Maria Giłka
O trwaniu i przemijaniu
Rozmyślania w Dzień Wszystkich Świętych
Trwanie, choć słowo brzmi jak wieczność, to ograniczone miarą ludzkiego losu, staje się wymierne. Czasami trwanie bywa stanem wynikającym z bezsilności i wtedy staje się najtrudniejszym uczuciem, jakiemu poddany może być człowiek. Taka wymuszona bezsilność zawisła nad głowami Polaków z chwilą rozpętania się II wojny światowej. Jeszcze z nastaniem lata ludzie snuli życiowe plany, omawiali wakacyjne wojaże, choć wojna jawiła się jako już bardzo prawdopodobne zagrożenie, ale nikt nie przypuszczał, że to co miało się zdarzyć, mogło być tak straszne, i z każdym rokiem okrutniejsze.
Mam przez sobą pożółkłą kartkę papieru, wyrwaną z zeszytu, zapisaną równym wyrobionym pismem, nic tylko daty, fakty, i wierzyć się nie chce, że te zapiski dotyczą życia rodziny na zesłaniu w ciągu sześciu lat i ośmiu miesięcy. Pióro zarejestrowało najważniejsze fakty dokumentując je odpowiednimi datami, ale bezmiaru ludzkich odczuć, smutku, strachu, bólu, tęsknoty, już autorka tych zapisków nie ujawniła. Zachowując te przeżycia dla siebie. gehennę swojej rodziny odnotowała następująco:
W dniu wybuchu wojny z Niemcami, mieszkałam z mężem lekarzem wojskowym i dziećmi w Brześciu. Przeszliśmy tam bombardowanie, męża odesłano do Warszawy. We wrześniu zarządzono ewakuację rodzin wojskowych z twierdzy. Wyjeżdżaliśmy w kierunku Zaleszczyk. Ale wkroczyła Armia Czerwona. Wtedy zrobiłam tak jak radził mi mój mąż: zabierz dzieci i jedź do mamy. 15 kwietnia 1940 roku o godz. 2 w nocy, po mocnym dobijaniu się wszedł NKWdzista z żołnierzem i dziewczyną i oznajmił, że nas przesiedlają, tzn. mnie, moją matkę i dzieci. Dano nam niedługi czas na spakowanie. Odwieźli nas na dworzec. Po załadowaniu nas do wagonów towarowych zamknęli drzwi. W wagonach prycze i dziura w podłodze zastępująca klozet. Wyrwani z domu bez względu na wiek i zdrowie. Pociągi ruszyły, dłuższy postój we Lwowie, a potem dalej na wschód.
Swoją wielką życiową tragedię - śmierć sześcioletniego synka odnotowała takim zapiskiem:
W sierpniu zachorowałam ja potem mój synek, który po dwóch tygodniach choroby zmarł. Ponieważ był to czas żniw nie mogłam dostać podwody by jechać z nim do szpitala.
Zapis ten zakończyła kropką, ale ja dopiszę o tym woreczku z trzema garściami ziemi zgarniętej z grobu synka, którą chciała mieć blisko siebie jako pokrzepienie w dalszej tułaczce po kazachstańskich kołchozach i ogłoszonej woli, że tę ziemię chce zabrać z sobą do grobu.
Takie niewzruszone trwanie pomimo wszystkiego odnieść muszę do babki mojej bratowej - Jadwigi Sawickiej. Ta prawie wtedy 60–letnia kobieta z wielkim oddaniem wspierała swoją córkę i jej dzieci na zesłaniu. Kiedy ja ją poznałam, była dobrze po siedemdziesiątce, ale pochodziła przecież z pokolenia, które zwłaszcza na kresach wschodnich musiało być silne, czujne, zachowując ostrożność, wymuszaną pamięcią szubienic, katorgi, zesłań, konfiskat. Więc chyba dobrze ją zapamiętałam jako kobietę silną, choć cichą i pokornego serca. Przez co pewnie stale wydawała mi się jednakowa. Od rana starannie ubrana w bawełnianą bądź jedwabną bluzkę z długimi rękawami, zakończoną mankietami, drobne, perłowe guziczki, okrągły kołnierzyk obszyty koronką i nieodzowna broszka pod szyją. Na wychodne zawsze kapelusz i rękawiczki, latem i zimą. Ta pełna zacności kobieta na pytanie co by zrobiła gdyby jej przyszło sądzić Stalina groźnie podniosła do góry rękę i wymachując oznajmiała: o, tak bym mu dała. Niewielka to była zemsta za śmierć zięcia, wnuka, głód, poniewierkę i konfiskatę majątku.
