Maria Giłka
O człowieku i areszcie
W tytule zestawiłam ze sobą dwa słowa, przyjmując, że słowo człowiek określa istotę stworzoną na obraz i podobieństwo boskie, ale pełną niedoskonałości. Zaś areszt jest konsekwencją tych ludzkich ułomności. W dalszych wątkach opowiadania kolejność słów odwróciłam, aresztowi przypisując zło tego świata, a człowieka czyniąc przypadkową ofiarą. To moje dość zawiłe rozumowanie może mieć sens jedynie poparte logicznymi przesłankami. Dlatego sięgnęłam nawet do dawnych dziejów Nowego Targu, aby i tam znaleźć potwierdzenie dla mojego postrzegania świata. W książce Adamczyka dzieje miasta Nowego Targu na str. 77 czytamy brzmiące jak horror dwa wyroki sądu:
Za obrazę władz miejskich, próby samobójstwa i zaczepianie ludzi do kłótni i hałasu sąd ławniczy skazał w 1950 mieszczkę Zofię Cholewową na ścięcie mieczem. Wyrok ten władza starościńska zatwierdziła. Dzięki interwencji licznych osób i na wzgląd na dzieci skazanej darowano jej karę.
Przekazana do aresztu nowotarskiego szlachcianka Anna Borkowska za podpalenie dziewięciu domów we wsi Ostrowsko na torturach przyznała się ponadto do dzieciobójstwa i otrucia męża za co skazano ją na targanie za piersi rozpalonymi kleszczami na czterech rogach miasta, a potem spalenie żywcem. Przychylność władzy starościńskiej do skazanej i współczucie dla niej wielu wpływowych ludzi sprawiły jednak, że zamieniono jej karę na ścięcie za kapliczką św. Doroty i spalenie zwłok.
Zacytowane powyżej świadectwa urzędniczej jurysdykcji to jedna sprawa, a druga to losy tych dwóch istnień ludzkich osadzonych i osądzonych zgodnie z prawidłami człowieczego rozumowania: jest wina, musi być kara. To wprawdzie tylko suche fakty, ale wyobraźnia może dopisać resztę. Strach, ból, bezsilność, wreszcie sam akt wykonania wyroku. Kat i siłą doprowadzona pod katowski pień skazana. W zasięgu wzroku tylko kapliczka, a raczej jej tylna ściana i gapie szukający wrażeń. Pod nogami słoma, jedyny znak troski aby odcięta głowa i reszta nieżywego ciała miękko spadła na nią, nim spocznie na przygotowanym stosie w celu unicestwienia. Wywlekając z zamierzchłej przeszłości te wstrząsające w swej wymowie okrucieństwa chciałam nawiązać do nowotarskiego aresztu. Jakkolwiek w zapisie sądowym o Annie Borkowskiej figuruje sformułowanie została przekazana do aresztu nowotarskiego - to nie mogło to dotyczyć w żadnym razie więzienia przy ul. Szerokiej, później przemianowanej na ulicę Harcerską, bowiem to więzienie w dokumentach sądownictwa odnotowane jest nieco później.
Z mojego dzieciństwa dobrze pamiętam tamten hareśt, w którym wysokie mury zakończone rozciągniętym drutem kolczastym z trzech stron otaczały budynek więzienny. Zza muru od strony wschodniej widoczne były okna z cel na piętrze zabite drewnianymi osłonami, które dopuszczały światło ale wykluczały wyglądanie na ulicę. Widok z tych okien był wprost na synagogę przez nas nazywaną buźnicą. Budynek ten, choć tak odmienny w swej użyteczności, szybko wrósł w miasteczkowy krajobraz. Budził respekt, ale wyglądał przyjaźnie, z dzwonkiem przy wejściu i śpiewem dochodzącym z kaplicy na piętrze aresztu. Pamiętam ten hareśt też z innego powodu. Moja daleka krewna odsiadywała tam wyrok jednego miesiąca pozbawienia wolności za kradzież maszyny do szycia, która testamentem przeznaczona była jej siostrze. Widocznie wtedy sądy były rychliwe, a wyroki pouczające. Bowiem ciotcyna odsiadka stała się puentą, którą karmiono młodych w rodzinie udowadniając, że w rzeczy samej chytry dwa razy traci.
