Maria Giłka
Skąd wziął się Lenin w naszej mieścinie?
Pojawił się jak pojawia się np. powódź huragan czy wrzód - nieoczekiwanie, niechciany. Najpierw zaistniał w naszej świadomości, a potem przez długie lata w codzienności miasteczka. A stało się to tak zwyczajnie… Byliśmy starostwem, więc mieliśmy urzędy, policję, sąd i więzienie. Dlatego podejrzany o szpiegostwo późniejszy współtwórca Kraju Rad Włodzimierz Lenin, trafił do nasego hareśtu. Fakt ten wiele lat później stał się pretekstem do wyburzenia wszystkiego co nowotarski areszt czyniło obiektem więziennym – z pozostawieniem tylko jedną celę, w której właśnie więziony był Lenin. Wskróś tego miescany i górole co się prawu sprzeniewierzyli nie siedzieli już w naskim hareście ba w Sącu.
Przebudowie więzienia towarzyszyły ambitne plany władz politycznych. Cela jako miejsce kultu wodza rewolucji, budynek jako dom pionierów, a że zmiany miały być gruntowne zmieniono nawet nazwę ulicy, z ulicy Szerokiej na ulicę Pionierów. I tak to nasze miasto zaistniało jako jedno z ważnych miejsc czczenia pamięci wodza rewolucji i rozwijania przyjaźni polsko–radzieckiej pod hasłem Lenin na Podhalu. Dwa muzea i wielki pomnik w Poroninie, cela więzienna, salka muzealna - to niemało jak na obiekt kultu. Sęk w tym, że my nowotarżanie nie przekonani, stronimy od narzuconych nam nowości, wzorców, dlatego niewielu było zdeklarowanych pionierów, i z czasem pomysł spolszczono zmieniając nazwę na Dom Harcerza, a ulicę na ulicę Harcerską.
W opisywanych czasach indoktrynacji i poplątanych ideologii, wszystkie działania podporządkowane były jednej idei wychowania obywatela o tożsamości marksistowsko – leninowskiej, z sympatią aprobującego politykę bohaterskiego Kraju Rad. Dlatego powszechnie głoszoną sentencją był dzięki Związkowi Radzieckiemu mieliśmy wolność, osiągnięcia gospodarcze, równość klasową, powszechny dostęp do nauki itp. Sentencję tę można odnieść również do nowotarskiego Domu Pioniera, że powstał także dzięki Związkowi Radzieckiemu. Dlatego z góry wiadomo było, że sprawy polityczno-ideowe stawiane będą bardzo wysoko. Tak też było nawet później, kiedy Dom Harcerza przemianowany został na Młodzieżowy Dom Kultury - mieliśmy czcić Lenina właściwie cały rok. Najlepiej nam to wychodziło na piśmie. W planach, liczbach, sprawozdaniach, ściśle wymierzone, zapisane. A prawdziwe życie toczyło się między tymi papierami a rzeczywistością.
W tej przypisanej nam działalności, Lenina szczególnie czciliśmy w kwietniu imprezą pod nazwą Dni Leninowskie, oraz w październiku na rocznicę rewolucji. To październikowe czczenie obchodziliśmy organizując konkursy tańca, piosenek rosyjskich, czasami wiedzy o ZSRR. Takie konkursy miały rację bytu jedynie narzucone szkołom przez kuratorium lub wydział oświaty. I tak było w zasadzie. Ale to oni przecież odpowiedzialni byli za kształtowanie odpowiedniej ideologii. Nie było łatwo, ale z czasem nauczyliśmy się żyć z tym wrzodem. Wystarczyło tylko, że narzucone czczenie stawialiśmy na drugim miejscu, a na pierwszym korzyści dla placówki oraz dobrą zabawę i już robiło się weselej. I tak jako organizatorzy rajdu kwietniowego musieliśmy zaopatrywać się w sprzęt turystyczny, więc władza musiała nas dofinansować, a sprzęt służył również innym potrzebom. Tańce wymagały strojów, konkursy nagłośnienia, a my pieniędzy na ich zakup. Nie da się ukryć, że przynależność do powołanego wolą władz Klubu Wiedzy o Leninie, musiało być wynagradzane, np. urządzaniem dyskotek, wycieczek, oraz innych rozrywek. Zaś uczestniczenie w Rajdzie Leninowskim nagradzaliśmy wolnymi dniami od zajęć szkolnych, oraz wycieczkami, według wyboru dokonywanego przez młodzież. Udział w rajdzie wymagał wiedzy o Leninie i o Kraju Rad, ale tu zawieraliśmy ciche przymierze, z uczestnikami przekazując im tylko minimum koniecznej wiedzy. To akurat było łatwe, bo pani Barbara która z ramienia muzeum w Białym Dunajcu upowszechniała im tę wiedzę, równocześnie uczestniczyła przy opracowaniu pytań konkursowych. Młodzież jednak nie wiedziała o tym, że my wiemy co oni powinni wiedzieć.
