Maciej Pinkwart
Harfa
|
W |
iatr
zawył z jeszcze większą mocą i dach zaczął trzeszczeć. Muzycy spojrzeli po sobie
i grali jakby szybciej. Dyrygent zmarszczył brwi, bo słodka impresjonistyczna
wizja Debussy'ego zaczęła się w widoczny sposób rozpadać. Publiczność też
rozglądała się niespokojnie. Jakaś urwana rynna szurała o ścianę zupełnie bez
ładu i składu. Koncert powoli zamieniał się w swoją własną przerażoną parodię.
Julia przysunęła się bliżej z całym krzesłem i mocno objęła obiema rękami
zgrabny korpus harfy. Za szesnaście taktów miała solówkę. Wydawało się to jej
bez sensu: dźwięk delikatnie trącanych strun, jakieś takie nasycone
światłocieniami pasaże, u Debussy'ego oznaczające pewno światło księżyca
padające przez chmury, za chwilę zniknie, zagłuszony całkowicie przez
apokaliptyczne wycie wiatru, wyrywającego się rozpaczliwie z gardzieli gór.
Dyrygent spojrzał na nią, przyciągnęła pudło rezonansowe do siebie i dotknęła
strun. Na znak uniesionej batuty smyczki ściszyły się do pianissima, flet
dźwięczał jak słowik w krzaku róży, a wszystkie inne instrumenty zamilkły. Jak
nożem ucięty zamilkł też wiatr i przez umieszczone w dachu okna galerii
zaglądnął czysty księżyc, błyszczący jak rtęć, jakby wypolerowany przez
uciekające na północ chmury. Harfa odezwała się wyraźnie, wywołując na twarzach
słuchaczy uśmiech i to uczucie zachwyconego spokoju, który Julia tak często
obserwowała w czasie swoich występów. Dźwięki przesypywały się jak złote monety
w skarbcu Alladyna, by potem potoczyć się perłami po podłodze wielkiej świątyni
muzyki i wreszcie zaśmiać się jak chór zadowolonych elfów, w dialogu z
zawadiacko teraz brzmiącym fletem. Dyrygent uniósł obie ręce i do potężniejącego
w ostatnich taktach tutti instrumentów dołączył znów potępieńczy skowyt
wiatru. Rynna urwała się ostatecznie i próbując chwycić się gładkiego szkła
zazgrzytała bezradnie i odleciała z wiatrem. Dach trzeszczał coraz mocniej i już
nie wiadomo było, czy wyraźniej słychać cichnące dźwięki orkiestry, czy
narastający huk wichury, w której wyćwiczone ucho Julii wyraźnie słyszało całą
kakofoniczną orkiestrę rozbijanych szyb, przewracanych koszy od śmieci i
łamanych gałęzi drzew.
Oklaski zabrzmiały mocno, ale krótko i publiczność z wyraźną ulgą przepychała
się do szatni, by po chwili przytrzymując kapelusze i poły marynarek zniknąć w
pełnej wiatru nocy. Na salę wszedł inspektor orkiestry, a za nim kierownik
galerii.
-
Pakujemy nuty, każdy zabiera swój instrument i wychodzimy do autokarów, które za
chwilkę podjadą od frontu. Ekipa techniczna wyniesie pulpity, kontrabasy,
perkusję, harfę i klawesyn. Proponuję, żeby już nie przebierać się tylko wziąć
okrycia do samochodów. Musimy się spieszyć, droga może nie być bezpieczna.
W
kulisach zrobił się tłok, technicy składali na kupę pulpity, które co chwilę
zsuwały się muzykom pod nogi. Futerały harfy i klawesynu nie pozwalały na
swobodne przejście. Siła wiatru wzmagała się i trudno było rozmawiać. Julia
zebrała swoje ubranie do dużej torby, narzuciła futerko, pogłaskała swoją harfę,
która właśnie wyjeżdżała zza kulis, przeskoczyła futerał i już od drzwi rzuciła
do techników:
-
Owińcie ją ochraniaczami, chłodno jest.
-
Dobra, paniusiu, co to my klarnety jesteśmy? Znamy się na tym...
Kierownik galerii nalegał na pośpiech:
-
Dziękuję wam, ale już jedźcie. Ten wiatr zaczyna już być niebezpieczny. W
powietrzu latają różne dziwne rzeczy, okna może porozbijać, uciekajcie, dzięki
za wszystko.
Narzekał dłużej, muzycy przyspieszyli pakowanie i zaczęli wychodzić - kobiety w
długich, czarnych sukniach z różowymi wyłogami, mężczyźni w smokingach i
muszkach, z rękami pełnymi swetrów, dżinsów, torbami nut, z futerałami
skrzypiec, trąbek, fletów... Technicy coraz szybciej ściągali z estrady kotły,
dwóch przepychało się z klawesynem, pozostali ponaglali muzyków, ustępując im w
drzwiach niechętnie, trzymając za gryfy wiolonczele, niezgrabnie obejmując
kontrabasy.
Na
dworze wiatr niemal wtłoczył ich z powrotem do holu. Pochylając się i brnąc
przez powietrze jak w kopnym śniegu dotarli do autokarów i pozajmowali swoje
stałe miejsca. Orkiestra jeździła daleko i często, i co jak co, ale technikę
wsiadania i wysiadania mieli opanowaną tak samo dobrze, jak sztukę zdobywania
jedzenia na cały dzień przy śniadaniowym szwedzkim stole w niemieckich czy
austriackich hotelach. Wóz techników mrugnął za nimi światłami. Ruszyli. Julia
na ciasnym siedzeniu usiłowała włożyć dżinsy pod długą suknię i tylko kątem oka
zobaczyła, że znad galerii odrywa się dach, jak gigantyczny latawiec unosi się
nad miastem i płynie w wyjącym powietrzu w stronę wzgórz, otaczających miasto od
północy. Jednocześnie od południa znikały drzewa, którymi wysadzana była główna
ulica. Jedne padały jak żołnierze piechoty broniący do upadłego swoich stanowisk
i potem wleczone po jezdni za włosy gałęzi tworzyły na kolorowych kostkach
barykadę nie do przebycia. Inne, bardziej lotne, podlatywały na krótkie
dystanse, lądując na dachach samochodów i w oknach mieszkań, gdzie hałas
tłuczonych szyb konkurował z przerażonym wrzaskiem ludzi. Kierowca autokaru
nacisnął gaz do dechy. Wyglądało, że tradycyjna gościnność górskiego miasteczka
miała się ku końcowi. Julia podniosła głowę dopiero kilkanaście minut później,
gdy minęli ostatnią stację benzynową, w której dopalały się ostatnie
dystrybutory.
