Renata Piżanowska-Zarytkiewicz

Stamtąd do Gdzieś

 

dworzec…

 

facet w swetrze nerwowo ściska czerwoną różę,

długa łodyga prawie dotyka ziemi.

od czasu do czasu podnosi kwiat,

by powąchać czy zapach pozostał.

płatki lekko opadły zmęczone czekaniem, ale jeszcze starczy im sił, by powitać…

    …kobieta posadziła dziecko na walizce, dała lizaka i kazała milczeć.

                                            niespokojnie szuka czegoś po kieszeniach,

                                                                            widać czegoś ważnego.

…młodzian z czarną aktówką przysiadł na dworcowej ławce.

elegancki garnitur, biała koszula…

delegacja, pewnie…

…zarośnięty człowiek, brudny, w ręce kilka starych reklamówek. Zagląda

do śmietników, coś wygrzebuje.

znalazł kawałek bułki, oglądnął, schował… będzie na potem.

nie zwraca uwagi na nikogo.

stara się być nikim.

 

Stamtąd do Gdzieś wjeżdża pociąg. Tłum ludzkich ciał wysypuje się na peron niczym wymiociny i toczy w kierunku schodów, by gardzielą wypłynąć na ulicę. Następuje coś w rodzaju katharsis. Ludzie skazani na siebie w czasie podróży oczyszczają się po wyjściu z pociągu i aby prędzej otrząsnąć się z gwałtu „swój na sobie” otrzepują miłe uśmiechy z twarzy i zdejmują maski pierrota wrzucając do kosza, w którym ktoś szuka przetrwania, a może i siebie. Tacy surowi, bezpłciowi zasilają uliczny tłum.

Kobieta, długonoga blondynka… dla niej ta róża, i kilka uśmiechów na powitanie. Jeszcze miły gest wdzięczności za opiekę w podróży i facet popycha jej wózek w kierunku wyjścia. Ręka uniesiona do góry… Dłoń położona na jego dłoni… nie trzeba słów… nawet ułomność ma swoje prawa. Dziecko usiadło przy oknie, dojada lizaka, milczy. Mama kazała. Niecierpliwie spogląda przez okno. Czeka na odjazd. Naprzeciwko siada młodzian z aktówką. Ten elegancki z peronu. Szukał wolnego miejsca. Nie było. Tylko tu. Wsiedli osobno, może wysiądą razem…

 

***

 

ulica… wystająca kostka wybrzuszona po zimie,

niczym wielki spasiony brzuch wieloryba

czasami śliska, kiedy pada, czasami sucha,

gdy słońce pali skorupę.

kto przechodzi potyka się. ogląda.

idzie dalej i wraca.

znowu się potyka, znowu ogląda i znowu wraca.

jak walc uliczny na trzy…

…głowa do góry, nie patrzymy na nogi, i raz, dwa, trzy

i znowu… dzień dobry pani… i raz, dwa, trzy

jak miło widzieć… i raz, dwa, trzy

też na zakupy, i raz, dwa, trzy…

Chyba nikt nie lubi tych przymusowych uśmiechów, zdawkowych uprzejmości, na których każdy potyka się właśnie jak na owej wystającej kostce. Bo to nie krzywa ulica tylko spaczona droga życiowa i wpojone od wieków ukulturalnienie nakazuje ślizgać się po niej z tą gładką uprzejmością nie bacząc na to, że to właśnie ona najbardziej szkodzi…

Kiedy oczy z wyczerpania padną wreszcie do stóp, a konkretnie do czubków butów, wtedy dopiero można poruszać się do przodu, i wtedy dopiero ta ulica, z tym chodnikiem będzie wyznaczała kierunek. Można będzie nie marnując czasu, omijając przeszkody i uważając by nie przejechać się na śliskim gruncie podążać Stamtąd do Gdzieś…

…ale walc jest parami. raz, dwa, trzy…

 

***

 

park… wąska alejka wzdłuż drzew.

stare kasztany zrzuciły pożółkłe liście.

pięć palców odciska na ziemi swoje linie papilarne,

wbijając w murawę paznokcie wczepia się tak mocno

by zostać w niej na wieki.

szeleszczący dywan układa się do snu zimowego.

między konarami przenika zapach jesieni zbutwiałej ze starości…

przez palce przelatuje zimny wiatr i zanosi się w płaczu nad sobą.

… pomiędzy drzewa wchodzimy trzymając się za ręce.

rozdzielają nas, dają chwilę na dotyk

i ponownie łączą.

wchłaniamy ich przeszłość, przenikamy czas,

który dodał im zmarszczek i spękał korę.

wdychamy zapach jesieni.

kasztany jakie znajdziemy wsadzimy w album wspomnień

z tegoż spaceru…

… na zbutwiałej ławce wycięte serce z inicjałami.

„sto lat samotności” pozostawione na sto lat w samotności,

w nadziei na przetrwanie.

na ławce są oni i Marquez.

złamane „S” jak złamane serce, jak sto, jak samotność…

i zwyczajne „M” jak miłość, a może Marquez…

Deski ławki ugięły się, liście nagle lekko zawirowały, dwa z nich uścisnęły dłonie… Jakaś para staruszków szła Stamtąd do Gdzieś, stanęli obok ławki, uśmiechnęli się. Zabrali książkę i te dwa liście…

 

 

***

 

dom

Stamtąd do Gdzieś znajduje się mój dom.

…pewnie jak każdy, jak w większości zwykły mały azyl,

świątynia marzeń, szkatułka z sekretnymi łzami,

skarbnica osobowości…

tam miejsca Stamtąd i Gdzieś mają swoją półkę.

podpisane oznaczone datą, czasem zakurzone…

…rzadko kiedy wracamy do nich, bo jak wracamy to zwykle do domu.

wspomnienia topimy w lampce szampana

musowo by uleciały a nie dusiły przeszłością.

ususzone niczym bukiet kwiatów,

który dostaliśmy z jakiejś ważnej okazji.

czasem zmieszane w koktajl…

jedne schowane w drugich…

My, bezpłciowi, surowi, bez uśmiechów i życzliwości, ułomni tacy codzienni ulicznicy. W przedpokoju w lustrze zostawiamy przed wyjściem siebie, by po powrocie razem z kapciami założyć domową twarz. Wychodząc zakładamy płaszcz z mentalności i bierzemy ochronny parasol, wtapiamy się w tłum, idziemy, Stamtąd do Gdzieś, ze wszystkimi, a jednak samotni. Niczym łajba dryfujemy z falą, tacy zbyt osobiści a jakże zbiorowi. Konformistycznie boimy się siebie, uciekamy przed własną ułomnością… Cichym krzykiem zdobywamy świat.

de te fabula narratur…

 

5Y