Maria Giłka

Od wspomnień do wspomnień, od słowa do słowa

 

Kupić nie kupić, powspominać można… - pomyślałam i zabrałam się do pisania, choć rozum ironizował - po co to pisać? kto to będzie czytał? Ale serce mówiło: pozwolisz by poszła w zapomnienie ta jedyna w swoim rodzaju sielsko-anielska atmosfera naszego miasteczka sprzed wielu lat. Po sąsiedzku zżytego, honorującego zasady obywatelskie... Miasteczka, w którym społeczność zżyta była zawsze i od pradziadów posługująca się przydomkami, co tworzyło swoistą odrębność, czyli naszą małą ojczyznę. A w tej małej ojczyźnie wysiadywaliśmy sobie w letnie wieczory i niedzielne popołudnia przed domami na ławeczkach, w sympatycznej sąsiedzkiej życzliwości. Do kościoła chodziliśmy na wotywę albo na sumę, dawaliśmy nawzajem pozór na nasze mienie. Wspieraliśmy się radą, pomocą w różnych okolicznościach życia – szanując starość, folgując dzieciom i jednomyślnie stawiając wysokie wymagania młodym.

Wtedy to po mleko chodziliśmy z borenką, po śmietanę ze słoikiem, po jajka, ser, masło na targ ze swoim opakowaniem, a po mięso na jatki, po drób na jarmark. Przy wyborze kogutka czy kury dmuchaliśmy w te kurze kupry, czy aby nie są sine, zabiedzone, chude. Na tymże targu usłyszałam dowcipną odpowiedź mieszczki dającej odprawę targującej się z nią o kogutka wczasowiczce: za tyle to niech paniusza lepiej sobie pudru kupi. Odpowiedź zgodnie z tamtą logiką śmieszna i adekwatna do naszego poczucia humoru. Ową mieszczką była pani Pawluśkiewiczowa, ta sama, która w dzień Bożego Narodzenia poprosiła męża aby poszedł i wrzucił krowom siana, ale on ani drgnął i nadal czytał gazetę. Więc kiedy po trzech godzinach z kolei gazda zapytał żony: wrzuciłaś krowom? Usłyszał: nie, ale dałam im gazety, niech se też poczytają. I jako się rzekło, tak i było, bo za drabinkami zamiast siana pyszniły się ilustrowane tygodniki. Jak jakiś nie pozbawiony sensu morał...

Z tamtych dawnych lat zapamiętałam wiele różnych zabawnych historyjek. Te przypadkowe pocieszne zdarzenia, czy zamierzone żarty, błazenady, ubarwiały nasz poczciwy świat czyniąc go swojskim i jedynym w swoim rodzaju, dlatego godnym utrwalenia. Więc zgodnie z tak pojętą sugestią snuć będę dalsze wspomnienia. Teraz na przykład o panu Tadeuszu Ć. Ten przedsiębiorczy obywatel Nowego Targu jadąc po towar samochodem ciężarowym do Krakowa zabrał z sobą swoje dwie córki. Tam kupił im po bananie - takim wymownym symbolu dobrobytu. Dziewczynki, wtedy już nastoletnie, wróciły do domu trzymając w ręce te banany ujedzone do połowy. Na uwagę matki – o, macie banany? - wybuchnęły z pretensjami: e tam, jakieś banany, takie to twarde i łykowate, ino w środku trochę słodkie. Więc wiele było śmiechu, kiedy już pouczone, wykrzyknęły: o, to żarłyśmy ze skórą?