- W
sumie... Całkiem udany koncert... - powiedział gdzieś od przodu pierwszy
skrzypek, do którego tradycyjnie należało wydawanie pierwszej oceny każdego
występu.
Gdy
przebrzmiał śmiech, okazało się, że wiatru już nie słychać. Na pustej szosie
jechali stówą. Na ciemne, jesienne niebo znów wypłynął srebrno-rtęciowy księżyc.
Po dwóch godzinach śmiali się znowu, kiedy pierwszy flecista z prawdziwą
rozpaczą rozkopywał stertę bagażu, wyładowanego przez techników.
-
Dobrze wam się śmiać, ale jak ja się przygotuję na następny koncert? Jak ja będę
wyglądał? To była moja najlepsza lokówka i musiała się zgubić... A przecież pod
koniec Debussy'ego to tylko my z Julią gramy i ludzie na nas patrzą...
- To
może lepiej by było, żeby was słuchali, a nie oglądali, przynajmniej ciebie -
dociął pierwszy skrzypek, któremu bardzo nie odpowiadały jakiekolwiek formy
duetu flecisty z Julią - gorzej by było, gdybyś zapomniał fletu, albo Julia
harfy.
Flecista przysunął do siebie futerał i czule dotknął rozłożonego na dwie części
instrumentu. Julia odruchowo otworzyła futerał harfy. W środku ochraniacze z
piankowego materiału leżały dziwnie płasko. Sięgnęła ręką. Harfy nie było.
|
T |
elefony, o dziwo, działały. I kiedy w środku nocy rozległ się sygnał, Agnieszka
nawet się nie zdziwiła. Co chwilę ktoś dzwonił, donosząc o kolejnych stratach
lub poszukując bliskich. W sumie nikomu z dzwoniących nic poważniejszego się nie
stało, i pierwszą dramatyczną wiadomość przyniósł Andrzej na temat Białej Damy.
Była to miejscowa wariatka, która mieszkała nie wiadomo gdzie, ubierała się
zawsze na biało i pokazywała się albo w czasie, gdy wiał föhn, albo w czasie
pełni. Długi biały welon powiewał za nią na wietrze, a ona z wzrokiem wpatrzonym
w chmury płynące na niebie szła wzdłuż głównej ulicy od drzewa do drzewa,
przystając przy każdym, obejmując je czule, mamrocząc do nich w jakimś
kompletnie niezrozumiałym języku, a następnie obchodząc każde dookoła trzy razy.
Schodziła od gór w stronę rzeki, a potem z powrotem, paradowała wśród drzew,
tuląc je i okrążając, po czym znikała w okolicach, gdzie miasto się kończyło, a
główny bulwar zamieniał się w wąski chodnik turystyczny. Nikt nie wiedział gdzie
była w czasie ciszy, kto ją żywił i jak żyła na co dzień. Próbowali ją podglądać
miejscowi chłopcy, burmistrz, zaczepiany o to przez prasę, wysłał kiedyś za nią
patrol straży miejskiej, ale wykiwała i jednych i drugich znikając tak samo
niespodziewanie, jak się przedtem pojawiała. Zawsze widywano ją tylko na jednej
ulicy, zawsze tylko w czasie wiatru lub pełni, zawsze na biało. Teraz, w czasie
największego nasilenia huraganu zobaczyli ją ludzie, jak wykonywała swój
rytualny taniec przytulając i okrążając jęczące pod naporem wichury drzewa.
Doszła tak do miejsca, gdzie drzewo przed chwilą zostało wyrwane i odleciało na
północ. Zaskoczona, stanęła nad pustym dołem, pochyliła się w jego stronę i
przez moment wyglądało, jakby zamierzała skryć się w nim przed wiatrem, który
pchał ją w tamtą stronę. Rozglądała się chwilę niepewnie jak ktoś, kto zgubił
się w obcym mieście, potem odwróciła się w stronę wiatru i urągając mu w
nieznanym języku wzniosła do nieba zaciśnięte pięści.
I tak
zobaczył ją Andrzej, który właśnie usiłował wrócić do domu, przebijając się przy
ścianach domów pod wiatr. Podszedł bliżej, odwróciła do niego twarz i wtedy
zorientował się, że wariatka jest niewidoma. Wyczuwając pewno jego obecność,
powiedziała coś takim smutnym tonem, że aż sam się zdziwił, kiedy zaczął ją
pocieszać:
- Jak
pogoda się poprawi, posadzą nowe. Na pewno tu będzie drzewo, na pewno, pani się
nie martwi...
Skinęła głową, ale znów podniosła twarz ku wiatrowi, nadal urągając niebu i
potrząsając zaciśniętymi pięściami, a jej biały szal trzepotał jak flaga. Wtedy
z niesamowitym szumem od południa nadleciało drzewo i spadło wprost przed nią.
Andrzej zdążył odskoczyć, po chwili pomyślał, że ją przygniotło, ale usłyszał
głos, cichy i taki czuły, jakby wariatka uspokajała płaczące dziecko. Drzewo
wpadło korzeniami do dołu i tak półleżąc czekało na dalszy rozwój wypadków.
