Elżbieta Plewa (Marszałek)

Szewska pasja?

 

Stała zapatrzona w stare, wykrzywione, deski, kryjące za zamkniętym ogrodzeniem płat ziemi i gruzu, porośnięty zielskiem i kilkoma dzikimi maliniakami. W tym miejscu stał dom, w którym spędziła prawie połowę swego życia. W jego ścianach zaznała rodzinnej miłości i zrozumienia, tu uczyła się życia z wszystkimi jego barwami: radosnych uniesień, żmudnej pracy, niespełnionych marzeń, smaku gorzkich łez i bólu po stracie najbliższych. Kiedyś, przed laty, dom przy ulicy Szerokiej 6 tętnił życiem i gwarem pracujących tu czeladników i uczniów popularnego w naszym mieście zawodu szewca.

Mój ojciec Florian, mistrz cholewkarski, po powrocie starszego brata Jana - mistrza szewskiego, z obozu w Oświęcimiu, (nr obozowy stryja 530) założył z nim spółkę, uruchamiając dwa duże warsztaty. Od ulicy był warsztat szewski, w podwórku cholewkarski. Wykonywali na zamówienie nowe buty różnego asortymentu: zimowe wysokie pod kolano, damskie pantofelki, męskie i damskie półbuty, a także modne wówczas oficerki dla pań i panów. Ojciec sam projektował cholewki dla własnych potrzeb, ale również zaopatrywał w nie inne działające w mieście i okolicy liczne warsztaty szewskie. W tamtych czasach prawie wcale nie było obuwia fabrycznego, toteż buty robione były na obstalunek, czyli na zamówienie. Ładne, solidnie wykonane, służyły nieraz przez długie lata.

Niestety, tamte czasy znam tylko z opowiadań starszego rodzeństwa, dawnych pracowników, czy zaprzyjaźnionych z rodziną ludzi, gdyż jako małe dziecko nie mogłam ich zapamiętać.

Po śmierci ojca cholewkarstwo zostało zlikwidowane, pracował tylko warsztat stryja Janka.

Przed zaciśniętymi oczami pełnymi łez, jak w fotoplastykonie, przesuwają się obrazki: duża brama, dwa zakratowane okna z kolorowymi zasłonkami, na parapecie kwitnące pelargonie, a za szybą surowa twarz stryja Janka, który siedzi na zydlu wyplatanym paskami z miękkiej skóry i pali papierosa. Za jego plecami stoi regał, pełen różnego rozmiaru drewnianych kopyt, przed nim stolik - warsztat. Na tym warsztacie mnóstwo równo ułożonych szewskich narzędzi, z miseczką klajstru (bardzo mocny klej), pudełko z małymi drewnianymi kołkami, drugie pudełko z gwoździkami (tzw. teksy). Ambus, czyli żelazko do wypalania specjalnym lakiem (z wilbry i wosku), boków nowej podeszwy, wcześniej oczyszczonej raszplą, (ostry, drobny pilnik na długim trzonku), kawałkiem szkła, lub papierem ściernym, śpilordy (krótkie igły umocowane w drewnianym grubym trzonku), które służyły do robienia dziurek w podeszwie, przed jej zakołkowaniem, różnej wielkości młotki i dwa albo trzy gnypy (bardzo ostre płaskie noże, których krótkie ostrze z jednej strony było zaokrąglone do szpica, reszta noża była owinięta miękką skórą). Niebezpieczne narzędzie, ale wspaniałe do temperowania kredek i ołówków, tak często używanych wtedy w szkole. Niczego nie wolno było na warsztacie przesuwać ani zabierać, a używanie gnypa było surowo zabronione i zawsze kończyło się awanturą. Czasem, przyłapana na „gorącym uczynku” oberwałam pocięglem (był to nieodstępny atrybut każdego szewca - cienki skórzany pasek, zeszyty na okrągło, przydeptany, przytrzymywał na kolanie but uzbrojony w kopyto). Potem mama opatrywała palce, a stryjek, w ramach rekompensaty, osobiście temperował wszystkie kredki i ołówki, mrucząc pod wąsem „kto starszych nie słucha z porżniętymi palcami chodzi”. Stryj, robiąc lub naprawiając jasne lub białe obuwie, zawsze nakładał na nie rodzaj rękawa dla ochrony przed zabrudzeniem. Zawsze też wymagał, żeby przynoszone do naprawy obuwie było dokładnie wyczyszczone.

O Boże, znów zapomniałam, muszę wracać, Stryj nie daruje, nie zasiądzie do obiadu bez gazety. Nie raz musiałam wstać od stołu, zostawić zaczęty obiad i biec do pobliskiego sklepiku po prenumerowane przez stryja gazety, jeżeli zapomniałam je odebrać wracając ze szkoły. To był ważny obowiązek siedmioletniej dziewczynki Nie pomogły tłumaczenia, protesty mamy, czeladnikowi też nie wolno było mnie wyręczać. Stryj krótko kwitował sprawę „znała warunek, wyraziła zgodę, umowa rzecz święta”.

Ale nie zawsze był taki surowy. Pamiętam wspólne niedzielne wyprawy w Gorce, albo do boru za przejazdem kolejowym. Zbieraliśmy jagody i grzyby, stryjek opowiadał ciekawe historie o lesie, górach, życiu zwierząt i ptaków. Nigdy jednak, nawet jak byłam starsza, nie powracał do czasów wojny i pobytu w obozie. Nigdy już tam nie pojechał. To był temat tabu.

Doskonale pamiętam też pierwsze łyżwy, które dostałam na gwiazdkę. Łyżwy przyśrubowane do ślicznych wysokich bucików, sznurowanych od palców do kostki, a wyżej wiązane na haki. Albo w mroźne niedzielne popołudnia, wspólne wyjazdy za miasto, w dużych saniach ciągnionych przez dwa dorodne konie.

Pryncypialność stryja w rezultacie nie zrobiła mi krzywdy, wręcz przeciwnie. To cały czas procentuje. Tylko żal, że przy ulicy obecnie Harcerskiej, wśród okazałych budynków, w samym centrum miasta, zieje taka dziura jak po wyrwanym zębie.

 

5Y