A gdzieś tam ponad nami realizowano wtedy sześciolatki, lansowano stachanowców pracy socjalistycznej, ale u nas było prawie jak dawniej. Jedynie nową szkołę pobudowano w miejsce spalonych w czasie działań wojennych. I otwarto łaźnię miejską w budynku tuż przy moście, co - było nie było - bardzo podnosiło standard miasteczka. Ale milowym krokiem postępu w tamtej ludowo-robotniczej rzeczywistości stało się dopiero otwarcie w rynku kasy biletowej oraz przystanku autobusowego z trzema stanowiskami dla autobusów. Wybrukowane sześcienną kostką stanowiska z peronami dla pasażerów. oświetlone kulistymi lampami oraz rzucające się w oczy żółte rozkłady jazdy wyznaczały kierunki w cztery strony świata a wypisane na nich trasy, np. Zakopane – Warszawa przez Radom, Kielce, czy trasa Szczawnica – Katowice przez Kraków, Brzesko tchnęła egzotyką. Już bowiem Kraków wydawał się nam być na antypodach po wycieczce jaką odbyliśmy jako uczniowie liceum im. Seweryna Goszczyńskiego pod sam koniec lat czterdziestych do teatru na „Wesele” Wyspiańskiego. Wycieczka, którą wspominam trwała dwie noce i jeden dzień. Jedną noc zajęła nam podróż koleją do Krakowa, w dzień zwiedzaliśmy Kraków, wieczór zaliczyliśmy spektakl w teatrze i znowu powrót pociągiem jadącym z szybkością pewnie nie większą niż 20 km na godzinę.

Nic więc dziwnego, że nowo otwarty dworzec PKS stał się naszym oknem na świat. Tu przychodziliśmy popatrzeć na modnie ubranych pasażerów linii dalekobieżnych, a zwłaszcza na będące w przewadze wytworne panie, także na eleganckich panów i ich zasobne bagaże. Obrazki te odbieraliśmy jak kadry z filmu nakręconego gdzieś tam, w innym świecie. Dla nas niedostępnym. Może dlatego chciałyśmy choć na chwilę w tym świecie zaistnieć. A mogłyśmy to osiągnąć jedynie czystym podstępem i chytrze stworzoną fikcją. Więc wypożyczałyśmy z mieszkania byłego notariusza pana Stysia (wtedy już 80–latka) walizkę. Ech, ale jaką walizkę! Skórzaną, z mosiężnym zamkiem i mosiężnymi skuwkami na rogach. Oraz okrągłe pudło z uchwytem brązowego koloru, obszyte beżową lamówką. W czymś takim przed wojną woziło się kapelusze. Wypożyczany przez nas ekwipunek podróżny elegancją i oryginalnością bił na łeb najpiękniejsze nesesery podróżnych dalekobieżnych autobusów. I to dodawało nam pewności siebie kiedy zdyszane wpadałyśmy jako pasażerki do mającego jechać do Zakopanego autobusu, który przyjechał właśnie z Warszawy, pytając: panie kierowco, czy ten autobus jedzie do Warszawy? By po chwili znowu pchać się do autobusu jadącego do Warszawy i pytać: panie kierowco, czy ten autobus jedzie do Szczawnicy? Zabawa była przednia, bo przestrzegając przepisów wsiadałyśmy tylnym wejściem, a wysiadały przodem. Więc musiałyśmy się przepychać przez cały autobus z naszymi ekskluzywnymi bagażami robiąc przy tym masę zamieszania, potrącając, przepraszając tą nobliwą, wygodnie siedzącą elegancję. Ale przecież o to chodziło, bo przez tę chwilę czułyśmy się zrównane w statusie społecznym z ową wykwintnością. Jak już tak napodróżowałyśmy się do syta w wyobraźni i w rzeczywistości, skruszone oddawałyśmy wypożyczone rekwizyty by powrócić do powszedniości, czyli do rozwiązywania równań, wkuwania słówek łacińskich, dat historycznych itp. Ot! Nasza młodość chmurna, bo biedna, ale za to w humor i fantazję bogata...