No więc wygrywaliśmy bezstresowo i w dobrym stylu dopóki po raz trzeci nie ograliśmy Pałacu Młodzieżowego z Krowoderskiej. Ci pilni i ambitni Krakowianie nie darowali nam i już na następny rok z woli kuratorium w Krakowie to oni stali się organizatorami rajdu. A co nam pozostało? Zaniechać jakiejkolwiek rywalizacji i w odwecie przejść na pozycję szarego końca tabeli zwycięzców. Przymuszeni byliśmy również do prowadzenia korespondencji z młodzieżą radziecką, odnośnie istniejącej celi Lenina. Ale ten problem rozwiązaliśmy dość sprytnie prokurując coś na kształt folderu: zdjęcie celi, fotografia drzwi więziennych, krótka historyczna wzmianka. Okładka i całość w graficznej oprawie wykonanej przez naszą fotograficzną i graficzną pracownię rozwiązała sprawę. Takie coś pakowaliśmy w koperty przepisując jedynie „bukwy” dotyczące adresu już nie sylabizując i nie wnikając w treść poszczególnych listów.
A jak musieliśmy służyć sprawie tak zwyczajnie na co dzień? Istniały trzy rodzaje obsługi odwiedzających celę Lenina. Pierwszy, najczęściej stosowany, to udostępnianie celi Lenina i salki muzealnej przez woźną lub woźnego. Klucz od celi wisiał w sekretariacie pod kontrolą, a klucz od salki muzealnej tkwił w pęku innych kluczy. Woźni nie mieli obowiązku niczego mówić, ani wyjaśniać. Ich jedynym obowiązkiem było otworzenie drzwi i dopilnowanie porządku. Zresztą gdyby zwiedzający chcieliby o coś związanego z Leninem zapytać to - to źródło było całkowicie suche. Bo nikt z obsługi Leninem się nie przejmował i nic o nim nie wiedział. Drugi sposób - już bardziej skomplikowany to takie protekcyjne potraktowanie „kogoś” z różnych powodów np. znajomości, dostojeństwa, bądź atrakcyjności osoby bądź osób, co miało miejsce w przypadku przyjazdu kosmonautów czy znanych sportowców bądź artystów. Wtedy oprowadzającym stawał się instruktor MDK, najczęściej imprez masowych bądź Klubu Wiedzy o Leninie, albo dyrektor placówki. Mnie taka fucha trafiła się wiele razy, ale zadanie to nie było trudne. Wystarczyło tylko powiedzieć: proszę państwa – cela. którą widzicie to cela w której więziony był Włodzimierz Illicz Lenin. Wszystko tu jest autentyczne, ściany, podłoga, piec, okno, drzwi, w których proszę się dobrze przyjrzeć szczególnie charakterystycznemu zamkowi z kluczem już dziś unikatowym. Proszę też przyjrzeć się piecowi. Jak widzicie państwo w piecu tym rozpalano ogień z korytarza. Reszta znajdującego się w celi sprzętu na pewno jest więzienna, ale czy służyła Leninowi - może to budzić pewne wątpliwości.
