Maciej Pinkwart

Coffee time

 

D

uchy pojawiły się u nas właściwie nieoczekiwanie, ot tak, ze środy na czwartek. A dokładniej w czwartek, w porze kofitajmu. W sumie zresztą nie u wszystkich nas, tylko u Marianka, który z uwagi na swój charakter był w zasadzie ostatnią osobą, która mogłaby nam o tym powiedzieć. Przyniósł kawę z kuchennego stolika, posłodził jak zwykle trzy łyżeczki, pomieszał, łyknął, skrzywił się od gorąca, przegryzł herbatniczkiem i rzucił, do wszystkich i do nikogo w szczególności:

- Duchy są na Ogrodowej, w tej willi, co idzie na przetarg…

Zakrztusiłam się kawą i musiałam wyjść do łazienki przeprać sweterek. Bałam się, że zostanie plama, po południu był opłatek u burmistrza, a ponieważ był dzień przyjmowania stron, więc absolutnie nie miałabym czasu pojechać do domu się przebrać. Zresztą, jak się wraca do domu po pracy, to już szanse na drugie wyjście są mizerne, zwłaszcza przy trójce dzieci i niani, której nikt nie lubi, nawet ja. Zwłaszcza ja, no, ale nie było wyjścia. Plama zeszła szczęśliwie, zresztą kiedyś Mirka przyniosła taki specjalny odplamiacz, w Niemczech kupiony, działało szybko i skutecznie i nawet nie robiło dziur. Tylko musiałam założyć trochę mokry, bo jak podgrzałam suszarką, to się zaczął mechacić. W sumie jednak nie miałam do Mariana pretensji, mogłam się nie krztusić, w końcu duchy to normalny temat rozmów przy kofitajmie, tyle, że nie u nas. No i nie, żeby u Marianka.

Kiedy wróciłam, a było to po dobrej chwili, panowała cisza, nikt też nie wrócił do pracy, mimo że było już wpół do jedenastej, bo jednak mi z tym sweterkiem trochę zeszło. Mirka poprawiła mi wywiniętą metkę przy kołnierzu, bez słowa i wszyscy patrzyli na mnie. Nikt na Marianka nie zareagował, bo taka była zasada, że zanim ja się nie wypowiedziałam krytycznie to nikt tego nie robił, wiadomo – czekali na to, aż szefowa ustali, jaka jest tendencja. Byłam szefową od trzech lat i wprowadziłam pewne zasady, które ułatwiały życie. Nie tylko mnie. Na przykład kofitajm. Spotykaliśmy się co dzień o dziesiątej na pół godziny, żeby omówić wszystkie ważne sprawy, ale nie jak na naradzie produkcyjnej, tylko jak u cioci na imieninach, w czasie porannej kawki. Na Zachodzie jest to wszędzie, ale tylko przez pół godziny. Pomagało to przez resztę dnia utrzymać dyscyplinę. Przy kofitajmie bywało luźniej, ale w końcu jak wyszłam do łazienki to kofitajm uległ zawieszeniu, więc czekali. Zasady muszą być, bo bez nich będą kwasy,

Marianek wziął następnego herbatniczka, popił kawę i nabrał powietrza, żeby kontynuować, jednak na wszelki wypadek odczekał zanim nie upiłam swojej i ostrożnie odstawiłam filiżankę na talerzyk.

 - Żałowałem potem, że nie zrobiłem zdjęcia, ale trochę mi nie wypadało, no a potem przewróciły szafę i nalewka się wylała, nawet nie wiedziałem, że stała na tej szafie, nikt zresztą nie wiedział, no chyba, że one, bo one to chyba wiedzą więcej, nie?

Zastanowiłam się nad tym przez moment, ale w sumie były ważniejsze sprawy, willa miała iść na przetarg i nasza pracownia została wyznaczona do ustalenia ceny wywoławczej, termin mijał w przyszły wtorek, więc duchy i ich właściwości mogły poczekać.

- Ale co właściwie się stało? – zapytałam, bo najbardziej zaniepokoiła mnie ta szafa z nalewką, dawniej robili te szafy porządne, willa była stara i pewno nie mieli tam regałów wyszkowskich, a gdańska szafa mogła by uszkodzić konstrukcję wylewki, albo ścianę nośną, a wtedy los przetargu i zwłaszcza terminowość naszego kontraktu stawała pod znakiem zapytania.

- I kogo to były te duchy? – ośmieliła się Gośka, widząc, że mnie odblokowało, kofitajm się nie skończył, więc można jeszcze temat pociągnąć.

- Nie kogo, tylko czyje się mówi – poprawił odruchowo Andrzej, on zawsze poprawiał wszystkie teksty w naszych opracowaniach, oczywiście oprócz moich, bo jednak jakaś hierarchia musiała być zachowana.

- Duchy jak duchy, biała plama i brzęk łańcuchów, i wołanie uhuuuu… Wszystkie duchy są takie same – powiedziała ze znawstwem Ewelina, jakby codziennie w łazience urządzała przy makijażu seanse spirytystyczne. W sumie mogła, bo trwało to przynajmniej godzinę, w związku z czym pewno wstawała zaraz po północy, żeby ze wszystkim zdążyć przed ósmą. Samo wybieranie ciuchów zajmowało jej drugą godzinę, sama mi mówiła.

Nikt jednak Marianka nie wyśmiewał, nie pytał czy aby nie był pod gazem, ani nie zarzucał mu kłamstwa. Jak Marianek powiedział, że były duchy – to były. Albo przynajmmniej tak wyglądały.

- Wcale, że nie – Marianek zdecydowanie odstawił filiżankę po kawie i spojrzał na zegar na ścianie. Stanowczo należało już wracać do pracy, bo dyscyplina za chwilę by legła w gruzach. – Żadna biała plama i łańcuchy. Normalnie, jak ludzie. Gośka była w dżinsach i zielonej bluzce, Andrzej w czarnej koszuli z krótkimi rękawami, a pani kierownik w tym z długimi rękawami i z kołnierzem takim białym. No, a tamten czwarty facet to jakoś tak w sztruksach, ale nie wiem dokładnie, bo pierwszy raz go widziałem.

Nikt się nie odezwał, więc pewno ja musiałam.

- Panie Marianie, to znaczy się my tam byliśmy, czy duchy? Bo my to jak pan wie, byliśmy tu w firmie, zresztą zima jest i na pewno Gosia nie byłaby w bluzce.

- A ja nie wkładam na śnieg koszuli czarnej z krótkimi – uzupełnił Andrzej – Marianku, to nasze duchy były?

- Wasze – kiwnął głową – słyszałem jak rozmawiacie. Normalnie weszliście z podwórza przez ścianę, rozmawialiście o wycenie, jakbyśmy to kiedyś już robili, po czym ona – pokazał na Gosię – dotknęła szafy, szafa tak wolno upadła, ale nikomu nic się nie stało, ona się tak wolno przewracała, że i ja, i pan Waldek z finansowego zdążyliśmy spokojne uciec do korytarza, no i jak wróciliśmy szafa leżała na podłodze, a was już nie było.

- Waldek też to widział?

Marianek kiwnął głową.

- Widział. Powiedział, że to dla niego nie pierwszyzna, już drugi raz w tym tygodniu widział duchy. Ale operat zrobił, tu mam.

Doszłam do wniosku, że tak daleko nie zajedziemy, więc kazałam wszystkim wrócić do roboty, dochodząc do przekonania, że duchy mogą poczekać, a wycena nie. Zwłaszcza, że to były nasze duchy, więc chyba poniekąd od nas zależne. Z wyjątkiem tego w sztruksach, ale Marianek mógł go nie poznać, był najmłodszy i pracował z nami dopiero od roku.

Sprawdziłam wszystkie wyliczenia i ustalenia tego projektu, tak na wszelki wypadek, choć zdawałam sobie sprawę, że żadne z założeń nie mogą być przyczyną tego, co się wydarzyło na Ogrodowej, jeśli oczywiście cokolwiek się wydarzyło, bo tak do końca nie można było wykluczyć tego, że Marianek zwariował. To, że chce nam zrobić kawał w ogóle nie wchodziło w grę – nie miał za grosz poczucia humoru, w dodatku do swojej pracy podchodził śmiertelnie serio. Ale jakikolwiek szwank na psychice też był mało prawdopodobny – jak się wydaje, nasz najmłodszy kolega psychiki nie miał również, do czego skutecznie przyczyniły się zarówno studia na Politechnice Świętokrzyskiej, jak i dwa lata pracy u Ba­uera w Niemczech. Kiedy się śmieliśmy, że wzorem dziadów został wywieziony do pracy u bauera, kompletnie nie rozumiał dowcipu, a gdy mu wyłożyliśmy kawę na ławę, wzruszył ramionami i powiedział, że firma Bauera miała najlepsze warunki socjalne. I zajmowała się budownictwem, a nie rolnictwem.

Taki facet, spośród naszej sześcioosobowej załogi, byłby ostatni, który mógłby nas próbować robić w konia. Pomijając już to, że trudno mi było sobie wyobrazić, po co miałby to robić. No i miał świadka, Waldka z finansowego. Jeśli można sobie wyobrazić dwóch facetów najmniej skorych do fantazjowania, to byli właśnie oni.

Wezwałam go jednak dopiero na pół godziny przed terminem, w którym miałam zacząć przyjmować strony, żeby personel sobie nie pomyślał, że przejęłam się tymi duchami. Po prostu zadzwoniłam do niego na wewnętrznym, żeby przyniósł tę część planów, jakie miał już gotowe i operat finansowy.

- Ile panu pomieszczeń jeszcze zostało do narysowania? I ile czasu pan potrzebuje na to?

Podszedł bliżej, spojrzał pytająco na mnie, kładąc rękę na oparciu krzesła. Nie ma co mówić, może był trochę tępawy, ale za to dobrze wychowany. Pokazałam ręką, żeby siadał. Mowa ciała najlepiej trafia do tych, co są tak prostolinijni, jak Marianek.

- Tam, znaczy się, na Ogrodowej? No, ze dwa na parterze i całe pierwsze piętro. To znaczy to…

Położył na biurku kalki z przerysami, ale było mu nierówno, więc zapytał znów jak grzeczny uczeń:

- Pani kierownik, czy mogę tu zrobić trochę miejsca?

Wyciągnął spod arkusza spory pistolet, kajdanki i coś, co wyglądało jak paralizator, widziałam w telewizji, jak tego Polaka w Kanadzie policja tym załatwiła.

