towarów do
sklepu, rybacy w końcu…
- Wędkarze – poprawił odruchowo – a jak się mieli zorientować, że tu nas
zablokowało, jak wciąż jest wolna sobota?
- E, bzdury. Czas nie może ot tak sobie stanąć i już! To nie film!
- Wiesz, jak to jest… Einstein pisał o wpływie grawitacji na upływ czasu, jak
się tu wydostała taka wielka masa…
- No dobrze, tu, zgoda. Ale tam?
- Nie wiem – rozłożył ręce – ale ten sam Einstein mówił, że czas to jest to, co
się mierzy zegarkiem. A jak tu się zepsuły wszystkie zegarki, to nie mogą
mierzyć, więc czasu nie ma.
Nie widziała w tym nic śmiesznego, ale dała spokój. Przechodzący obok ludzie
przyglądali się temu, co majstrował, uśmiechali się i pukali w głowę. Ktoś
rzucił uwagę, na temat tego, że śmieci jest tu rzeczywiście sporo i może by z
nich zrobić nie tylko tratwę, ale nawet prom kosmiczny. Ale po chwili wszyscy
umilkli i w ciszy rozeszli się do domów, gdy zobaczyli, że na placyku przed
kościołem pojawiły się pierwsze języki wody.
Zabrali wszystkie swoje rzeczy i upakowali do plastikowych toreb. Na szczęście
nie mieli prawie nic, tylko akuszerska waga przez swoją nieporęczność sprawiła
trochę kłopotu. Elżbieta nic nie mówiła, ale marnie widziała szanse na
uratowanie się. Michał ani przez chwilę w to nie wątpił – woda była jego drugim
żywiołem i nie zakładał ani przez moment, że może się im nie udać.
- Podjedźmy trochę w stronę drogi, tu coś może się nam na łeb zwalić, jak woda
to podmyje. Drzewo jakieś, albo kościół…
Motor zapalił od razu, nałożyli kaski, Elżbieta kierowała, Michał ciągnął za
sobą plastikowy śmietnik – pewno wyglądali jak ekscentryczno-ekologiczna para
młoda odjeżdżająca w podróż poślubną. Po paru minutach znaleźli się na plaży.
Zamiast piasku była co prawda jeszcze zielona trawa, ale rozlewały się na niej
płaskie fale, z wiejącym od południa wiatrem przynoszące szuwary, wyrwane z
ziemi krzaki, śmieci. Na brzegu stała może siedmioletnia dziewczynka i płakała.
- Co się stało? Jak się nazywasz? Gdzie twoi rodzice? – spytała Elżbieta.
Płakała dalej i ręką wskazała w prawo, gdzie była już tylko niezmierzona, jak
się wydawało, przestrzeń wodna.
- Popłynęli… Tą arką…
- Niemożliwe, i ciebie zostawili?
- Spałem, nie zauważyli…
- Kevin… - mruknął Michał – Dobra, popłyniesz z nami.
- Roksana, nie Kevin. A jak popłynę? Na tym? – pokazała na motocykl.
- Nie, na tych butelkach. Pływałaś kiedyś w basenie w takimi motylkami na
rękach? Albo na dmuchanym kole?
- Nie. Ale w Egipcie pływałam na delfinie. Plastikowym. A jak ten motor
popłynie?
- No, właśnie nie wiem – powiedział Michał – pewno tak samo.
Woda powoli, ale wyraźnie się podnosiła. Roksana przestała płakać i patrzyła,
jak Michał przywiązuje baniaki do motocykla. Pokręciła głową.
- Proszę pana, a może by to się nadało?
Pokazała ręką w stronę wody. W szuwarach taplało się drewniane, blisko
dziesięciometrowe molo, wyrwane z południowego brzegu głównego jeziora, które
wiatr najwidoczniej zepchnął w stronę wzgórza, na którym kiedyś leżała wieś.
Kazali dziecku pilnować motoru, weszli ostrożnie do wody i powoli przyholowali
pomost do brzegu. Był ciężki ale stabilny. Wody prawie nie czuli – musiała mieć
ponad 30 stopni. Z trudem wyciągnęli molo na brzeg. We dwójkę wepchnęli maszynę
i ustawili mniej więcej w jednej trzeciej długości. Dalej nie dało rady – tylne
koło natrafiło na jakąś słabszą deskę i lekko się zapadło. Przy pomocy
dziewczynki przywiązali motor linami do pomostu. Po obu bokach mola przymocowali
20-litrowe baniaki, wzięli na pokład pozostałe kanistry i z niepokojem
zauważyli, że przednia część już unosi się na wodzie, podczas gdy tylna mocno
tkwi na łące. Michał dołożył z tyłu jeszcze dwa baniaki, przywiązując je z
trudem do poprzecznej belki, łączącej deski pomostu.
- Zaraz odpływamy, wskakujcie!
Roksana pokręciła głową.
- Trzeba ten statek ochrzcić, bo nie popłynie, albo się utopi.
Elżbieta podeszła do mola:
- Nadaję ci imię „Wesoła Roksana”, płyń bezpiecznie na suchy ląd!
- Ale fajnie! – ucieszyła się dziewczynka i pierwsza weszła na pomost. Nawet się
nie poruszył.