Tym sposobem powaga chwili zostawała łatwo osiągnięta i już można było dalej nawijać, byle na dystans od historyczno–politycznych wątków. Należało więc uwagę skierować na fotografię Nowego Targu z lat pobytu Lenina na Podhalu. Potem na zdjęcie odcinka szosy z Krakowa do Zakopanego i furmanek jakimi wozili górale letników. Wreszcie odczytać z wiszącej u samej góry planszy datę aresztowania Lenina i jego uwolnienia, oraz wskazać na fotografii ludzi, którzy się do tego uwolnienia przyczynili. Teraz można było trochę pomanipulować, bo wystarczyło tylko zwrócić uwagę na zdjęcia na których utrwalony był wygląd dawnego więzienia, oraz pokazać mury więzienne, które zachowały się od strony zachodniej posesji, i już Lenin przestawał był gierojem a stawał się jednym z wielu więzionych.
Można było również upiększyć opowiadanie przytoczeniem mało znanego faktu jak to pan Kasprowicz zwrócił się do Lenina listownie z prośbą o okazanie mu pomocy przy wyjeździe z Rosji do Polski jego żony. Wtedy to robiło się bardziej po ludzku, bardziej sprawiedliwie. Ale wtedy powstawały wątpliwości, a może to Lenin był ten dobry? A tylko Stalin tak wszystko poknocił? Przecież w chwili aresztowania Lenin miał przy sobie jakiś drobny bilon, kawałek sznurka i jaki tam kozik. Więc co - żałować go? Czy raczej żałować, że tak krótko siedział?
Trzeci rodzaj obsługi zwiedzających to pełne kompetencji i fachowości podejście specjalnych wysłanników delegowanych z muzeum w Poroninie bądź w Białym Dunajcu. Mieliśmy z woli władz politycznych taką możliwość korzystania z ich pomocy. Ale oni się do tego nie bardzo garnęli, a myśmy o to specjalnie nie zabiegali, chyba że zapowiedziany był przez Radę Państwa bądź Komitet Centralny KC PZPR np. przyjazd delegacji osób bardzo ważnych - wtedy powiadamialiśmy muzeum o terminie przyjazdu takiej ekipy, pozbywając się w ten sposób bólu głowy. Oni zaś zawsze stawali na wysokości zadania, biegle władając językiem rosyjskim jak i perfekcyjną wiedzą historyczną.
Tu wypada zadać proste pytanie, czy wycieczki i delegacje władz radzieckich, kombatantów, robotników, czy młodzieży zwiedzających cele - coś specjalnie charakteryzowało? Odpowiedź brzmi - tak. Dystans, powściągliwość, żeby nie powiedzieć skrajna oficjalność. Wymięte ubrania, pogniecione kiecki, ale dostojne miny i dużo, dużo medali i odznaczeń. Czy polskiej stronie zależało na tym aby przedstawiciele władz radzieckich oraz reprezentatywne grupy społeczności radzieckiej wyjeżdżały zadowolone? Tak, nie szczędzili starań ani napominań. Pamiętam, że pewien polski generał zostawił autokar z oficerami na rynku, a najpierw sam przyszedł upewnić się czy wszystko jest w porządku nim przywiózł ważnych gości. Czy z jego strony była to nadmierna służalczość, czy przesadne poczucie odpowiedzialności - nie wiem.