 

Wraz z utrwalaniem  się socjalizmu coraz powszechniejsze stało się opijanie wszelkich możliwych wydarzeń, np. wypracowanie premii, awansu zawodowego, osiągnięcia dobrych wyników we współzawodnictwie, otrzymania nagrody itp. Czasami odbywało się to w miejscu pracy po jej zakończeniu i taką właśnie jedną historię pragnę tu opisać. Właśnie minęła 17.30. Dyrektor działu transportu PSS Orkan, mieszczącego się w oficynie kamienicy przy ul. Sobieskiego bardzo się spieszył chcąc zdążyć do domu przed żoną, która pracowała do godz. 18.00 i właśnie znajdował się mniej więcej w połowie ogromnej sieni wjazdowej, kiedy padł głośny strzał spotęgowany echem odbitym od sklepienia sieni. Pan Władysław M. przekonany, że stał się ofiarą zamachu padł jak długi na ziemię pytając sam siebie: ale dlaczego? Czując, że jeszcze żyje, zaczął wzywać pomocy i jęczeć w niebogłosy. Pierwsi dopadli do niego koledzy, którzy tuż po nim zakończyli biesiadę. Przerażeni, klęcząc nad leżącym pytali co cię boli, gdzie jesteś ranny? A on stękając odpowiadał, że wszystko go boli, i że to na pewno ten skurwiel Gałązka strzelił do niego. Bo sekundę temu minęli się w bramie. Ale przecież sam obywatel Gałązka równie przestraszony stał obok  w ręku nie mając żadnej broni palnej. Po chwili okazało się że to strzeliła dętka w kole furgonu rozwożącego chleb, a zaparkowanego w tejże sieni. Trafiona i przed chwilą śmiertelnie ranna ofiara po tak cudownym uzdrowieniu znowu miała okazję do wypicia, tym większą, że należało przeprosić posądzonego o nikczemność domniemanego zabójcę. Wrócili więc do biura, aby w tej intencji obalić jeszcze jedną flaszkę. Wymieniony Gałązka był znanym obnośnym handlarzem proszku DDT i ów specyfik reklamował mniej więcej tak: DDT tępi muchy, pluskwy, karaluchy, proszek nie ruski ale pański, bo amerykański.

Dość powszechną praktyką stosowaną na budowach socjalistycznych było zatrudnianie woźnicy z koniem i wozem. Rzecz nie byłaby godna uwagi, gdyby nie koń woźnicy Jaśka Kwaka, przydomek Ciuga. Który miał dwa wcielenia: jedno spolegliwe, drugie narwane - sprinterskie. Jeśli jechał Jasiek wozem z załadowanym towarem i spotykał na drodze furmanki poruszające się z tą samą prędkością co on, to koń ze zrozumieniem ciągnął za sobą wyładowany wóz. Jeżeli jednak napotykał jakiegoś fiakra i ów pojazd poruszał się z dużo większą prędkością, przy tym radośnie „kląkając” podkowami o asfaltową nawierzchnię - diabeł wstępował w Jaśkowego konia, zamieniając go w wyścigowego Araba. Przez te skłonności nosił dość znamienne imię Kurwica. Któregoś dnia jechali ulicą Ludźmierską w idealnej komitywie, koń i woźnica. Niestety, tym razem Jasiek trochę późno posłyszał lekkim truchtem pędzącą dorożkę, wiozącą pasażera na dworzec kolejowy i nie zdążył zahamować zapędów konia. Kurwica przystąpiła do wyścigu, próbując prześcignąć dorożkę. Już zrównując się w tym biegu z fiakrem o mało nie potrąciła idącej skrajem drogi paniusi. A potem stanęła równo z zatrzymującą się dorożką. A tam czekał już rozeźlony wyścigiem milicjant obiecując już na wstępie Jaśkowi kolegium. Wypadki jednak potoczyły się zgoła inaczej. Jasiek winę zwalił na konia mówiąc: to wszystko przez tę kurwicę. I dostał parasolką przez łeb od paniusi, której omal nie przejechał, a która była przekonana, że to ją miał na myśli tłumacząc się milicjantowi. Wobec czego władza nie chcą wikłać się w protokoły o obrazie, pobiciu itp. na pouczeniu zakończyła dochodzenie.

