Maciej Pinkwart
Wolna sobota
Odcinek 3
Wszyscy wstali.
- No, cud – potwierdził Filip – tyle że cud techniki. Proboszcz całą południową
połać dachu pokrył fotowoltaiką, wyszło słońce, to mu akumulatory naładowało,
przycisnął guzik i dzwoni. Ale iść trzeba.
Elżbieta i Michał zaczęli się żegnać, zapowiadając wizytę na przyszły tydzień.
Dziadek popatrzył na nich ze zdziwieniem.
- Chcecie jechać? Ale jak? Przecież macie motor, a nie śmigłowiec. Jak się
wydostaniecie? Nie ma żadnej drogi, jesteśmy na wyspie…
*
Nie mieli co jeść i nie mieli w co się przebrać. We wsi były co prawda trzy
podobno nieźle zaopatrzone sklepy, ale nie mieli pieniędzy. Mogliby zapłacić
kartą, ale nie było prądu, więc terminale nie działały. Zresztą, sklepy też nie
działały, bo cała obsługa poszła do kościoła. Stali przed Domem Ludowym, który
stał się ich mieszkaniem, Elżbieta opierała rękę na motocyklu, z którego też
niewiele było w tej chwili pożytku. Było słonecznie i jak na październik bardzo
ciepło. Pomyślała, że to szczęście w nieszczęściu – jakby wczorajszy deszcz i
zimno utrzymały się dłużej, do ich niespodziewanych kłopotów mogłaby dojść
przeziębienie. Miała, oczywiście, przy sobie jakiś pakiet podstawowych leków,
nawet antybiotyków, ale raczej dla małych dzieci, a nie dorosłych. Wysoko i
daleko w pełnym słońcu stały Tatry, na północy widniała Babia Góra, trochę na
wschód Gorce i Pieniny, ale tego, co leżało bezpośrednio wokół Jeziornej widać
nie było: nad stawami zaległa gęsta jak kwaśne mleko mgła, w której znikło
odległe miasto i wszystkie sąsiednie miejscowości. Byli jakby poza przestrzenią
i czasem.
Michał poszedł do ich pokoju po ładujące się z powerbanku komórki. Mimo
100-procentowego stanu baterii, zasięgu nadal nie było.
- Jeśli dziś realnie jest niedziela, to jutro mam dniówkę. Jak nie przyjdę, to
będą dzwonić, a jak się nie dodzwonią…
- No to co? – wzruszyła ramionami – Skąd będą wiedzieli, gdzie jesteś?
Zwierzałeś się komuś?
- No, wysłałem do Staszka esemeska z drogi… Ale nie wiem, czy dostał, bo nie
odpisał. Może odpisał, ale nie było już zasięgu.
Odeszła od motoru, siadła na ławce i wydarła się:
- Nie wkurzaj mnie! Ten cały Staszek tylko czeka na plotki, a ty go pasiesz jak
barana na łące! Prosił cię kto, żebyś rozpowiadał o mojej pracy? Zresztą, jeśli
dzisiaj jest niedziela, to jutro ja też powinnam być w przychodni. Jak nie będę,
to zadzwonią do szefowej, a ona zna mój rozkład zajęć i wie, dokąd pojechałam,
bo to na jej zlecenie. Ale do poniedziałku pies z kulawą nogą się nie
zainteresuje. A ja nie mam majtek na zmianę. Ale jeśli jest dalej wolna sobota,
to chyba będę chodzić z gołą dupą.
- Nie wyrażaj się – powiedział Michał odruchowo i popatrzył na komórkę – No,
niestety… Dalej jest sobota. Ale czekaj…
Posmyrał po ekranie i popatrzył na nią.
- Wczoraj było 720 metrów, a dzisiaj już tylko niecałe 700. Obniżyło się, czy
co?
- Przecież ci, kuźwa, mówiłam, że to przez tę pieprzoną burzę. A poza tym, jak
nie ma zasięgu, to skąd komórka ma wiedzieć, jaka jest wysokość? No i dokładność
tego twojego badziewia może być jaka więcej chińska…
Nie chciało mu się tłumaczyć tego, jak działa GPS. Ani tego, że ostatnio GPS-em
pomierzono wysokość Gerlacha z dokładnością do dwóch centymetrów, no a tam pewno
też nie ma zasięgu.
- Proszę pani… - usłyszała koło siebie.