- Nie będzie pani teraz potrzebne? – upewnił się, i u Marianka nawet to nie zabrzmiało jak dowcip, tylko jak rzeczowe zapytanie. Odruchowo pokręciłam głową.

- Ale skąd to…

Ostrożnie przesunął wszystko na boczny stolik i wygładził kalki z tymi swoimi planami.

- Pewno zostało z tej agencji ochrony, co tu była przed nami. Może sprzątaczka znalazła i nie wiedziała, co z tym zrobić, to zostawiła pani kierownik do decyzji. A więc – pokazał długopisem – tu jest rozrysowany korytarz, po lewo kuchnia i sanitarne, dwa oczka są, po prawej jedna sypialnia jest zrobiona i zacząłem ten salon, z tą szafą.

Pokręciłam głową. Może nie mam tak mocnej psychiki jak Marianek, na którym zresztą te militarne gadżety nie zrobiły żadnego znaczenia, widocznie uznał, że skoro pani kierowniczka chce mieć na biurku pistolet, to jej sprawa, ale pamiętałam, że agencja wyprowadziła się stąd wiosną i zaraz potem był tu generalny remont, z przestawianiem ścian i malowaniem. Szpilka by się nie uchowała, a co dopiero wyposażenie detektywa, który zresztą na pewno by takiego czegoś nie zostawił. A poza tym, z całą pewnością byłam tu cały dzień, z wyjątkiem tego kofitajmu, i tego wszystkiego tu nie było. Nawet przed przyjściem Marianka poprawiałam zdjęcie dzieciaków z Romkiem, bo chciałem, żebym wyglądała bardziej rodzinnie, jak będę przyjmować strony, ludzie lubią takie ciepełko, i ta ramka stała dokładnie w tym miejscu, z którego Marian usunął pistolet. Postanowiłam zbagatelizować sprawę i pomyśleć o tym jutro.

- A ta szafa – wróciłam do tematu – to upadając nie zniszczyła konstrukcji? Ciężka była? I w ogóle jak to się wszystko tam podziało?

Marianek odłożył kalki na podłogę, zostawiając tylko plan salonu.

- Uszkodziła nalewkę, a jej samej nic się chyba nie stało, drzwi nawet nie wypadły. I chyba jakaś bardzo lekka była, skoro Gosia jednym palcem, zdaje się wskazującym, ją przewróciła.

I opowiedział, że jak weszli do salonu, to było pusto, więc położyli ubrania na fotelach i od razu z Waldkiem, który wyraził ochotę do pomocy żeby, jak stwierdził, trochę się rozgrzać – wzięli taśmę mierniczą i łapali wymiar przy podłodze, a potem Marian ustawił laserowy dalmierz, a Waldek zapisywał oba pomiary, tak na wszelki wypadek. No i kiedy przy trzeciej ścianie wycelował obiektyw w stronę okien – przy stole już byliśmy my. A Andrzej nawet zrzucił jego kurtkę na podłogę, nie żeby miał do niego pretensje, bo podłoga była dość czysta, zresztą gdzie miał położyć, przecież nie do tej szafy.

- I przez ścianę weszliśmy? – upewniłam się.

- No, nie całkiem tak, ale ponieważ Waldek stał w drzwiach od korytarza, a ja przy tych do sypialni, no to nie weszli państwo przez drzwi. A poza tym, jak podniosłem wzrok, to pani kierownik, jeśli mogę się tak wyrazić, była jeszcze nie całkiem… No to znaczy, ja bardzo przepraszam, nie do końca…

Zapultał się w tym swoim dobrym wychowaniu i musiałam do podtrzymać psychicznie. Jednak, jak się okazało, miał psychikę.

- Proszę śmiało, przecież chodzi nam o fakty.

- Tak jest. To znaczy – to był taki efekt, jakby pani dopiero tu przenikała, bo przez pani ciało, to jest, ja bardzo przepraszam, nie w tym sensie, znaczy - przez postać jeszcze widać było trochę okna i ściany, bo tam na południowej ścianie jest takie okno, 2,20 szerokie, o tu jest, na planie, a potem już nie było widać. Jakby właśnie to wszystko przeniknęło przez tę ścianę. No, a poza tym wiedziałem, że państwo jesteście w biurze, że jest przed Bożym Narodzeniem, śnieg i mróz, a państwo byliście w letnich ubraniach, no to sobie o tych duchach pomyślałem. Nie w złym sensie, że jakby po śmierci, skąd, tylko, że jakby coś działało niezależnie od ciała, przepraszam jeszcze raz, bo materialnie to byliście tutaj, prawda?

- A co pan Waldek?

- Pan Waldek powiedział, że to nic takiego, że się posprząta. Zresztą okazało się, że tej nalewki to jeszcze sporo zostało, więc chciał ją sobie wziąć, ale jak wróciliśmy, to jakby razem z karafką wyparowało, a dalej to już nie wiem. Więc poszliśmy do kuchni i w tej kuchni napisał mi wycenę tego, co już pomierzyliśmy. O duchach nie rozmawialiśmy, tylko to powiedział, że już to wczoraj było, że teściowa, która wyjechała w piątek do Bielska do drugiej córki, znowu się pojawiła, a na uwagę, że przecież mama wyjechała przedwczoraj, nie zrobiła mu awantury jak zwykle, więc pomyślał, że materialnie jej nie ma. Ale, jak stwierdził, duch teściowej jest lepszy niż teściowa jako taka, więc się nie przejął. No i dlatego o tych duchach mówiłem, ja bardzo panią kierownik przepraszam.

Ewelina zadzwoniła interkomem, że jest już pierwsza strona, więc Mariankowi kazałam wracać do pracy, a sama musiałam jeszcze przed przyjęciami sprzątnąć te gadżety po agencji, ale kiedy popatrzyłem na stolik, zauważyłam, że sprzątnęły się same. Stolik był pusty, tak jak przedtem. Pozostało mieć tylko nadzieję, że same też nie powrócą w czasie rozmowy ze stronami.

 

N

a opłatek oczywiście się spóźniłam, bo korki zrobiły się okropne, a po wczorajszych śnieżycach służby miejskie dopiero się organizowały – jak wiadomo, pługi wyruszają na miasto dopiero wtedy, kiedy przestanie padać, żeby efektów ich pracy nie zasypało – a w dodatku w ogóle przestały działać światła, co podobno w niektórych dużych miastach drogowcy robią specjalnie, żeby ułatwić poruszanie się na zasadach samoorganizacji, ale my nie jesteśmy dużym miastem i ludzie raczej są przyzwyczajeni do tego, żeby im mówić co i kiedy mają robić. Ein, zwei, drei – wszyscy w prawo. Wszyscy na wprost, wszyscy w lewo. No, w lewo to nie wszyscy, jeszcze się boją. To żarcik taki był. Ale wcale mi nie było do śmiechu, kiedy zobaczyłam, że przeciwległym pasem naszej głównej i jedynej czteropasmówki przelotowej auta jadą lewą stroną. W naszym kierunku ruch był prawostronny, z powrotem – lewostronny. Na razie mogło mnie to nie obchodzić, ale w końcu będę tamtędy wracać, więc może być kłopot. Byłam, co prawda, w Anglii, i wiem, że tam jeżdżą odwrotnie, ale nie byłam tam jako kierowca. Choć wystarczająco dużo stresu miałam jako piesza.

W każdym razie zanim znalazłam miejsce do zaparkowania, wyznaczone specjalnie dla urzędników miejskich i powiatowych, zanim się docisnęłam do szatni i potem jeszcze coś zrobiłam z twarzą, żeby mimo wszystko wyglądać odświętnie, choć to był czwartek – zeszło mi trochę i musiałam wparować już prawdopodobnie po przemówieniu burmistrza i proboszcza, bo na sali był trochę chaotyczny tłok, ludzie przechodzili z jednej strony na drugą i zauważyłam, że już w robocie jest opłatek i życzenia. Przystanęłam, żeby się w tym wszystkim połapać i najważniejsze, że zauważyłam, w której części sali jest bufet z kanapkami, bo opłatek opłatkiem, ale obiadu dziś nie jadłam i w brzuchu mi burczało. Zauważyłam koleżankę z geodezji, akurat mi było na rękę, bo jedna strona dziś miała jakiś geodezyjny problem, no i jak się już skończyłyśmy całować na dobry wieczór, jeszcze nie zdążyłam jej zapytać, co jest grane, kiedy ona pociągnęła mnie pod okno, gdzie nie było akurat ludzi i szepnęła:

- Ty, Iśka, w której opcji startujesz?

Ani ona, ani nikt nie mógł się przyzwyczaić, że ja Jadwiga jestem. Poza mojąa mamą, ale jej było łatwiej, bo ona też jest Jadwiga. Jakoś widać moi rodzice nie mieli inwencji, albo byli w stresie, bo czekali na syna. No więc stanęło na Iśce.

- Wszystko jedno, byle koło kanapek i żeby nie było gdzieś Wandy ze skarbówki. Albo innej długonogiej blondynki.

Chciałam być dowcipna, ale chyba słabo mi wyszło, bo Halinka nie załapała i dopytywała dalej:

- U starego czy u nowego?

Zastanawiałam się, czy nowy znaczy młody, bo jeśli tak to raczej u nowego, ale zanim zdążyłam coś dowcipnego znowu powiedzieć, Halinka ścisnęła mnie za ręką i pokazała oczami przed siebie. Do stolika z kanapkami, gdzie w międzyczasie zgromadziło się już kilka osób, szybkim krokiem podążał burmistrz nasz odwieczny, z talerzykiem pełnym opłatków. Nie było obok niego asystentki ani pomocnika od spraw mediów, był kompletnie sam. W dodatku, gdy tylko podszedł do ludzi, ci przestali interesować się kanapkami, zdawkowo odpowiedzieli na życzenia i odeszli. Burmistrz zobaczył mnie i szybko skierował się w naszą, to znaczy Halinki i moją, stronę. Uścisnęliśmy się na misia, przełamaliśmy opłatkiem, przeprosiłam za spóźnienie i wyraziłam przekonanie, że jego przemówienie na pewno przeczytam jutro na stronie miejskiej w interku. Pokręcił głową.

- No, wiesz, nie wiem co będzie jutro, To znaczy, kiedy będzie jutro.

Pomyślałam, że spóźniłam się znacznie bardziej, niż na to początkowo wyglądało, ale burmistrz nie wyglądał na to, żeby zaczął wieczór od kilku głębszych.

- Iśka, sporo się spóźniłaś. Przynajmniej w części tej sali jest już za rok.

