Maciej Pinkwart
Bajka wigilijna
Chcecie bajki? oto bajka... Była sobie...
Skąd to wszystko wiem? Nie wiem skąd. Mój związek z tą
rodziną trwa już tak długo, że pewno wiem o nich znacznie więcej, niż oni o
sobie nawzajem czy o sobie samych. Nawet wiekowa babcia, będąca skarbnicą
informacji o sprawach rodzinnych, odkurzaczem wchłaniającym plotki i najbardziej
lokalną gazetą, pełną bardzo drobnych ogłoszeń – tyle nie wie o tym domu, co ja.
Babcia, w końcu, od czasu do czasu wychodzi – na zakupy, do kościoła, czy
ostatnio coraz częściej – do lekarza. A ja jestem tu cały czas, wszystko widzę i
wszystko słyszę. Mam wrażenie, że jestem tu znacznie dłużej, niż wszyscy ci
obecni, nawet niż babcia, która kiedyś – pamiętam to dobrze – była młodą i
podobno piękną kobietą. Podobno, mówię, bo wydaje mi się, że moje poczucie
estetyki dość znacznie różni się nie tylko od babci, ale od wszystkich obecnych.
No, ale, jak to mówią – nie to ładne, co ładne, tylko co się komu podoba...
I każdy ma swój styl, a co styl – to człowiek.
Tylko ja nie jestem człowiekiem.
Nie pytajcie mnie tylko, kim jestem, bo sam nie wiem.
Sama nie wiem?
Samo nie wiem?
Tego też nie wiem.
Oczywiście, stwierdzenie braku wiedzy nie czyni ze mnie
Sokratesa, filozofia jest mi całkowicie obca, jestem po prostu dość precyzyjnym
obserwatorem tej ograniczonej przestrzeni, w jakiej przyszło mi bytować w
ostatnim czasie, nie do końca mam świadomość – jak długim. Mam doskonałą pamięć
i świetnie wszystko rejestruję w czymś, co gospodarze tego domu nazwaliby
„umysłem”, a ja nie całkiem się orientuję, co to w zasadzie jest. Pamiętam, jak
babcia obecnej babci była młodą kobietą i przychodził do niej w konkury równie
młody malarz, obdarzony średnim talentem, ale bardzo w niej zakochany. Namalował
wtedy jej portret. Pozowała mu w długiej sukni przez kilka wieczorów i udało mi
się spostrzegać ją coraz wyraźniej, z każdą chwilą coraz wyraźniej i
wyraźniej... Podobała mi się bardzo, tak jak malarzowi i nawet był czas, gdy
różnice między mną a malarzem zacierały mi się do tego stopnia, że nie było dla
mnie pewne, czy to nie ja ją maluję i nie ja mówię do niej coraz śmielej aż do
momentu, gdy malarz podszedł do panny, umazany farbą, pamiętam taką
zielonkawo-brązową plamę na prawej dłoni, pochylił się nad nią i powiedział:
- Jak się lepiej poznamy, zdejmiesz tę suknię i wtedy cię
namaluję taką, jak sobie teraz muszę tylko wyobrażać.
Panna zerwała się, uderzyła go, niemocno jak sądzę, w twarz,
i uciekła do drugiego pokoju, w którym teraz mieszka jej wnuczka, sama będąca
już babcią i z którego od czasu do czasu słyszę jej płacz. Jakoś bardzo
osobiście dotknęła mnie ta sprzeczka i choć nie było moim zadaniem jej
rozstrzyganie – wydawało mi się, że oboje mają rację i powinni się pogodzić. W
końcu to chyba dobrze, kiedy młody mężczyzna myśli o pięknie ciała młodej
kobiety i jej – jak dotarło do mnie znacznie później – pragnie, a ona przecież
tylko udaje, że się tego boi czy wstydzi. Zresztą tak było i tym razem,
następnego wieczoru pozowanie do portretu odbywało się jak zawsze i kiedy obraz
został ukończony, młody malarz przyszedł z kwiatami do mamy babci babci,
oświadczył się o jej rękę, został jej mężem i mógł próbować ją namalować tak,
jak ją sobie wyobrażał.
