Maciej Pinkwart
Wolna sobota
Odcinek 2
Najpierw usłyszeli płacz dziecka, potem zobaczyli ludzi, wychodzących z
kościoła. Rodzice Szymka poznali ją po kurtce z napisem położna i
sympatycznym bociankiem w logo. Ojcem chrzestnym dziecka był sołtys Jeziornej,
od którego dowiedzieli się, co się stało. Wizyta kontrolna odbyła się zresztą u
niego w domu – był bratem Filipa, ojca dziecka i sąsiadem dziadka – tam mieli
zatrzymać się rodzice Szymka, żeby nie jeździć do swojego domu po nocy, kiedy w
sumie nie wiadomo było, co może się jeszcze zdarzyć.
- Pospieszmy się – powiedział Michał – chcemy wrócić szybko do domu.
- Obawiam się, że to będzie niemożliwe – powiedział sołtys – nie dacie rady się
wydostać, zwłaszcza po nocy. Sami nie wiemy, co będzie jutro.
Elżbieta obejrzała dziecko, zbadała wszystkie odruchy noworodkowe, opatrzyła
jeszcze nie zaleczony pępek, sprawdziła symetrię. Michał i ojciec Szymka
świecili jej telefonami komórkowymi. Kazała im wyjść, poświeciła własną komórką,
sprawdzając podbrzusze Kasi. Goiło się. Po kontroli sołtys zaproponował im
nocleg w pokoju gościnnym Domu Ludowego. Wzięli kilka świec, zapalniczkę i
poszli z powrotem w stronę kościoła. Dostali klucze, zamknęli się od środka i od
razu poszli do łóżka.
Obudziło ich słońce, świecące przez okna, w których nie było zasłon. Elżbieta
długo nie mogła się zorientować, gdzie jest i co się stało, wreszcie odrzuciła
kołdrę, narzuciła sweter na gołe ciało, naciągnęła skarpetki i podeszła do okna.
- Oż, ja cię… Wstawaj! – krzyknęła do Michała – popatrz, co się dzieje!
Słońce jeszcze stało nisko, ledwie wystając ponad morze mgieł, które zakryło
całą okolicę. Wydawało się, że są na oceanie, z którego wystaje tylko niewielka
wysepka, gdzie teraz się znajdowali i daleko przed nimi – postrzępione pasmo
Tatr. Gdy spojrzała bliżej, zobaczyła, że przez wiejski placyk przechodzą ciepło
ubrani ludzie. Na trawie zobaczyła szron – był początek października i jesienne
chłody pojawiały się coraz częściej.
Michał ziewnął, wstał, popatrzył, sięgnął po komórkę i zrobił zdjęcie. Zasięgu
dalej nie było, a bateria była na granicy wytrzymałości. Prztyknął lampką przy
łóżku – nie zapaliła się. Wyjął z plecaka solarny powerbank, podłączył i położył
urządzenia na oświetlonym słońcem parapecie. Koło kuchenki gazowej zauważył
niewielkie radyjko na baterie. Włączył – działało. Lokalna stacja nadawała
wiadomości, kalecząc boleśnie miejscową gwarę.
- Jako ze dzisiok wolna sobota, nie zaboccie zrobić zakupów w naskim markecie
w mieście…
- Pochrzaniło ich, czy co? – Elżbieta reagowała błyskawicznie i po swojemu –
jaka wolna sobota? Wolna sobota była wczoraj, do cholery. Weźże złap coś
normalnego.
Michał nacisnął przycisk, przeskoczyło na RMF.
- Jak w każdą wolną sobotę, na drogi wyjechało dziś więcej niż zwykle patroli
policyjnych. A więc, kierowcy, noga z gazu…
Popatrzyli na siebie. Elżbieta włączyła kalendarz w komórce. Była sobota, tak
samo jak wczoraj.
- No, nie… To jakiś pieprzony dzień świstaka, czy co?
Usłyszeli pukanie do drzwi.
- Momencik, proszę poczekać!
Chwyciła ubranie i w pośpiechu zaczęła wkładać spodnie.
- Nie, proszę się nie spieszyć – usłyszeli głos Filipa – Jak będziecie gotowi,
to zapraszam na śniadanie, do domu dziadków, to jest prawie obok kościoła, numer
73. I zostawiam wam zgrzewkę nałęczowianki, bo w kranie wody nie ma.
Odszedł. Michał poszedł do łazienki, po chwili wrócił i bez słowa zabrał z sobą
plastikową butelkę. Wody nie było także w ubikacji.