Pokazał ręką w stronę estrady, gdzie do występu szykowała się jakaś grupa teatralna. Kółko miejskich działaczy otaczało niewysokiego mężczyznę w średnim wieku, dzielącego się z nimi opłatkiem. Aż tutaj dolatywały życzenia:

- Dziękujemy, panie burmistrzu, wzajemnie, dla pana też wszystkiego, no i na tej naszej nowej drodze życia też…

Halinka pokiwała głową.

- Właśnie chciałam jej to wyjaśnić, panie burmistrzu, to jest, przepraszam, panie burmistrzu, tak się przyzwyczaiłam, że nie umiem inaczej. Bo się tak porobiło, że jest jakby już po wyborach w przyszłym roku, i pan burmistrz nie kandydował i teraz burmistrzem jest tamten pan burmistrz. A myśmy wcale nie wiedzieli, tak jakby go ktoś przywiózł w teczce, z tym, że wszystko się zgadza, w urzędzie dzisiaj pojawiły się ogłoszenia przez niego podpisane i jest na nich data po wyborach. Znaczy się z listopada przyszłego roku. Ale i tak możemy się przecież przełamać opłatkiem? Wszystkiego najlepszego, panie burmistrzu.

- Tegoroczny, pani Halinko, tegoroczny. Opłatek jest tegoroczny i burmistrz tegoroczny, no nie?

- Chyba muszę coś zjeść – powiedziałam i poszłam wziąć kanapkę. Żal mi go było, bo znaliśmy się wiele lat i choć mu formalnie nie podlegałam, to jednak podstawą sukcesów naszej firmy była dobra współpraca z urzędem. To z jaką datą ja mam wydawać decyzje lokalizacyjne? Aha, i co z tą willą na Ogrodowej, została zlicytowana, czy nie? I za ile w końcu?

Rozległy się brawa, stanęłam z kanapką w ręku, aktorzy w kostiumach jasełkowych otoczyli żłóbek i zaczęli śpiewać kolędę, którą podchwycili wspólnie obaj burmistrzowie, a za nimi cała sala. Potem na proscenium wyszła aktorka w stroju Maryi, wyciągnęła ręce przed siebie i zaczęła recytację:

- Ciągle ten zapach krwi! Wszystkie pachnidła Arabii nie odejmą tego zapachu z tej małej ręki. Och! och! och!

Takich jasełek jeszcze nie słyszałam. W tym momencie Józef ciepnął w kąt pasterską laskę, wyciągnął zza pazuchy miecz i zbliżając się do aktorki zaczął z emfazą:

- Już mi języka nie przynoście! niech mię wszyscy odstąpią! Dopóki las Birnam pod dunzynański nie podstąpi zamek, urągam trwodze. Nie bój się, Makbecie, nikt z ludzi, których rodziła kobieta, nie weźmie nigdy przewagi nad tobą!

To rzekłszy, przebił mieczem niczego nie spodziewającą się kobietę. Krew trysnęła na kanapki i zrobiło mi się niedobrze. Nowoczesność w sztuce nowoczesnością, ale jednak bądź co bądź było to spotkanie opłatkowe i jakieś normy powinny przecież obowiązywać. Nowy burmistrz zaczął klaskać, otaczające go towarzystwo także wyraziło swój entuzjazm, ktoś nawet zawołał „bis!”, ale już nic nie dało się zrobić, bo aktorzy zniknęli tak, jakby wtopili się w dekoracje, aktorkę grającą Lady Makbet w stroju z Betlejem zabrał zakład pogrzebowy, tymczasem po chwili stary burmistrz stanął na scenie i łamał się opłatkiem z proboszczem, który zmarł przed kilku laty, dobrze pamiętam, byłam na pogrzebie, mogę zaświadczyć, choć oczywiście nie wiem, co było w trumnie, może teraz go IPN ekshumuje, jak się pokazał. Trochę zaczynałam się w tym wszystkim gubić, więc doszłam do wniosku, że czas trochę pomieszkać. Dzień był długi, no ale zawsze w czwartek, w związku z tymi przyjęciami stron, mamy dłużej.

Mimo późnej pory, na Aleje nie dało się wjechać. Światła nadal nie działały, a reguły jazdy zdaje się też, więc kolejne stłuczki sparaliżowały ruch całkowicie. Policji nie było widać, każdy radził sobie jak umiał. Ja nie umiałam, więc zdecydowałam się na objazd bocznymi uliczkami i przez dwa osiedla. Tu też było ciasno, ale przynajmniej nikt nie oczekiwał żadnych zasad, więc powoli i bezpiecznie dojechałam. Na parkingu przed naszym blokiem, o dziwo, było całkiem odśnieżone, a nawet dokładniej rzecz ujmując – śniegu nie było w ogóle, jakby jeszcze był październik i nie zdążył spaść. Pomyślałem dobrze o naszej Spółdzielni, zaparkowałam koło samochodu męża i poszłam do domu.

- Co tak wcześnie? – zdziwił się Romek – nie poszłaś na opłatek? Burmistrz się obrazi…

Poczucie czasu nie było nigdy dobrą stroną mojego męża. Nie wdając się w szczegóły powiedziałam, że nie było sympatycznie, więc wyszłam wcześniej. Z pokoju dzieci dobiegał harmider, odruchowo spojrzałam na zegarek, ale nawet nie zobaczyłam, która godzina, bo już usłyszałam usprawiedliwienia:

- No, o co ci chodzi, bajkę oglądają, miałem im zabronić?

- Chyba pornosa o tej porze im puściłeś – popukałam się w czoło – jak wychodziłam od burmistrza, było przed jedenastą.

Wyciągnął komórkę i podsunął mi pod nos.

- To musiałaś jechać z prędkością światła i przez wir grawitacyjny, bo jest wpół do ósmej.

Jakby na potwierdzenie jego słów, zza drzwi usłyszałam sygnał telewizyjnych wiadomości, potem Agata wyszła ze swojego pokoju do łazienki, łaskawie mnie zauważając, ale nie mówiąc ani słowa, to zawsze była jej forma protestu przeciwko moim spóźnionym powrotom do domu. Chłopcy nie przejmując się myciem włączyli play stadion, po chwili usłyszałam odgłosy laserowego strzelania i pisk opon hamujących pojazdów. Jak co dzień od paru lat to ich najlepiej usypiało.

- Waga się zepsuła – stwierdziła Agata, wychodząc – albo utyłam kilo. Jutro nie jem nic, tylko jabłko poproszę.

Nie wiadomo, do kogo to było skierowane, ja musiałam być w pracy przed ósmą, Romek w życiu nie wstawał przed dziewiątą, a jabłek w domu nie było. Ale polemizować już nie było z kim: Agata przepłynęła obrażona do swojego pokoju i tyleśmy ją widzieli. Jakakolwiek rozmowa zresztą i tak nie miała sensu, bo miała słuchawki na uszach. Nie mam pojęcia, jak ona potrafiła się kąpać słuchając empetrójki.

Romek, milczący jakoś, zaczął ustawiać kolację, podczas gdy ja poszłam do łazienki. Głodna byłam jak nie wiem, bo przez cały dzień byłam tylko o kawie i herbatniczkach i nie licząc tych dwóch kanapek na opłatku, nie miałam nic w ustach. Jak wróciłam, u dzieci było już cicho, herbata parowała w filiżankach, a na zegarze nad lodówką było wpół do pierwszej.

- Zasnęłam w brodziku? Byłam pięć godzin w łazience?

- Zwariowałaś?

Pokazałam mu na zegar.

– Coś się dzieje z czasem. Jedz na razie.

Jadłam. Działo się najwyraźniej, nie tylko z czasem. Romek ledwie co pogryzał, otworzył piwo, zaproponował mi, wzięłam łyk z jego szklanki, ale wyglądał dalej niewyraźnie, jakby był na mnie obrażony. Ja pewno nie wyglądałam lepiej, w końcu sporo się dziś działo, ale jakoś nie miałam ochoty na opowiadanie mężowi całego dnia. On wreszcie wydusił:

- Co zrobiłaś z moim projektem?

- Zjadłam. A z jakim projektem?

Okazało się, że projekt domu na Kasprowicza, narysowany w szkicu przed tygodniem i teraz przenoszony do Autocada po prostu wyparował. Romek wyszedł na chwilę z pracowni do toalety, a gdy wrócił – w komputerze została tylko wersja przed pięciu dni, kilka pierwszych pomieszczeń. Resztę zeżarło.

- A ten szkic chociaż masz? Może go sobie wydrukuj, bo coś się dzieje…

Wrócił po pięciu minutach, z pendrajwem w garści.

- Masz szkic? – spytałam, zabierając mu resztkę piwa.

- Nie – podał mi pena, tak jakbym miała sobie gdzie go wsadzić – nie patrzyłem. Mam projekt.

- Wróciło?

- W pewnym sensie. Jest nie tylko to, co znikło – jest cały projekt, dokończony i zaakceptowany. A na biurku leży protokół uzgodnień ze wszystkimi pieczątkami. – popatrzył na mnie, jakbym to ja była winna – Iśka, co się dzieje?

- Nie wiem – zaczynałam się robić śpiąca, za parę godzin trzeba było wstać do roboty. – Coś z czasem i przestrzenią.

Przeciągnął się i ściągnął przez głowę koszulę.

- Może. Ale teraz to jedyną dobrą przestrzenią jest łóżko. Tylko nie śpij jeszcze za szybko – dorzucił, wychodząc do łazienki.

Uśmiechnęłam się i poszłam do sypialni, żeby na niego poczekać. Trzeba powiedzieć, że po tych szesnastu latach małżeństwa facet wciąż miał klasę. I lubił się kochać.

Z tym, że nie teraz. Zasnęłam, zanim wrócił. Rano też go nie było. Została tylko koszula, rzucona byle jak na krzesło w kuchni.

  

R

ano pomyślałam, że poszedł po te jabłka dla Agaty – 16-letnia panna ma jednak magiczny wpływ na facetów. Zwłaszcza, że była ładna i narwana, a taka mieszanka wywołuje piorunujące wrażenie. Nawet, jeśli w trosce o jeden dodatkowy kilogram na zepsutej wadze gotowa jest wpaść w anoreksję. Ciemno jeszcze było, jak się obudziłam, ale w końcu to był ten jeden z najkrótszych dni, od świąt będzie już z górki. Pomyślałam, że na całe szczęście prezenty i większość rzeczy na wigilię miałam już kupione, więc w domu było OK, ale w robocie trzeba było się ostro zbierać, bo zlecenie mało być nie tylko zrealizowane, ale i skosztorysowane do końca roku, w przeciwnym wypadku urząd miejski nie da rady wypłacić nam kasy, to szło z budżetu, który musiał być rozliczony do końca roku kalendarzowego, następny budżet będzie dopiero w maju, no a wtedy musielibyśmy na pół roku zawiesić działalność na kiju. Pomyślałem o tych jabłkach Agaty i weszłam na wagę. Była chyba rzeczywiście zepsuta, bo miałam 10 kilo mniej niż zwykle. Nie dojadałam ostatnio, fakt, i nerwów też było sporo, ale dziesięć kilo przy moich wczorajszych 52 to było już niemożliwe.