Ale nie namalował, bo wybuchła wojna i zastrzelili go zanim
zdołał nabić płótno na blejtram. Babcia wkrótce też zmarła i został tylko jej
portret na tym narzeczeńskim obrazie.
To ja.
Nie do końca tak. Nie jestem, w końcu, obrazem. Mogę myśleć,
pamiętać, czasem nawet udaje mi się czegoś dotknąć i coś zrobić konkretnego,
poza tym trwaniem w martwym polu, ograniczonym przez złocone, dziwnie powyginane
ramy. Ja w zasadzie tylko tu JESTEM. Raz na kilka miesięcy – kilka lat – nie
wiem, pojecie czasu w tym tutejszym rozumieniu jest dla mnie mało jasne – coś
pozwala mi opuścić obraz i przechadzam się po pokojach domu. Jakiś niezrozumiały
imperatyw każe mi sprzątać, pomagać, pocieszać, uśmiechać się na widok słodkich
twarzyczek dzieci, posapujących przez sen. Zwykle mnie nikt nie widzi. Ale
bywało i tak przez te nieskończenie długie lata i dziesiątki lat, że ktoś nagle
wszedł do pokoju, w którym akurat wymiatało się kurze spod szafy – ta robota
była jak dla mnie, z powodu wzrostu – i zanim udało mi się zniknąć, ten ktoś
spostrzegał mój niemodny, czerwony – albo jak mówiono kiedyś: krasny kubrak,
czapkę z pomponem, długą siwą brodę, zawsze mnie wkurzała, bo jakoś zbyt
jednoznacznie determinowała moją płeć, jakby nawet wbrew moim intencjom.
Zazwyczaj widywały mnie małe dzieci, im łatwiej było uwierzyć
w istnienie istoty, zbliżonej do nich wzrostem i takiej nierzeczywistej, jak
wszystko to, co im wieczorami opowiadano w nasennych bajkach. One też były mi
najbliższe, bo nie bały się mnie, nie dziwiły nawet specjalnie, tylko
przemawiały do mnie niezbyt zrozumiałym gaworzeniem, wyciągały pulchne łapki i
chciały się mną bawić, tak jak jedną ze swych lalek.
Do tego nie można było dopuścić. Kontakt fizyczny z żywą
istotą był dla mnie zakazany. Kto, kiedy i dlaczego mi tego zakazał – nie było
jasne, ale była we mnie jakaś straszliwa moc, która w takim kontakcie mogła
wyrządzić wielkie szkody i jak sądzę to było przyczyną, dla której nie wolno mi
było dotykać nikogo żywego. Przedmioty martwe w moich rękach dawały się dowolnie
kształtować, przenosić i naprawiać, nie całkiem było nawet pewne, czy trzeba
było ich dotykać, czy wystarczyło tylko się do nich zbliżyć.
Dorośli zwykle mnie nie widywali. A jeśli nawet, to brali
mnie za wytwór swojej wyobraźni, za przejaw nadużycia alkoholu czy wreszcie za
porzuconą zabawkę dziecinną. Kiedy jednak już się to zdarzyło, jakiś czas
tłumili to w sobie, ale zazwyczaj po paru godzinach, tak – niby-żartem rzucali
przy kolacji do innych:
- Ale śmieszne, wydawało mi się dziś po południu, że w kuchni
widziałem krasnoludka, taki był, o...
I sięgali gestem aż pod stół, tam gdzie zwykle leżały domowe
psy, czekając na resztki ze stołu. Psów nie dało się specjalnie lubić, bo
widziały mnie oczywiście i wyczuwały najlepiej, ale próbowały mnie gonić i
ugryźć, a może tylko się ze mną pobawić, no, ale były żywe, a z żywymi kontakt
był zabroniony. Raz jeden mnie dotknął. Tylko raz. Płakali po nim długo,
zwłaszcza dzieci, mnie też było go żal, jednak to nie była moja wina.