U dziadków Szymka było ciepło, paliło się pod tradycyjną kuchnią, na patelni
skwierczała jajecznica z cebulką i kiełbasą, ale przez zapach smażeniny
przebijał się ubikacyjny cuszek. Pampersy, składowane w plastikowej torbie
dokładały swoje. Elżbieta zaczęła od wystawienia tego bagażu na zewnątrz, umyła
ręce w mineralnej, spryskała je środkiem odkażającym, jaki zawsze miała w
plecaku i zważyła dziecko. Od wczoraj przybyło mu prawie 30 gram, pępek
zasychał, ale na ciele zauważyła pierwsze potówki.
- Co z kąpielą? – spytała.
- Nic – wzruszyła ramionami Kasia – nie ma w czym. Przetarłam oliwą. Może dziś
puszczą.
- Nie puszczą – wtrącił się dziadek, szerokim gestem zapraszając gości do stołu.
Rodzina jadła już wcześniej – wszystkie urządzenia wysiadły. Woda, kanalizacja,
prąd, komórki, Internet. Wszystko.
Szymek popiskiwał cicho, Kasia wyszła z nim z kuchni, żeby go nakarmić. Ucichło.
Wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu. Ponieważ od dłuższego czasu
ludzie narzekali na jakość wody, dostarczanej przez lokalny wodociąg, na
wiejskim zebraniu postanowili wykonać nową inwestycję: wywiercić studnię
artezyjską. Miejscowy geolog przekonał sąsiadów, że pod masywem skalnym,
tworzącym centrum wsi, jest gruba warstwa wód artezyjskich, usytuowanych dużo
poniżej poziomu dna okolicznych jezior, a ciśnienie w tej warstwie jest tak
wysokie, że pozwoli na wydobycie wody niemal bez użycia pomp. Co prawda dyrektor
szkoły, który jest fizykiem, przekonywał, że wody ze studni na pewno nie starczy
na potrzeby całej wsi, w końcu jest tu ponad sto gospodarstw, ale proboszcz
przekonywał, że po pierwsze nie wszystkich i tak będzie stać na podłączenie się
do nowej sieci, a po drugie – do celów gospodarczych czy higienicznych będzie
można dalej używać wodociągu, a tamtej nowej tylko do picia. Sołtys zwrócił
księdzu delikatnie uwagę, że w takim razie trzeba by było płacić za dwa źródła
wody, kłócili się jakiś czas, ale w końcu zadecydowało zdanie księdza, gdy ten
zadeklarował, że teren dla nowej studni i jej urządzeń technicznych wydzierżawi
wsi za symboliczne sto złotych: wiercenie miało być przeprowadzone koło
kapliczki Trzeciego Upadku, na gruncie kościelnym.
No i dwa tygodnie temu geolog sprowadził szwagra z ekipą i maszynami, rozłożyli
namioty, ustawili wieżę wiertniczą, wstawili do niej wielki świder, ksiądz
poświęcił i zaczęło się.
- Spać nie mogliśmy całymi nocami – wtrącił Filip – Kasia przez to wcześniej
dostała bólów i ledwo zdążyłem ją odwieźć do szpitala.
- A do szpitala trzeba było zaraz potem odwieźć całą ekipę tych wiertaczy –
dorzucił dziadek - bo dowiercili się do tej wody, i tak jak powiedział geolog,
miała spore ciśnienie. Dokładnie, strzeliło jak z sikawki strażackiej. Wodotrysk
się zrobił na kilkanaście metrów, rozwaliło wieżę, wiertło wyleciało w
powietrze, a razem z nim cała zmiana, która akurat była w pobliżu. Na szczęście
poza połamanymi rękami i jakimiś drobnymi obcierkami nikomu nic poważniejszego
się nie stało, w każdym razie wszyscy przeżyli. Wiertło minęło wszystkich i
wystrzeliło w niebo, po czym spadło. Na szczęście tylko kapliczkę Trzeciego
Upadku diabli wzięli.
- Tato! – Kasia wróciła do kuchni, napominając ojca. Szymek spał jej na rękach.