 

W tamtych czasach dość zwyczajne było robienie zakładów, o byle co i byle z jakiego powodu. Formułka: no to załóż się! była w stałym obiegu. Do założenia się sprowokowano nawet zdyscyplinowanego Staszka P. ksywa Siuniu, że wybije szybę w kiosku PSS Orkan, w którym sprzedawała jego żona. Nadzieją na dobrą zabawę był fakt, że żona Siunia była osobą impulsywną, energiczną, a Siunia trzymała krótko. Więc taka konfrontacja mogła być ze wszech miar widowiskowa. Szybko ustalono warunki wnosząc jedyną poprawkę, że zakładający się może mieć w ręku kamień. Określono nagrodę, obstawiono zakład, wyznaczono sekundantów. Rozstrzygnięcie zakładu nie trwało długo bowiem kiedy po trzech głębszych zdesperowany bądź co bądź Siuniu stanął przed kioskiem w miejscu kupującego w asyście dwóch świadków z powziętym zamiarem wybicia szyby - żona zdezorientowana towarzyszącą mężowi asystą uśmiechnęła się pobłażliwie, czego nie robiła często, wymagała bowiem od Siunia stałej trzeźwości. Zaskoczony więc Siuniu odpłacił się żonie szerokim uśmiechem i to wystarczyło, aby w mgnieniu oka ona stała się sobą, wykrzykując: co się śmiejesz, błaźnie jeden, na co obrażony mąż odkrzyknął: ja błazen, krucyzeks i szyba została wybita, a zaraz potem podbite zostało oko Staszka. Dalej już było tylko dużo śmiechu, nikt nie miał do nikogo pretensji, ona - że on robi takie głupie zakłady i on - że zaraz na miejscu otrzymał zapłatę. A że rzecz miała miejsce w środowisku budowlańców, szyba została ekspresowo na koszt resortu budowlanego wprawiona.

 

Taka ogólna wesołość pobudzała stale do wymyślania wciąż nowych prowokacji do zakładów. Np. po ilu okrążeniach rynku podpity majster odcinka drugiego budowy kombinatu Józef Woźniak zorientuje się, że wciąż jeździ dookoła, zamiast podążać w kierunku miejsca zamieszkania, gdzie miał zamiar jechać, gdyby nie przekupiony dorożkarz i prowodyrzy zakładu. Impuls do zabaw kosztem następnego wyzwanego do zakładu trwał ustawicznie. Dzielono się rolami, obstawiano opcje wygra-przegra, wybierano wkręcającego i pocono się nad wymyślaniem powodów do zakładów. Ten sam proceder stosowano do zakładania się np. kto zje całą gęś w czasie np. pół godziny, albo z ilu jaj potrafią zjeść jajecznicę wrobieni zawodnicy, przy czym stawka wyjściowa zaczynała się od dwunastu jaj. Miejscem tego rodzaju rozgrywek była melina „Pod krzyżykiem” przy ul. Ludźmierskiej - główna baza gastronomiczna budowlańców kombinatu.

To ciągłe szukanie powodów do uciechy przenosiło się też na inne dziedziny, np. kiedy obfity deszcz zmiękczył ziemię na placu budowy, dookoła tworząc błoto po kolana, to dowcipni budujący kombinat wymościli dla pracujących już wtedy w fabryce ludzi podstępną ścieżkę, która zaczynała się specjalnie wysypaną żużlem nawierzchnią, potem tylko kawałek, taki na trzy kroki, błota, a potem już suchy jak pieprz arkusz styropianu – tyle, że leżący na obfitej w wodę młace. Ale przecież o tym nie wiedzieli amatorzy przygotowanego skrótu, więc zabawę budujący mieli świetną, tym większą gdy na ścieżkę wkraczała wyfiokowana urzędniczka albo jakiś elegancik… Najpierw pewne kroki po żużlu, potem kroki zbliżone do skoków przez błoto i wreszcie - hip na styropian, który podejrzanie mlaskając chlastał rozcieńczonym błotkiem na delikwenta. Na to przecież czekali budujący z mozołem halę przyszłego mechanika, ale przecież śmiech był konieczny, aby lepiej smakował chleb z wątrobianką albo konserwą turystyczną, popijany zbożową kawą.