Potem, naturalnie znów następował powrót do portretu młodej
kobiety i mijały długie miesiące, może lata, nie bardzo orientuję się w czasie,
do momentu, kiedy to jakaś nieznana siła wyganiała mnie ze złoconych ram i znów
imperatyw czynienia dobra przenosił mnie do kuchni czy spiżarni, raz czy dwa
nawet dalej, do przydomowego ogrodu, gdzie trzeba było naprawiać kosiarki,
przekopywać grządki czy przenosić gniazda pszczół do brzęczących słodkim słońcem
uli. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie było jak tego przewidzieć, kiedy
i jak to nastąpi. Bo przecież przychodziło mi się materializować nie tylko jako
karzeł w czerwonym. Niekiedy była to zwiewna rusałka nad brzegiem ogrodowego
basenu, czasami zaś po prostu bliżej nieokreślone światła, powiewy chłodnego
powietrza, nie dające się zidentyfikować dźwięki czy zapachy. Moim życiem – nie,
to zdecydowanie nie jest dobre słowo! – kierowała jakaś nieznana mi siła, której
trzeba było się całkowicie podporządkować i która traktowała mnie czysto
mechanistycznie, jakbym nie był – nie była – nie było – całkowicie
odmaterializowanym duchem.
Nie, nie był to duch prababki, zaklęty w starym portrecie,
który za grzechy młodości pokutuje w złoconych ramach i od czasu do czasu, by
dać upust nadmiarowi energii, wychyla się z obrazu i pokrzykując dziarsko: HU
HA! – straszy gołowąsych młodzieńców i eteryczne panienki. Z biegiem czasu –
lat? stuleci? – jakoś udawało mi się oswoić z tym stanem, i nawet zyskiwać coś w
rodzaju samoświadomości, wiedzy o własnej osobie. Nikt mnie, rzecz jasna, o tym
nie pouczał, nie wzywał do gabinetu jakiegoś szefa mojego losu, który by prosił
siadać i mówił:
- No, pora aby się dowiedzieć prawdy o sobie...
A więc po pierwsze było zupełnym przypadkiem, że przyszło
mi trafić do tego akurat domu i do tej rodziny. Przed portretem w tym domu były
jakieś inne budowle, zamki, rudery i luksusowe pałace. Niejasno pamiętam wygodny
– wygodniejszy od portretu – związek z jakimś starym sprzętem, naczyniem czy
kielichem. Ale to wszystko były byty przejściowe, nietrwale i mocno
niematerialne. Odnoszę wrażenie, że kiedyś już raz zdarzyło mi się być dłużej
całkiem fizycznie w postaci mężczyzny, pamiętam, że byłem, że kochałem i
cierpiałem, byłem dobry, ale nie doceniono tego, a ja jakoś nie umiałem się
przystosować i moja kariera nauczyciela – bo chyba byłem nauczycielem? a może
lekarzem? królem może? zakończyła się szybko i dość dramatycznie. Ale to tylko
takie niejasne przebłyski, takie
dèja vu jak coś widzę w
telewizji, lub przemknie do mnie strzępek jakich niedzielnych opowieści babci.
Chyba czas i miejsce, w którym zdarzyło mi się być wcześniej, było bardzo
odległe od wszystkiego tego, co otacza mnie tutaj, i w ogóle nie porównywalne, a
jedynym łącznikiem między tymi światami było to, co wiązało się ze mną. Ale nie
mną z teraz, z portretu, nie mną z czerwonych kubraków, zwiewnych welonów i
skrzypiących szaf, nawet nie mną z tamtej długiej materializacji – tylko z mną z
daleka i wysoka, z rejonów tak odległych, że nie ogarnionych nawet dla mnie, a
co dopiero dla tych, którzy tu, czy gdziekolwiek indziej ze mną mieszkali, ani
wiedząc o mojej wszechobecności. Każdy z nich jakoś ją wyczuwał, ale oczywiście
nie był w stanie jej doświadczyć bardziej, niż te chcące się mną pobawić dzieci,
polujące na mnie psy czy też patrzące na mnie – a niewidzące – oczy.
Ale istoty tego wszystkiego nie mógł poznać nikt. Nawet ja.