Minęło wiele lat, przeżyty czas został już tylko w pamięci. Dlatego spisuję wspomnienia, co prawda bez kronikarskiej dokładności, ale nie pozbawione historycznych realiów. Teraz z tej przeszłości pragnę przytoczyć wydarzenia, które sama nie wiem jak miałabym zatytułować. Gromem z jasnego nieba? Trzęsieniem ziemi? Burzą w szklance wody? Zresztą te trzy określenia pasują jak ulał do faktów, które tu chcę opisać, a które wymownie charakteryzują panujące tu warunki. Był rok 1967. Jak grom z jasnego nieba spadła na nas wizyta dostojników z Moskwy, chętnych zwiedzić celę Lenina. Kwaśne miny jakie zagościły na ich twarzach po zwiedzeniu budynku nie wróżyły niczego dobrego, z pośpiechem wsiadali do czarnych wołg nie tracąc czasu choćby na zdawkowe pożegnanie. My będąc pionkami mogliśmy olewać nastroje zwiedzających, nawet tych wysoko postawionych, jeżeli cela i salka muzealna były w czystości i udostępnione zwieszającym. Więc grom nie mógł być w nas wymierzony. Ale i tak przemieszczając się po szczeblach władzy wreszcie i w nas trafił. Już na trzeci dzień, choć był koniec stycznia, środek zimy, burzono nam piece kaflowe, przebijano stropy od piwnic po dach murując komin do centralnego ogrzewania. Ten kapitalny remont przy wiecznym braku funduszy, został na władzy ludowej wymuszony zagrożeniem, że skoro Polaków nie stać na utrzymanie budynku w należytym stanie, to oni - Związek Radziecki - zadba o historyczną spuściznę. Oj, działo się wtedy działo. Wychodki burzyli obiecując toalety, w salce muzealnej kładziono parkiet, chcieli też w gorliwości zmienić podłogę w celi, ale nadzorujący z ramienia muzeum w Poroninie, pouczył ich, że właśnie ta podłoga jest historycznie najważniejsza, bo autentyczna, po niej to chodził właśnie Lenin.
Trzęsienie ziemi odczuliśmy, kiedy po nagraniu fabularnego, pełnometrażowego filmu o Leninie, znikło wraz z ekipą filmową posłanie byłego aresztanta Lenina. Byliśmy zszokowani po odkryciu nagiego łóżka w celi. Zginął siennik, koc i zagłówek. A wszystkie te rzeczy były niepowtarzalne i niczym nie zastąpione. Interwencję o zniknięciu betów zaczęliśmy natychmiast, zachowują ścisłą gradację kompetencji. Powiadomiony o sprawie inspektor wydziału oświaty, wykpił się frazesem: mogliście lepiej pilnować. Sekretarz komitetu miejskiego radził zgłosić zniknięcie na milicję, dyżurny oficer MO zapytał czy była to kradzież, a tego potwierdzić nie mogłam, więc kazał sobie głowy nie zawracać. Odmowa oficera MO zamykała listę możliwości interwencji władzy w mieście. Teraz należało sięgnąć o szczebel wyżej, bo choć to nijak nie była sprawa Młodzieżowego Domu Kultury, to obawialiśmy się konsekwencji. Z biedą uzyskałam połączenie z Wojewódzkim Sekretarzem, który po zreferowaniu mu sprawy, kilka razy powtórzył: no tak, no tak… a gdyby towarzyszka telefonicznie skontaktowała się z wytwórnią? Powiedziałam: Ja to już chciałam zrobić, ale aktualnie w Łodzi zmieniają numery na siedmiocyfrowe i nigdzie nie mogę się dodzwonić, dodając również, że nie jest to w żadnym wypadku moja sprawa i że palcem bym nie ruszyła, gdyby nie to, że osobiście odebrałam telefon z Rady Państwa, zapowiadający na pojutrze przyjazd dowództwa Armii Radzieckiej. To podziałało natychmiast, wystarczyło wspomnieć Warszawę, Moskwę, a już tryby partyjnego nacisku zaskakiwały. A o radykalności środków niech świadczy fakt, że już za sześć godzin mieliśmy w celi posłanie więzienne Lenina dostarczone przez milicję, która od nas zażądała jedynie potwierdzenia tożsamości tych betów.