W czasach PRL–u nagminne było urządzanie narad i konferencji na różnym szczeblu. Na jedną z takich narad na szczeblu ministerialnym wydelegowane zostały cztery osoby z pracowników Budownictwa Przemysłowego Kraków – Południe, budujących Zakłady Przemysłu Skórzanego w Nowym Targu. Wydelegowani mieli złożyć krótkie sprawozdanie oraz zobowiązanie całej załogi o skróceniu czasu budowy gumowni. Zaproszeni na naradę delegaci z Nowego Targu, czteroosobową grupą zajęli miejsce w ostatnim rzędzie pod ścianą. Bowiem ten rząd dawał im najlepsze możliwości czasowego wyłączania się od wygłaszanych godzinami sprawozdań. Podobnego zdania była zresztą większość zebranych, stąd ostatnie rzędy były zajęte, a pierwszy rząd pozostał pusty. Nic więc dziwnego, że jedna z osób w prezydium poprosił, aby siedzący w ostatnim rzędzie przesiedli się do rzędu pierwszego. Tym samym wyluzowana dotąd odległością grupa nowotarskich mężczyzn znalazła się pod ostrzałem - nie wiedząc o począć z dwoma butelkami i musztardówką, które nieporadnie trzymali w rękach. Nie byłoby pewnie w tym nic złego, gdyby ważnemu mówcy nie zaczęło zasychać w gardle. Więc pochrząkując na migi prosił o nalanie mu trochę z trzymanych przez delegatów butelek. Blady strach padł na siedzących w pierwszym rzędzie, więc udawali, że nic nie rozumieją, ale długo udawać się nie dało, bo mówca konkretnie wyraził swoją prośbę: proszę, nalejcie mi, wtedy zaczęli się wzajemnie wypychać, kto ma podać ową nieszczęsną musztardówkę z nalaną zawartością. Certoląc się wreszcie podali, a łaknący wody przełknął, zakaszlał i potem chwilę smakował, wreszcie zapytał: coście wy mi tu nalali? Ale odpowiedzi nie było. bo co mu mieli powiedzieć - że to przednia łącka produkcja? Ale nic nie było im darowane, bo po raz drugi przemawiający zażądał wyjaśnienia. Więc zdesperowani odpowiedzieli, że to kompot i po chwili dodali, że śliwkowy. Na co usłyszeli z drwiną wypowiedziane trzy słowa: ale jaki sfermentowany. Wtedy Franek, majster ze Starego Bystrego pieknom gwarą pedzioł: ale to nie my go gotowali sumiennie, ani my go jesce nawet nie próbowali, ale przykisnąć to może i mógł wskruś tej długiej jazdy. Salwa śmiechu wstrząsnęła salą ubawioną odpowiedzią Franka. A na zmyślnych delegatach z całej mowy dyrektora naczelnego Roguckiego tylko ostatnie słowa zrobiły wrażenie: jak przyjadę do Nowego Targu to wam nogi z d… powyrywam. Ale nie powyrywał, bo to przecież byli delegaci, czyli sam kwiat rodzącej się klasy robotniczej.

 