Bardzo mi zależało – to oczywiste – na poznaniu swojej przeszłości, swego
pochodzenia i przede wszystkim celu, dla jakiego jestem i robię to, co robię,
ale gdy już-już wydawało mi się, że wiem – wszystko odpływało dalej, w mgłę
domysłów, a istota mojej misji niewątpliwie ważna i świetnie znana mocodawcom,
miała być skryta nawet dla mnie – wysłannika. Jakby cel był tak ważny, tak
tajny, że bali się, iż w krótkich momentach materializacji mogłoby zdarzyć się
coś, co unicestwiłoby ich kunsztownie skonstruowany plan.
I tego właśnie planu poznać się nie udawało.
Obserwując, można było sporo się dowiedzieć, a nawet nauczyć
zwyczajów ludzi, zwierząt, czy roli mnóstwa sprzętów, którymi się otaczali.
Dominujące wrażenie, jakie mnie przenikało w pierwszych okresach mojej tu
obecności to nadmiarowość wszystkiego: ludzie mieli mnóstwo niepotrzebnych
części ciała, ubrań, rzeczy i zachowań, które były całkowicie dysfunkcyjne,
niekiedy autodestrukcyjne. Ubierali się w kilka warstw odzieży, którą niekiedy
zrzucali wcale nie dlatego, że była im niepotrzebna, tylko w celach – jak to
udało się pojąć – poprawienia komunikacji między nimi, przy czym traktowali to
jako niezwykłe wyrzeczenie ze swojej strony. A jednocześnie sami codziennie
stawali bez odzieży przed lustrami i przyglądali się sobie.
Rodzili się nadzy i pierwsze ubrania traktowali wyłącznie
jako osłonę przed chłodem. A potem robili z tym zupełnie niezrozumiałe dla mnie
ceregiele. Ubierali się też w domy, które były zarazem składami mnóstwa
zapasowych rzeczy i części do rozmaitych urządzeń, ale i wyznacznikami
standardu. Właśnie to dążenie do wyrównania poziomu między poszczególnymi
osobnikami gatunku, połączone z przeciwstawnym dążeniem do wyróżnienia się było
dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Z punktu widzenia zachowania gatunku były to
wszystko działania niecelowe i szkodliwe. Ale gatunek trwał.
Moim zdaniem wszystko to, włącznie z samoprogramowaniem czy
reprodukcją osobników było powierzone przypadkowi i to w moim świecie – którego
intuicyjnie można było się domyślić gdzieś tam, przed epoką obrazu i tej
pierwszej materializacji – byłoby niedopuszczalne. Jednak żyjąc długo wśród
ludzi, czy może powiedzmy – długo tu bytując – jest się ogarniętym w coraz
większym stopniu przez tę zasadę częściowo kontrolowanego chaosu, której
oksymoroniczność wydaje się odrażająca komuś tak precyzyjnemu jak ja.
Ale, jak to już było wspomniane, moje ja w sumie nie należało
do mnie i ten ktoś – coś? – kto? co? tym wszystkim sterował, sprawiał wrażenie,
że już też się pogubił.
Święta, obchodzone w tym domu zawsze bardzo uroczyście, były
co roku dla mnie okresem bardzo trudnym, żeby nie powiedzieć - niemiłym. Wtedy
najbardziej odczuwało się swoją inność, obcość wobec gospodarzy. W tym roku
wydawało mi się, że zajdzie coś szczególnego. Być może były to przewidywania
kolejnej transmaterializacji, które zdarzały się nieregularnie, przypadkowo i
zupełnie poza mną, jednak im bliżej było do Wigilii, tym w coraz większy stopniu
pojawiało się u mnie coś, co niewątpliwie było wpływem ludzi na mój rozwój –
poczucie nieokreślonego niepokoju.
W wigilijny ranek poczucie to stało się tak dojmujące, że
udało mi się skupić myśli szczególnie mocno i coś mi powiedziało, że ten dzień
będzie przełomowy w moim życiu. Że moje związki z postacią z obrazu się skończą.
Nie powiem, żeby mnie to szczególnie ucieszyło.