Termometr musiał też być zepsuty, bo trzy razy patrzyłam i wciąż było plus 18, o szóstej rano 22 grudnia, w pierwszy dzień kalendarzowej zimy. Rzeczywiście, nie tylko z czasem było nie w porządku. Złapałam z szafy czarną garsonkę i białą bluzkę, auta na szczęście nikt nie zastawił, na drodze bałagan był większy niż zwykle i trochę spóźniona wparowałam do biura. Ewelina, wytapetowana jak zwykle spojrzała na mnie spod oka i podając mi listę obecności, powiedziała:

- Nikt nie pytał, strony przełożyliśmy na przyszły tydzień, na wszelki wypadek wypisałam pani kierownik wniosek urlopowy, ale to już pani zdecyduje, czy ten tydzień weźmie pani z urlopu, czy na szkolenie, czy jak. Poza tym spokój i normalka. Marianek ma już ten kosztorys, tylko coś mu jeszcze trzeba pomierzyć.

Nauczyłam się, że jakiekolwiek tłumaczenie się przed personelem nie może mieć miejsca, a dopuszczanie sekretarki do konfidencji jest najgłupszym sposobem kończenia kariery.

- Jasne, dzięki – skinęłam głową, odwracając się w stronę gabinetu – pogadamy w czasie kofitajmu. Gosię poproszę za półgodziny. I jakby można herbatkę.

W gabinecie tym razem było bez żadnych niespodzianek. Na liście obecności przez tydzień nie było moich podpisów, przy czym fakt, że była to lista kwietniowa przyszłego roku zdziwił mnie jakby mniej. Zresztą zaczynałam się przyzwyczajać do tego, że czas przestaje być czynnikiem decydującym. Jedno, co zdaje się pozostawało niezmienne – to ilość roboty do wykonania, o czym świadczyła sterta papierów – decyzji, operatów, opinii – czekających na mój podpis.

Wypadał mój dzień telefonowania do mamy, zmieniałyśmy się tak, że ja miałam parzyste, a ona nieparzyste, żeby było sprawiedliwie finansowo. Ale nie zdążyłam przycisnąć jej numeru, jak ona zadzwoniła. Nie chciało mi się oddzwaniać, więc odebrałam. Nie musi być taka oszczędna.

- Cześć, Jadziu! Jak się miewasz, jak moje wnusie?

To była rutynowa zagrywka na dzień dobry, nie musiałam odpowiadać, pytanie było retoryczne. Wnusie interesowały ją w zasadzie tylko wtedy, kiedy przysyłałam jej ich nowe zdjęcia, wtedy co piątki na zebraniach Towarzystwa Złota Jesień (naprawdę, jest takie w Vancouver) chwaliła się nimi na służbowym laptopie i przez pierwszą godzinę członkinie, co do jednej babcie, miały o czym gadać. Ale jakoś tak samo wyszło, że odpowiedziałam.

- Agata mówi, że utyła kilo i musi się odchudzać. Myśli o diecie jabłczanej. A Pawłowi grozi powtarzanie średniaków w przedszkolu.

- Poradź jej kapuścianą. Ja właśnie to robię, bo też muszę trochę zrzucić. Wyobraź sobie, poznałam świetnego faceta, co prawda nie najmłodszy, bo starszy ode mnie, ale przystojny, zamożny, no i tak jak twój Romek – architekt.

Staruszce najwyraźniej odbiło. Nie to, że miała swoje siedemdziesiąt, miłość nie wybiera, ale w końcu miała męża, i to nie byle kogo – mojego ojca. I ciekawe, że pamiętała o tym, że Romek jest architektem, a nie o tym, że właśnie w pracowni projektowej ojca się poznałam z moim mężem.

- To wspaniale, mamo! A co na to tato?

- Jaki tato?

- No, mój ojciec…

- Słabo cię słyszę, zadzwonię jutro. Ale mówię ci, jaki wspaniały jest ten Kazek…

Alzheimer… - pomyślałam, odkładając słuchawkę. Mój ojciec miał na imię Kazek.

Gosia miała chyba pod czterdziestkę, duże zielone oczy, doskonale dobraną do nich zieloną bluzkę i naturalnie rude włosy, poza tym z wykształcenia była architektem, a z zamiłowania rozwódką. Faceci lecieli na nią jak niedźwiedzie na miód, była ładna, zgrabna i inteligentna, no i to ostatnie skazywało ją na przegraną w dotychczasowych związkach. Znałyśmy się od liceum i jej jednej mogłam zaufać, choć oczywiście nie robiłam tego zbyt często i nigdy w sprawach służbowych. Jednakże specjalny status, jakim się w pracowni cieszyła, ją jedną uprawniał do tego, żeby przyjść do mnie z herbatą.

Zawsze się zastanawiałam, jakim cudem wchodzi w tak obcisłe dżinsy i jak je zdejmuje, nie używając nożyczek. Siadła, popatrzyła na mnie, postawiła herbatę na stoliku.

- Romek cię u mnie szukał – zapaliła papierosa, nie pytając o zdanie. Tego przedtem nie robiła, odczułam to jako nadużycie naszego specjalnego statusu.

- Długo? – spytałam.

- Co długo?

- Długo mnie u ciebie szukał? Bo jakoś z domu zniknął.

- Nie, nie długo. I podobno według niego, to ty zniknęłaś. Masz kogoś?

Podejmowanie tej dyskusji wydało mi się nieco bezsensowne. Pokręciłam głową i zadałam najgłupsze pytanie, któremu tylko Gośka mogła się nie zdziwić.

- Naprawdę mnie nie było przez tydzień?

Gośka popatrzyła na mnie uważnie, starannie zgasiła papierosa i sięgnęła po herbatę. Po dłuższej chwili powiedziała:

- Jak dla mnie nie naprawdę. Codziennie był kofitajm i rozmawialiśmy. Jak zawsze. I byli wszyscy. Ty też. Tyle, że to były jakby różne czasy, każdego dnia był inny czas. Więc możliwe, że na liście obecności, która ma czas ciągły, cię nie było, ale w tym czasie chronologicznym się mieściłaś.

Zawsze miała tendencję do inteligenckiego komplikowania spraw prostych i dlatego faceci od niej uciekali. Z tym, że teraz sprawa nie wyglądała na prostą.

- Zdawało mi się, że trochę się już przyzwyczaiłam do tego, żeby czasu nie brać pod uwagę. Ale teraz widzę, że chyba się nie da. Trochę wymiękam.

- To chyba Einstein powiedział, że czasu w ogóle nie ma, są tylko zegarki. A w niektórych językach Wschodu w ogóle nie istnieje pojęcie czasu gramatycznego: czytam – czytałam – będę czytać zapisywane są w ten sam sposób. I decyduje tylko kontekst. Więc, jak się uprzeć, to się da.

- Którego dziś mamy?

Sięgnęła po komórkę. Że też sama na to nie wpadłam wcześniej. Ale teraz nadrobiłam ten brak i jak dziewczynki bawiące się lalkami, pokazałyśmy sobie nawzajem datę w telefonach. U mnie był 22 grudnia. U Gosi 22 kwietnia.

- To jak jest ze zleceniem na willę przy Ogrodowej?

Wzruszyła ramionami.

- Spoko, jak zwykle poślizg. Do maja jest czas, akurat uchwalą budżet i będzie. Już mamy w zasadzie wszystko, tylko Marianek robi ostatnie pomiary, a Waldeczek z finansowego dopina wycenę. Dobrze by było jednak, żebyś to sama na miejscu zobaczyła, bo jak zrobię do tego część opisową, żebyś się potem nie czepiała.

Na kofitajmie raczej milczałam, Marianek poprosił jeszcze o dwa dni na pomiary, Andrzej powiedział, że dziś wieczorem ma być wystąpienie prezydenta w sprawie sytuacji w kraju.

- A jaka jest sytuacja?

Nikt się specjalnie nie zdziwił mojemu pytaniu, bo po pierwsze nauczyłam ich, że szefowi trzeba odpowiadać, bez względu o co pyta, a po drugie każdy w duchu zadawał sobie to pytanie. Andrzej – najstarszy w naszym gronie i najbardziej uspołeczniony, bo w zeszłej kadencji był nawet radnym – pokręcił głową.

- Tak do końca to nie wiadomo. Wczoraj we wszystkich krajach Unii wprowadzono stan wyjątkowy, i choć uzasadniał go przewodniczący Komisji, to z wypowiedzi Barosso nie wynikało nic. Chodzi o jakieś globalne zakłócenia czasoprzestrzeni. Cokolwiek to znaczy – dodał po chwili.

Ewelina sięgnęła po herbatnika, co znaczyło, że jest bardzo zdeterminowana, bo normalnie liczyła każdą kalorię i z zazdrością patrzyła na starszą od niej prawie dwa razy Gośkę, która jadła i piła jak smok wawelski, a miała figurę nastolatki.

- Ja to myślę, że im się coś w Kosmosie rozregulowało. W gwiazdach, kometach, czy coś. Bo jak księżyc potrafi wpływać na ocean, na wodę i przypływy tej wody, jak lunatyków wyciąga na parapety, a psy do wycia, to jakby było coś większego od Księżyca, to mogłoby wpływać i na coś innego, jak zegarek czy ludzie, czy coś…

Popatrzyliśmy na Ewelinę, bo jednak nie było to do końca głupie, tak mi się wydawało. Ale Andrzej, który zawsze miał słabość do najmłodszych dziewcząt w naszej załodze, tym razem się nie zachwycił.

- Daj spokój, słońce jest większe od księżyca i jakoś z nim żyjemy te parę miliardów lat. Może jakiś eksperyment naukowy wymknął się spod kontroli. CIA zawsze coś kombinuje, albo ruskie.

Ewelina nie dawała za wygraną.

- Słońce nie jest największe, a poza tym my z nim żyjemy znacznie krócej, jak sobie radzili z czasem ci pitekantropi czy hobbici, to nie mamy pojęcia.