Burza w szklance wody wybuchła pewnego wiosennego popołudnia, kiedy przed nasz budynek podjechały dwie wołgi, co było jednoznaczne z tym, że przyjechali jacyś dygnitarze jak się później okazało z konsulem radzieckim na czele. Powód wizyty był zwyczajny, zostali zaproszeni, ale nie przez nas przecież. Więc czego chcieli od nas? Rada nie rada zaprosiłam ich na górę radząc aby usiedli i poczekali, że na pewno jacyś organizatorzy zaraz nadejdą. Szkopuł jednak tkwił w tym, że przedstawiciele takiego ważnego narodu nie mogli czekać na nikogo, to na nich się czekało. Więc zabrali się „nazad” do samochodu, by po piętnastu minutach znowu podjechać, a u nas nadal nic się nie zmieniło. To wyraźnie wyprowadziło ich z równowagi, już nie taili złości. Zdesperowana zadzwoniłam do partii i zapytałam czy im coś na temat odbywającej się imprezy było wiadomo? Było wiadome, ale impreza odbywała się na hali Gorce a nie u nas. Co skwapliwie przekazałam przybyłej delegacji. Współczułam organizatorom tego co będą zmuszeni wysłuchać, i nie myliłam się. Grzmienie było głośne i dosadne, kiedy zdyszani pracownicy komitetu wojewódzkiego PZPR w Krakowie na czele z nowotarskim sekretarzem miejskim Bolesławem Krupą stanęli przed zaproszonymi gośćmi. Jednak nie bardzo przejęli się gniewnymi wynurzeniami radzieckiej delegacji, bardziej się bojąc jakiegoś starego, który jak sami mówili da im takiego łupnia, że głowy polecą.
Czy mieliśmy pretensję o to, że robiliśmy tyle rzeczy, których nie robiły inne pokrewne nam placówki? Chyba nie, bo przymus i brak wyboru robi swoje. A przecież nigdy nie pozwalano nam zapomnieć o tym, że właśnie cela i przypisana do niej działalność najbardziej się liczyła. Dlatego często byliśmy przywoływani do porządku, jak na przykład kiedy wymalowaliśmy na szybach bocznych drzwi wejściowych barwne rysuneczki reklamujące różny asortyment słodkości na użytek młodzieży, która urządzała dyskoteki, i za tymi drzwiami prowadziła sprzedaż. Sprzedaż ta miała okazać się wielkim skandalem, coś podobnego obok celi Lenina - brzmiała reprymenda. Dziś rozumiem, że tego rodzaju inicjatywa bliższa była zapyziałym wartościom kapitalistycznym aniżeli wskazywanym wzorcom, które my mieliśmy naśladować. Więc pleniące się zło musiało być wykarczowane w zarodku, wymyciem szyb do czysta, oddaniem transporterów z krachlami Szpondrowi i cichą wyprzedażą ciastek i batonów.
Nie obeszło się również bez gorliwego napiętnowania sprawy przez inspektora, na naradzie dyrektorów. Skarceni zostaliśmy również publicznie. Ale zresztą w dobrym towarzystwie, bo ze szkołą nr 1, na sesji Rady Narodowej przez ówczesnego Burmistrza, wtedy zwanego przewodniczącym Miejskiej Rady Narodowej. Napiętnowanie brzmiało jakoś tak:
…już w klasach najmłodszych szkoły podstawowej uczono mnie patriotyzmu, a potem nauczycielka historii i tu padło nazwisko pani z wielką uwagą kształtowała w nas poczucie odpowiedzialności za spuściznę historyczną, za czczenie miejsc szczególnych związanych z różnymi wydarzeniami, których u nas nie brakuje. Dlatego nie rozumiem szkoły nr 1 odpowiedzialnej za pomnik wdzięczności, ani Młodzieżowego Domu Kultury odpowiedzialnego za celę Lenina…
I tu przestałam słuchać, bo wszystkie głowy zebranych na największej sali Urzędu Miasta zwrócone były na nas, które zostałyśmy napiętnowane.