Jednak przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, i nie
tylko człowieka... Choinka i nastrój świąteczny zawsze wzmagały to irytujące
poczucie dèja vu, ale w
tym roku szczególnie silnie dało się je odczuć. Jakby coś mi mówiło: to już
koniec oczekiwania. Wracaj, wysłanniku nieudanej misji niemożliwej....
Wigilia w tym roku wypadała w niedzielę, więc tato nie
poszedł rano do firmy i chyba ostatecznie wygoniony z kuchni, nie potrafił
znaleźć sobie miejsca, wytrącony z normalnego rytmu, który mu wyznaczała praca,
dom i sen. Siadł na fotelu, rozłożył wreszcie tę „Politykę” i zaczął czytać, ale
po kilku chwilach gazeta opadła mu na kolana, a on sam pogrążył się w myślach.
Jakoś to mnie niewiele obchodziło. Nikt nie zaobserwowałby u
mnie sentymentalnego podejścia do moich gospodarzy, których życie i postępowanie
było dla mnie niezrozumiałe. Dawali się lubić, to pewne, ale te ich problemy i
problemiki, wywołujące nieistotne kłótnie i nieuzasadnione radości nie stwarzały
dla mnie żadnej perspektywy porozumienia, przez swoją nielogiczność i niepewność
co do konsekwencji. Jednak – jak to tu mówią – kto z kim przestaje, takim się
staje i poczucie niepewności ogarnęło mnie od samego rana. Nie można było tego
zrozumieć. Co może być niepewnego w Wigilię? Tyle ich już tu było... Ludzie się
zmieniali, potrawy się zmieniały – choć w niewielkim stopniu, bo przywiązanie do
tradycji kazało im powtarzać co roku te same schematy – zmieniały się stroje i
moda, ale zasada była zawsze taka sama: kupowanie, szykowanie, gotowanie,
pakowanie prezentów, światła na choince, nakrywanie do stołu, jedno dodatkowe
nakrycie dla kogoś z drogi, rytualne jedzenie, rozdawanie prezentów, kolędy,
odsypianie przedświątecznego zmęczenia... Ale jednak...
Z mojego stanowiska obserwacyjnego widać było tylko salon i
kawałek korytarza, prowadzącego do kuchni. Za oknami słońce skrzyło na
ośnieżonych gałęziach. Do domu prowadziła droga, którą można było dojść na
przystanek autobusowy, nieco dalej był postój taksówek i to w zasadzie wszystko,
co dawało się zobaczyć z salonu. Kiedyś, podczas kolejnej materializacji, po
skończeniu pracy w ogrodzie przyszedł mi do głowy pomysł, by podejść do furtki i
obejrzeć większy kawałek miasta. Nie udało się. Po jej otwarciu – przeniosło
mnie znów do obrazu, a czerwony kostium, śmieszna czapeczka i mocno mnie
irytująca siwa broda, jak zwykle, gdzieś znikły.
Dziecko co chwila zaglądało do salonu, bo mu kiedyś
powiedzieli, że święty Mikołaj wejdzie przez kominek, żeby podrzucić pod choinkę
prezenty. Tłumaczyli, że nikt nie może go zobaczyć, bo inaczej prezenty znikną,
a taki zobaczony Mikołaj może zrobić krzywdę. Choć nigdy nie przychodził żaden
święty Mikołaj, było to dla mnie jasne i zrozumiałe, bo ze mną było to samo, ale
dziecko było jeszcze mniej logiczne niż dorośli, więc marząc o prezentach,
marzyło o świętym Mikołaju i o przechytrzeniu losu. Dorośli, oczywiście, jak co
roku go oszukali, bo wygoniwszy do kuchni, gdzie rzekomo z okna było widać
lepiej, podrzucili prezenty pod choinkę, otwarli okno, jakby je pozostawił
uciekający w popłochu Mikołaj i narobili rumoru, który miał zrobić na dziecku
wrażenie. Najpierw mnie to irytowało, potem śmieszyło, ale zawsze pozostawiało
pewien niesmak, że jedna z najtrwalej kultywowanych tradycji ludzi oparta jest w
pewnej mierze na oszustwie.
