Maciej Pinkwart
Coffee time
|
D |
uchy pojawiły się u nas właściwie nieoczekiwanie, ot
tak, ze środy na czwartek. A dokładniej w czwartek, w porze kofitajmu. W sumie
zresztą nie u wszystkich nas, tylko u Marianka, który z uwagi na swój charakter
był w zasadzie ostatnią osobą, która mogłaby nam o tym powiedzieć. Przyniósł
kawę z kuchennego stolika, posłodził jak zwykle trzy łyżeczki, pomieszał,
łyknął, skrzywił się od gorąca, przegryzł herbatniczkiem i rzucił, do wszystkich
i do nikogo w szczególności:
- Duchy są na Ogrodowej, w tej willi, co idzie na
przetarg…
Zakrztusiłam się kawą i musiałam wyjść do łazienki
przeprać sweterek. Bałam się, że zostanie plama, po południu był opłatek u
burmistrza, a ponieważ był dzień przyjmowania stron, więc absolutnie nie
miałabym czasu pojechać do domu się przebrać. Zresztą, jak się wraca do domu po
pracy, to już szanse na drugie wyjście są mizerne, zwłaszcza przy trójce dzieci
i niani, której nikt nie lubi, nawet ja. Zwłaszcza ja, no, ale nie było wyjścia.
Plama zeszła szczęśliwie, zresztą kiedyś Mirka przyniosła taki specjalny
odplamiacz, w Niemczech kupiony, działało szybko i skutecznie i nawet nie robiło
dziur. Tylko musiałam założyć trochę mokry, bo jak podgrzałam suszarką, to się
zaczął mechacić. W sumie jednak nie miałam do Mariana pretensji, mogłam się nie
krztusić, w końcu duchy to normalny temat rozmów przy kofitajmie, tyle, że nie u
nas. No i nie, żeby u Marianka.
Kiedy wróciłam, a było to po dobrej chwili, panowała
cisza, nikt też nie wrócił do pracy, mimo że było już wpół do jedenastej, bo
jednak mi z tym sweterkiem trochę zeszło. Mirka poprawiła mi wywiniętą metkę
przy kołnierzu, bez słowa i wszyscy patrzyli na mnie. Nikt na Marianka nie
zareagował, bo taka była zasada, że zanim ja się nie wypowiedziałam krytycznie
to nikt tego nie robił, wiadomo – czekali na to, aż szefowa ustali, jaka jest
tendencja. Byłam szefową od trzech lat i wprowadziłam pewne zasady, które
ułatwiały życie. Nie tylko mnie. Na przykład kofitajm. Spotykaliśmy się co dzień
o dziesiątej na pół godziny, żeby omówić wszystkie ważne sprawy, ale nie jak na
naradzie produkcyjnej, tylko jak u cioci na imieninach, w czasie porannej kawki.
Na Zachodzie jest to wszędzie, ale tylko przez pół godziny. Pomagało to przez
resztę dnia utrzymać dyscyplinę. Przy kofitajmie bywało luźniej, ale w końcu jak
wyszłam do łazienki to kofitajm uległ zawieszeniu, więc czekali. Zasady muszą
być, bo bez nich będą kwasy,
Marianek wziął następnego herbatniczka, popił kawę i
nabrał powietrza, żeby kontynuować, jednak na wszelki wypadek odczekał zanim nie
upiłam swojej i ostrożnie odstawiłam filiżankę na talerzyk.
-
Żałowałem potem, że nie zrobiłem zdjęcia, ale trochę mi nie wypadało, no a potem
przewróciły szafę i nalewka się wylała, nawet nie wiedziałem, że stała na tej
szafie, nikt zresztą nie wiedział, no chyba, że one, bo one to chyba wiedzą
więcej, nie?
Zastanowiłam się nad tym przez moment, ale w sumie
były ważniejsze sprawy, willa miała iść na przetarg i nasza pracownia została
wyznaczona do ustalenia ceny wywoławczej, termin mijał w przyszły wtorek, więc
duchy i ich właściwości mogły poczekać.
- Ale co właściwie się stało? – zapytałam, bo
najbardziej zaniepokoiła mnie ta szafa z nalewką, dawniej robili te szafy
porządne, willa była stara i pewno nie mieli tam regałów wyszkowskich, a gdańska
szafa mogła by uszkodzić konstrukcję wylewki, albo ścianę nośną, a wtedy los
przetargu i zwłaszcza terminowość naszego kontraktu stawała pod znakiem
zapytania.
- I kogo to były te duchy? – ośmieliła się Gośka,
widząc, że mnie odblokowało, kofitajm się nie skończył, więc można jeszcze temat
pociągnąć.
- Nie kogo, tylko czyje się mówi – poprawił
odruchowo Andrzej, on zawsze poprawiał wszystkie teksty w naszych opracowaniach,
oczywiście oprócz moich, bo jednak jakaś hierarchia musiała być zachowana.
- Duchy jak duchy, biała plama i brzęk łańcuchów, i
wołanie uhuuuu… Wszystkie duchy są takie same – powiedziała ze znawstwem
Ewelina, jakby codziennie w łazience urządzała przy makijażu seanse
spirytystyczne. W sumie mogła, bo trwało to przynajmniej godzinę, w związku z
czym pewno wstawała zaraz po północy, żeby ze wszystkim zdążyć przed ósmą. Samo
wybieranie ciuchów zajmowało jej drugą godzinę, sama mi mówiła.
Nikt jednak Marianka nie wyśmiewał, nie pytał czy
aby nie był pod gazem, ani nie zarzucał mu kłamstwa. Jak Marianek powiedział, że
były duchy – to były. Albo przynajmmniej tak wyglądały.