Czy było mi wstyd? Nie, bo robiliśmy co musieliśmy. Ale nigdy nie popadaliśmy w przesadę. Czy dzisiaj nie wstydziłby się swoich słów ów piętnujący? Pewnie tak, przecież pomylił patriotyzm i wdzięczność z doktrynerstwem. Nigdy też nie mogliśmy się czuć gospodarzami w naszym budynku. Zawsze trafiał się ktoś bardziej papieski niż sam papież i w imię świętej sprawy zarządzał zmiany. I tak stało się, kiedy nasz dolny korytarz wymalowaliśmy na jasne kolory, gdyż brak oświetlenia z zewnątrz czynił go bardzo ponurym. Ale to zaraz nie spodobało się władzy województwa nowosądeckiego. Bo nie przypominało więzienia. Wobec czego pomalowano jeszcze raz na więzienne kolory i cela znów uzyskała odpowiednią oprawę. Tak to osobiste ambicje władz nakręcały się w spiralę pomysłów. Jest dobrze - ale może być lepiej.
Tak właśnie powstał plac Lenina. Ale ten pomysł powstał w mózgach władz i działaczy nowotarskich. Ci ambitniejsi mieli wizję, aby zlikwidować murowane ogrodzenie wokół budynku, oraz ulicę przejazdową, i to wszystko połączyć w zamkniętą całość i już powstałby plac. A gdyby jeszcze wybudować choć dwa stopnie, to już składające wieńce delegacje mogłyby przy dźwiękach werbli wstępować do celi po schodach. Na pochwałę tych ambitnych planów budowy Placu Lenina zasługuje jednak fakt, że nareszcie władze dostrzegły również związek tego budynku i ziemi wokół niego z czasem terroru hitlerowskiego. A przecież o to zabiegaliśmy latami, przedstawiając fakty odwiedzania tego byłego aresztu przez ludzi, którzy byli tu więzieni, bądź więzieni byli członkowie ich rodzin, oraz o zwyczaju zapalania zniczy pod murem więziennym przez mieszkańców, co przecież miało głęboką patriotyczną wymowę. Zaprojektowanie placu powierzono jakieś pani inżynier z krakowskiego biura projektów. Do rzeczy wzięła się z zapałem i artystyczną inwencją. Zaprojektowała wymurowanie dwóch ścian-pomników, niezrozumiałych w swojej wymowie. Może i miały być jakimś przesłaniem? Nie wiem, ale inni też nie wiedzieli.
Ważne tylko było, że miały powstać stopnie, które po swojemu upiększały i służyły sprawie, aby Lenin zawsze był żywy. Te żywotne sprawy Lenina pogrzebały oczywiście podstawowe warunki naszej egzystencji, znowu walono, burzono, kopano, zbrojono fundamenty pod dwa przyszłe stopnie odcinając nam dostęp do budynku wykopanym rowem. W skład budującej plac załogi wchodzili również więźniowie, a że więźniowie nie prowadzą zbyt urozmaiconego trybu życia, szukali powodów do radości gdzie się dało. I znajdowali je kiedy pracownicy MDK chcieli wyjść albo wejść do budynku. Wtedy przerzucali nam z wielkim ociąganiem jakieś stare wrota przez wykop i przerywali pracę bacznie obserwując nasze przeprawy przez chybotliwy pomost. Najlepszą jednak uciechę sprawiła im jedna z turystek radzieckich. Jakaś widocznie sportsmenka, która przymuszona nagłą potrzebą, widząc po drugiej stronie wykopu wychodek, zainstalowany dla potrzeb robotników, nie certoliła się tylko wzięła rozpęd i skoczyła. I gdyby miała dłuższe nogi, to kto wie? Nie ucierpiała jednak ani fizycznie ani nawet jej godność osobista czy nawet duma radziecka, bo pozbierała się i pogodnie wykrzykiwała: niczewo, niczewo.