Przy ławce stała kobieta może 30-letnia z siatką w ręku i uśmiechała się smutno.
- Ja przepraszam, że przeszkadzam, ale usłyszałam od Kasi, że pani tu jest, no i
że pani jest położną. Ja mam straszną prośbę: czy pani doktor mogłaby zajrzeć do
mojej córeczki? Jakiejś takiej wysypki dostała ostatnio, nie wiem, czy ja coś
zjadłam, bo ja piersią jeszcze karmię, czy może od czegoś w powietrzu, bo tu się
dziwne rzeczy dzieją, prawda? No i nie mam do kogo pójść, bo ośrodek w
Ludźmierzu w wolną sobotę nieczynny, zresztą ani tam, ani do miasta nie da się
dojechać, bo drogę zabrało. To może pani doktor by zajrzała, może to nic
groźnego, ale denerwuję się.
Nie chciało się jej prostować, że nie jest doktorem, tylko magistrem, pewno tu
każdy medyk był doktorem. Ale nieznajoma nie była jej pacjentką.
- Wie pani, ja do Kasi chodzę z Funduszu, bo ona mnie wybrała na środowiskową. A
pani nie jest u mnie, więc Enfoz za panią nie zapłaci. No i nie mogę robić koło
pióra jakiejś koleżance, która się pani dzieckiem opiekuje. Ile córka ma? I kto
do niej chodzi?
- Nikt nie chodzi, ona ma już prawie rok. A jeśli chodzi o pieniądze, to
przecież ja prywatnie chciałam, zapłacę.
Elżbiecie zrobiło się głupio i zaczerwieniła się.
- Ale nie o to chodzi, nie o pieniądze dla mnie, tylko jak pani nie jest na
wykazie naszej przychodni, to nie mamy na panią kontraktu z Funduszem. No,
nieważne, popatrzę. Daleko to?
Kobieta odetchnęła z ulgą.
- Niedaleko, tu nigdzie nie jest daleko. Dwa domy od Kasi. I… Ja bardzo
przepraszam, ale tak sobie pomyślałam, że jak państwo wczoraj przyjechali i nie
byli przygotowani na zostanie dłużej, to pewno nie macie co jeść i w ogóle…
Sklepy nieczynne, bo niedziela. To znaczy, wolna sobota, ale jakby w niedzielę.
Proszę, niech pan weźmie…
Wręczyła Michałowi siatkę. W środku był chleb, masło, jakieś wędliny i owoce.
Zaleciało też oscypkiem.
- Nie trzeba było – Elżbieta broniła się bez przekonania – przecież sobie byśmy
kupili, jak otworzą, tylko że prądu nie ma, więc kartą nie da się zapłacić… Ale
chodźmy, zobaczę co córeczce się dzieje. A ty zanieś te dary, dziękuję bardzo,
do pokoju. I czekaj na mnie. Aha, masz tu kluczyki od motoru, może się rozejrzyj
po okolicy, czy gdzieś się nie da zjechać.
Kobieta pokręciła głową.
- Nie da się. Mój już patrzył, jak ta wysypka u Agaty wyszła. Wokół tylko
przepaść i woda. Musimy czekać, aż nas ewakuują.
*
Po południu odnalazł ich Filip i zaciągnął na obiad, który równocześnie okazał
się spóźnionym przyjęciem chrzcinowym. Dziecko płakało, potem zmęczone usnęło,
można było porozmawiać. Michał objechał całą Jeziorną dookoła i wrócił z niczym,
tak samo jak wcześniej tato Agatki, i pewno pół wsi. Droga z miasta zapewne
kończyła się gdzieś koło pierwszego jeziora, ale od strony Jeziornej po prostu
jej nie było. Znikła też droga w stronę granicy słowackiej: Michał dojechał do
krawędzi, ledwo zatrzymał – i zobaczył przepaść, kończącą się gdzieś w wodzie.
To znaczy, tego końca nie zobaczył, bo to co zostało z drogi kryło się we mgle,
ale słyszał w dole szum fal, rozbijających się o brzeg. Podobnie wyglądały trzy
ścieżki wędkarskie, prowadzące nad największe jezioro: dawało się zejść do
pewnego miejsca, potem teren się obrywał i przepaść najprawdopodobniej
prowadziła prosto do wody – tak wyczuł na słuch, bo wszystko to, co było poniżej
20 metrów od wierzchołka wzgórza, tonęło we mgle.
