Maria Giłka

Powrócisz tu…?

 

Przelot tuż obok nosa udającego psa Półwyspu Skandynawskiego uświadomił Annie, że pozostawia Europę daleko za sobą. Teraz zawieszona w czasoprzestrzeni przypisanej pasażerom, myślami penetrowała życie minione i to przyszłe, spodziewane, szukając odpowiedzi na pytanie czy może zaistnieć kompromis między jej marzeniami a zdarzeniami. Ostatecznej konkluzji w rozmyślaniach nie osiągnęła, gdyż intensywny blask słońca przerwał jej rozmyślania, wyzwalając z zakamarków pamięci, jakiś wyuczony fragment lekcji wszystko zależy od atmosfery ziemskiej i sposobu w jaki filtruje ona światło słoneczne. W południe słońce jest najjaśniejsze, no tak, ale tu lśni jakoś olśniewająco. A niebieskawy bezmiar przestrzeni wyobraża pustkę kosmiczną. Pod samolotem chmury, być może cumulusy albo stratusy, ale stąd nierozpoznawalne. Wszystkie wyglądają jak ogromne kalafiory kwiatostanem do góry. Takie przymusowe fruwanie ponad chmurami, choćby w parametrach najnowocześniejszych myśli technicznych budzi opory i zmusza do wyszukanego myślenia. Dlatego pewno Anna zaczęła się zastanawiać jak głęboko zapadają się przeżycia w ludzką tożsamość, czy posiadają skalę odczuć i czy raz przeżyte, rezonują w podobnych przypadkach, no i czy ten rezonans... - ale sama sobie tu przerwała te dociekania, bo przecież powszechnie mówi się, że życie to proza i takie ona sama odebrała doświadczenie. Pamiętasz co czułaś, kiedy Maryli jedynaczka powiedziała, mamo ty nie licz, że ja potrafię zaopiekować się tobą tak jak ty opiekowałaś się swoją mamą. Tak brzmiały słowa, ale podtekst był o wiele większy. Twoja starość, twoja sprawa. Bo przecież Maryla trafiła w konsekwencji do Nursing home. A ty, już przezorniejsza, zafundowałaś sobie wycieczkę do Polski w celu podjęcia decyzji dokonania wyboru żywota w Nowym Targu, w miejscu swego urodzenia, czy w Chicago, gdzie przeżyłaś większą część swojego życia.

W poszukiwaniach tego co minęło Anna odwiedziła wiele miejsc. I choć cofała się dokładnie po dawnych śladach, nie odnalazła wczorajszych dni. Nie istniał już dom rodzinny, pozostał jedynie budynek, ale już obcy z obcymi, i tylko sędziwa lipa przydrożna pozostała taka sama. Trochę wczorajszego odnalazła jeszcze w zapachu ziemi, w pachnościach ogródków i zagonów jak dawniej równo miedzami podzielonych. Więc zaczęła się zastanawiać, czy życiu człowieka towarzyszy powolna degradacja dziedziczonych ideałów, wspomnień, ale fakty zaprzeczyły temu. Przecież specjalnie wybrała się do Robowa, na sentymentalne spotkanie ze skocznią narciarską, niegdysiejszą dumą Nowotarżan, ale tej dumy już odnaleźć nie mogła. Gdzieś się zapodziała. Czy też nie dla wspomnień przesiedziała wiele godzin w Rynku, w miejscu, które wzorując się na innych obcobrzmiących nazwach gastronomii nowotarskiej, nazwała Steskal Garden. Stąd łatwo było penetrować wzrokiem rynkowe kamienice wykopując z pamięci nazwiska dawnych polsko-żydowskich właścicieli. Potrafiłaby też zaludnić katolickie sklepy i żydowskie geschefty subiektami oraz kupującymi mieszczanami i góralami. Animować by też mogła np. osobę pana mecenasa, który spotykając nowotarską damę uchylał kapelusza i wygłaszał pełne egzaltacji powitanie: rączki całuję szanownej pani. Z kolei zaś ów mecenas czy rejent spotykając mniejszego rangą urzędnika bądź woźnego czy rejenta, słyszał również towarzyszące ukłonowi uniżone zapewnienie: sługa pana mecenasa... Ileż innych zaklętych w czasie obrazków z tego rynku zachowała jeszcze w pamięci! Choćby smak odwetu, oraz szczególnego patriotycznego uniesienia, kiedy tuż po wojnie zobaczyła przedwojennego organistę ze starego kościoła, a późniejszego volksdeutcha Wolnego, zamiatającego Rynek, uhonorowanego należycie namalowaną na plecach jego skórzanej kurtki swastyką, teraz symbolem jego zdrady. Mogłaby tak sobie przypominać i przypominać, ale przecież to tylko sentymenty, a sentymenty to następny psychiczny dołek.