Po wkroczeniu Niemców w 1939 r. to ludzkie, bo sprawiedliwe więzienie nowotarskie zmieniło się w przedsionek piekła za sprawą gestapowców i całego reżimu hitlerowskiego. Ja jako siedmioletnie już dziecko, poznałam znaczenie słów: więzień polityczny, klucznik, Oświęcim, wywózka – za sprawą profesora z Rabki, znajomego moich rodziców, któremu zanosiliśmy jedzenie aż do chwili, kiedy klucznik nie odebrał od nas boreńki z kawą i paru kromek chleba z marmoladą informując, że aresztowany został wywieziony. Wtedy to zapodział się gdzieś spokojny i bezpieczny świat mojego dzieciństwa. Terror i wszystko, co niosło z sobą okupowanie Polski musiało mieć wpływ na przyspieszony rozwój w odpowiedzialną dorosłość nas, dzieci.
Jak można bowiem dziecinnym rozumowaniem pojąć, że zabicie swojej świni czy krowy karane jest śmiercią! Pamiętam, że taki wyrok za zabicie krowy wykonano na mieszkańcu Krauszowa i jego synach w roku 1942 tuż za cmentarzem nowotarskim. Myślę że owi rozstrzelani musieli się otrzeć o cele więzienne w mieście, nim zakończyła się ich gehenna o pomstę do nieba wołająca. Wiele lat później budynek byłego więzienia stał się moim miejscem pracy, bowiem tu mieścił się i mieści nadal Młodzieżowy Dom Kultury.
Na samym początku mojej pracy wnętrze tego budynku nie kojarzyło mi się z byłym więzieniem, nie budziło żadnych emocji ani refleksji do czasu, aż odwiedził nas pan Tadeusz Ćwiertniewicz - przed wojną mieszkaniec Krościenka, za okupacji obywatel Nowego Targu. On to, aresztowany i osadzony w celi nowotarskiego więzienia w początku roku 1940, teraz obywatel wolnego kraju, przyleciał z Ameryki odwiedzić rodzinę i przy okazji pokazać któremuś ze swoich dzieci celę, w której siedział. W zwiedzaniu tym towarzyszyłam panu Ćwiertniewiczowi wraz z koleżankami z pracy, a to co usłyszałyśmy, na zawsze zmieniło nasz stosunek do budynku i kawałka tej ziemi zamkniętej w obszarze więziennych murów. Opowiedział nam, że siedział w celi razem z młodym Lwowiakiem, którego Niemcy posądzali o szpiegostwo, a który tak naprawdę był uciekinierem próbującym odnaleźć swoją rodzinę będącą tak jak i on na tułaczce wojennej. Wczesnym rankiem któregoś dnia wyprowadzili Lwowiaka na tylny podwórzec i tam rozstrzelali. Po chwili dodał jeszcze, że chłopak widząc co go czeka próbował uciekać i z nadludzkim wysiłkiem odbił się od ziemi chcąc przeskoczyć mur, bagatela, prawie cztery metry wysoki. Trafiony serią upadł na ziemię. Tyle relacja z ust wiarygodnego świadka. Ale wyobraźnia dodaje więcej. Że kiedy już leżał powalony na ziemi w cichym proteście, poruszył jeszcze bosymi stopami jakby chciał biec dalej. Martwe zaś źrenice jego oczy zapatrzyły się na błękitny skrawek wolnego nieba. W celi jak wyrzut sumienia pozostały po nim jedynie sfatygowane tenisówki.