W tym naszym skomplikowanym świecie, mieliśmy też trochę uciech i powodu do śmiechu. Choćby z takiej historii. Musieliśmy zatrudnić palacza, stróża, tym razem na nasze zapotrzebowanie. Zgłosił się młody przystojny góral z Białego Dunajca. Wydawał się być właściwy na obsadzenie wolnego etatu. Więc przy omawianiu zakresu obowiązków, że w czasie służby w niedziele i święta ma udostępnić celę, zapytał przestraszony, jako zaś cele, nie chcecie przecie pedzieć dyrektorko że cele Lenina? Właśnie, że tak potwierdziłam. Niechze to wszystko diasi porwom, to on zaś tu? Nie nojmem się do takiej roboty, oj nie, wykrzykiwał. Ale dlaczego pytam, bez to pani ze jo mioł dobrom robote w muzeum Lenina w Poroninie, ale tfu bez tego to wej ruskiego rewolucjonistę jo się musioł zwolnić bo moja baba ino mi cięgiem dokucała, chłop jak byk a komu to służy. Kogo to z karabinem pilnuje. Wies ty chłopie kieli to wstyd lo honoru? Co mogę więcej dodać, nic sami widzicie jaką cenę miał wtedy honor. Ale przecież górale zawsze byli honorowi i niech tak na zawsze zostanie.
Nie brakowało też powodów do totalnego zaskakiwania nas. Tak było gdy zadzwonił telefon, a pani z centrali powiedziała: Londyn do pani. To jakaś pomyłka - powiedziałam i odłożyłam słuchawkę. Kiedy ponownie zadzwonił telefon, usiłowałam przekonać babę, że przecież my w Londynie nikogo nie znamy. Bo naprawdę nikogo tam nie znaliśmy, a świat wtedy dzielił się na zgniły Zachód i dobre socjalistyczne państwa. I telefon z tamtej strony był ewenementem na skalę europejską, czy można się więc dziwić gdy po raz trzeci usłyszałam czy to numer 2785 odpowiedziałam tak i po raz trzeci usłyszałam Londyn do pani, proszę czekać. I wtedy wyrwało mi się nieparlamentarne słowo: o k…, Londyn do nas - wykrzyknęłam do innych znajdujących się w pomieszczeniu i w stresie słuchałam co dalej. A dalej była płynna mowa, tyle że po angielsku, potem na próbę po niemiecku, i kiedy grzecznie mówiłam sorry, I don’t understand, facet po drugiej stronie krzyczał jeszcze głośniej jakbym była głucha, a nie zwyczajnie niedouczona. Wreszcie posługując się zachowanym jeszcze ze szkoły skromnym zasobem słówek angielskich, poprosiłam żeby lepiej do nas napisał co chce, bo przecież razem się nie dogadamy. Zdeterminowana odłożyłam słuchawkę, by usłyszeć komentarz koleżanki: a jednak języków trzeba się uczyć. Wściekła na głupią uwagę odparowałam: on się uczył i co z tego, dogadał się? Potem okazało się, że telefonował z BBC bo chcieli filmować celę Lenina. Ale to przecież trzeba było telefonować do partii, a nie do nas.
I tak leciały dni miesiące, lata, i gdybym dzisiaj musiała odpowiedzieć na pytanie, co czuli ludzie - w większości nauczyciele, wszyscy zatrudniani przez wydział oświaty, obarczeni dodatkowymi obowiązkami i odpowiedzialnością za kult Lenina, to powiedziałabym, że byliśmy wiecznie skołowani nieprzewidywalnymi wydarzeniami, zfrustowani stałym nadzorem i stałą tresurą, która apogeum osiągnęła po wybudowaniu placu Lenina. Dotąd zwykłe okno w celi Lenina nie rzucało się tak w oczy, za to kiedy zburzono murek ogrodzeniowy, wmontowano nową tablicę pamiątkową, wydano pieniądze na marmury, mosiężne kratki ściekowe, nowe oświetlenie - zaczęło się. Już na trzeci ranek po uroczystym otwarciu Placu Lenina, wczesnym rankiem zatelefonował do mnie stróż Wielkiewicz z informacją, ze schlaskali mu gębę, pytam o czym pan mówi panie Jaśku? Ne dyć schlaskali Leninowi gębę słyszę, no to umyjcie, odpowiedź brzmiała nie do się bo olejną i tak już było stale, czasem jednak jeszcze dodatkowo potłukli lampę albo szkło od reflektora, zmieniały się tylko barwy farby używanej do chlastania. Zmianie też ulegały epitety wygłaszane przez przechodzących ludzi pod adresem wodza rewolucji, jego narodu oraz partii. Władza dawała obstawę bardzo oddaną, cichą w cywilnym wydaniu, ale nigdy nie słyszałam aby na tych „chuligańskich” wybrykach kogoś złapano. My musieliśmy za to dbać o stały zapas rozpuszczalnika, wymieniać potłuczone lampy i wstawiać szkło do reflektora. Woźni zaś z godnym lepszym sprawy posłuszeństwem szorować schlastaną gębę Lenina i zamalowywać bądź myć pokidaną ścianę.