Marianek zjadł ostatnie dwa herbatniki, popił z butelki mineralną i wstał.

- To ja bym, pani kierownik, już może pojechał na tę Ogrodową. Umówiłem się z panem Kosińskim, no Waldeczkiem znaczy, i tego… Jak się sprężymy, to dziś skończymy…

Chciałam się spytać, czy nie boi się tych duchów, ale jakoś tak mi niezręcznie było, zresztą skoro wykazał taką troskę o sprawy firmy, to nie mogłam go zniechęcać. Skinęłam tylko głową i tak kofitajm się skończył. Ale po godzinie doszłam do wniosku, że on sobie sam nie da tam rady, w dodatku może mu coś grozić, no i w sumie jestem za jego bezpieczeństwo odpowiedzialna. Poprosiłam Andrzeja i Gośkę i zaraz tam się znaleźliśmy. Willa stała w pełnym słońcu, na klombie kwitły tulipany i wszystko było absolutnie sielankowo. Przez szerokie okna salonu widzieliśmy Marianka i Waldeczka, rozkładających taśmę mierniczą, a potem Marianek ustawił miernik laserowy. Nigdy nie mógł się do niego przekonać i zawsze mierzył podwójnie – klasycznie i nowocześnie. Pomyślałam, że niebezpiecznie jest tu stać przed oknem, kiedy on w tę właśnie stronę celuje laserem, Gośka widać miała podobne odczucia, bo zsunęła z włosów na oczy ciemne okulary, ale na wszelki wypadek zeszliśmy z linii pomiaru. Przy stole były wolne krzesła, tylko na jednym była kurtka Marianka, więc Andrzej ją zdjął i siedliśmy, patrząc jak Waldeczek zapisuje wszystko w laptopie. Starszy facet w sztruksowym garniturze usiadł dopiero po tym, jak powiedział, że jest zainteresowany tą licytacją, więc przyszedł popatrzeć, jak to wszystko wygląda. Okazało się, że myśli o zrobieniu tu przedszkola integracyjnego, więc jeśli to kupi, będzie musiał sporo zainwestować w remont, zwłaszcza, że willa nie jest pusta, poprzedni właściciele pozostawiali większość mebli i wyposażenia, które mu przecież na nic się nie przyda.

Gośka jako jedyna podjęła temat, bo ja doszłam do wniosku, że nie wypada mi rozmawiać z ewentualnym oferentem, czyli jakby stroną przed decyzją, zaś Andrzej zainteresował się sporą karafką, stojącą na dużej, gdańskiej szafie, pod którą Marianek właśnie skręcał swoją archaiczną taśmę. Gośka, dobrze to widziałam, taksowała faceta, zastanawiając się pewno nad jego prawdziwą sytuacją finansową, bo przecież mógł tę willę kupować z kredytów, a potem całe życie tonąć w długach, facet, jak to facet, nie mógł oderwać wzroku od Gośkowych dżinsów, w końcu było na co patrzeć, w tej konkurencji nikt z Gośką nie miał szans.

Wstali oboje w tym samym momencie, Andrzej, żeby sięgnąć po karafkę, pomyślałam, że będzie musiał stanąć na czymś, a na fotelu raczej nie wypadało i Gośka, która chciała pokazać, że szafa nie jest taka ciężka, a jak ją znam, to po prostu chciała zademonstrować swój tyłek w tych dżinsach. Udało się im obojgu częściowo – Andrzej po prostu tak trochę urósł i już-już miał zdjąć naczynko, ale w tym momencie Gośka lekko dotknęła szafę, gdański sprzęcik zmienił położenie środka ciężkości i jak na zwolnionych obrotach usytuował się na płasko na podłodze. Andrzej, niestety, nie miał refleksu i nalewka się rozlała. Marianek z Waldkiem prysnęli do przedpokoju, a ja doszłam do wniosku, że nic tu po nas i zarządziłam odwrót. Oferent jakoś jeszcze zdążył wziąć od Gośki numer komórki, a Andrzej cofnął akcję, spokojnie zdjął karafkę i tak znaleźliśmy się z powrotem w biurze. Spytał mnie tylko dla formalności, czy nie mam nic przeciwko temu zawłaszczeniu mienia, ale wytłumaczyłam mu, że po pierwsze to są koszty operacyjne, a po drugie – alkohol i tak nie mógłby stać się przedmiotem licytacji, z mocy ustawy o wychowaniu w trzeźwości.

Za oknem padał śnieg, przebrałam się czym prędzej, dobrze że w domu nie zamknęłam szafy, więc ściągnięcie tu cieplejszego swetra, spodni i zimowego płaszcza było dziełem kilku sekund. Pojawiły się na biurku, od razu się przebrałam, nie musiałam nawet zamykać drzwi na klucz, nikt tu bez zaanonsowania nie wchodził. Podpisałam listę obecności, która znów wskazywała, że dziś jest 22 grudnia i zadzwoniłam do Janka, który kilka lat temu wrócił z Krakowa do rodzinnego miasta, żeby otworzyć tu gabinet psychiatryczny. Specjalizował się, co prawda, w niwelowaniu skutków halnego wiatru, ale pomyślałam sobie, że koleżance nie odmówi w potrzebie i w innej sprawie też może się okazać przydatny. Nie rozmawialiśmy od ubiegłych świąt, wcześniej wciąż obiecując sobie spotkanie, dowcipnie mówiąc, że jak nie tutaj, to w Kobierzynie, ale i on, i ja mieliśmy równie mało czasu jak niezbędnej potrzeby odnowienia dawnej, nawet niegdyś dość zażyłej znajomości. Mimo tego w jego głosie wyczułam jakby ulgę, że zadzwoniłam, odniosłam wrażenie, że czekał na ten telefon.

Powiedziałam Ewelinie, że jadę do Urzędu Miejskiego i jakby co, to jestem pod komórką, z tym, że wyciszoną, bo będę na naradzie. Dużo nie nabujałam, bo gabinet Janka mieścił się w domu obok magistratu, zawsze się śmialiśmy, że radni w czasie sesji mogą mieć wsparcie medyczne, no a naradzić zamierzałam się dość szczegółowo.

Ale już na początku zaczęły się kłopoty. Do poczekalni nie udało mi się nawet wejść, bo kolejka sięgała na ulicę, jak w PRL-u, kiedy rzucili wołowinę czy rajstopy. Co gorsza, z tego co udało mi się dojrzeć, większość osób stanowili znajomi. Ciekawe, że oni wszyscy, tak jak ja, powinni byli o tej porze być w pracy. Zatem pewno ich symptomy były podobne. Czy zatem moja wizyta miała sens? Zadzwoniłam do Janka jeszcze raz, nawet nie czekał aż się odezwę, tylko poradził:

- Słuchaj, przyjdź tu przed dwiema-trzema godzinami, będziesz na początku, zaraz wejdziesz.

No, więc tak właśnie zrobiłam. Przestawiłam zegarek w komórce, w poczekalni było pusto, byłam druga, za jakąś nieznaną mi na szczęście kobietą. Nie zdążyłam doczytać nawet do końca w „Pani” ciekawego wywiadu z fizykiem Stephenem Hawkingiem, specjalistą od czarnych dziur. Zawsze mnie ten gość fascynował – nie rozumiałam ani jednego słowa z jego wypowiedzi, ale świetnie wyczuwałam intencje, z których wynikało, że wszystko jest zaplanowane w prawach fizyki, siły nadprzyrodzone są też fizyczne, a nawet to co jest metafizyczne, też jest fizyczne. Czyż nie wspaniałe? To się nazywa tolerancja. Co ważniejsze, mówił to człowiek, którego fizyczne prawa, przynajmniej te zawarte w medycynie, omijały już od pół wieku, bo o tyle już przeżył termin swojej śmierci, dany mu przez lekarzy po tym, jak zachorował na stwardnienie zanikowe boczne. Właśnie czytałam o zakładzie, jaki stanął między nim a jego kolegą fizykiem na temat tego, czy z czarnej dziury może wyjść jakieś promieniowanie czy nie, kiedy rejestratorka poprosiła mnie do środka. Kolejka, jaka utworzyła się za mną, sięgała już daleko poza drzwi i zobaczyłam w niej trzy osoby z urzędu miejskiego i wikarego głównej parafii.

Janek był nadal tak samo przystojny jak kiedyś, a siwe skronie nadały mu jeszcze bardziej interesującego wyglądu. Gabinet nie przypominał w niczym pracowni lekarskiej – żadnej kozetki, białego parawanu, szafki z lekarstwami. Biurko, niski stolik z dwoma fotelami, na biurku komputer, na stoliku wazon z kwiatami. W sumie niewiele to różniło się od miejsca, w którym ja urzędowałam. Ani Janek, ani rejestratorka nie nosili białych kitlów. Musiałam przyznać, że w zwykłych, szarych spodniach i brązowym swetrze wyglądał bardzo dobrze. Ucieszyłam się, że tu przyszłam.

Nie pytając, postawił przede mną filiżankę herbaty, spytał czy słodzę, powiedziałam, że nie, odstawił cukier. Siedziałam na fotelu i odpoczywałam. Pewno to też była część wizyty, a może nawet terapii.

- Mam pewien problem – zaczęłam może mało oryginalnie, ale przerwał mi machnięciem ręki.

- Daj spokój, słyszę to od trzech dni, widziałaś tę kolejkę przecież. Nie masz żadnego problemu. A raczej, wszyscy mamy ten problem, i na to ani psychiatra, ani żaden inny lekarz nie poradzi. Fizyk prędzej.

- Hawking? – powiedziałam, żeby coś powiedzieć. Zresztą nie znałam innego fizyka. Hawkinga też ma się rozumieć nie znałam, ale kojarzyłam przynajmniej.

- Hawking, czy Einstein. To ma coś wspólnego z relacjami między czasem, przestrzenią i grawitacją. A może z czarnymi dziurami, które zdaje się tę czasoprzestrzeń grawitacyjną zmieniają, nie znam się na tym. Jesteś zdrowa, przynajmniej psychicznie, przynajmniej w odniesieniu do tych spraw.

- Słuchaj, to znaczy, że mi się to wszystko nie wydaje? To, że czas jest teraz taki, a po południu inny, że gdańska szafa może być lekka jak z waty, że można myślą coś zmienić, albo sięgnąć do garderoby w domu, od którego się jest parę kilometrów?

- No, nie wydaje ci się.

- A to, że samochody jeżdżą raz prawą, raz lewą stroną, że jakby prawa i fizyki, i ludzkie obowiązują w mniejszym stopniu?