Usiedli we trójkę na motorze – Elżbieta za kierownicą, Michał z tyłu, Roksana
pomiędzy nimi. Pierwsza większa fala poruszyła „Wesołą Roksaną”, druga zepchnęła
ją na głębszą wodę. Płynęli.
- Pochylcie się jak najniżej – Michał odgiął się do tyłu – trzeba obniżyć środek
ciężkości.
Liczył na to, że molo obliczone było tak, by wytrzymać ciężar przynajmniej kilku
ludzi, więc i trzystukilogramowy kawasaki nie powinien go zatopić. Ale wiatr
mógł całą konstrukcję przewrócić. Przednia część podniosła się trochę i
zobaczyli, że molo wspiera się dodatkowo na pustych metalowych beczkach. Tylne
koło prawie do połowy zanurzyło się w wodzie.
- Ela, włącz silnik i włóż bieg.
- Zwariowałeś?
- Włącz, pomału puszczaj sprzęgło, zobaczymy czy to zadziała.
Motor zaryczał, gdy koło nie natrafiając na opór podłoża zaczęło z wielką
szybkością obracać się w wodzie. Zredukowała obroty, szeroka opona, pod którą
już wcześniej załamała się deska, zaczęła napędzać pomost, jak koło statku na
Missisipi. Wjechali w mgłę i stracili z oczu to, co do niedawna było miłą
podhalańską wioską wśród jezior. Mogli tylko mieć nadzieję, że na ich kursie nie
znajdzie się żadne zwalone drzewo, większe krzaki czy choćby arka rodziców
Roksanki. Zdolności manewrowe ich promu kosmicznego były zerowe.
Po kilkunastu minutach zaczęło się przejaśniać. Zobaczyli ciemniejący na
horyzoncie pasek lasu, na tle którego rysowało się kilka domków i pasmo asfaltu,
dochodzące do samej wody. Kilka metrów od nich przepłynęła motorówka policyjna,
której załoga coś do nich krzyczała, ale po chwili znikła we mgle, która
skutecznie wytłumiła też wszystkie odgłosy.
- To jednak mnie usłyszeli i jadą sprawdzić. No to fajnie, teraz ruszy akcja
ratunkowa. Zwiewajmy, bo będziemy musieli zeznawać jako świadkowie…
Elżbieta wrzuciła luz i płynęli już samym rozpędem.
- Trzymaj się! – Michał powiedział do pasażerki, której przedtem oddał swój
kask, o wiele na nią za duży, ale dodający jej powagi. Nie usłyszała, ale
obejmowała Elżbietę z całej siły. Pomost poszorował po piasku, uderzył o brzeg i
zatrzymał się. Michał odwiązał się od pływaków i wskoczył do wody. Było płytko.
- Uch, ale zimno! To już zwykła woda. Nie schodźcie, dopóki was nie
porozwiązuję.
Elżbieta wyłączyła motor i usłyszała w słuchawkach sygnał komórki.
- Pani Elu, ja przepraszam, że dzwonię w wolny dzień, ale wie pani, Martynka
spuchła tak trochę z lewej strony buzi, to chyba nie od zębów, prawda? No bo w
zasadzie to ona ma dopiero trzeci tydzień… I takie pryszczyki ma na głowie…
Chciałam dziś nawet iść do apteki po jakąś maść, ale niedziela jest, to
musiałabym iść do Rynku, a mąż samochód wziął, bo pojechał na ryby…
- Będę jutro – przerwała jej – wytrzymacie do poniedziałku?
- Pewnie. To przecież tylko jeden dzień.
Michał wyplątał puste baniaki i starannie je poupychał do pojemnika, stojącego
koło drogi. Linkę skręcił, otrzepał z piachu i schował do plecaka.
- A ja? – spytała dziewczynka – co ze mną będzie?
- Skończyła się wolna sobota, skończy się i niedziela, zatrzymasz się u nas, i
wieczorem, a najdalej w poniedziałek rodzice cię odszukają. Siadaj, jedziemy.
Z gęstniejącej na jeziorze mgły dały się słyszeć hałasy i okrzyki. Elżbiecie
wydało się, że słyszy płacz i wołanie „Roksana”…
Dziewczynka zeskoczyła z motoru, oddała Michałowi kask i pobiegła na brzeg. Z
mgły wynurzyła się wielka drewniana platforma pełna ludzi.
- Mama! – zawołała.
- No i pozamiatane. Nie mam ochoty na dalsze patronaże w Jeziornej, która tu
właśnie płynie. Spieprzamy.
Kawasaki zagrał całą mocą silnika i w kilka sekund doszli do setki.
- Trzymaj się! – krzyknęła do mikrofonu w kasku – tu jest pod górę i ślisko jak
cholera!
- To zwolnij trochę – powiedział, bez wiary w skuteczność. Lubiła ostrą jazdę i
nie lubiła słuchać poleceń.
Zza zakrętu wyłonił się wielki wóz strażacki. Zakolebał się na mokrym asfalcie,
prawymi kołami złapał pobocze, przekręcił się o 90 stopni i skosem zaczął się
zsuwać w ich stronę.
Po chwili zrobiło się tak cicho, że słychać było dzwony głównego kościoła w
mieście. Ludzie stali na zewnątrz pod parasolami – dzień był wyjątkowo wilgotny.