Okno pozostało jednak otwarte i zimny wiatr poruszał obrusem
wigilijnego stołu, na którym stały już półmiski z potrawami, a wokół było pięć
krzeseł i pięć nakryć – o jedno więcej, niż liczba domowników. Zawsze mnie to
trochę śmieszyło – to zostawianie wolnego miejsca dla niespodziewanego gościa,
który może nadejść i może być przedstawicielem Boga czy nawet samym Bogiem.
Postawiali te wolne miejsce od setek lat. Bóg nie nadszedł nigdy. To zrozumiałe
– w końcu, takich stołów i takich rodzin były setki milionów. A święta były
tylko raz w roku. Gdyby nawet Bóg pojawiał się co roku, i w każdym z
oczekujących nań domów spędził tylko chwilę, potrzebną do połamania się
opłatkiem, musiałby odwiedzać ludzi przez czas dłuższy, niż ludzie istnieli na
tej planecie...
Było mi zimno. To uczucie było mi w zasadzie zupełnie obce,
przecież nie było we mnie komórek, w których płyny ustrojowe z powodu mrozu
krążyłyby wolniej, ożywiająca mnie energia nie zmniejszała się przez
wychłodzenie, przeciwnie – było oczywiste, że gdyby tylko mi pozwolono –
wszystkie zimy na wszystkich światach mogłyby się dzięki mnie zamienić w
tropikalne lasy, albo przynajmniej w klimat śródziemnomorski, gdzie nawet w
środku zimy rośnie trawa i pasterze wypasają trzody. Takie zimno to coś tak
ludzkiego, zwierzęcego nawet, coś co mi się w zasadzie nie powinno dawać odczuć.
Ale było mi zimno. Jak przychodzącemu człowiekowi. Miałem
znów pójść jak wysłannik, człowiek do ludzi?
Szła od przystanku już dobrą
chwilę, a furtka przybliżała się bardzo powoli. Widziała nad sobą niebo,
rozjaśnione poświatą wielkiego miasta, i myślała sobie, że trudno będzie ludziom
wypatrzyć pierwszą gwiazdkę. Płaszczyk był zdecydowanie za cienki, jak na tę
porę roku. W zasadzie mówiono jej, że to będzie lato, co najwyżej późna wiosna,
no i klimat miał być zupełnie inny, cieplejszy, ale pewno się pomylili w
obliczeniach, to się zdarza, zresztą pewno w domu będzie ciepło, według
informacji miał być kominek, no i centralne ogrzewanie. Nie do końca wiedziała,
kim jest, ale to miało przyjść trochę później, jak receptory wychwycą więcej
informacji. Stanęła przed furtką, nacisnęła dzwonek, poprawiła włosy. Gdzieś za
domem zaszczekał pies, podbiegł do furtki, zaskomlił i uciekł. Zmartwiła się,
czy może źle wygląda, psy tak podobno reagowały na kogoś, kto im się nie
podobał, ale jakoś tak nie wypadało jej wyciągać lusterka i sprawdzać. Była dość
gruba, to pewne, ale z pewnością nie powinno to straszyć, zwłaszcza zwierząt...
Styliści bardzo się starali, żeby wyglądała w miarę atrakcyjnie. Jak obrazek,
mówili, jak obrazek...
Na ganek wyszła starsza kobieta, za nią młody mężczyzna.
- Pani do kogo?
- Nie wiem – rozłożyła ręce – przechodziłam... Chyba się
zgubiłam, zimno mi, głodna jestem, w moim stanie nie mogę dużo chodzić, szukałam
hotelu, ale nie było miejsca, więc tak się rozglądam po okolicy...
Popatrzyli na siebie, on postąpił krok do przodu. Poczuła, że
jej się przygląda.
- Pani poczeka chwilę.