Andrzej miał wrażenie, że jest to wielkie, rozczochrane zwierzę, które ciężko
dyszy po męczącym biegu, a to tylko wiatr szumiał w jego gałęziach, z których
liście opadły już kilka dni temu, po pierwszych jesiennych przymrozkach. Swoim
zwyczajem Biała Dama zaczęła okrążać drzewo, chciał nawet odejść, by nie
przeszkadzać jej w tej szalonej liturgii, ale za drugim obrotem długi szal
kobiety zaczepił się o rozczapierzone gałęzie, nie potrafiła się wyplątać, więc
ruszył jej na pomoc. W tym momencie wiatr ponownie uderzył z ogromną siłą.
Wyrywał po kolei wszystkie znajdujące się jeszcze na ulicy drzewa, okręcał je w
wielkim wirze i posyłał na północ, w stronę czerniejących na horyzoncie wzgórz.
Leciały jak klucz rozczochranych żurawi, a ich klangor brzmiał żałośnie i
złowieszczo zarazem. Andrzej został odrzucony pod ścianę najbliższej kamienicy i
wtulony w mur, bez możliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu mógł tylko
obserwować, jak drzewo z wplątaną weń wariatką także powoli uniosło się do góry
i poleciało na północ. Wyglądała jak ogromny biały ptak, wyrzucony z gniazda i
szamocący się wśród gałęzi. W powietrzu drzewo zderzyło się z wielkim płatem
dachu, zobaczył jak szal wariatki zmienia kolor na czerwony, potem wszystko
znikło w kłębowisku szczątków nad rzeką. Gdy tam dobiegł, po drzewie i Białej
Damie nie było już ani śladu - musiała spłynąć z nurtem potoku, lub odlecieć
gdzieś dalej.
|
A |
gnieszka przyjaźniła się z Julią od czasów szkoły średniej, była oczywiście na
koncercie, ale spanikowana jak wszyscy uciekła zaraz po jego zakończeniu i nie
zdążyła się pożegnać. Miała wyrzuty sumienia - w końcu föhn
wiał tu kilka razy do
roku i nie powinna tak gwałtownie na niego reagować. Ale taka była istota tego
wiatru - wywoływał gwałtowne reakcje, czy ktoś chciał tego, czy nie, i czy był
do niego bardziej czy mniej przyzwyczajony. Julia jednak w pół zdania przerwała
usprawiedliwienia Agnieszki i opowiedziała, że technicy z Filharmonii w
pośpiechu pakując instrumenty władowali do bagażnika samochodu sam tylko futerał
harfy, zaś jej narzędzie pracy zostało w galerii i teraz pewno grozi mu
zniszczenie, bo dach został uszkodzony, bo wiatr wieje, bo w nocy może spaść
deszcz albo śnieg, a ona ma niedługo koncert i co tu robić... To wszystko było
bardzo prawdopodobne - Julia też urodziła się w miasteczku w górach i wiedziała,
czym to wszystko grozi. Agnieszka obiecała, że jak tylko jej mąż wróci do domu,
to pójdą sprawdzić i dadzą jej znać. A nad transportem harfy zastanowią się do
jutra.
Klucz
zgrzytnął w drzwiach. Andrzej powiesił kurtkę w przedpokoju, dwoma kopnięciami
zrzucił z nóg buty i nie odzywając się ani słowem w samych skarpetkach podszedł
do lodówki i wyjął piwo. Wszedł do pokoju i wypił je prawie duszkiem, wprost z
butelki. Agnieszka czekała, aż usiądzie. Za oknem wycie wiatru nie ustawało i
mimo że wszędzie było zamknięte, w mieszkaniu czuć było przeciągające chłodne
podmuchy. Andrzej przycupnął na fotelu z nogami na poręczy i podłożył rękę pod
głowę.
- Tu
się nie da żyć.... Coraz gorzej to znoszę. Nie tylko ja, całe to miasto też.
Sięgnął po telefon i wykręcił numer policji. W kilku zdaniach opowiedział, co
stało się z Białą Damą. Obiecali, że się tym zajmą, ale im nie uwierzył.
Agnieszka słuchała uważnie, choć miała pretensje, że najpierw nie powiedział jej
o tym, ale w końcu uznała, że miał prawo być wykończony i nie chcieć mówić o tym
wszystkim dwa razy. A wyglądało na to, że dzień jeszcze się nie prędko zakończy.
Po
wysłuchaniu relacji o sprawie harfy, Andrzej znów wziął słuchawkę telefonu. W
galerii nikt się nie zgłaszał, zresztą specjalnie na to nie liczył, bo przy
zerwaniu dachu musiała zostać uszkodzona cała instalacja, i elektryczna i
telefoniczna. W domu kierownika galerii, z którym Andrzej znał się od liceum,
także nikt nie podnosił słuchawki - z pewnością był w pracy i zajmował się
zabezpieczeniem zbiorów. Westchnął ciężko, odstawił pustą butelkę na stolik i z
trudem podniósł się z fotela. Był potwornie zmęczony.
- No
to idziemy. Mam nadzieję, że nikt jej nie ukradł ani nie zniszczył.
Zapakował do plecaka latarkę, rękawiczki i kilka szmat, do ewentualnego
zabezpieczenia znaleziska, bo Agnieszka, podobnie jak Julia będąca absolwentką
szkoły muzycznej, zwracała uwagę jak bardzo jest to delikatna rzecz, taka harfa.