Powiedział, że z samochodami to nie zauważył, ale za to rozsypała mu się elektroniczna kartoteka pacjentów, to znaczy komputer przestał ją szeregować alfabetycznie. To samo zjawisko dzisiaj dotknęło rezerwową kartotekę papierową. Poza tym podobno większość banków przestała wypłacać pieniądze, bo żadna księgowość nie była w stanie opanować chaosu. Tym się akurat nie przejęłam specjalnie – moja domowa księgowość też nigdy nie umiała opanować chaosu, zwłaszcza jak dzieci stawały się coraz bardziej roszczeniowe. Po prostu oboje z Romkiem zaczynaliśmy wtedy pracować coraz więcej, coraz mniej mieliśmy czasu dla siebie i dla domu, chaos rósł no i stał się naszym chlebem powszednim.

- A poza tym – przerwałam mu – mam ostatnio poważne kłopoty z życiem rodzinnym.

Poprawił się na fotelu, i trochę odruchowo wziął do ręki notes, po czym odłożył go na stolik.

- No to opowiadaj…

Po kwadransie umówiliśmy się na następne spotkanie, zaraz po moim czwartkowym przyjmowaniu stron. Podając mi płaszcz, pocałował mnie w policzek. Rejestratorka, która słysząc, że się żegnamy, wyszła z drugiego pomieszczenia chcąc poprosić następnego pacjenta, cofnęła się z powrotem. Janek popatrzył na mnie uważnie i bardzo poważnie powiedział.

- Słuchaj, prawdopodobnie zaraz po wyjściu ode mnie zaczniesz się zastanawiać, czy ci to też się nie wydawało. Ta wizyta u psychiatry i to co ci powiedziałem, i moja sugestia, którą ci teraz daję: żeby się tym wszystkim nie przejmować, w myśl zasady, że nie należy martwić się rzeczami, na które w żaden sposób nie mamy wpływu. Bo na to nie mamy. Możesz myśleć, że to też podsuwa ci twój chory mózg. Na takie myślenie też nie mam wpływu. Nikt w żaden sposób nie może nikomu zagwarantować, że to co się wokół niego i z nim dzieje, nie jest fantazją, że dzieje się naprawdę. Że nie jest wytworem chorego mózgu. Ale tym też się nie trzeba przejmować. To do czwartku.

Ale mnie pocieszył!

W poczekalni zrobił się straszny tłok, ludzie zaczęli się przepychać do rejestratorki, która usiłowała ustalić, kto jest następny. Zwinęłam pod płaszcz „Panią” z Hawkingiem i poszłam do samochodu.

  

 

R

omka ani Agaty jeszcze nie było, chłopaki wrzeszczały jeść, z nianią minęłam się w drzwiach, była obrażona, bo spóźniłam się dziesięć minut, telewizor nastawiony na Cartoon Network grzmiał, aż trzęsły się ściany, a biegający po swoim laboratorium Dexter wydał mi się dziwnie podobny do Hawkinga przed tym, zanim choroba przykuła go do wózka inwalidzkiego i komputerowego syntezatora mowy. Artykuł przeczytałam do końca w korkach, które porobiły się na wszystkich już ulicach. Trudności w poruszaniu się powiększały samochody, które stanęły po prostu na jezdni z braku paliwa – podobno większość stacji benzynowych została zamknięta, bo wysiadło całe krajowe i międzynarodowe zaopatrzenie. Pomyślałam, że w naszym turystyczno-rolniczym regionie będziemy skazani na oscypki i baraninę, ale w końcu jakoś ten stan rzeczy da się opanować.

- Mama, Internetu nie ma, znowu kablówka nawala, to jak mam odrobić lekcje?

Sugestia, żeby posłużył się głową, zeszytem i podręcznikiem nie została przez starszego z braci zrozumiana. Nikt w jego szóstej klasie nie uczył się z książek. O ile w ogóle się uczył, bo jakoś Tomka nigdy na nauce nie przyłapałam. Może w bezstresowej szkole nie trzeba się już teraz uczyć, a nauczyciele niczego nie wymagają, żeby nie popaść w konflikt z rodzicami i uczniami. Ci pierwsi mogą wymagającego belfra odwołać, ci drudzy – wsadzić mu kosz ze śmieciami na głowę. Paweł, na szczęście, nie miał w przedszkolu nic zadane, bo czytać w zakresie początkowym w domu nauczył go Romek, a prace domowe z religii, zadawane przez świecką katechetkę, pozwalaliśmy mu przygotowywać wyłącznie samemu w przekonaniu, że przez ten przedmiot nie można zostać na drugi rok w średniakach. Romek mówił co prawda, że tego nie można być pewnym, bo na ten temat może być jakaś tajna klauzula w protokole konkordatowym. Mój mąż jest bardzo dowcipny. Jak go chcę zirytować, to mówię „mój pierwszy mąż”.

Przyszli oboje z Agatą tuż przed wiadomościami, na piechotę, bo Romek nawet nie próbował wyjechać z parkingu przed swoim biurem projektów. Poszedł po Agatę do liceum i oboje wrócili piechotą. Troskliwy tatuś martwił się, żeby ukochanej córeczce się coś nie stało w tym szaleństwie czasoprzestrzeni. Na szczęście mieli po drodze kilka sklepów, więc pełne torby gwarantowały przeżycie przynajmniej kilku dni. O ile, oczywiście, nie zajdą jakieś nowe okoliczności. Najbardziej się przeraziłam, kiedy jedna z reklamówek, postawionych przez Romka pod lodówką, kiedy to na wyścigi z Agatą próbował (z dobrym skutkiem) zająć łazienkę, zaczęła się poruszać w stronę pokoju. Pomna rad psychiatry, doszłam do wniosku, że to jest sytuacja, na którą mam wpływ i mogę się nią przejąć, więc wzięłam tłuczek do mięsa i skradając się ostrożnie stanęłam nad dygocącą torbą.

- Może jeszcze niech sobie pożyje do jutra, co? – Romek wycierał ręce w kuchenny ręcznik – Agata, masz już wolne!

Córka, ze słuchawkami na uszach przeszła bez słowa do łazienki, a Romek podniósł i rozchylił reklamówkę. Rzucał się w niej wigilijny karp.

- Jutro się nim zajmę, teraz niech sobie popływa. Chodźmy posłuchać prezydenta, kolację zrobię później.

Nie ma co, kochany był i już. Może te moje problemy rodzinne nie były aż tak poważne, jak je przedstawiałam Jankowi. Zresztą, nie od dziś wiadomo, że alternatywny – nawet jeśli tylko teoretycznie – facet bardzo poprawia jakość męża.

Karp z reklamówką uniósł się na wysokość ręki Romka, który wzrokiem przepchnął go przez ścianę, usłyszałam szum napełnianej wanny i plusk wpadającej do wody ryby. Reklamówka ułożyła się, pusta, w koszu do śmieci. Na szczęście, Agata zdążyła wyjść wcześniej z łazienki, zresztą pewno i tak nic nie słyszała przez te słuchawki.

Ale nie poszła do siebie, tylko usiadła na podłodze przed telewizorem. Chłopcy też przyszli do dużego pokoju, Paweł z konsolą co prawda, ale Tomek zapatrzył się w prowadzącego w ciemnym garniturze, który właśnie z poważną miną zapowiadał wystąpienie prezydenta. Romek przyniósł słone paluszki i otworzył sobie piwo. Ja przy dzieciach nie piłam. Agata spojrzała na niego z oburzeniem.

- Popcornu nie było? Tu świat się kończy, a ten sobie paluszki z piwem!

Pomyślałam sobie, że jeszcze więcej takich odzywek córki, a „mój pierwszy mąż” zacznie doceniać, jak bardzo tolerancyjną ma żonę.

- Świat się chyba naprawdę kończy – odgryzł się – jeśli moja córeczka ze starymi chce oglądać telewizję!

- No, bo to może ostatni raz…

To powiedział Tomek i jakoś tak przestało być śmiesznie.

Prezydenta nie widziałam dawno, więc nie wiem, czy siwizna była wynikiem ostatnich dni, czy całej, trwającej już parę lat kadencji, w dużej mierze przebiegającej pod znakiem bezustannych utarczek politycznych i nieskutecznych prób pojednania ze sobą skłóconych partii rządzącej i opozycyjnej. Z mojego punktu widzenia zresztą mało istotne było kto rządził, a kto oponował, bo atmosfera zawsze była taka sama. Dlatego też przestałam oglądać dzienniki, wychodząc z założenia, że dobrych wiadomości i tak nie ma, a złe same mnie znajdą, wcześniej czy później. Tym razem wyglądało, że raczej wcześniej.

Zaczął od okrąglaków na temat bohaterskich cnót papieża uosabiającego wszystko to, co najlepsze w naszym narodzie, szczególnie podkreślając jego heroiczność na końcu, kiedy był chory i umierał. Zrobiło się tak jakoś chłodniej. Potem mówił o konieczności naśladowania jego cnót i wierze w to, że wszystko ma jakiś głębszy sens i dobrze się skończy.

- No, to zaraz przywali – nie wytrzymał Romek – teraz będzie ta rzecz.

Prezydent przypomniał o zjawiskach, jakie wystąpiły powszechnie w ostatnich dniach, to znaczy o wariactwach (nie użył rzecz jasna tego zdania, nadal starał się być dystyngowanym hrabią) czasu, przestrzeni, grawitacji i innych zasad naszego życia. Próbował pocieszać, że dzieje się tak nie tylko u nas, ale i w innych krajach Unii, a nawet – dodał jakby z pewnym lekceważeniem – w innych krajach tego świata. Moim zdaniem, sformułowanie „tego świata”, mógł sobie darować. Jak na razie powiedział to, co i tak wiedziałam, więc uwaga mi się zdekoncentrowała. Wzięłam paluszka i ukradkiem sięgnęłam po piwo Romka. Kopnął mnie pod stołem. Agata nie zauważyła – pochylona do przodu, wpatrywała się w pobrużdżoną zmarszczkami twarz prezydenta.