W tamtych czasach w naszym małym świecie mieliśmy przecież też jakieś autorytety niekwestionowane, ciekawe osobowości do poważania. Ale i oni wykazywali duże poczucie humoru i skłonność do żartu, o czym może świadczyć niżej opisana heca, której autorami byli inż. Władysław B. - dyrektor przedsiębiorstwa budowlanego w Nowym Targu, oraz pan Tomasz M. - przedwojenny radca prawny, a zarazem właściciel domu przy placu Słowackiego. Szczegółem, który wyróżniał ten dom, a właściwie chałupę od innych w mieście był wysoki komin. O ten komin, a właściwie o jego rozbiórkę. założyli się zaprzyjaźnieni koledzy od brydża, a wymienieni już wcześniej z imienia panowie. Wygranie zakładu nie było łatwe, bo jeden człowiek nie mógł zdziałać nic, ale wielu i owszem. Więc pan Władysław B. poszedł na całość wykorzystując wyjazd do Krakowa właściciela chałupy Tomasza M. i wysłał całą ekipę do wyburzenia komina. Zaskoczona pomysłem żona nawet nie bardzo protestowała, ale nie przestawała się dziwić, że tak ani słowa o zamierzonym remoncie jej mąż  nie powiedział. Pan Tomasz M. swoją przegraną dostrzegł, kiedy wracał do domu widząc dom niby ten sam, a nie ten sam bo już bez komina, ale co mógł zrobić? Jedynie sobie pomyśleć, no to mnie ma, no to zrobił ze mnie frajera i natychmiast szukać sposobu odegrania się.

Skoro sięgnęłam już do przykładu z tej kategorii wesołości to przytoczę jeszcze jeden, który wprawdzie w zamiarze dotyczył tylko jednej rodziny ale ubawił wielu. Bohaterem tej hecy był Stefan M., który napominany przez żonę w wygłoszonym przez nią monologu pretensji typu: bo ciebie to nigdy nie ma … bo wszystko na mojej głowie… bo nawet wody nie naniosłeś… skruszony wyrzutami na drugi dzień naniósł jej tyle, że zapełnił wszystkie wiadra, garnki, szklanki a nawet kieliszki. Zaś innym razem kiedy żona ubolewała, że nie zadbał o to by było drzewo na podpałkę, przytaskał na klatkę schodową pod same drzwi mieszkania drzewo w jednym kawałku. Na drugi dzień kiedy otrzeźwiał sam Stefan, jak i czterech jego kolegów wynosząc ciężar dziwili się jak w pojedynkę mógł tego dokonać. Ale Stefan M. to nie był ułomek, ale chłop, do tego dusza towarzystwa, miłośnik wszelkiej wesołości, „król życia”. Jeden z tamtych wielu, którzy tworzyli niegdysiejszą społeczność wierną zasadom, rodzinie, kościołowi, ojczyźnie. Ale i osobistą wolność ceniący wysoko.

Śmiechu warte było też urządzane przez pracowników Młodzieżowego Domu Kultury spotkanie dla emerytów. Wtedy to proces od pomysłu do realizacji był krótki. Władza mówiła do nas w liczbie mnogiej musicie, zrobicie, zaprosicie i miała problem z głowy, za to innych głowa zaczynała boleć. No bo mamy zorganizować wieczorek dla emerytów z całego miasta, ale jak? Na pierwsze tego rodzaju spotkanie wciągnęliśmy uczestników naszych kółek artystycznych, ale nie powiodło się, bowiem zapraszani emeryci tradycyjnie już częstowani byli kanapką z szynką, ciastkiem i herbatą. Więc już na wstępie ulegając pokusie smaku szynki olewali recytacje, śpiewy, tańce dzieci, poświęcając całe swoje zainteresowanie mąceniu herbaty i konsumowaniu rarytasu, szynką zwanego. Dlatego nie chcąc narażać dzieci na taką przypadkową ignorancję sami musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce i zabawić się w artystów estradowych. Dobrym duchem tej naszej samozwańczej „trupy” aktorskiej stał się pan Jan K., znany plastyk, który czując powagę sytuacji z poświęceniem bawił nowotarskich emerytów, sam zresztą będąc z Zakopanego. A że miał niezwykłe poczucie humoru oraz wybitne zdolności komiczne - wkrótce stał się ulubieńcem emeryckiej publiczności wcielając się w postać Perdziołka, wygłaszającego monologi na wzór sołtysa Kierdziołka. Sekundowała mu w tym Stacha P., która z powodzeniem naśladowała Hankę Bielicką, umiejętnie parodiując jej głos i śmiech. Teksty pisaliśmy sami, więc osadzone były w realiach miasteczka, ale czasami życie wymuszało na nas specyficzną treść. Oto przykład. Stacha, ustrojona już na Bielicką wchodząc na scenę, na której kończył wygłaszać swój monolog Jasiu potknęła się i szpetnie zaklęła. Więc cofnęła się za kulisy i skonfudowana nie chciała ponownie wyjść. Przewidujący to Jasiu jeszcze coś do monologu dodał, a że z rękawa czerpał humor wierszowanym komentarze ratował sytuację wykrzykując: ooo, co to się stało pani się potknęła i do tego głośno se przyklnęła (tu podniósł leżący na scenie kapelusz Bielickiej, podał za scenę i czekając dalej nawijał) kapelusz zgubiła, wstydu narobiła, a teraz się wstydzi, że z niej będą szydzić. Po tej kwestii chwilę zaczekał, a że Stacha nie wychodziła to zakrzyknął:  ja chromolę zawstydzenie bo chcę kończyć przedstawienie. A więc wychodź moja miła, potem się będzie wstydziła… Pomogło, było dużo braw i wszyscy myśleli, że scenka ta leżała w zamyśle autorów.

