Maciej Pinkwart
Wolna sobota
Odcinek 4
Michał dojadł kanapkę, sięgnął po kurtkę i – odruchowo – komórkę.
- Pójdę posłuchać. Jak będziesz wychodzić, zostaw klucz pod wycieraczką.
Pomyślała, że spokojnie mogłaby zostawić drzwi otwarte: nie mieli żadnych
rzeczy, a plecak z elektroniczną wagą, saszetką z lekarstwami, dokumenty i
pęczniejący portfel nosiła ze sobą.
- Obiad o dwunastej, sołtys zaprasza, nie spóźnij się.
W kościele był tłok. I coraz większy smród. Paliły się świece przy ołtarzu –
Michał pomyślał, że niedługo i ich zabraknie i co wtedy zrobi proboszcz – a
ludzie od paru dni nie myli się bardziej niż zwykle. Otwarte szeroko główne
wejście i drzwi do zakrystii nie dawały przewiewu. Proboszcz i wikary wyszli do
wiernych w zwykłych sutannach, bez komż. Wyglądało na to, że dzwony oznaczały
zaproszenie na zebranie, a nie na nabożeństwo.
Po powitaniu przez proboszcza i – jednak! – odmówieniu Ojcze nasz
i Pod Twoją obronę… na schodach przed ołtarzem pojawił się geolog,
ten od projektu studni artezyjskiej, który niejako poczuwał się do
odpowiedzialności za zaistniałą sytuację. Zaczął od usprawiedliwień, twierdząc,
że wybuch i tak by nastąpił, i to może w sposób niekontrolowany, wyrzucając w
powietrze całą wieś. Nikt mu nie uwierzył, mimo że proboszcz kiwał głową.
- Ciśnienie wody było tak wielkie, że podmyło cały okoliczny teren, wody
przybyło dość znacznie, tak że wszystkie nasze jeziora się połączyły, a wzgórze,
na którym leży Jeziorna, podniosło się o sto metrów. Nie wiemy tylko, czy to
wynikło z podniesienia się słupa wody artezyjskiej, czy zwiększenia ciśnienia
wód gruntowych, czy może ruchów górotworu, na którym leży nasza wieś. Wiemy
tylko, że to zjawisko ma charakter przejściowy. Od wczoraj wysokość, na której
położona jest Jeziorna, znów się zmniejsza. Jest więc szansa, że wszystko wróci
do stanu pierwotnego, wtedy trzeba będzie tylko odbudować drogę i naprawić sieć
elektryczną, wodociągową i kanalizacyjną. To oczywiście może potrwać. Ale jest
też inny problem…
Michał pomyślał, że może ktoś powie o tym bezustannym trwaniu wolnej soboty,
która jest już od trzech dni i końca temu nie widać. Ale mylił się.
- Od wczoraj stale podnosi się temperatura powietrza. Im bardziej teren się
obniża, tym jest cieplej. Jeden stopień plus na każde pięć metrów. To można
wytłumaczyć tylko dwoma zjawiskami: albo pod nami, w głębi ziemi istnieje
wulkan, który teraz szuka sobie ujścia…
Podniósł się gwar, jakaś kobieta zaczęła głośno płakać. Ksiądz przeżegnał się, a
geolog mówił dalej:
- Ale to mniej prawdopodobne, bo przebijanie się lawy przez skały tłumaczyłoby
podnoszenie się terenu, ale nie jego obecne obniżanie. Więc możliwe, że do
warstwy artezyjskiej, a potem do naszych jezior przedostały się pod ciśnieniem
wody geotermalne, leżące pod masywem Tatr i wokół niego. W efekcie jest możliwe,
że jak osiądziemy na pierwotnym poziomie, będziemy mieć tu klimat subtropikalny.
No, że będzie cieplej o jakieś 20 stopni…
Coraz większy gwar nie pozwolił mu dalej mówić. Michał pomyślał, że ci wszyscy
ludzie nagle wyobrazili sobie Jeziorną jako stolicę podtatrzańskich Karaibów i
płynące tu potoki ludzi i strumienie pieniędzy. Pokręcił głową. Co za bzdury!
Ksiądz sięgnął za siebie, podniósł dzwonki ministranckie i mocno nimi
potrząsnął. Ludzie przyzwyczajeni, że dzwonek taki oznacza początek Podniesienia
lub Komunii, albo wystawienie Najświętszego Sakramentu, natychmiast ucichli,
część uklękła i przeżegnała się. Wstał dyrektor szkoły.