A moje rozpatrywanie niezłomnego trwania na przekór wszystkiemu, chcę poszerzyć jeszcze o dzieci. Bo o to tak wspomina czasy tego zesłania Ania, żona mojego brata, wtedy zaledwie trzyletnie dziecko. Zbyt wiele nie zapamiętała. Ale dwa fakty z tułaczki po nieludzkiej ziemi przechowała w pamięci doskonale. Jeden - kiedy wywozili ich na zesłanie jak stała na dużej niebieskiej borni, bo tylko tak mogła wyglądać z bydlęcego wagonu przez okno. Drugie wspomnienie, rzewniejsze w swej wymowie, tak zapamiętała… nie zjadłam w tej ruskiej ochronce pieroga, i brat powiedział będzie dla mamy i babci. Więc zabrałam ten pieróg i niosłam przed sobą idąc zakurzoną drogą, między kołhoskimi polami, ale potem wyrzuciłam pod krzakiem, i szłam dalej za Kazikiem, a kiedy brat zobaczył, że nie mam pieroga, rozpłakał się i pobiegł go szukać. A przecież w tym samym czasie gdzieś w innym świecie dzieci śmiały się szczęśliwe i bezpiecznie bawiły w słońcu...
Jeszcze o matce Ani, pani Młodeckiej, bo to taki sam przypadek. Wychowana w dobrobycie i poczuciu bezpieczeństwa, kiedy pozostała sama z dwojgiem dzieci i matką w podeszłym już wieku, musiała w jednej chwili dorosnąć, aby sprostać sytuacji i stać się silną i odpowiedzialną kobietą. Nic więc dziwnego, że radość życia i beztroskę pozostawiła na zawsze gdzieś na szosie między Brześciem a Zaleszczykami. Reszta jej życia była już tylko wypełnianiem obowiązków względem rodziny i wielką tęsknotą za życiem dawnym, za synkiem, mężem, w którego śmierć nie wierzyła długie lata, dokąd nie przeczytała Listy Katyńskiej, gdzie na stronie 129 wypisane było Kapitan Młodecki Edmund Karol, lekarz medycyny i wymienione przy nim drobiazgi: bloczek recepty z nadrukiem jego nazwiska, kalendarzyk, wizytówka, odznaka artyleryjska, kwity, portfel, jakiś list... Tylko tyle, czy aż tyle? O Boże, jak tu winnym tej zbrodni przebaczyć? O Boże, jak będziesz sądził tych ludobójców, którzy odebrali człowiekowi prawo do życia i godnego umierania? Przecież dziś po tych masowych mordach, śmierć przestała mieć dawne znamiona jakiegoś misterium umierania, a opatrzona terminem zgon, przestała dziwić. Stała się zwyczajna, już bez zatrzymywania zegarów w chwili skonania, bez zakrywania luster całunem, rocznego noszenia żałoby. Teraz obrzęd pogrzebowy oddany w ręce profesjonalnym firmom toczy się ich zwyczajem, bardziej lub mniej uroczyście, bo tu panuje już czyste zawodowstwo, a więc konkurencja i prawa rynkowe.
Czyżbym więc w końcu miała przyznać rację Melchiorowi Wańkowiczowi, który zapytany co chciałby mieć napisane na swoim nagrobku powiedział: co się gapisz? Trzy wymowne słowa człowieka przyznającego się do porażki wobec nieuniknionej śmierci, a może już tylko zgonu. Unikając wszelkich filozoficznych dociekań, muszę stwierdzić, że choćby najdłuższe trwanie, powoli staje się przemijaniem i patrząc z tego punktu widzenia, nie wydaje mi się niczym dziwnym, dawanie zadośćuczynienia tym po ludzku rozumianym wyobrażeniom co by nasze kości po świecie się nie poniewierały, by odnalazły się w jednym miejscu nawet bez doczesnych szczątków, tylko garścią ziemi potwierdzone, ale wypomniane z imienia nazwiska i potomnym przekazane. I stało się, choć przeniesione z dalekiego Kazachstanu i Katynia, tylko w aspekcie czysto duchowym, ale uczuciem wymowne i nie obce tej ziemi, bo małżeństwie skoligacone zaistniały pośród nas na nowotarskim cmentarzu. Wyróżniając dosyć pospolity grobowiec tabliczkami, na których wypisane miejsca śmierci w polskim odbiorze są synonimem męczeństwa i zniewolenia Polaków.