 

Dzisiaj wspominam tamte czasy niełatwe, rzeczywistością prymitywne, ludzką więzią przymilne, i poczuciem humoru ubarwione. Ale myślę, że śmialiśmy się nie tylko z innych, ale umieliśmy śmiać się również z siebie. Tak było ze mną kiedy zatrzasnęłam się w wychodku w pałacu młodzieży w Krakowie. Zatrzaśnięta na amen, pukałam, stukałam, klęłam, wołałam - bez skutku. Pomoc nie nadchodziła. Obawa, że narada się skończy i wyjadą beze mnie, zmusiła mnie do radzenia sobie samej. A wyjście było jedno, górą do następnej kabiny, o ile będzie otwarta, albo do jeszcze następnej. Balansowanie ponad ściankami działowymi, wysokimi na ponad dwa metry, nie było łatwe, ale trzydzieści pięć lat do tyłu i trzydzieści kilogramów mniejsza masa ciała dawały mi realną szansę. Przelazłam właściwie bez najmniejszego uszczerbku. Jedynie sponiewierana była moja duma. Kiedy dotarłam mocno spóźniona na naradę wyczułam, że moja nieobecność została już skomentowana publicznie, pewno mniej więcej tak urwała się na miasto. Więc nie wytrzymałam i przerywając naradę powiedziałam  przepraszam ale zatrzasnęłam się w waszej toalecie czekałam z nadzieją, że mnie ktoś stamtąd wypuści, ale się nie doczekałam. A wspinanie się na muszlę, z muszli na klamkę, z klamki przez przegrodę na drugą klamkę, z klamki na muszlę, z muszli na ziemię, zabiera trochę czasu. Nie jest mi przykro z powodu spóźnienia się, jestem tylko bardzo zła, że niby w pałacu, a takie zakichane zamknięcia w wychodkach macie. Po moim wystąpieniu zrobiło się wesoło, było mnóstwo pytań, aluzji, ale wszystkie sympatyczne, w duchu tamtych czasów.

 

Wspominając historyjki z przeszłości nie przytaczałam konkretnych dat, nie wszystkich wspominałam z nazwiska - bo i po co? Przecież zamiarem moim było raczej oddanie atmosfery z tamtych lat. Atmosfery wyjątkowej, bo w tle z ludźmi tamtego wieku, tamtych zasad, tamtych zapatrywań, którzy niestety systematycznie odpływali niezauważalnie w przeszłość. Ale przecież kiedyś tam spowinowacony ze mną pan Antoni Karwowski zwykł był mi mówić nie oglądaj się do tyłu, bo zobaczysz pustkę… Wtedy nie bardzo to rozumiałam, ale z latami pojęłam głęboki sens powiedzenia i pewno dlatego stworzyłam sobie na swój użytek aleje pamięci, stawiając w niej monumenty ludziom, wydarzeniom, wspomnieniom… Niech trwają i dają świadectwo minionemu.

5Y