Na ulicy wiatr uderzył ich w plecy z całą siłą, zmuszając niemal do biegu. Ludzi
nie było widać, wszyscy mieli pozamykane okna, w sklepach zasłonięto żaluzje, na
górnych, mieszkalnych piętrach przez zamknięte okiennice przebijały promyki
światła. W kilka minut znaleźli się pod galerią i wtedy z daleka nadleciał
grzmot. Odwrócili się i popatrzyli w stronę gór. W dalekiej perspektywie ulicy
parami, po kolei, gasły światła pochylonych nad jezdnią latarni i wyglądało to
tak, jakby niewidzialny pracownik elektrowni wyłączał je jedna za drugą. Kołdra
ciemności nasuwała się coraz bliżej, aż wreszcie ogarnęła Agnieszkę i Andrzeja,
a minąwszy ich poszła niespiesznie dalej, w dół, w stronę północnych wzgórz.
Wiatr nagle ucichł, jakby i on był zasilany elektrycznością. Zapadła cisza i
miasto zostało zalane srebrnym światłem księżyca, nagle odsłoniętego przez
chmury, które także odpłynęły na północ. Andrzej sięgnął do plecaka, ale
Agnieszka przytrzymała go za ramię.
-
Popatrz...
Spojrzał w kierunku wyciągniętej ręki żony. Wznoszące się nad miastem od
południa góry, oświetlone teraz upiorną poświatą, były całkiem łyse. Znikł las.
Niemal wszystkie drzewa leżały wywrócone lub połamane, tylko gdzieniegdzie
wznosiły się pojedyncze świerki, jak maszty statku, który zatonął na płyciźnie.
Andrzej zapalił latarkę i skierował ją na drzwi galerii. Były lekko uchylone. Z
grzeczności nacisnął na umieszczony w futrynie dzwonek domofonu, ale oczywiście
sygnał się nie odezwał, bo nie było prądu. Elektroniczny zamek drzwi też nie
działał - widać prąd wyłączyli w momencie gdy ktoś wchodził do wnętrza.
- Ktoś
tu jest - szepnął Andrzej - uważajmy...
I,
jakby wbrew własnemu ostrzeżeniu, krzyknął w głąb pomieszczenia:
-
Jureeek! Jesteś tam? To ja, Andrzej!
Odpowiedziała mu cisza, tylko echo gdzieś w głębi powtarzało jego słowa. Powoli
zaczęli wchodzić po schodach, w kierunku znajdującej się na piętrze głównej sali
wystawowej z estradą, na której odbywały się koncerty. Promień światła latarki
wydobywał z mroku marmurowe postacie greckich herosów, umieszczone we wnękach na
podestach schodów. Agnieszka pomyślała, że napięte, wymodelowane jak u
kulturystów mięśnie dziwnie nie pasują do niewielkich rozmiarów tego, co u
postaci kurosów kryły listki figowe. Na półpiętrze w niszy tuliło się do siebie
dwóch greckich młodzieńców. Odwróciła wzrok, bo ten element greckiej kultury
zdecydowanie jej nie odpowiadał. Andrzej szedł przodem, więc starała się trzymać
blisko męża, a dokładniej blisko plamy światła z latarki, jaka wraz z nim
wznosiła się ze stopnia na stopień, oświetlając teraz wzorzysty dywan,
przytrzymywany do schodów miedzianymi prętami.
- Nie
idźcie tam, na rany boskie, tam niebezpiecznie, uciekajcie! - usłyszeli za sobą.
Andrzej odwrócił się gwałtownie i omiótł schody latarką. Na półpiętrze pod
ścianą kulił się jeden z kurosów, ten sam który przed chwilą przytulał się do
kolegi. Zasłonił gwałtownie oczy przed światłem. Spod startej szminki udającej
marmur pokazał się blady policzek.
-
Poradzimy sobie, a mamy tam coś ważnego do załatwienia. A pan niech się ubierze,
zimno panu, mim też powinien dbać o zdrowie....
Agnieszka nie czekając na koniec rozmowy pognała do góry, Andrzej świecił jej
pod nogi i wspinał się coraz szybciej. Minęli pustą szatnię, w której szaragi
wieszaków oświetlone promieniem latarki wyglądały jak bezlistne gałęzie drzew i
stanęli przed salą wystawową. Drzwi były zamknięte. Szarpanie za klamkę nie
pomogło. Andrzej odnalazł biuro kierownika galerii i tutaj udało się wejść bez
kłopotów. Na biurku ani w żadnej z szafek kluczy nie było. Przy biurku stało
krzesło, na nim wisiała marynarka, a na wieszaku - długi płaszcz. Bez wahania
przeszukali kieszenie, ale i tam nie znaleźli kluczy. Stanęli bezradnie w progu.
-
Czekaj... - Andrzej powiedział półgłosem - przecież to jego ubranie, on tu musi
być... Może zamknął się w sali i coś mu się stało, pewno jest tam w środku, może
trzeba mu pomóc?
Zaczęli wołać, potem stukać do sali wystawowej. Bez skutku. Wreszcie
przyłożywszy ucho do ozdobnych, wysokich drzwi zaczęli nasłuchiwać. Muzykalna
Agnieszka usłyszała najpierw szum, jakby o piasek plaży rozbijało się morze,
potem dźwięki jakiejś muzyki, w której przez dudnienie bębnów i pasaże
fortepianu przebijały się delikatne, ale przenikliwe dźwięki harfy.
- Jest
- powiedziała - gra tam...
-
Jurek gra? - spytał Andrzej z niedowierzaniem. Kierownik galerii nigdy nie
chwalił się talentami muzycznymi.
- Nie
wiem czy Jurek. Harfa tam chyba jest i gra.... - odwróciła się w stronę męża,
który oświetlał latarką dziurkę od klucza, jakby w ten sposób mógł więcej
zobaczyć. Potknęła się o coś, co wydało metaliczny dźwięk. Andrzej poświecił. Na
podłodze leżał pęk kluczy. Podniósł. Były mokre. Spod drzwi wypływała ciemna
strużka.
-
Krew! - krzyknęła Agnieszka i odsunęła się o krok. Andrzej pochylił się i
dotknął palcem.
-
Woda...