- Naukowcy wszystkich najbardziej liczących się centrów astronomicznych świata potwierdzili już na sto procent, że jesteśmy świadkami, a, niestety, również uczestnikami najbardziej niezwykłego zjawiska w historii naszej części Galaktyki. W odległości kilku milionów lat świetlnych od nas w obszar Drogi Mlecznej weszła tak zwana czarna dziura. Jest to fenomen, przewidziany teoretycznie przez fizyków wiele lat temu i obserwowany przez astronomów w dalekich przestrzeniach, ale nie dotyczący jak dotąd naszej części wszechświata. Dlatego niewiele o nim wiemy poza jednym: jest to ogromna koncentracja materii i energii powodująca to, że nic, co znajduje się w jej wnętrzu, nie może wyjść na zewnątrz, gdyż zatrzymuje go niespotykana gdzie indziej siła grawitacji. Poza czarną dziurę nie wychodzi ani materia, ani światło, dlatego jest ona idealnie czarna. Niewidoczna. Widzimy ją tylko dlatego, że w tym miejscu niczego nie widzimy. Nie wiemy, co jest w środku, ale możemy się tylko domyślać, że niebywała siła przyciągania niszczy wszystkie struktury cząsteczkowe i koncentruje materię w taki sposób, że cały nasz układ słoneczny, gdyby znalazł się we wnętrzu Czarnej Dziury, miałby może wielkość piłki tenisowej…

Przerwał, popił wody ze stojącej obok szklanki, oparł twarz na dłoni. Był w tym momencie po prostu zmęczonym, starym człowiekiem, przygniecionym poczuciem odpowiedzialności tak, jakby już ta grawitacja czarnej dziury zaczęła na niego oddziaływać. Romek przegryzł paluszkiem. Trzask chrupania był tak głośny, że wszyscy podskoczyli, a Agata, nie odrywając wzroku od prezydenta rzuciła w tył z oburzeniem:

- Dałbyś spokój, tato…

- Przepraszam – powiedział Romek i zabrzmiało to śmiesznie, ale jakoś się nikt nie roześmiał.

Prezydent znów spojrzał w teleprompter, ustawiony blisko kamery, bo wyglądało to tak, jakby patrzył Romkowi do szklanki z piwem.

- Czarna dziura nie tylko przemieszcza się z niezwykłą prędkością w poprzek naszej Galaktyki, ale po drodze, jak ogromny odkurzacz wchłania wszystko, co znajdzie się w zasięgu jej grawitacji. Gwiazdy, planety, asteroidy, pył kosmiczny – wszystko to najpierw wolno, potem coraz prędzej porusza się w jej kierunku, by wreszcie zniknąć w jej wnętrzu, oddzielone od reszty Kosmosu tak zwanym horyzontem zdarzeń, który stanowi granicę tamtego, wewnętrznego wszechświata czarnej dziury. Zgodnie z prawami Einsteina, w pobliżu oddziaływania wielkich sił grawitacyjnych, następuje zakrzywienie czasoprzestrzeni, a liczne fenomeny związane z czymś w rodzaju podróży w czasie, przemieszczania się osób i rzeczy, nieuzasadnione fizycznie zmiany ciężaru i ogólnie chaos w obrębie istniejących praw, fizycznych i innych, pojawiają się w trakcie owej podróży w stronę czarnej dziury. Jak państwo wiecie, zjawiska takie występują od paru dni na Ziemi. Tendencji tej nie da się uniknąć.

Paweł ziewnął, Tomek kazał mu być cicho, Agata przytuliła go do siebie i kazała spać. Rzeczywiście, dobranocka jak się patrzy.

Prezydent zrobił efektowną pauzę, napił się wody, napięcie budowane było idealnie. Musiał mieć świadomość, że ma oglądalność większą, niż Małysz na olimpiadzie w Salt Lake City.

- Będę zmierzał do końca – no, to nie było dobre, stanowczo – Wszyscy naukowcy, wszystkie autorytety stwierdzają, że nasza ziemska podróż prowadzi w stronę tego ośrodka grawitacji i w rejonie czarnej dziury znajdziemy się już niebawem. Kiedy – nie wiadomo. Może za kilka dni, może to będą tygodnie, miesiące, czy może nawet lata. Tymczasem będą narastać zjawiska chaosu, z którym będziemy musieli sobie poradzić. Istnieje pewna szansa na to, że tam, po drugiej stronie horyzontu zdarzeń wszystko powróci do normy, bo wraz z nami we wnętrzu czarnej dziury znajdzie się cały nasz świat. Czy zachowa swoje prawa, zasady funkcjonowania i będzie dalej tworzyć swoją historię – czas pokaże. Na razie władze całej Ziemi apelują do wszystkich Ziemian, a ja do was, Polacy – o zachowanie spokoju i wykazywanie hartu ducha, odwagi i wzajemnej życzliwości.

Zdjął okulary, przetarł ręką twarz, powinni pewno go w takim stanie nie pokazywać, rozklejony był całkiem, ale najwyraźniej miał coś jeszcze do powiedzenia. Już nie patrzył w teleprompter, tylko jakoś tak, ponad kamerą. Rozumiałam, że teraz będzie mówił od siebie.

- Szanowni Państwo, niewykluczone, że już się nie zobaczymy. Albo zobaczymy się po tamtej, drugiej stronie. Być może, nic się nie stanie i ta czarna dziura stanie się naszym wielkim domem. Oby tak właśnie było. Chcę wszystkim podziękować za to, że byliśmy razem. Bycie jednym z was, jednym z Polaków, jednym z Europejczyków, jednym z Ziemian to wielki zaszczyt. Wierzę, że przez wszystkie horyzonty wszystkich zdarzeń przeprowadzi nas dobry Bóg, tak jak przeprowadził Mojżesza przez Morze Czerwone i przez pustynię. Dobranoc państwu.

Prezydent zniknął, puścili Chopina, ale po chwili obraz zniknął i pojawiła się reklama odplamiacza Vanish.

- Ładnie powiedziane — skomentował mój mąż— ciekawe, czy on tak sam, czy ktoś mu to pisał.

- Tato, zdążę jeszcze do łazienki? – zapytał Tomek – Przed tym, zanim nas ta dziura połknie?

Agata podeszła do okna, odsłoniła firanki, pokiwała głową.

- No tak – powiedziała – ciepło jest, niebo bezchmurne i ani jednej gwiazdy. Księżyc jest, gwiazd nie ma.

- Ciekawe, czy Słońce jest z tej, czy z tamtej strony tej dziury – zainteresował się Romek.

Doszłam do wniosku, że to wszystko jest zbyt koszmarne, żeby mogło być prawdziwe. Skoro nie mamy wpływu na to, co się wydarzy, to powinniśmy robić to, na co mamy wpływ.

- Słuchajcie – powiedziałam – jeszcze na pewno mamy trochę czasu. Dzieciaki, do mycia i do łóżek! Jutro trzeba wcześnie wstawać, bo nie wiadomo, jak będzie trzeba się ubrać. Tomek pierwszy!

- Dlaczego ja? – zapytał tradycyjnie, zapominając, że przed chwilą chciał do łazienki – a po co chodzić do szkoły, jeśli wszystko ma szlag trafić?

- Jak ty się wyrażasz! – oburzył się ojciec – a poza tym nawet w czarnej dziurze nie potrzebują nieuków.

 - Ale mnie to dużo obchodzi… - zamruczał Tomek, ale posłusznie poszedł do łazienki. Agata po raz pierwszy od lat pocałowała nas na dobranoc i wsadzając słuchawki na uszy, otarła łzy.

- Gówno mi z tego zaszczytu bycia Ziemianką, jak za chwilę mam być Czarnodziurzanką…

Odwróciła się i poszła do siebie. Nie zareagowaliśmy, bo akurat każdy z nas myślał to samo. Wielkie słowa w obliczu wielkich tragedii stają się małe i głupie.

Pawełek dalej siedział na podłodze i maltretował play stadion.

- Pawełku, już do łazienki, jak tylko Tomek wyjdzie. I ząbki proszę umyć. A w ogóle w co ty grasz?

- Ząb mi jeden wypadł wczoraj przy myciu. W tej dziurze to może już nie będę musiał myć zębów? Gram w taką strzelankę. Armagedon się nazywa.

 W telewizji był tylko taki szum, jak w filmie „Poltergeist” albo w „Ringu”, więc żeby nam coś stamtąd nie wylazło, wyłączyłam. Internetu nadal nie było, w radiu nadawali świąteczne piosenki. „Last Christmas” wydało mi się teraz dość okrutnym dowcipem. Romek wyciągnął z szafki butelkę whisky. W sumie było jeszcze dość wcześnie i przed pójściem spać, można było zacząć cieszyć się życiem.

  

Z

abrałam do pracy ten numer „Pani” z Hawkingiem, głównie po to, żeby Mirce pokazać fajne letnie kiecki, jakie tam rekomendowali na ten sezon. Przyszłam piechotą, więc byłam trochę wcześniej, bo w przededniu wigilii było plus 16, słońce pięknie świeciło, a w nocy miejskie służby jakoś uprzątnęły samochody, więc zrobiło się normalniej i trochę retro, bo z braku benzyny wszyscy poruszali się pieszo. Okazało się, że jeszcze wczoraj wieczorem w telewizji o przemawiał premier Unii Baroso, zaostrzyli trochę przepisy europejskie, ale wyglądało na to, że restrykcje dotyczą tylko benzyny, którą oszczędzano wyłącznie dla dowozu artykułów spożywczych i komunikacji publicznej, no i oczywiście dla służb, których jakby zrobiło się więcej. Agenci zawsze spadają na cztery łapy.

Ewelina miała bardzo czarne sztuczne rzęsy, czarny makijaż pod oczami, czarną szminkę na ustach i czarne paznokcie.

- Majtki też ma pani czarne? – nie mogłam się powstrzymać. Takie koniunkturalne nawiązywanie do sytuacji wydało mi się niesmaczne.

- Nie, pani kierownik. Nie mam w ogóle majtek. Stanika zresztą też. Tylko jak wszyscy, mam czarną dziurę – powiedziała, skromnie spuszczając oczy. Doszłam do wniosku, że ten brak dyscypliny i nadmierna rezolutność, w połączeniu z wulgarnością dowcipu musi być wynikiem wpływu zwiększonej grawitacji, więc pominęłam to milczeniem.

- W porządku, jak pani pasuje. Zobaczymy to na kofitajmie.

- Już się cieszę. Pokażę na pewno.