Edmund Karol Młodecki ur. 04.10.1903-zm. 1940r. zginął w Katyniu
Kaziu Młodecki ur. 11.12.1934r. zm. 02.09. 1941 r. w Kazachstanie
Trudno nie zadać sobie prostego pytania, ile nasz nowotarski cmentarz pogrzebał już tajemnic ludzkich tragedii i nieszczęść. Ale odpowiedź na to pytanie zna tylko anioł śmierci, który zdecydowanie stojąc na grobie ziemskim, asystuje przemijaniu, zwiastując wszechobecność śmierci, ale i nadzieję na życie wieczne. Pewno dlatego w dniu Wszystkich Świętych radośnie pokonuje swoim sposobem piętrzące się schody licząc siedem schodów i odpoczynek, aby wkroczyć w miasto umarłych z zamiarem odwiedzenia grobów bliskich, znajomych i przyjaciół. Wtedy myśli moje - jak to bywa z myślami, kiedy przestajemy je kontrolować - biegną swoimi ścieżkami, dokonując odkryć w typie: o jaki dzisiaj piękny słoneczny dzień, wciąż złotej jesieni, albo, że ustalenie na 1 Listopada Dnia Zmarłych udało się ludziom bo to jakby ludzkie przemijanie spotkało się przypadkiem z odwiecznym rytmem jesiennego obumierania przyrody. Zaś te ranne mgiełki i częściowo pozbawione liści drzewa, to piękna sceneria w jakiej od lat odbywa się świętowanie święta zmarłych Stale jednakowe i tą jednakowością tworzące coś stałego, coś ciągłego, między ziemią tu i teraz a wiecznością gdzieś tam.
Tak rozmyślając zatrzymuję się przed grobowcem starym, bo prawie stuletnim, wybudowanym przez mojego dziadka. Dziadek Ignacy w swojej zapobiegliwości, przewidywał wszystko: i kołyskę dla mającego się urodzić dziecka, i grobowiec dla swojej rodziny. Teraz stojąc przed tym grobowcem, w miejscu wydeptywanym przez czwarte pokolenie, w skupieniu odmawiam Ojcze nasz i Wieczne Odpoczywanie, niezmiennie od lat poprawiając a to kwiaty w wazonie, a to wianek nieśmiertelników, póki nie wymówię słowa Amen. Wtedy kilka słów pozdrowień do stojących obok mnie krewnych i już mogę moje myśli ożywić na nowo przypuszczeniami, wspomnieniami, refleksjami, przywołując cienie umarłych, niemodnie ubranych, bo jeszcze w surdutach, pluszowych sukniach, katankach, gabardynowych garniturach i koszulach non iron. A twarze zachowane w pamięci są już jedynie portretowym wizerunkiem zastygłym w majestacie czasu przeszłego dokonanego.
O Panie – westchnęłam - daj mi rozumieć nicość tej ziemi, wielkość nieba i krótkość życia ludzkiego, wobec nieskończonej wieczności. Następnie nawiedzam grób stryja Bartłomieja, jego żony Anny, przecież tu od dziecka się zatrzymywałam i świeciłam świeczki a teraz znicze, ze zwykłej powinności, gdyż nikt z ich bliskich już nie żyje. Potem kroki swoje skieruję na grób wujka Franka, tutaj zawsze myślę tylko o jednym, jak można nauczyć się przebaczać, bo nigdy nie umiałam pozbyć się zawziętości, wobec tych co dokonali mordu na tym 29-letnim mężczyźnie. Potem przystanę przy grobie starszej koleżanki, ale jej monumentalna fotografia z długimi francuskimi lokami wokół twarzy jest mi już obca. Jak barokowa dama z muzealnego portretu. Na koniec zatrzymam się przy drugim rodzinnym grobowcu. Ale tu moje myśli skupiają się na rozmyślaniach o niezbadanych wyrokach boskich, o zawiedzionych nadziejach, niezrealizowanych planach.
A wszystko wokół jak zawsze od dziesiątków lat, będzie się toczyć normalnie jak w każdy inny dzień Wszystkich Świętych. Będą kwiaty, mnóstwo kwiatów, wieńce i wianuszki, świece i znicze, procesja i modlitwy i to szeptem wypraszane u Boga zmiłowanie… spokój wieczny racz im dać Panie. Tylko stale poszerzany cmentarz i co rok zwiększająca się liczba grobów przypominają o przemijaniu, któremu podlegamy, dwanaście wymarłych pokoleń, ponad 38 tysięcy dokonanych pochówków, to żniwo śmiertelności, udokumentowane w zapiskach tej przeszło dwustuletniej nekropolii nowotarskiej.