Byłyśmy wstrząśnięte tą relacją, więc wolny mój duch zaraz dodał posługując się mową naszych narodowych wieszczy… tu leżał młody Polak, któremu obca była wrogość i nienawiść sponiewierany przez wroga w swoim człowieczeństwie. Zetknięcie się z takim dramatem miejsca spowodowało, że poczułyśmy się, jakbyśmy przez przypadek stanęły na grobie. Co mamy zrobić? - zapytałam sumienia. Tylko jedno na razie - wykarczować panoszące się tutaj zielsko, usunąć zardzewiałe żelastwo, zagrabić do czysta – niech goła ziemia swą wymową czci pamięć zamordowanego. I tak się stało...
Ale jak uświęcić inne miejsca? Choćby to przed więzieniem, gdzie opierającego się przed wprowadzeniem do aresztu Michała Kurasia na miejscu rozstrzelano. Od tego czasu zaczęliśmy dostrzegać i inne przejawy łączące nasz dzień dzisiejszy z martyrologiczną przeszłością tego budynku. Np. którego dnia w korytarzu na parterze spotkałam starszego mężczyznę i zapytałam go w czym mogę mu pomóc. On ociągając się powiedział, że chciałby swoim dorastającym dzieciom pokazać gdzie przesiedział 32 dni zanim wywieźli go do obozu koncentracyjnego. Nie mówił wiele o katowaniu w czasie przesłuchań, ale o strasznym uczuciu strachu, kiedy w lipcu 1941 roku wywołano z cel sześciu więźniów, założono im kajdanki i wyprowadzono przed budynek, gdzie czekał na nich już ciężarowy samochód i pod eskortą uzbrojonym w automaty SS–manów wywieziono ich w nieznane. Nikt z nich nie wiedział przecież czy za chwile nie staną gdzieś w lesie nad wykopanym dołem. Ale ja po swoją śmierć – powiedział starszy pan - wywieziony zostałem do obozu w Ravensbrück. A obóz przetrwałem jedynie dzięki temu, że udało się zmienić mój obozowy numer na numer zmarłego na tyfus więźnia.
Takie chodzenie po korytarzach, zaglądanie do okien i rozpamiętywanie tego co działo się tutaj za okupacji nie należało do rzadkości. Przychodzili bowiem ludzie, którzy przed wywózką na roboty do Niemiec, siedzieli w celach po parę dni, nim zebrała się odpowiednia liczba pojmanych Polaków, przyszłych bezpłatnych robotników Rzeszy. Ci, którzy siedzieli z tej okazji wspominali, że było ich przeważnie po 40 osób w jednej celi. Więc mogli siadać na podłodze tylko na zmianę: część stała, a druga część siedziała. Przychodzili też ludzie, którzy przy okazji bycia w Nowym Targu odwiedzali to miejsce, w którym więzieni byli ich bliscy, a którzy nigdy do domów swoich nie powrócili. Zdarzyło się i tak, że którego dnia odwiedziła mnie w miejscu mojej pracy moja serdeczna przyjaciółka Hanka, która od kilkunastu lat mieszkała w Ameryce i zaraz na wstępie powiedziała… to miejsce nie kojarzy mi się dobrze. Ja przecież to wiedziałam, ale nawet dla niej nie mogłam nic zmienić. Tutaj w drzwiach tego więzienia widziałam mojego ojca po raz ostatni... A jej ojciec Walenty, miał wtedy zaledwie trzydzieści osiem lat i wszystkie powody do tego aby być szczęśliwym człowiekiem, ale wtedy w ów ranek kiedy ona patrzyła na to wszystko co wokół niej się działo oczami dziesięcioletniego dziecka, widok ojca mógł wzbudzić w niej tylko jeszcze większe jego miłowanie. Skuty, wyprowadzany przez po zęby uzbrojonych SS-manów i wielka niewiadoma czy nie stanie się tak jak stało się z jego dobrym kolegą Antonim Synowcem, który rok temu został rozstrzelany w lesie za Nowym Targiem. Czy może wywiozą go do Oświęcimia gdzie trafiali więźniowie polityczni? To spotkanie jak miało się okazać było ostatnim pożegnaniem ojca i córki… i już bez słów przemówić mogły tylko oczy i te spojrzenia przekazały miłość i troskę wzajemną i jeszcze pociechę… nie płacz, bo i tak mi jest ciężko.