Dopasowanie odpowiedniego klucza trwało dobrą chwilę, wreszcie szczelne,
przeciwwłamaniowe drzwi ustąpiły i zza progu chlusnęła woda. Popłynęła
korytarzem, potem zaczęła małą kaskadą spływać po schodach, niknąc w
ciemnościach. Dźwięki dochodziły coraz głośniej, a spośród nich na pierwsze
miejsce wysuwał się narastający szum. Powrócił wiatr. Oświetlanie latarką
wielkiej sali nie na wiele się zdało, bo promień jakby zamierał w ogromnej
przestrzeni. Woda na podłodze miała może kilka centymetrów i pochodziła z
pękniętego kaloryfera, który bulgotał niedaleko drzwi. Weszli dalej, tylko
trochę mocząc buty. Latarka wydobyła z mroku monumentalną rzeźbę. Kręciła się
wokół osi, jakby ktoś przed chwilą ją potrącił, ale górą docierały powiewy
wiatru i to one pewno wprawiały w ruch kolorowy wiatrak w górnej części mobila.
Andrzej podniósł latarkę, by oświetlić dach i zobaczyć, skąd płynie powietrze.
Ale dachu nie było. Nad salą płynęły chmury, oświetlone przez księżyc. Mobil
zawirował jeszcze szybciej, jakby na jego szczycie był zamontowany wiatraczek
meteorologiczny, potem powoli, jak na filmowych zwolnionych obrotach zwalił się
na podłogę. Andrzej pociągnął Agnieszkę za rękę, ale poślizgnęli się na mokrej
podłodze. Upadli jakby w miękką zaspę. Latarka poturlała się kilka kroków dalej
i świeciła w stronę estrady, wydobywając z mroku czarną plamę ze złotym
ornamentem. Wiatr przeganiał chmury i księżyc na przemian zapalał i gasił swoją
lampę. Wreszcie zawyło mocniej, wielka srebrna tarcza wypełzła wolno zza
krawędzi ściany, i na jej tle zobaczyli czarne krokwie i potrzaskaną ścianę
budynku, wyglądające jak powyrywane ścięgna i resztki kości wielkiego,
przedpotopowego zwierzęcia, we wnętrzu którego się znaleźli jak Jonasz w brzuchu
wieloryba.
Metaliczne światło zalało salę. Na niewielkiej estradzie stał fortepian z
częściowo otwartą klapą, obok złotawo połyskiwała harfa, której struny wciąż
drżały i sypały drobniutkimi dźwiękami, tworzącymi niezwykły kontrapunkt dla
posępnego wycia wiatru.
-
Jest! Cała i zdrowa - ucieszyła się Agnieszka - Bierzemy i uciekamy, coś tu
ponuro jest. Jutro się wszystko wytłumaczy, zresztą pewno nikt tu nie zauważył,
że harfę zostawili.
Omijając resztki rzeźby szybko podeszli do estrady. Andrzej wskoczył na podium i
dotknął strun harfy. Szybko przesuwająca się chmura na moment przesłoniła
księżyc. Wydawało mu się, że instrument chwiejąc się w podmuchach wiatru za
chwilę przewróci się na niego, ale harfa tylko delikatnie pochyliła się w jego
stronę, jakby chciała życzliwie nakłonić swój korpus dla pieszczot palców
muzyka. Ale Andrzej nie był muzykiem, cofnął się szybko i oparł o fortepian.
-
Przepraszam... - powiedział i dopiero po chwili zorientował się, że poczuł dotyk
czyjegoś ciała. Szarpnął się do tyłu, latarka wypadła mu z rąk i potoczyła pod
fortepian. Świeciła nadal i w złotym kręgu Andrzej zobaczył dwie nieruchome
nogawki ciemnych męskich spodni, wypastowane buty, także nieruchome i obok nich
powiększającą się ciemną plamę. Duże krople gromadziły się na spodzie fortepianu
i bezgłośnie skapywały na podłogę. W tym momencie usłyszał krzyk Agnieszki,
która podeszła bliżej i zobaczyła to samo.
-
Woda? - spytała z nadzieją.
Pokręcił głową - czarna w świetle księżyca plama w oświetleniu elektrycznym
przybrała ciemnoczerwoną barwę.
- Nie
podchodź - powiedział - zdejmę harfę i uciekamy.
Górna
część ciała mężczyzny tkwiła w pudle fortepianu, niewidoczna pod przytrzaśniętą
czarną klapą. Przytrzymujący ją widać przedtem patyk leżał strzaskany na
podłodze. Jedna ręka leżała nieruchomo na klawiaturze, druga także bez ruchu
zwisała wzdłuż nogi instrumentu. Andrzej pokonując strach i obrzydzenie poszukał
tętna. Nie znalazł. Ręka była zimna, ciało zaczynało już sztywnieć. Podszedł do
harfy i podniósł ją, jakby ważyła nie więcej niż gitara. Ostrożnie zestawił na
podłogę koło Agnieszki. Przytrzymała ją odruchowo i spytała szeptem:
- Czy
to Jurek? Nie żyje?
Pokręcił głową.
-
Wiesz, jakoś nie chciałem podnosić tej klapy, ale kto to niby mógłby być? A nie
żyje z całą pewnością.
Podał
latarkę Agnieszce, oburącz chwycił za dolną, masywną część instrumentu, tę z
pedałami, Agnieszka przytrzymywała za górną i omijając kałuże wody doszli do
drzwi. Postawili harfę w korytarzu, żeby odpocząć, Andrzej wytarł klucze
chusteczką i wsadził z powrotem do zamka. Przez chustkę przymknął drzwi. W
szczelinie widać było tylko białą plamę dłoni, unoszącej się jak nocne widziadło
na tle czarniejszej od ciemności sali sylwetki fortepianu.