Sołtys, słuchając relacji Michała, pokiwał głową.
- To samo już mówili wczoraj ci, próbowali się wydostać. Nie ma takiej
możliwości. Nie ma też zasięgu, nie ma prądu, nie ma jak zawiadomić policji,
szpitala, starosty czy prasy. Jesteśmy skazani na siebie. Jakby nawet ktoś się
zorientował, co tu się u nas stało, nie trafi do nas przez tę mgłę. Jak
podpłynie łodzią, to się nie wydostanie na górę, nawet taternicy tego nie
zrobią, bo nie ma się jak wspiąć: będzie się im osypywać ziemia, pospadają i
utopią się. No, to zdrowie małego Szymona, może choć on się stąd wydostanie…
Po południu sklep niedaleko rynku był otwarty. Elżbieta, za honorarium zarobione
u mamy Agatki, nakupiła wody mineralnej i parę zmian bielizny. Wychodząc
zobaczyła grupę kobiet, najwyraźniej czekających na nią.
- Pani doktor, może pani nam pomóc? Bo moje dziecko nie chce jeść…
- Córce trzeba wyjąć szwy… Położna z ośrodka miała przyjść, nie przyszła i teraz
pewno już nie przyjdzie…
- Synek coś trzyma głowę za bardzo w prawo i w ogóle taki nierówny jest…
Przy ostatniej wizycie świeciła latarką, którą dał jej mąż jednej z pacjentek.
Wróciła późno, zjedli coś i poszli do łóżka.
*
Rano próbowała zrobić przepierkę, ale gotowanie nałęczowianki na gazie trwało
długo, a mydło, które znalazła w łazience, nie chciało się pienić. Po wyjściu z
łazienki zobaczyła na stole przygotowane kanapki. Za oknem Michał grzebał w
motorze. Nie lubiła tego, bo kawasaki był jej, choć on jeździł na nim więcej i
lepiej, no i stale próbował coś w nim ulepszać.
- Zostaw tę maszynę i chodź jeść. Ja muszę zaraz iść do pracy!
Od południa miała umówione wizyty, przed którymi już nawet nie próbowała się
bronić twierdząc, że to nie jej rejon i że nie umawiała się wcześniej. Odniosła
w pewnym momencie wrażenie, że potrzebujące jej pomocy, albo choćby kontroli
dziecko jest tu w każdym domu. Michał powiedział, że prawie wyładowane komórki
podłączył do powerbanku, a teraz chce sprawdzić pozycję GPS na motocyklowej
nawigacji. Wzruszyła ramionami i odeszła od okna, zostawiając je otwarte. Mimo
wczesnego poranka było bardzo ciepło. Słońce świeciło mocno, Tatry na horyzoncie
były poprószone świeżym śniegiem, niżej po staremu wisiało morze mgieł. Radio
nadawało stare przeboje, podobno jak w każdą wolną sobotę. Niedzieli nadal nie
było. Michał wrócił, siadł przy stole, sprawdził swoją komórkę.
- Nie masz co patrzeć – powiedziała – dalej nie ma zasięgu, a w kalendarzu jest
dalej ta pieprzona sobota. Co się, kurde, stało? Możesz mi wytłumaczyć, cholerny
inżynierze?
Pokręcił głową.
- Nie mogę. Ale nie to sprawdzam. Dane z GPS-u komórki i z motoru są takie same.
Dziś mamy następne 30 metrów niżej niż wczoraj. Czyli za chwilę będzie tak, jak
przed tym – no, nie wiem jak to nazwać? Trzęsieniem ziemi? Potopem?
- Czyli co? Ta cała Jeziorna siądzie znów na tyłku i pojedziemy do domu? I zrobi
się niedziela?
- Wątpię…
Wczoraj, gdy podjechał ostrożnie do miejsca, gdzie w ostatniej chwili
przeskoczyli motorem nad tworzącą się szczeliną w szosie, dało się między
kłębami mgły zobaczyć miejsce, skąd prowadziła droga pod górę. To znaczy – nie
dało się zobaczyć, bo tam, gdzie powinno być widać oberwaną drogę – pluskały
fale.
- Ale jeszcze się rozejrzę.
Dzwony znów zaczęły bić – widać fotowoltaika proboszcza działała bez zarzutu. Za
oknami pojawiły się pierwsze sylwetki mieszkańców wsi, zdążających do kościoła.