Nie miałam już nic do powiedzenia. W gabinecie czekała sterta faktur. Internet przypadkowo znów się pokazał, ale nie można było ściągać stron, nie działały portale informacyjne, tylko była poczta i komunikatory. 90 procent maili to były życzenia świąteczne. Dziura dziurą, a święta świętami. Nie było rady, zaczęłam odpisywać, starając się nie nawiązywać w listach do aktualnej sytuacji. Wśród korespondencji znalazłam list od ojca. Poza życzeniami pisał o tym, że poznał wspaniałą kobietę, dzięki której stare lata mogą upłynąć mu miło i przyjemnie. I pocieszał mnie, żebym się nie przejmowała tym, co o tej czarnej dziurze wygadują politycy prowincjonalnej Europy, bo to tylko takie bzdury dla podkręcenia interesów kościoła, żeby więcej ludzi dawało na tacę. Amerykanie i Rosjanie nie wprowadzili stanu wyjątkowego, a w programie Opry Winfrey mówili wczoraj, że prawie na pewno to wszystko nas minie, i przejdzie bokiem tak jak asteroidy i rozmaite końce świata. U nich, w Kanadzie, tylko Eskimosi w to uwierzyli. No, ale Eskimosi nie oglądają Opry. Na koniec zawiadamiał mnie, że ta jego nowa miłość jest Polką i ma na imię Jadwiga, a on zastanawia się, czy będzie mógł do niej mówić tak jak do mnie, to znaczy Iśka.

Pocieszył mnie trochę, ale z drugiej strony zaczęłam się zastanawiać, czy Alzheimer może być zaraźliwy i czy to się przypadkiem nie przenosi przez Internet. Z tego wszystkiego odpisywanie na pocztę zeszło mi dłużej niż zwykle i dopiero 15 po 10 pojawiłam się na kofitajmie.

Ewelina jak zwykle przekręciła klucz w drzwiach zewnętrznych, co wobec możności przenikania ludzi przez ściany wydawało się nieco absurdalne i przepuszczając mnie w drzwiach weszła do salki konferencyjnej. Siadła pod oknem, gdzie było najwidniej, założyła nogę na nogę i poprawiła sukienkę, obciągając ją tak, żeby wszystko było widać. Nie kłamała – powiedziała, że pokaże wszystko i pokazała.

Ale jej starania nie przyciągnęły niczyjej uwagi, poza moją, bo wszyscy patrzyli na Andrzeja, który miał przed sobą ukradziony przeze mnie Jankowi egzemplarz „Pani” z artykułem o Hawkingu. Musieli już dłuższą chwilę o tym rozmawiać, podniesione głosy słyszałam nawet w sekretariacie, ale grzecznie ucichli na mój widok, tradycyjnie dając mi możliwość rozpoczęcia spotkania. Wiatr zawodził za oknem, zamieć śnieżna była coraz gęstsza, zapowiadało się tradycyjne białe Boże Narodzenie.

- Słuchajcie, to nasz ostatni kofitajm, ostatni przed świętami, chciałam powiedzieć, bo w Wigilię mamy wolne. Zanim jednak będziemy sobie składać życzenia, chciałam się dowiedzieć, co myślicie o tym wszystkim?

Mirka wzruszyła ramionami.

- Wygląda na to, że to już jakby po zawodach jest, nie? Nie wiadomo, kiedy będzie ten ostatni gwizdek, ale sądząc po tym, co się dzieje, to zmierzamy do mety, prawda?

- Do dziury, myszko, do dziury, bo cię tu złapie kot bury – zanuciła Gośka, a Marianek popatrzył na nią z wyraźnym niesmakiem. Ale jak się okazało, nie chodziło jej tylko o ironiczny dowcipek. – Prawdopodobieństwo, że nas wszystkich za niebawem szlag trafi…

- Nie mówi się za niebawem, tylko niebawem. Samo niebawem wystarczy – odruchowo poprawił Andrzej.

- Wsio ryba. Prawdopodobieństwo, że nas wciągnie, sprasuje na lofiks i zje ze szczętem na podwieczorek jest spore…

- Tja, spore. Wynosi 100 procent – wtrąciła Ewelina. Sytuacja zdaje się ją przerastała. Mnie zresztą też, więc nie reagowałam. Ewelina zdecydowanie nie powinna przerywać Gośce, która, jak wiadomo, mogłaby być jej matką. Ale dobrze wiedziałam, jak córka potrafi się odzywać do matki.

- … jest spore, a ty mi nie przerywaj, żałobna dziewico, bo i tak swoje powiem, i to na mnie będą się gapić, a nie na ciebie…

Wszyscy zareagowali na dowcip, szczególnie ten z dziewicą, ale Ewelina się nie pogniewała, bo oczywiście natychmiast wszyscy zaczęli się na nią gapić. Jednak Gośki nie można było zbić z pantałyku, jak już raz zaczęła, to musiała skończyć.

-… jest spore, ale przecież nie stuprocentowe. To raz. A po drugie, no to czy nie lepiej tak hop-siup razem tugeder wmiestie cuzamen walnąć w kalendarz, zwłaszcza, że i kalendarze zdaje się już mamy z głowy?

Andrzej postukał palcem w Hawkinga.

- To wszystko, co wiemy o czarnych dziurach to tylko spekulacje, oparte na matematyce, a teraz pewno też na zjawiskach z ich pogranicza. W środku Drogi Mlecznej od zawsze jest taka stała czarna dziura i jakoś z tym żyjemy. Nie wiemy, jak daleko ta nasza jest od nas, jak szybko i w którą stronę się porusza, co będzie, jak ta nowa zje tę starą, czy odwrotnie, no i co jest tam w środku, bo jeśli coś trafia do wnętrza czegoś, to nie ginie, tylko albo powiększa materię całości, albo przekształca się w energię.

Mirka chyba nie była odporna na fizykę. My wszyscy zresztą też.

- Dobra, Andrzejku, pogadaj se z węglem, który wrzucają do środka pieca. Po nim też zostaje i energia, która wylatuje przez nieszczelne okna, i materia, którą potem trzeba wygarnąć i wyrzucić.

- Nie koniecznie…

Otworzył artykuł, chwilę poczytał i zaczął jeszcze raz, jakby z trudem tłumaczył fizyczne na umysłowe.

- Z tego tu wynika, że po pierwsze ta szalona grawitacja niszcząc wszystkie istniejące prawa fizyki musi stwarzać nowe, bo bez praw fizyki nic nie może istnieć, w jakiejkolwiek formie. Te nowe prawa, jeśli są prawami, muszą obowiązywać wszystkich i wszystko. I to w jednakowym stopniu. Gdyby, na przykład wszystko co nas otacza i nas samych zmniejszono dziesięciokrotnie w jednym i tym samym momencie, to co by się stało?

- Miałabym dziesięciokrotnie krótszą sukienkę! – ucieszyła się Ewelina i wszyscy na nią popatrzyli. Nieprawda. Krótszej już by nie mogła mieć.

- No jasne. Ale i nogi miałabyś dziesięciokrotnie krótsze, a ja miałbym dziesięciokrotnie gorszy wzrok i bym nic nie zauważył. Wtedy, bo teraz zauważyłem.

Chyba załapałam.

- Chodzi panu o to, że jak wszystko się zmienia w taki sam sposób, to nic się nie zmienia?

- No właśnie. Nie mając punktu odniesienia, nie mając niczego spoza tego nowego świata, nie wiemy, jak jest gdzie indziej i przyjmujemy to wszystko, co jest pod horyzontem zdarzeń za cały świat. Za wszechświat.

Zrobiło się na trochę cicho, bo powoli zaczynało do nas docierać coś, co wydawało się stwarzać nadzieję. A ta, jak wiadomo, jest ostatnią szansą. Wyartykułowała to Gośka.

- Słuchaj, a skąd wiadomo, że my już w takiej czarnej dziurze nie siedzimy? Że ten twój horyzont zdarzeń…

- Nie mój, tylko Hawkinga…

- Że ten horyzont nie ogranicza naszego kontaktu z jakimś innym światem, choćby tamtym światem? Stąd jak ktoś umiera i jego dusza idzie do raju – popatrzyła na Ewelinę – albo do piekła, to już stamtąd nie wraca, i tylko w legendach Orfeusz mógł zejść do Hadesu… Czarna dziura trzyma i serwus lody…

Mirka dopiero teraz posłodziła kawę, a stukanie łyżeczką o filiżankę spowodowało, że wszyscy zamilkliśmy, bo sądziliśmy, że nasza planistka chce zabrać głos. Chcąc-niechcąc, zabrała.

- No, ale przecież jest jakiś kontakt z tym innym światem. Są jakieś seanse spirytystyczne, świętych obcowanie, sny prorocze, wizje nieba…

- I piekła… - dodała Ewelina, patrząc dla odmiany na Gośkę.

- Właśnie. A u tego Hawkinga – dziura i szlus, do widzenia, zero kontaktu.

- Nie koniecznie. On tutaj mówi, że po pierwsze, gdybyśmy weszli w tę dziurę i przekroczyli linię horyzontu zdarzeń, to byśmy niczego nie poczuli, no – nic by się nie zmieniło z naszego punktu widzenia, dopóki nie bylibyśmy w samym centrum. No, a w samym centrum nawet naszej poczciwej staruszki Ziemi też by nam nie było przyjemnie, nie? Ta pokrywka czarnej dziury to trochę jak weneckie lustro może być, ze środka widać, z zewnątrz nie. Poza tym istnieje teoretyczna możliwość, że z wnętrza wydobywa się delikatne promieniowanie, takie strumienie cząstek i antycząstek, nawet to nazwali promieniowaniem Hawkinga, które może nieść coś w rodzaju informacji, jak tam jest, w tamtym innym, czy tym, jak to nazwać – świecie.

Mirka konsekwentnie obstawała przy fizycznym uzasadnieniu metafizyki.

- I stąd wiedza świętych pańskich, proroków i mediów, przez które przemawiają duchy z tamtego świata?

Cisza zapadła, za oknem pociemniało, wszyscy wpatrzyli się w szalejącą zamieć. Świątecznego nastroju nie było za grosz, nawet ozdoby na ulicach były powygaszane, jakby wszyscy już wpadli w tę czarną dziurę i oszczędzali na świetle, którego i tak lada moment miało zabraknąć. Płatki śniegu wyglądały jak małe duchy, zaglądające do sali konferencyjnej.

Marianek wstał, przyniósł sobie kawę z kuchennego stolika, posłodził jak zwykle trzy łyżeczki, pomieszał, łyknął, skrzywił się od gorąca, przegryzł herbatniczkiem i rzucił, do wszystkich i do nikogo w szczególności:

- Duchy są na Ogrodowej, w tej willi, co idzie na przetarg…

Zakrztusiłam się kawą i musiałam wyjść do łazienki przeprać sweterek. Bałam się, że zostanie plama, po południu był opłatek u burmistrza, a ponieważ był dzień przyjmowania stron, więc absolutnie nie miałabym czasu pojechać do domu się przebrać.

 

 Nowy Targ, Wigilia 2010

Dalej--->

Powrót do spisu treści