Maciej Pinkwart
Werona
Tutaj same zdjęcia, ale w większej liczbie...
Ranek
w Pöckau, na oko wiejskim przedmieściu Villach, budzi nas chłodny, prawdziwie
alpejski. Niebo zaciągnięte chmurami, w żlebach pochylających się nad doliną Alp
Julijskich bieli się śnieg. Zbieramy do kupy naszą polsko-słowacką gromadkę,
rozrzuconą na noc po pomieszczeniach hotelu "Linde" i współpracujących z nim
kwaterach prywatnych i po niezbyt obfitym śniadaniu wyruszamy w stronę bliskiej już
granicy włoskiej. Plener artystyczny szkoły zakopiańskiej, w którym uczestniczą
też uczniowie i dorośli z różnych stron Słowacji, jako pierwszy merytoryczny
przystanek ma Weronę. Wydawało mi się to blisko, ale potrzebujemy czterech
godzin, by wjechać do miasta Romea i Julii.
Tak napisałem i tak myślę, podobnie jak wszyscy, który tam pojechali. Ale przecież to miasto o tradycji jeszcze z czasów rzymskich, miasto Dantego, pięknych średniowiecznych i renesansowych ulic, miasto żywe i realne... A my pamiętamy o Weronie głównie to, że jest miastem wymyślonych przez Szekspira nieśmiertelnych kochanków. Nieśmiertelnych bo - nie żyjąc naprawdę - nie mieli możliwości umrzeć... Czy jest to może najskuteczniejszy sposób na nieśmiertelność - nie istnieć?
Faktem jest, że jeśli cokolwiek ktokolwiek wie o Weronie przed przyjazdem tutaj - to to, że ma odwiedzić Casa di Giulietta, Dom Julii, i obejrzeć słynny balkon, miejsce romantycznej sceny, uwiecznionej przez Szekspira. Rozmowa nieistniejących kochanków...
Najpierw
jednak idziemy na rzymską arenę (I w. n.e.), gdzie dwa tysiące lat temu Werończycy zabawiali się widokiem zabijanych zwierząt i ludzi. W XII wieku
zniszczona częściowo przez trzęsienie ziemi, do dziś jednak imponuje - jest to
bądź co bądź trzeci co do wielkości taki zabytek w Italii, a zachowany może
nawet lepiej od rzymskiego Colosseum. Dziś to najlepsza "patelnia" do opalania w
całym mieście, bo w międzyczasie zrobiło się lato. Niestety, część trybun i
płyty jest remontowana - i to okaże się naszym fatum w czasie całej wyprawy:
widać Unia sypnęła swoim członkom sporo grosza na remonty, bo huk pił tarczowych
i młotów pneumatycznych oraz widok rusztowań i zafoliowanych części obiektów
zabytkowych będzie nam towarzyszył aż do Katalonii. Niemniej jednak Renata
Mrowca ogłasza zajęcia plenerowe, dzieciaki rysują, część dorosłych się opala,
część ogląda Weronę z góry. Po dwóch godzinach ruszamy dalej - wędrujemy
przez werońską starówkę do Domu Julii. Kluczymy po wąskich uliczkach na północ
od Placu Zielnego, by wreszcie wejść na Via Cappello, ulicę Cappellich - bo tak
naprawdę nazywał się ród, który Szekspir opisał jako rodzinę Capuletti... Ciekawe, że za
murami miejskimi, w nowszej części miasta istnieje Via Capuletti...
Wchodzimy w bramę domu nr 23.
Słynny
balkon nie wychodzi na ulicę, tylko na dość ciasne podwórko. Niestety, i tu
jest remont - część pochodzącego z początku XIV wieku budynku ukrywa się w
rusztowaniach i foliach. Za drobną opłatą można wejść na górę i upozować się na
Julię do fotografii. Na podwórku wielki tłum ludzi, mimo że do sezonu
turystycznego jeszcze daleko. Błyskają flesze, bo jest dość ciemno. Na murach i
wśród liści winorośli mnóstwo karteczek (te na murach najczęściej przylepione
na... gumę do żucia), na których zwiedzający wypisują swoje intencje miłosne.
Wyrywam z notesu parę kartek, bo moje uczennice i koleżanki oczywiście chcą
powierzyć Julii
swoje życzenia. Na lewo od balkonu stoi niewielki posąg panny Capuletti. Przed nim kolejka
- tradycja każe wejść na podest, przytulić się do niej i objąć jej prawą pierś,
no i oczywiście pomyśleć sobie jakieś życzenia. Pierś jest aż wyzłocona od tych
życzeń. Przytulam się i ja, ale nie mam w tej kwestii żadnych życzeń, tylko zastanawiam się
dlaczego tyle osób szuka wstawiennictwa nieistniejących osób w swych osobistych
sprawach? Jeśli karteczki z modlitwami zostawiają Żydzi w szczelinach Ściany
Płaczu w Jerozolimie, buddyści w młynkach modlitewnych w Himalajach i katolicy u
Czarnej Madonny w Montserrat - to jest kwestia wiary i tradycji: wierzymy lub
udajemy, że wierzymy, iż jakiś Ktoś wstawi się w naszych sprawach u jakiejś
Wyższej Instancji... Ale u kogo nieistniejąca Julia Capuletti ma wybłagać
powodzenie dla naszego romansu? U swego stwórcy, Williama Szekspira? Bo choć oba
zwaśnione rody, Capulettich (Cappellich) i Montekich istniały naprawdę, a
kłótnie i wendetty rodowe we Włoszech były i są na porządku dziennym, to
przecież Julia i Romeo to tylko dzieci Szekspira...