Nagle niespodziewanie zmaterializowała się przed nią postać dawnego amanta z młodości. Poznała go po kocich ruchach wysportowanego dżentelmena, usiadł blisko niej, ale zajął się gazetą. To zaś w jakimś sensie ją obrażało jako kobietę, więc zagadała go pytając, co ma znaczyć grana z wieży ratuszowej melodia? Otrzymała wyczerpującą odpowiedź, a swoboda wypowiedzi doprawiona krztyną ironii oraz to powłóczyste spojrzenie, utwierdziło ją w przekonaniu, że to jest on. Może powinnam mu wcisnąć swój numer telefonu, fantazjowała, obmyślając romantyczną intrygę w roli głównej z nim. Pamiętała przecież, że to jej młodzieńcze zauroczenie wydawało się takie obiecujące, ale wtedy nie wiedziała, że miłość to również seks, a seks to gra na cztery ręce. To jej fantazjowanie przerwał on sam, pytając: a pani nie jest stąd? No cóż, nie stąd, pomyślała i odpowiedziała, że jest z Illinois, nie chciała go intrygować używając określeń typu z Ameryki Północnej czy też Stanów Zjednoczonych. Wspominając to spotkanie pomyślała, że gdyby się bardziej postarała, po namyśle zastąpiła słowo gdyby słowem jeśli, brzmiało jakoś bardziej obiecująco, to wtedy być może… Nieoczekiwanie poczuła coś w rodzaju łaknienia. I zrozumiała, że tak pewno smakuje oczekiwanie. A oczekiwań miała dosyć. Przez całe życie na coś czekała. Dlatego pewnie teraz zaczęła myśleć o swoim ciele, jako o materii zbudowanej z sześciuset miliardów komórek, z których każda zawiera kilka tysięcy białek, w tym wiele enzymów, a jeśli w grę wchodzą komórki to znamienne jest ich zamieranie, a jak zamieranie to i śmierć. Więc głupie się jej wydało to jej poszukiwanie miejsca na starość. Bo to czy nie wszystko jedno gdzie jej te komórki będą zamierać, czy w Chicago czy w Nowym Targu? Może tylko jest ważne to co powiedział jej kiedyś amerykański pastor: może dopisze nam szczęście, że umrzemy we śnie.

Niewiele też miało sensu, tak jej się teraz wydawało, dzielenie życia na tam i wtedy i na tu i teraz. A jednak to i wtedy było takie wzruszające! Na przykład kiedy będąc dziećmi, o niepohamowanej woli poznawania świata, odkryli na lewej stronie dzwonnicy starego kościoła podłużną drewnianą zamykaną wieczkiem skrzynkę przytwierdzoną do ściany. Nad nią zaś oprawione w ramki i szkło pismo. To słowo pisane jako za wysoko powieszone i za drobno napisane nie budziło zainteresowania. Ale skrzynka to już zupełnie coś innego, nie dało się wytrzymać z ciekawości, więc najwyższy wzrostem sięgnął i wyciągnął drewniane kółeczko z cyfrą. Jakby się dziś powiedziało numerek. Cyfrę odczytaliśmy, ale na co to? i do czego? - gubiliśmy się w dociekaniach. Aż nagle wszystko stało się jasne, dzięki wścibskiemu Józiowi, późniejszemu aktorowi, z którego miasto było dumne za jego świetną rolę w procesie norymberskim. On to odkrył i wszem ogłosił, że to znaczy ile się będzie żyło lat. Więc wszyscy inni musieli zaraz to wiedzieć co wiedział już ten co numerek pierwszy wyciągnął. Anna, wtedy Hania, wyciągnęła numer 68, a mając wtedy siedem lat odkryła wieczność przed sobą.