Weszli do domu. Marzła. Musiała tam wejść, ale nie mogła
zrobić tego siłą. Powinni ją zaprosić. Nie wiedziała, dlaczego tak to zostało
ustalone, ale jakby ten fakt miał zrekompensować jakieś niedostatki pierwszego
projektu. Słyszała, że wtedy nie było miejsca, nikt nie chciał pomóc, już na
początku pojawiły się trudności, autorzy projektu powinni wyciągnąć wnioski i
jakoś korelować realizację, ale tego nie zrobili, poszli na żywioł, no i wyszło
jak wyszło. Miejsce nie było wybrane przypadkowo, w końcu tu, a nie gdzie
indziej od dziesiątków lat mieli rozpoznanie, a wysłannik, spokojny teraz i
zadowolony, też się tu czuł jak u siebie, ale ludzie zachowywali się
nieprzewidywalnie. Zawsze się tak zachowują i dlatego tak trudno jest z nimi
cokolwiek zrobić.
Jednak wiedziała, że się dostanie do środka. Tak czy inaczej.
Plan „B” przewidywał oczyszczenie pola operacyjnego już na samym początku. Z
jakichś względów to miało być gorsze, ale alternatywa taka niewątpliwie
istniała. Miała aż nadto energii. Ale było jej zimno – ludzkie ciało jest takie
słabe...
Wrócił tylko mężczyzna.
- Zje pani z nami Wigilię, a potem się zobaczy. Mamy przecież
przygotowane wolne miejsce. Jak co roku.
Powiesiła płaszcz w korytarzu, została w nieco zniszczonych
butach na obcasach. Styliści projektu opracowali kostium typu „dziewczyna z
sąsiedztwa”, atrakcyjna, ale mniej, ładna, ale trochę, zawsze pół kroku z tyłu
niż każdy inny, ale wzbudzająca zaufanie i chęć niesienia pomocy. Młoda kobieta
uśmiechnęła się na jej widok, musiała wyglądać na mocno zabiedzoną, bezradną, a
przez to bezpieczną. Jej matka też ją zaakceptowała, nie wiadomo czemu, bo
według przewidywań i planów powinien pierwszy to zrobić mężczyzna. Tymczasem i
on, i dziecko trzymali się na dystans. Ludzie są nieprzewidywalni.
Gdy weszli do salonu, dziecko rzuciło się w stronę góry
prezentów, ale powstrzymali go uwagą, że jeśli dotknie się któregoś z nich przed
zjedzeniem kolacji – to wszystko zniknie. Uśmiechnęła się. Nawet nie wiedzieli,
jacy są bliscy prawdy. Rozmowa przy stole była nieco wymuszona, wydawało jej
się, że są niezbyt zadowoleni z jej nieobecności. Zabawne. W projekcie nr 2
wiedziano dobrze, że do tradycji świątecznej należy ustawianie dodatkowego
nakrycia dla nieoczekiwanego gościa, ale jak on już przychodzi – to najchętniej
albo by go poszczuli psami, albo przynajmniej nie wpuścili do domu. Tu,
naturalnie, taki przypadek nie mógł mieć miejsca, ale sympatycznie też nie było.
No, ale w końcu nie miało być sympatycznie, tylko skutecznie.
Nikt nie zapytał jej o nazwisko, ale ona i tak nie mogła
ujawnić, kim jest. Wysłannicy nigdy się nie ujawniają. Ci, którzy pomagają
wysłannikom – tym bardziej. Naturalnie, kiedyś miało nastąpić przemienienie i
ujawnienie zewnętrznego projektu, ale co było ostatecznym celem misji, nie
wiedziała ani ona, ani wysłannik, który podobno tak długo się do niej
przygotowywał, że wszystko musiało pójść jak z płatka. Liczyła na to, że
sytuacja w miarę rozwoju pokieruje nią odpowiednio, no i nie zawiodła się.
Mężczyzna przyglądał jej się dłuższą chwilę, jak jej się wydało – dość
natarczywie, no i zaczerwieniła się, zgodnie ze wszystkimi regułami
podręcznikowymi. Spuściła oczy, potem je podniosła i zadbała o to, by trzymać je
przez dłuższą chwilę szeroko otwarte. Były wielkie i niebieskie, co w połączeniu
z długimi, prostymi włosami blond powinno odnieść oczekiwany skutek. Odniosło.
- Przyglądam się pani i chciałbym o coś zapytać...
- Proszę, teraz pierogi z kapustą i grzybami – kobieta
podsunęła mu półmisek, jakby chcąc mężowi przerwać. Przesunął go w jej stronę.
