Wszystkie zawarte tu teksty mogą być wykorzystywane jedynie za zgodą właściciela strony!
© Copyright by Maciej Pinkwart
7-10-2010
Dziś
literacką Nagrodę Nobla otrzymał Mario Vargas Llosa i po raz pierwszy od
wielu lat decyzja ta nie budzi mojego sprzeciwu, a poza tym jest to
pierwszy od wielu lat noblista, o którym słyszałem zanim dostał nagrodę.
Może trochę przesadzam, ale nie wiele. Pamiętam, jak przed laty, jeszcze
we Frydmanie, przymusiłem się, żeby przebić się przez 773 strony
Rozmowy w "Katedrze", co nie przyszło mi łatwo, gdyż czego innego
oczekiwałem od pisarza latynoamerykańskiego. Wyćwiczony na Marquezie,
Cortazarze, Coelho, Allende, Carpentierze, Kempfie-Suarezie z trudem
czytałem niemal werystyczne, choć pokręcone w czasie i przestrzeni
narracje Llosy. Może jego indiańskie pochodzenie, może epizod
polityczny, kiedy to ubiegając się o stanowisko prezydenta Peru przegrał
(ale dopiero w drugiej turze, bo pierwszą wygrał!) z Alberto Fujimorim,
Japończykiem z pochodzenia, który potem musiał odejść w niesławie,
oskarżony o konszachty mafijne - wszystkie te pozaliterackie elementy
przekonały mnie przecież do tego, by na "Katedrze" nie
skończyć. Z samozaparciem wziąłem się za Miasto i psy,
debiutancką powieść niedoszłego prezydenta, która dość mi się podobała,
bo wojskowe wspomnienia kojarzyły mi się z ćwiczeniami na poligonie w
Morągu za czasów studenckich, potem liznąłem jeszcze antytotalitarne
Święto kozła, Pochwałę macochy, autobiograficzną powieść
Ciotka Julia i skryba (młodziutki Llosa ożenił się ze starszą
od siebie o 13 lat daleką krewną, powodując niezwykły skandal w swojej
bogobojnej i politycznie poprawnej rodzinie...), aż wreszcie jednym
tchem przeczytałem ostatnią - i podobno najgorszą powieść dzisiejszego
noblisty, mającą za to najlepszy tytuł: Szelmostwa niegrzecznej
dziewczynki, którą nawet na tej stronie trzy lata temu
recenzowałem. Dziś wszystkie telewizje go pokazywały oczywiście i
okazał się gościem niezwykle sympatycznym. A ja sobie przypomniałem, że
w 1996 r. był głównym kandydatem do tej nagrody i przegrał z Wisławą
Szymborską, która w tym roku (jako laureatka należy do kapituły nagrody)
typowała jako jednego z kandydatów do Nobla.
A w Warszawie zakończył się pierwszy etap Konkursu Chopinowskiego. Po raz pierwszy był transmitowany na żywo w telewizji ("Kultura") i na Internecie, więc to i owo widziałem, głównie zresztą panienki i panów o skośnych oczach. Wszyscy wydają mi się znakomici i o wszystkich komentujący ich grą Adam Rozlach i jego goście mówili dość krytycznie. A najbardziej mi się podobał zarzut prof. Alicji Palety-Bugaj, że jeden z wykonawców grał tak, jakby Chopin nigdy nie zagrał. Zaś pani Lidia Kozubek innego pianistę chwaliła za to, że grał podobnie jak ona. Jak oni to wszystko świetnie wiedzą... Może od samego Chopina?