Jakie stąd wynikają wnioski: zwyczajne, potwierdzające istotę przemijającej postaci tego świata. Umilkły przecież pieśni proletariackich mas, bohaterowie epoki zeszli z cokołów i zaszczytnych stanowisk. Masówki, capstrzyki, wiece odeszły w niebyt, nimb niektórych sztandarów rozpłynął się w nowej rzeczywistości, a Lenin, który miał być wiecznie żywy zmalał do wymiarów, na które zasługiwał. Wobec tego pewnie dobrze, że powzięłam zamiar opisania tamtych czasów. W słuszności co do tego utwierdzili mnie również moi koledzy i koleżanki, którzy pomysł ten przyjęli z aprobatą przypominając mi jeszcze inne szczegóły.
- A pamiętasz - mówiła Ela - jak była wdzięczna pani Basia z muzeum Lenina w Białym Dunajcu, kiedy telefonicznie uprzedziłam ją, żeby się spodziewała dostojnych gości z ZSRR, a ona właśnie w to późnojesienne popołudnie, zabierała się do kiszenia kapusty w izbie Lenina?
Przypomnienie tego szczegółu z przeszłości wywołało ogólny śmiech. Śmialiśmy się też wspominając jak to my, pracownicy MDK, postanowiliśmy przywłaszczyć sobie część plansz wystawowych muzeum Lenina w Poroninie po ich wystawie, którą u nas urządzili. Rozgrzeszając się zresztą praktycznym rozumowaniem Janosika bogatym zabierać to nie grzech. To wspomnienie pociągnęło następne, jak to naciągnęliśmy kombinat na podarowanie nam brył wystawowych, kokietując przedstawiciela Rady Zakładowej potrzebami Lenina. Zresztą te potrzeby miał Lenin różne, w zależności od naszych potrzeb. To musieliśmy mieć opał natychmiast bo przyjeżdżała delegacja, a to potrzebny mu był dodatkowy przydział na trudno dostępny sprzęt czy materiały. Zresztą z Leninem na ustach szło wiele rzeczy załatwić, z czego korzystaliśmy, no bo dlaczego mieliśmy odczuwać tylko ciężar jego obecności? A nie było lekko... Wiele lat służyły sprawie dwa popiersia Lenina, jedno zrobione z masy papierowej, drugie odlane z gipsu. Glinianemu odtłukł się kawałek nosa. A ten drugi pożółkł od starości i miejscami się powgniatał. Przedstawione do kasacji popiersia uzyskały od komisji zgodę na spisanie ich z inwentarza. Rzeczy odpisane musiały być jednak komisyjnie zniszczone, ale w tym wypadku było to niewykonalne, bo nie znalazł się nikt kto by chciał Lenina rozwalić. No bo jak ? Siekierą, piłą? A wtedy przecież wszyscy myśleliśmy tak samo, nie nada, nielzia, mając w pamięci różne represje choćby za domalowanie wąsów jakiemuś portretowemu wizerunkowi dygnitarza, przecież służbistów wariatów po stronie UB nie brakowało. Radzono nam zakopać te relikty reliktu, ostatecznie jednak rozprawił się z Leninem CZAS. Który mija niepostrzeżenie, ale stale zmienia postać istniejącego świata.