Zmusiła się do nałożenia jednego. Śmieszyło ją trochę to napychanie sobie
wnętrzności takimi paskudztwami. Już i tak była gruba.
- Przypomina mi pani kogoś, nie wiem czy nie pomylę
nazwiska... Znam w zasadzie tylko z jakiejś książki, z obrazków... Czy dobrze
kojarzę nazwisko, bodaj Joachimowicz? Bo mi się tak coś głowie plącze...
Znów podniosła oczy, poprawiła włosy. Co miała powiedzieć?
Czy rozszyfrowanie pierwszej powłoki może zaszkodzić projektowi na kilka godzin
przed jego rozpoczęciem?
- Nie, nie przypominam sobie... Może ktoś podobny, może z
dalszej rodziny...
Żona przysunęła jej przyprawy, posoliła barszcz.
- Nie, nie, na pewno już kiedyś się widzieliśmy...
Teściowa popatrzyła na niego.
- Och, to nieważne... Pani na pewno jest zmęczona, prawda? W
pani stanie powinna pani dużo odpoczywać. Może przenocuje pani u nas, mamy taki
niewielki i skromny pokój gościnny, a jutro poszukamy pani czegoś
odpowiedniejszego. Pani tu w interesach, czy prywatnie?
Spuściła głowę.
- Zostałam wezwana do sadu, wie pani... Do ewidencji
ludności. Mój..., no, ktoś z kim byłam, tu kiedyś mieszkał i teraz są potrzebne
takie różne dokumenty. Przykra sprawa, chodzi o ustalenie ojcostwa...
Kobieta poruszyła się, spojrzała na dziecko.
- Jedz szybciutko, pewno chcesz zobaczyć prezenty, prawda?
Dziecko ochlapało się barszczem. Wyglądało jakby wpadło w
ręce czarnych rycerzy Króla. Uśmiechnęła się. Reminiscencje poprzedniej akcji.
Mężczyzna nie ustępował.
- Jest pani córką Anny?
Pokręciła głową, a potem pokiwała. Doszła do wniosku, że nie
ma co brnąć dalej w tę dyskusję.
- Nie chciałabym o tym mówić, może później. Jest Wigilia,
państwo tacy uprzejmi, a maleństwo czeka na prezenty.
Kobieta odsunęła krzesło i wzięła dziecko za rękę, tłumacząc
mu, że musi się przebrać. Gdy wrócili, oczywiście zauważyła, gospodyni dorzuciła
coś do stosiku pod choinką, skończyli kolację już bez słowa, jeśli nie liczyć
coraz bardziej podekscytowanego paplania dziecka. Irytowało ją. Wreszcie
prezenty zostały rozdane. Dostała ładną szminkę. Zaśpiewali kolędę i aż się sama
zdziwiła, skąd ją tak dobrze zna, choć przysięgłaby, że słyszała ją pierwszy
raz.
-
Wśród nocnej ciszy, głos się rozchodzi...
Pościelili jej na maleńkim łóżku, w którym ledwie się
zmieściła z jej brzuchem. Mężczyzna chciał jeszcze pytać o jej rodzinę, ale
powstrzymany wzrokiem żony, pożegnał się pod drzwiami pokoju gościnnego.
Zamknęła drzwi i otworzyła okno. Byli już niedaleko, sądząc po coraz szybciej
powiększających się światłach pozycyjnych. Po północy, którą wybił stary zegar w
salonie, nadszedł czas. Przeszła bezszelestnie przez wszystkie pokoje i każdego
dotknęła tylko raz. Tylko raz. Wyglądali na szczęśliwych, cokolwiek to znaczy.
Pole było oczyszczone. Wróciła do salonu, zrzuciła kostium, rozprostowała
skrzydła, z niepotrzebnego już brzucha wyjęła dziecko i trzymając je w objęciach
usiadła w fotelu.
Światła na choince przygasły, gałązki drzewka poruszyły się,
jakby ktoś między nimi przeszedł, a wśród nocnej ciszy rozszedł się głos.
Nowy Targ, Wigilia 2006