Wiadomo - to symbol, tradycja, kulturowo jednoznaczna dla każdego w miarę wykształconego człowieka. Symbol, wiadomo, jest ważniejszy od realiów, a mit ma silniejsze życie niż historia... Ale zastanawia mnie jeszcze jedno: czy wartość symbolu Julii i Romea, utworzonego przez genialnego pisarza wiąże się z brakiem happy endu w tej historii? Czy gdyby Szekspir napisał, że podstęp ojca Laurentego się udał, Romeo zostałby powiadomiony o tym, że Julia jest jedynie w letargu i wykradłby jej ciało z kaplicy, kochankowie byliby dobrym małżeństwem, doprowadziliby do pojednania między rodzinami Capulettich i Montekich, a potem żyli długo i szczęśliwie, dochowując się mnóstwa bambini - czy dziś odwiedzalibyśmy Casa di Giulietta? Wątpię.
Wracamy
na ulice i place Werony. Przez Łuk Żebra (gdzie powieszono żebro wieloryba)
przechodzimy na plac Dantego. Króluje tu pomnik najwspanialszego poety
włoskiego Dantego Alighieri (1265-1321), który po wygnaniu z rodzinnej Florencji
na początku XIV wieku najpierw przebywał właśnie w Weronie. Był rok 1304 i
zapewne także tu, na werońskich brukach, myślał i szkicował swoje największe
dzieło - "Komedię", dziś znaną jako "Boska Komedia". Polityka, uwikłanie w
ambicjonalne walki między zwalczającymi się włoskimi stronnictwami, w których
działalności sam brał minimalny udział, a niemniej - europejska sytuacja
polityczna (niewola awiniońska papieży, proces templariuszy, wyprawa Henryka VII
na Rzym...) - nie pozwoliły mu na powrót do domu i skazały na to, by genialny
pisarz tworzył właściwie cały czas "na walizkach". Wędrował po różnych miastach
północnych Włoch, zdaje się był nawet w Paryżu na krótkotrwałych studiach
teologicznych, a po 1315 roku osiadł ponownie w Weronie i mieszkał na dworze
signora Can
Grande della Scala. Tutaj w 1320 r. w kościele św. Heleny przedstawił swój
interesujący traktat "Zagadnienie wody i ziemi". Ale na stałe w ostatnich latach
swego życia mieszkał z dziećmi w Rawennie, gdzie prawdopodobnie był m.in.
nauczycielem literatury... W czasie podróży do Wenecji w 1321 roku zapadł na
jakąś tajemniczą chorobę i zmarł w Rawennie, tam też jest pochowany.
Podziwiamy
gotyckie (XIII-XIV wiek) grobowce rodu Scaligerich - ród della Scala, czyli "drabiniarze"
- trząsł niegdyś Weroną, choć nazywali się niezbyt zaszczytnie: znany nam już
jeden z mecenasów Dantego, tutaj pochowany Can Grande della Scala to Wielki Pies
z Drabiny. A niech to...
A potem kręcimy się w ramach czasu wolnego po dawnym rzymskim forum - od średniowiecza będącym placem handlowym - Piazza dell'Erbe. I choć warzywa i owoce stanowią teraz tylko drobną cząstkę handlowych artykułów i giną wśród niecudnych straganów z pamiątkami i kanapkami, to zawsze można popatrzeć na piękne freski Casa Mazzanti i inne cuda XIV-XVI wiecznej architektury. Albo sfotografować się z posągiem "Madonny z Werony", stojącym na środku placu. Madonna wywodzi swą historię z czasów budowy pierwszego rzymskiego akweduktu, doprowadzającego wodę do miasta, ale obecny posąg jest z XIV wieku, ufundowany przez Wielkiego Psa.
Wracamy do autokaru. Nie starcza czasu, by skręcić w prawo z murów miejskich w stronę kościoła franciszkanów, gdzie znajduje się tzw. grobowiec Julii. W kościele jest muzeum fresków, przed wejściem rośnie "Drzewo życzeń", podobnie jak w Casa di Giulietta pełne kartek z miłosnymi życzeniami. Na romantycznym podwórku stoi stara studnia, a obok - pomnik Williama Szekspira, zaś po schodach można wejść do pustej sali, w której stoi otwarty sarkofag. Jest pusty, tak naprawdę chyba był tam kiedyś pochowany jakiś mnich, wiec w zasadzie zwiedzać nie ma co... Ale wobec faktu, że Julia nigdy nie istniała, pusty sarkofag jest chyba najlepszym rozwiązaniem?
Przed nami daleka droga przez północne Włochy. Cremona... Miasto Stradivariego... Bolonia z daleka... Pod wieczór mijamy Genuę, skąd na podbój świata - na początek do Hiszpanii - wyruszył Krzysztof Kolumb. Podążamy też do Barcelony, tyle, że nie przez Kadyks i Dominikanę. Na początek odkrywamy Riwierę, najpierw włoską. Nocleg w San Remo.
Powrót do menu "Barcelona 2005"