- Ludzie, spokojnie, nie ma się z czego cieszyć! Nie mamy światła, nie mamy
wody, nie mamy telefonów, nie mamy Internetu, fekalia za chwilę nas zaleją, a
podniesiona temperatura naszych jezior wypali wszystkie ogródki i pastwiska.
Mgła nad wodą będzie się utrzymywać, bo ta woda po prostu paruje, a na styku
ciepłych i zimnych temperatur para się skrapla. Rozumiecie? Znikąd nas nie
widać. Nikt nie będzie wiedział, co tu się stało, przynajmniej dotąd, dopóki nie
będzie próbował do nas dojechać i zobaczy, że już nie ma drogi. Droga jest
powiatowa, zbierze się więc komisja rady powiatu, uchwalą, że drogę trzeba
odbudować, ale nie mają na to pieniędzy. Wystąpią do banku o kredyt i już za
miesiąc dostaną odpowiedź, może nawet pozytywną. A za miesiąc już wszyscy dawno
umrzemy z brudu i głodu. Może nawet ktoś wyśle śmigłowiec, policyjny czy
ratunkowy, ale on się nie przebije przez mgłę. Może wtedy ktoś się wreszcie
zorientuje, że prawie sześćset osób zostało odciętych od świata i ktoś inny
postanowi wysłać wojsko. Podpłyną na amfibiach i zaczną wspinać się na górę,
ciężkie helikoptery przedrą się przez mgłę i może nawet znajdą miejsce do
lądowania. Ale żeby ewakuować sześćset osób, nie mówiąc już o zwierzętach i
dobytku, potrzeba będzie dwa tysiące żołnierzy. Na taką operację potrzebna
będzie zgoda NATO. Jeśli nawet uznają to za akcję sił szybkiego reagowania, to
za miesiąc już do nas dotrą. O tym, co będzie za miesiąc już mówiłem. Więc
musimy albo tu wszyscy umrzeć i pod przewodem proboszcza pójść do nieba, albo
poradzimy sobie sami.
- A strażacy? Ci z miasta są bardzo operatywni. Połączą się z naszymi przez
radio… - odezwał się po chwili ciszy wikary. Proboszcz puścił mimo uszu
złośliwości fizyka, który był ateistą i milczał.
- Po pierwsze radio nie działa tak samo, jak wszystko inne. Po drugie – co
strażacy zrobią? Podpłyną i wysuną drabinę? No, to nie jest niemożliwe. Wejdą tu
do nas i zaczną nas sprowadzać do łodzi. I to się może udać, pod warunkiem, że
ściągną tu prom turystyczny. Albo transatlantyk. I że woda nie zrobi się taka
gorąca, jaka jest w złożu geotermalnym. To znaczy plus 85 stopni. A może 95. Ale
jest jeszcze jedna sprawa – spojrzał na geologa, który patrzył na niego z
niepokojem – pan powiedział, że jedną z opcji jest to, że wrócimy do punktu
wyjścia, że nasza Jeziorna spokojnie osiądzie na swoim skalnym fundamencie i
wszystko będzie tak jak dawniej, po odpowiednich remontach naturalnie. A jaka
jest druga opcja? Ja się domyślam, ale niech pan to powie.
Geolog spuścił głowę i milczał. W kościele zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
Pierwszy odezwał się proboszcz.
- Ta druga opcja jest taka, że wzgórze nie osiądzie spokojnie na fundamentach,
tak? I na przykład się ześlizgnie? Albo że nie ma już tych fundamentów i
zaczniemy tonąć?
Ktoś nerwowo wciągnął powietrze, jakaś kobieta zaczęła płakać. Proboszcz
odwrócił się w stronę ołtarza, otworzył tabernakulum i wyjął monstrancję. Michał
wyszedł na zewnątrz, popatrzył na bezużyteczny teraz motocykl i podniósł głowę.
Daleko, nad Tatrami zobaczył śmigłowiec. Przez chwilę miał nadzieję, że
rozpoczęła się ekspedycja ratunkowa, ale zaraz dostrzegł czerwony kolor maszyny
i charakterystyczny kształt „Sokoła”. Ratownicy wyruszyli na akcję, ale w góry.
O ich sytuacji nadal nikt nie wiedział.