- To
naprawdę nie my, niech nam państwo uwierzą, to nie my... - usłyszeli szept od
strony schodów. Agnieszka odwróciła się gwałtownie, oparła o harfę i skierowała
latarkę w tamtą stronę. Struny jęknęły pod jej palcami. Na podeście schodów,
zasłaniając oczy dłońmi, stało sześć postaci greckich kurosów. Jeden wszedł dwa
stopnie wyżej, przez co w skrócie perspektywicznym wydawał się jeszcze niższy.
Jego głos z trudem przebijał się przez dobiegający zewsząd szum wiatru.
- Miał
nam dziś wieczór zapłacić... Za udawanie dekoracji.... Udajemy od długiego
czasu, jak tylko goście przychodzą. Rzeźby sprzedali... Jak weszliśmy, to
siedział przy fortepianie... Chciał, żeby zagrać na harfie... No, tylko wydobyć
dźwięk, a on miał coś udawać na fortepianie. Żeby zagłuszyć wiatr... Chyba
wypił... Uderzyłem w struny, on się pochylił nad pudłem i wtedy zawył wiatr...
Zerwało dach... spadła klapa... Poprzewracały się eksponaty. Belki leciały...
Uciekliśmy, zamykając drzwi... Chcieliśmy wyjść, ale żal nam było pieniędzy...
Mieliśmy iść do biura, ale wtedy państwo...
Światło latarki słabło i Agnieszka czuła, że musi natychmiast, prędko, wyjść z
tego upiornego budynku i przestać słuchać popielato-białego mima i patrzeć na
kiwające głowami na znak potwierdzenia postacie jego kolegów. Andrzej w tym
samym czasie pomyślał to samo i powiedział:
-
Wszystko jasne. To wypadek. Spadamy stąd. Harfa musi szybko dojechać do
Filharmonii. Proszę nam pomóc.
Kuląc
się z zimna w podmuchach wiatru i schylając głowy przed fruwającymi w powietrzu
papierami, plastikowymi torebkami i drobnymi gałęziami oświetlony księżycem
kondukt szedł pustą ulicą główną. Owinięta szmatami harfa wyglądała jak
nieforemna trumna, wydająca ciche, ale przenikliwe dźwięki. Dwóch mimów szło
tyłem, trzymając górną część, dwóch przodem, podtrzymując postument. Agnieszka
prowadziła grupę, Andrzej i pozostali mimowie zamykali pochód. Harfa została
bezpiecznie umieszczona w korytarzu ich domu, grupa mimów przez chwilę
rozprawiała cicho przed budynkiem, potem bezszelestnie odwrócili się i pobiegli,
popychani przez wiatr, w dół pustej ulicy. Andrzej był przekonany, że wrócili do
galerii, by tam szukać swojego zaległego honorarium. Wyobrażał sobie, jak po
ciemku przetrząsają biurko i kieszenie marynarki Jurka... Sięgnął po telefon i
już po raz drugi tej nocy zadzwonił na policję, ale połączenie zostało przerwane
po kilku minutach - wiatr uderzył ponownie i teraz wyglądało na to, że
uszkodzona została centrala telekomunikacji.
|
R |
anek
wstał spokojny, pogodny i wesoły. Do Filharmonii nie można było się dodzwonić,
więc Andrzej poszedł do swojego przyjaciela i namówił go do pomocy w kwestii
transportu harfy. Leszek też nie miał samochodu, a ponieważ o umieszczeniu
instrumentu w maluchu Agnieszki nie było co marzyć, więc pozostawał transport
autobusowy. Do dworca nie było daleko, ale paradowanie przez budzące się do
życia i obliczające straty po nocnej wichurze miasto z harfą w objęciach nie
bardzo się im uśmiechało. Leszek zatrzymał dorożkę i po chwili ładowali
obwiązaną starymi kocami harfę na tylne siedzenie. Koń, spojrzawszy na dziwny
pakunek, przestraszony porwał się do biegu pozostawiając fiakra na chodniku z
batem w ręku i otwartymi ze zdziwienia ustami. Leszek wgramolił się na miejsce
woźnicy, złapał ciągnące się po ziemi lejce i usiłował zapanować nad
zwierzęciem, podczas gdy Andrzej tulił harfę w objęciach na tylnim siedzeniu.
Instrument przewrócił się na niego już na pierwszym zakręcie, który dorożka
pokonała na dwóch kołach, Andrzej jedną ręką trzymał się metalowego uchwytu
dorożki, drugą obejmował harfę w najszczuplejszym miejscu korpusu. Zanim Leszek
opanował sztukę powożenia, koń sam się zatrzymał na przed dworcem autobusowym i
stanąwszy spokojnie, niemrawo usiłował wsadzić pysk do zwisającego mu z szyi
worka z obrokiem.
Leszek
zeskoczył pierwszy i pomógł Andrzejowi wygrzebać się spod instrumentu, po czym
obaj ostrożnie postawili harfę na chodniku. Koń niespokojnie zastrzygł uszami,
rzucił gniewnie łbem, ale widząc znajome otoczenie stał spokojnie. Gdy
przechodzili obok niego, z pogardą podniósł ogon i zaczął wypuszczać na ziemię
parujące jasnożółte pączki.
Autobus był tylko jeden, ale za to już niemal w całości zapełniony. Kierowca
chciał zapakować harfę do bagażnika, ale Andrzej się absolutnie nie zgodził i
koniec końców wylądował z nią na tylnych schodach autobusu, przy zamkniętych na
głucho drzwiach. Postawił harfę pionowo i zdjęte z korpusu instrumentu szmaty
podłożył sobie pod siedzenie. Striptiz harfy wywołał entuzjazm w tylnej części
autobusu, którą zajmowała wycieczka rosyjska, złożona z osób różnej płci i w
różnym wieku, ale wyraźnie wskazujących na to, że śniadanie podano im
zdecydowanie kontynentalne, i to ze środka kontynentu azjatyckiego: składające
się ze szklanki spirytusu i kanapki z tuszonką.