Wiele też wrażeń w przeżywaniu minionego dostarczyła jej też Fara, teraz zdaniem jej za bardzo wyzłocona. Przez co zatraciła w części dawną duszę, wysłużonej w służbie Bogu i ludziom świątyni, brakowało jej tych wydeptanych przez pokolenia stopni, wysiedzianych ław, i tych od szeptów wytartych kratek konfesjonałów. Ale przecież zostały te same mury, ołtarze, a pod dzwonnicą sercu bliskie figury, teraz święte jednością, miejscem, oraz wielopokoleniowym istnieniem. Nie potrafiłaby się też obyć bez tego piękna, jakie przetrwało w obyczajach i góralskim postrzeganiu świata. O tym przekonała się podsłuchując przypadkową rozmowę, raczej monolog wygłoszony do Maryśki, na zapleczu małego pensjonatu: słysałaś, ze się powiesił na cmentorzu w Zembie łorganista, a na Bańskiej jechoł chłop z dzieciami autem, ale się w komórke zagapił widać esemesowoł, a drogi nie patrzył, wjechoł do rowu i się zabił i jeno dziecko tyz. To wies, ze mu jego baba na trumne nie kwiotki ba tom komórke połozyła coby dalej na niom patrzył. O cudowny świecie prostego rozumowania, góralskiej mowy i osobliwej więzi! Nigdy tak naprawdę, dawny mój świecie, nie mogłam się rozstać z tobą. Więc tam, czy tu - oto jest pytanie?

W sam raz spostrzegła na wyświetlanej mapie rejsu, że ich boeing leci już nad Kanadą. Więc pomyślała: witaj Ameryko i poczuła, że jest u siebie. Jeszcze tylko brakowało jej świeżej bryzy znad jeziora Michigan oraz widoku Golden Miles, Wright Building i zagubionego wśród drapaczy jej kolorowego osiedla. Ale przecież tyle innych miejsc również mnie tutaj zachwyca! Choćby piękno zachodzącego słońca na pustyni Sonora, gdzie w ciszy i pustce, obejmującej żwirowo-piaskową przestrzeń, pokrytą suchą i poszarzałą roślinnością, kępami dzikich akacji, wybujałych kaktusów i wysokich traw, zachodzące słońce odgrywa swój rytuał iluminacyjny, nim zatonie w piasku pustyni, widzom pozostawiając jeszcze na długo purpurowo różowe przebłyski na delikatnych pierzastych chmurach, a horyzont barwiąc na kolor lila-róż, który stale pogłębiając swą intensywność stanie się fioletem w końcu. Oto jeden z cudów - pomyślała. Ale jeżeli słońce nazwiemy gwiazdą i określimy odkryte właściwości słońca i uzmysłowimy sobie nasze miejsce na wirującej wokół własnej osi planecie Ziemia, z jakąś tam prędkością, to wtedy dostrzeżemy pozorność doznawanego piękna zachodzącego słońca. I to doznanie stając się złudzeniem, uczyni nas samych błądzącymi wśród pozorów.

Więc co - powrócisz tam, gdzie nadwiślański powita cię brzeg? Czy pozostaniesz tu, gdzie w świetle ciągnących się od nieba ku ziemi promieni zachodzącego słońca stale budzi się nadzieja?

5Y