W tym rozpamiętywaniu czasu minionego, tak dramatycznego, nie mogę nie wspomnieć o losie nowotarskich nauczycieli i profesorów, którzy w pierwszym rzędzie narażeni byli na represje, obozy, zagładę w hitlerowskim planie unicestwienia polskiej inteligencji. Odbywało się to w precyzyjnie zaplanowanych metod. Opisywane zdarzenie dotyczy pana Jana Kozaczki zabranego przez gestapowców wprost ze szkoły z lekcji, którą prowadził, a potem przetrzymywanego w nowotarskim areszcie przez trzy tygodnie, skąd wywieziony został do obozu koncentracyjnego. I znowu historia nabiera osobistego wymiaru, za sprawą wspomnień mojej szkolnej koleżanki, Janiny Kozaczki-Głut. Był rok 1940, maj, ja i mój brat byliśmy jeszcze dziećmi, nie zdawaliśmy sobie sprawy z nieszczęścia jakie nas spotkało. I w tej nieświadomości odwlekaliśmy w czasie prawdę o tym, że ojca już nigdy nie zobaczymy. Więc żyłam przez wszystkie te lata tylko wyobrażeniami o nim, zachowując w pamięci jedynie fotograficzny wizerunek jego twarzy.
Teraz wspomnieć muszę i innych jeszcze, którzy swoją ofiarą życia oddanego za ojczyznę zasłużyli na pamięć. Ludwik Kaszycki, Franciszek Czubernat, Leon Koczur, Andrzej Świętek to profesorowie Liceum im. S. Goszczyńskiego, o których wiem, że na pewno zginęli w obozach zagłady. Również z wielkim wzruszeniem wspominała swojego wujka Elżbieta Marszałek, wtedy pracownik MDK, o którym powiedziała tak: to był brat mojej mamy, Wawrzyniec Borowicz, przez rodzinę nazwany Laurencem, aresztował go Szafraniec w miejscu pracy wujka, to jest w budynku starostwa, skąd doprowadzony został do więzienia i zatrzymany. Jak długo i jakie były dalsze losy tego 29-letniego mężczyzny do końca nie wiadomo. List, jaki rodzina otrzymała z nowotarskiego więzienia, był grypsem, w którym aresztowany rozporządził swoim osobistym mieniem, poprosił o oddanie książki do biblioteki, pożegnał się z rodziną polecając matce sprzedać swoje futro aby miała na wydatki. Podobno ostatni raz widziano go 24 grudnia, w dzień szczególny dla Polaków, na pace ciężarówki, która przejeżdżała przez Rynek nowotarski kierując się w stronę Niwy. Osoba, która go widziała rozpoznała go po kurtce, twierdziła, że aresztowany robił wszystko aby był dostrzeżony przez nią, co nie było wcale łatwe przy tylu eskortujących SS–manach.
Taka ilość różnych informacji budziła pytanie, dlaczego wyeksponowano Lenina celą i tablicą pamiątkową pomijając całkiem polską martyrologię tego miejsca? Wtedy przy różnych okazjach staraliśmy się mówić przytaczając fakty, które od naocznych świadków słyszeliśmy: pierwszym, ale wtedy najwłaściwszym człowiekiem, który podjął temat był Wit Wójtowicz. To on w celu szerszego poznania prawdy historycznej skontaktował się z panią Mieczysławą Chylińską, więźniarką obozu w Oświęcimiu, która również zbierała materiały o nowotarskim więzieniu. Czas okazał się trafiony, bo właśnie dojrzewał pomysł budowy placu Lenina. A jedno z drugim doskonale korespondowało. Ten dzień w którym uświęcono mur napisem: tablica pamięci ofiar terroru hitlerowskiego miejsce uświęcone krwią zamordowanych Podhalan w latach okupacji hitlerowskiej 1939-45. A ziemię, gdzie rozstrzelano Lwowiaka pozostawiono nagą w niemym proteście, co uznaliśmy za nasze małe zwycięstwo wobec historii. Już nie mogliśmy myśleć o sobie wiedzieliście… więc czemu milczycie.