- Kakaja balszaja bałałajka! - zachwycił się
skośnooki Kazach w wysokiej papasze na głowie -
Możetie na niej igrat'?
Leszek
usytuowawszy się wśród ruskiej wycieczki wyjaśnił im, że instrument został
zagubiony przez orkiestrę filharmoniczną i teraz powraca do właścicielki, bo
wieczorem będzie używany na koncercie. A oni tylko stanowią fizyczną ekipę
transportową. Słowo "filharmonia" zrobiło oczekiwane wrażenie, ale za to wszyscy
postanowili pomagać. Najpierw wyciągnęli kilka flaszek, potem zagrychę, a na
koniec, pojadłszy, postanowili włączyć się w nurt wydarzeń kulturalnych.
- U
nas toże fiłharmonia - stwierdził wysoki, umięśniony blondyn i wyciągnął
spod siedzenia harmoszkę. Znalazła się też gitara i organki. Wkrótce potem cały
autobus rozbrzmiewał skocznymi czastuszkami. Leszek śpiewał wraz ze swoimi
nowymi przyjaciółmi na głosy i zachęcał Andrzeja, by jednak mimo wszystko
popróbował akompaniować na harfie. Andrzej wychylił podany mu przez jedną z
dziewcząt stakanik, potarł dłonie i usiłował wydobyć ze strun jakiś
dźwięk. Fiasko było kompletne. Struny były napięte tak mocno, a hałas w
autobusie tak duży, że nawet tremolo na niskich dźwiękach nie dotarło do uszu
słuchaczy. Leszek przerwał śpiew, popatrzył na zmagania przyjaciela i ruszył mu
z pomocą. Przekopał się przez stertę bagaży i nóg rosyjskiej wycieczki,
zachęcany okrzykami przez spragnionych muzyki podochoconych melomanów przysiadł
obok Andrzeja i zaczął walić w struny całymi dłońmi, wydobywając z harfy klastry,
rytmicznie akompaniujące śpiewanej piosence. Sukces powitano oklaskami. Andrzej
z drugiej strony trzymał pudło rezonansowe i stukał weń jak w bęben.
Minęli
rogatkę z nazwą miasta. Autobus ostro zakręcił i wjechał na most. Tylne drzwi
otworzyły się i Andrzej z Leszkiem, uczepieni pudła harfy, efektownym łukiem
ponad metalową barierą wpadli do rzeki. W odwróconej perspektywie widać było
dalekie góry, nad którymi czerniał złowieszczy wał chmur.
|
U |
derzenie o wodę było tak silne, że obaj stracili przytomność, ale po chwili
zimna woda, usiłująca wedrzeć się do płuc, zmusiła ich do otwarcia oczu. Andrzej
dostrzegł w mętnym nurcie cień postaci Leszka, który jedną ręką był kurczowo
uczepiony harfy, drugą wolno machał, usiłując wypłynąć na powierzchnię. Długie
poły płaszcza powiewały nad nim jak skrzydła czarnego ptaka. Dlaczego on
trzyma tę harfę, przecież to bydlę ma ze sto kilo i ciągnie go na dno... -
pomyślał, ale w tym momencie zobaczył, że Leszek ma dłoń mocno wciśniętą między
struny instrumentu. W tej samej chwili uświadomił sobie, że z nim jest dokładnie
tak samo - lewą rękę ma w strunach harfy, a prawą wolno wywija w wodzie. Nie
opadali jednak na dno, przeciwnie, harfa powoli, ale stale podnosiła ich do góry
aż do momentu, gdy z wielkim pluskiem wynurzyli się na powierzchnię i kaszląc
głośno zaczęli wypluwać wodę z płuc.
Trzymając się harfy, płynęli z prądem.
-
Dlaczego to nie tonie? - spytał Leszek. Choć już wyciągnął dłoń spomiędzy strun,
trzymał mocno za korpus instrumentu.
- Może
to pudło rezonansowe ma taką wyporność? - zastanawiał się Andrzej - A w ogóle to
jak te drzwi się otworzyły?
-
Pewno po prostu nie były zamknięte...
-
Były. Sprawdzałem, bo się bałem, że wypadniemy z tą harfą.
- No
popatrz - ironizował Leszek, wiosłując lewą ręką - prorok jakiś, czy co...
Dzwony
na wieży zamkowego kościoła zaczęły wybijać południe, kiedy na kolejnym meandrze
rzeki osiedli na piaszczystym brzegu. Wyciągnęli harfę i ustawili koło ławki.
Wokół było pusto, słońce świeciło ostro jak w lecie, wiatr wiał delikatnie i
ciepło. Rozebrali się do slipek, rozłożyli ubranie na ławce i żeby się rozgrzać
szybko biegali po nabrzeżu. Podszedł do nich umundurowany strażnik miejski z
psem.
-
Panowie zakłócacie moralność publiczną. Proszę się natychmiast ubrać i przestać
wyczyniać te zgorszenia.
Leszek
mrugnął do Andrzeja.
- Wie
pan, dawno się nie widzieliśmy i stęskniliśmy się. To taka nasza gra wstępna.
Może się pan przyłączy? My lubimy tak czasem w trójkę, a pan taki prawdziwy
mężczyzna...
Strażnik odsunął się o krok i poprawił szeroki pas w spodniach.
- No,
no, uważajcie sobie, ja tu służbowo jestem... - rozejrzał się i wskazał na harfę
- a to co jest?
Leszek
spojrzał strażnikowi głęboko w oczy.
-
Wiedziałem, że pan zechce... To jest taki stymulator uczuć. Kto go dotknie, od
razu chce się kochać, z pierwszą osobą, na którą spojrzy - skrzyżował ręce na
podbrzuszu - niech pan tak na mnie nie patrzy, bo nie będę mógł wytrzymać, ja go
dotykałem...
Strażnik odsunął się jeszcze dalej, pies podszedł do harfy i już zamierzał
podnieść nogę, ale w tym momencie zerwał się wiatr i struny zaczęły dźwięczeć.