*
Sołtys wrócił do tematu dopiero przy kawie. Zapach arabiki był intensywny, ale
nie na tyle, by nie dało się wyczuć tego, że wieś w dziedzinie kanalizacji
wróciła do średniowiecza. Okazało się, że po błogosławieństwie jeszcze raz
zabrał głos geolog informując, że jeśli szybkość osiadania wzgórza się utrzyma,
to Jeziorna wróci do pierwotnego położenia jutro koło ósmej rano. Potem wszystko
się rozstrzygnie.
- Wiecie co? – powiedział sołtys, nie zwracając się specjalnie do nikogo.
Sołtysowa stała przy kuchni, za stołem oprócz Elżbiety i Michała siedział syn
sołtysa z żoną, obok w wózku spał ich mały, może półroczny synek. – Ja to bym
chciał, żeby już było wiadomo, wóz albo przewóz. Nie wytrzymamy tak dłużej. Woda
w sklepach się już skończyła, podejrzewam, że może mają coś tam pochowane dla
siebie i swoich, mąka i makaron już dawno są wykupione, ale co z tego, jak nie
ma na czym ich ugotować. Gówna, z przeproszeniem, zaleją nas lada chwila. Lekarz
ani pogotowie nie dojadą, dobrze, że choć pani jest, to dzieciom pani pomoże, bo
do ośrodka w Ludźmierzu nie ma dostępu.
- Przedtem też nie było – powiedziała synowa sołtysa – przez tyle czasu nie
mogłam dziecka zaszczepić, bo ośrodek udzielał tylko teleporad, ktoś był na
kwarantannie, a pacjentów się bali, że im przywleką koronkę. No jak miałam
dziecko zaszczepić przez telefon?
- A propos telefon – ostrożnie wtrącił się Michał – może dałoby się jakoś
podnieść i naprawić ten przekaźnik? Żeby jakoś wezwać pomoc?
Syn sołtysa pokręcił głową.
- Bez prądu nie pójdzie, przecież tam musi być zasilanie…
- No, może ksiądz pożyczy? Słońce jest, to mu się pewno ładuje… Kabel podłączyć,
daleko nie jest, może choć na chwilę
chyci…
Sołtys machnął ręką.
- Ksiądz nie ma głowy do prądu. Na zebraniu ustaliliśmy, że jeśli jutro się
okaże, że spadamy dalej, trzeba będzie zbudować tratwę ewakuacyjną. No, taką
platformę, żeby załadować ludzi i zwierzęta, trochę dobytku, i przetrwać na
wodzie, dopóki gdzieś się nie dopłynie, albo dopóki nas nie zaczną szukać…
- I co, pan będzie tym, jak mu tam, Noem, i pokieruję tą pier…, pierwszą arką? –
mimo smutnej sytuacji Elżbieta zaczęła się śmiać. Sołtysa to nie bawiło.
- To nie będzie jedna tratwa, czy jak pani chce – arka. Trzeba wywieźć kilkaset
osób i ich dobytek. Ani desek w obu tartakach nie starczy, ani nawet drzew w
lesie. A każdy chce żyć. Już dziś, zaraz po tym kościele ludzie się pobili przed
sklepem ABC, a tartak Nowaka ktoś chciał podpalić. Ksiądz próbuje to wszystko
jakoś ogarnąć.
- Łodzi nikt tu nie ma, żeby popłynąć po pomoc? Zawiadomić o sytuacji? –
Elżbieta popatrzyła na sołtysa – przecież ryby łowicie na tych jeziorach, to
jak?
Sołtys pokręcił głową, a jego syn wyjaśnił, że te jeziorka w sumie dość małe
były i w dodatku każde należało do innego gospodarza. Pobudowali na nich tylko
takie niewielkie pomosty i jedno większe molo i sprzedawali zezwolenia na
wędkowanie. Łodziom nie pozwalali pływać, żeby nikt ryb za dużo nie odłowił, no
bo by pewno ludzie sieciami zaczęli wyciągać. A tak, z brzegu, to tylko kij
pomoczyli, czasem coś się złapało i tyle. Tak że łodzi w Jeziornej nie było.
Michał wstał od stołu.
- Masz chwilkę? – zwrócił się do syna sołtysa – może pójdziemy popatrzeć, co z
tym przekaźnikiem? Póki jeszcze jest jasno, to może coś uda się zrobić.