Jako dopełnienie już tak przelewającego się bezmiaru zbrodni, przytoczę jeszcze dwa opisy kaźni i morderstwa. Jeden to wspomnienie dobrze mi znanej pani Heleny Suskiej, która opowiedziała mi, że została aresztowana i osadzona w celi nowotarskiego więzienia i z tej celi doprowadzana na przesłuchania do Ortskomando w Rynku. Przesłuchiwał ją gestapowiec Schmisch z tłumaczem Blaudem. Dopytywali się gdzie jest jej szwagier, oficer Wojska Polskiego, który w brawurowy sposób uciekł z obozu niemieckiego. Przesłuchania nie obeszły się bez bicia batogiem i uderzeń po twarzy. Jak wspominała pani Helena, bardziej jednak niż ból dotkliwe było poniżenie i bezsilność wobec brutalnej przemocy. Drugi przykład to opowiadanie Ludwiny Migiel z Białego Dunajca, która co dzień czekała pod nowotarskim więzieniem by zobaczyć swoją córkę. W dniu 6 marca 1944 r. zobaczyła trzech młodych mężczyzn i trzy kobiety wyprowadzane z więzienia. Wśród wyprowadzanych była jej córka Helena. Pani Migiel, którą poznałam osobiście, opowiedziała mi że jej córka, którą wyprowadzali miała stopy owinięte w jakieś szmaty, a ci trzej mężczyźni którzy rozstrzelani zostali z jej córką i z tymi dwoma kobietami z Tokarni byli boso.
Podobno pan Bóg żałował, że stworzył człowieka, ale czy można się temu dziwić w świetle tego co napisałam? Zesłany przez Boga potop miał odrodzić nowego człowieka, ale nie odrodził, a Pan Bóg przyrzekł już więcej nie karać, więc założył ręce i czeka aż sami podetniemy konar, na którym siedzimy. Więc jeszcze tylko na chwilę oddam głos kantorowi, niech zaintonuje kadisz, skierowany do Jahwe w intencji pomordowanych Żydów, dla których być może i to więzienie było przedsionkiem piekieł i wtedy będę mogła powiedzieć Amen.
No dobrze, a nie wspomnisz, że to więzienie po wojnie zmieniło tylko dzierżawców? Uciekli gestapowcy, a przyszło NKWD i UB. I to oni wbrew woli narodu zaczęli utrwalać władzę ludową. Opornych wywozili nadal, tyle że na wschód. Do miejsc odosobnienia, z dużymi już tradycjami, określanych mianem łagrów. Cele na nowo zapełniały się patriotycznie nastawionymi Polakami, którzy o innej Ojczyźnie marzyli. A oto kilka nazwisk: Edward Iwaniec z Klikuszowej, Kazimierz Rokicki z Nowego Targu, Józef Pitorak z Bukowiny, oraz osobisty już kontekst: mój ojciec który w marcu 1945 r., już niby w wolnej Polsce, pozwolił sobie wątpić publicznie (bo u fryzjera) w narzucony porządek, odwołując się do dziejowej sprawiedliwości, zobowiązań aliantów, rządu londyńskiego... Za swoje zapatrywania zapłacić pięcioma latami katorgi w łagrach Kaukazu, miejscowość Dżaudzikau. Gdzie wraz z wymienionymi powyżej kolegami niedoli oraz innymi jeszcze zesłańcami: Polakami, Węgrami, Czechami, wyrąbywali w litych skałach drogę do nikąd. Dziesiątkowani przez głód, zimno, tyfus, dyfteryt, z trudem przełykając zniewolenie i upodlenie, próbowali znaleźć jakieś różnice między hitlerowskim okupantem a ruskim wyzwolicielem.
Niełatwo więc było i jest żyć ludziom urodzonym w pierwszej połowie XX wieku, ale kiedy już całkiem zwątpiłam w człowieka, w sens życia, ojczyznę i siebie, ktoś powiedział… ech kobieto słabej wiary… I usłyszałam.