Owczarek przestraszył się i podbiegł do strażnika.
-
Widzi pan – Leszek pokazał ręką na psa - piesek chce się kochać, niech pan
będzie miły dla zwierzaczka...
Strażnik splunął, bez słowa odwrócił się i odszedł, trzymając psa na dystans.
- To
zawsze działa – Leszek wzruszył ramionami - do bandziorów są odważni, ale jak im
kto o miłości, to uciekają... Róbmy coś, zimno się robi...
Włożyli jeszcze wilgotne ubrania, wytrząsnęli z harfy resztę wody i wygrzebali
się z nad rzeki na nadbrzeżny bulwar. Szli chodnikiem, roztrącając przechodniów.
Do Filharmonii mieli na szczęście niedaleko, ale i tak zdążyli się solidnie
zmęczyć i narazić na dziesiątki nieżyczliwych uwag. Harfa była ciężka i
diabelnie nieporęczna, ale gdy odpoczywali na przejściu dla pieszych na środku
ulicy w czasie zmiany świateł, podszedł do nich stary mężczyzna z futerałem od
skrzypiec pod pachą.
-
Harfa ma kółka, może pojechać - powiedział.
- Co
innego wiolonczela - dodała ładna blondynka, ustawiwszy się koło nich ze swoim
instrumentem - dobrze, że nie musieliście jechać tramwajem...
- Ja
kiedyś próbowałem tramwajem - usłyszeli z tyłu. Szczupły jak tyka pryszczaty
młodzieniec odpoczywał, oparty o wielki chiński bęben - nie mieściło się ani
przodem, ani tyłem. W końcu drzwi nas rozdzieliły, bęben jechał w środku, a ja
biegłem obok! Wyobrażacie sobie miny kierowców!
- Ja
nie miałam nigdy takich problemów - zażywna brunetka potrząsnęła niewielkim
czarnym futerałem - flecik można nosić choćby w torebce. Nie zmienia to jednak
faktu, że nawet z fletem trzeba przechodzić na zielonym świetle...
-
Zasadniczo tak - dorzucił puzonista niosący instrument bez opakowania. Zniżył
głos - Podobno nie dotyczy to altowiolistów...
Wybuchnęli zdawkowym śmiechem, jakby ten środowiskowy dowcip słyszeli kilka razy
dziennie. Muzyków przybywało, wszyscy czekali na zmianę świateł, pojawiali się
nie wiedzieć skąd, już nie mieścili się na wysepce i zajmowali część jezdni.
Szyld Filharmonii widać było po drugiej stronie, przed drzwiami wejściowymi tłum
także gęstniał - zbliżała się pora codziennej próby orkiestry..
- To
przecież niemożliwe tyle czekać, idziemy - rzucił właściciel kontrabasu,
opatulonego w elegancki pokrowiec koloru wojskowej panterki.
Tłum
muzyków ruszył wprost nie zwracając uwagi na nadjeżdżające samochody, flecistka
i właściciel chińskiego bębna byli już niemal pod kołami autobusu, ale widać
światło zmieniło się w ostatniej chwili, bo Andrzej i Leszek popchnęli harfę i
zmieszani z tłumem muzyków nie wiedzieć kiedy dotarli bezpiecznie na drugą
stronę. Portier zwrócił się w ich stronę, ale zaaferowany spojrzał na zegar nad
ich głowami i nie zapytał, do kogo idą. Towarzyszący im muzycy rozchodzili się
za kulisami, każdy wchodził do swojej garderoby, w końcu zostali sami. Słabo
oświetlony korytarz przyozdobiony był zakurzonymi i wypłowiałymi plakatami
dawnych koncertów. Szli wzdłuż dziesiątek drzwi z wizytówkami rezydujących w
nich artystów. Harfa bezgłośnie jechała przed nimi, lekko tylko popychana przez
Leszka. Wreszcie Andrzej zauważył garderobę Julii. Zapukali. Nikt nie
odpowiadał. Zza nie domkniętych drzwi dobiegał delikatny dźwięk harfy i szelest
słów.
-
Niepotrzebnie żeśmy się śpieszyli - powiedział Andrzej - już jej załatwili drugi
instrument.
Leszek
pchnął drzwi.
- No i
kiedy weszłam dziś po południu - harfistka mówiła do telefonu - stała za
kulisami jak gdyby nigdy nic. Musieli ją wczoraj spakować bezpośrednio do luku
bagażowego, osobno instrument, osobno futerał, czasami tak robią, jak się
spieszą, choć ja na to nie pozwalam. Fakt, żeśmy się strasznie spieszyli, a
chyba łatwiej jest wynieść najpierw harfę, a potem futerał, kierowca trąbił, że
już odjeżdża, no to pewno tak zostawili, jak wynieśli. Wiedzą, że się o to
gniewam, więc nic mi nie powiedzieli, dziś rano wstawili i uciekli. Tak, mam tu
przy sobie, chcesz posłuchać?
Przyłożyła słuchawkę do harfy i delikatnie przesunęła palcami po strunach.
Leszek cicho przymknął drzwi i popatrzył na Andrzeja. Ten uderzył otwartą dłonią
w pudło rezonansowe, które wydało głuchy jęk. Harfa - ich harfa - jak dziecinny
wózek odsunęła się na kółkach i bezgłośnie uderzyła o ścianę. Andrzej podszedł
do niej i podnosząc ją jedną ręką, delikatnie włożył przez zamknięte drzwi do
pokoju harfistki. W garderobie znikła bez śladu.
Nie
zatrzymywani przez nikogo wyszli na ulicę. Wyraźnie pochłodniało i znów wzmagał
się południowy wiatr. Wysoko po bezchmurnym niebie od strony gór leciały setki
bezlistnych drzew, kierując się w stronę wschodzącego księżyca.