- No co! – dziadek wzruszył ramionami – kapliczka to tylko kapliczka, zabytek
podobno, ale nie takie zabytki się odbudowywało czy robiło na nowo. Więc ekipa
została wywieziona do szpitala, tą samą karetką, którą przywieźli zaraz po
porodzie Kasię, bo okazało się, że na noworodkach nie mają jakichś tam
antywirusowych zabezpieczeń i uznali, że jeśli dziecko i matka mają się zarazić,
to niech to zrobią w domu. A myśmy tu mieli niezły bajzel.
Sołtys kazał naciągnąć traktorem jakąś żeliwną pokrywę, z betonowymi kawałami
fundamentów rozebranej obory jednego z gospodarzy, ale woda wybijała dalej i
zaczęła już zalewać dolną część wsi, po czym nagle przestała. Ludzie pomyśleli,
że geolog się pomylił i złoże się już wyczerpało, ale nie – ostrożnie sprawdzili
i okazało się, że woda wymyła jakiś boczny korytarz, z którego na otwór
ześlizgnęła się kupa wielkich kamieni i wydrążona studnia została po prostu
zaczopowana.
- No i właśnie wczoraj okazało się, że geolog jednak miał rację – kontynuował
ojciec Szymka, bo dziadek się zdenerwował i wyszedł przed dom zapalić papierosa
– w tym sensie, że woda miała rzeczywiście ogromne ciśnienie. Nie mogąc wypłynąć
przez zakorkowany otwór, zaczęła podnosić korek. Niestety, razem z butelką…
Michał pierwszy się zorientował w sensie tej przenośni.
- Podniosło całą górę, na której leży wieś? Niemożliwe, przecież grunt musi być
przepuszczalny…
- No, musi. Ale nie jest. Tu jest taka struktura, że pod spodem jest glina,
skały, jakieś zlepieńce, ziemi mało. Zresztą efekt już poznaliście.
Zapadła cisza, tylko Szymek zaczął znów płakać. Elżbieta spojrzała na niego
uważnie, po czym gestem pokazała Kasi na pierś. Obydwie wyszły z dzieckiem do
pokoju.
Zmiana położenia wzgórza, które nagle urosło, oczywiście natychmiast zniszczyła
całą infrastrukturę wsi: pękły rury wodociągu i kanalizacji, kable elektryczne i
telefoniczne, maszt komórkowy zleciał z dachu Domu Ludowego, szlag trafił
bezprzewodowy Internet.
- A co z tym dniem świstaka? No z tym, że podobno dalej jest wolna sobota?
- No, tego to jak na razie nikt nie rozumie. Wygląda na to, że coś zostało
wykopane albo poruszone i to coś steruje czasem…
- Ale jaja… - powiedziała Elżbieta, wróciwszy do kuchni. Kasia położyła się na
chwilę, korzystając z tego że Szymek usnął w kołysce.
- To kara boża jest – babcia, która do tej pory się nie odzywała, poprawiła
ogień pod kuchnią, na której zaczynała bulgotać zupa w dużym, żeliwnym garnku,
wytarła ręce i popatrzyła na Elżbietę z wyraźną niechęcią – za to poprawianie
wody i za zniszczenie Pana Jezusa w kapliczce. I za te wszystkie anteny,
satelity i szczepionki. Najpierw zesłało na nas wirusa, potem dziecko przed
czasem, a teraz trzęsienie ziemi. Będzie jeszcze ogień piekielny i potop. I
będzie cały czas ten sam dzień, dopóki wszyscy się nie nawrócą, albo, tak jak
wczoraj mówił ksiądz, Pan Bóg skończy z nami tak jak z tą Sodomią.
- Sodomą – odruchowo poprawił Filip – i niech mama lepiej takich rzeczy nie
mówi. Wodę pierwszy chciał naprawiać proboszcz. Kapliczkę się odbuduje i będzie
jeszcze ładniejsza. A Szymek urodził się przed czasem zaledwie o pięć dni.
Zza okien dobiegło bicie dzwonów. Dziadek gwałtownie otworzył drzwi i sięgnął do
kontaktu. Prądu nadal nie było.
- No, ale jak to… zacukał się – przecież dzwony biją.
- Jakiś dzwonnik ciągnie za sznur, wikary czy ministranci – podpowiedział
Michał.
- Ale skąd, kościół jest nowoczesny, dzwony są na prąd.
- Cud… - ucieszyła się babcia. Zdjęła fartuch, odsunęła zupę na bok płyty,
przykryła kuchnię fajerkami, sięgnęła po wiszący na wieszaku płaszcz – trzeba
iść do kościoła.