- Wcale, że nie – Marianek zdecydowanie odstawił
filiżankę po kawie i spojrzał na zegar na ścianie. Stanowczo należało już wracać
do pracy, bo dyscyplina za chwilę by legła w gruzach. – Żadna biała plama i
łańcuchy. Normalnie, jak ludzie. Gośka była w dżinsach i zielonej bluzce,
Andrzej w czarnej koszuli z krótkimi rękawami, a pani kierownik w tym z długimi
rękawami i z kołnierzem takim białym. No, a tamten czwarty facet to jakoś tak w
sztruksach, ale nie wiem dokładnie, bo pierwszy raz go widziałem.
Nikt się nie odezwał, więc pewno ja musiałam.
- Panie Marianie, to znaczy się my tam byliśmy, czy
duchy? Bo my to jak pan wie, byliśmy tu w firmie, zresztą zima jest i na pewno
Gosia nie byłaby w bluzce.
- A ja nie wkładam na śnieg koszuli czarnej z
krótkimi – uzupełnił Andrzej – Marianku, to nasze duchy były?
- Wasze – kiwnął głową – słyszałem jak rozmawiacie.
Normalnie weszliście z podwórza przez ścianę, rozmawialiście o wycenie, jakbyśmy
to kiedyś już robili, po czym ona – pokazał na Gosię – dotknęła szafy, szafa tak
wolno upadła, ale nikomu nic się nie stało, ona się tak wolno przewracała, że i
ja, i pan Waldek z finansowego zdążyliśmy spokojne uciec do korytarza, no i jak
wróciliśmy szafa leżała na podłodze, a was już nie było.
- Waldek też to widział?
Marianek kiwnął głową.
- Widział. Powiedział, że to dla niego nie
pierwszyzna, już drugi raz w tym tygodniu widział duchy. Ale operat zrobił, tu
mam.
Doszłam do wniosku, że tak daleko nie zajedziemy,
więc kazałam wszystkim wrócić do roboty, dochodząc do przekonania, że duchy mogą
poczekać, a wycena nie. Zwłaszcza, że to były nasze duchy, więc chyba poniekąd
od nas zależne. Z wyjątkiem tego w sztruksach, ale Marianek mógł go nie poznać,
był najmłodszy i pracował z nami dopiero od roku.
Sprawdziłam wszystkie wyliczenia i ustalenia tego
projektu, tak na wszelki wypadek, choć zdawałam sobie sprawę, że żadne z założeń
nie mogą być przyczyną tego, co się wydarzyło na Ogrodowej, jeśli oczywiście
cokolwiek się wydarzyło, bo tak do końca nie można było wykluczyć tego, że
Marianek zwariował. To, że chce nam zrobić kawał w ogóle nie wchodziło w grę –
nie miał za grosz poczucia humoru, w dodatku do swojej pracy podchodził
śmiertelnie serio. Ale jakikolwiek szwank na psychice też był mało prawdopodobny
– jak się wydaje, nasz najmłodszy kolega psychiki nie miał również, do czego
skutecznie przyczyniły się zarówno studia na Politechnice Świętokrzyskiej, jak i
dwa lata pracy u Bauera w Niemczech. Kiedy się śmieliśmy, że wzorem dziadów
został wywieziony do pracy u bauera, kompletnie nie rozumiał dowcipu, a gdy mu
wyłożyliśmy kawę na ławę, wzruszył ramionami i powiedział, że firma Bauera miała
najlepsze warunki socjalne. I zajmowała się budownictwem, a nie rolnictwem.
Taki facet, spośród naszej sześcioosobowej załogi,
byłby ostatni, który mógłby nas próbować robić w konia. Pomijając już to, że
trudno mi było sobie wyobrazić, po co miałby to robić. No i miał świadka, Waldka
z finansowego. Jeśli można sobie wyobrazić dwóch facetów najmniej skorych do
fantazjowania, to byli właśnie oni.
Wezwałam go jednak dopiero na pół godziny przed
terminem, w którym miałam zacząć przyjmować strony, żeby personel sobie nie
pomyślał, że przejęłam się tymi duchami. Po prostu zadzwoniłam do niego na
wewnętrznym, żeby przyniósł tę część planów, jakie miał już gotowe i operat
finansowy.
- Ile panu pomieszczeń jeszcze zostało do
narysowania? I ile czasu pan potrzebuje na to?
Podszedł bliżej, spojrzał pytająco na mnie, kładąc
rękę na oparciu krzesła. Nie ma co mówić, może był trochę tępawy, ale za to
dobrze wychowany. Pokazałam ręką, żeby siadał. Mowa ciała najlepiej trafia do
tych, co są tak prostolinijni, jak Marianek.
- Tam, znaczy się, na Ogrodowej? No, ze dwa na
parterze i całe pierwsze piętro. To znaczy to…
Położył na biurku kalki z przerysami, ale było mu
nierówno, więc zapytał znów jak grzeczny uczeń:
- Pani kierownik, czy mogę tu zrobić trochę miejsca?
Wyciągnął spod arkusza spory pistolet, kajdanki i
coś, co wyglądało jak paralizator, widziałam w telewizji, jak tego Polaka w
Kanadzie policja tym załatwiła.
- Nie będzie pani teraz potrzebne? – upewnił się, i
u Marianka nawet to nie zabrzmiało jak dowcip, tylko jak rzeczowe zapytanie.
Odruchowo pokręciłam głową.
- Ale skąd to…
Ostrożnie przesunął wszystko na boczny stolik i
wygładził kalki z tymi swoimi planami.
- Pewno zostało z tej agencji ochrony, co tu była
przed nami. Może sprzątaczka znalazła i nie wiedziała, co z tym zrobić, to
zostawiła pani kierownik do decyzji. A więc – pokazał długopisem – tu jest
rozrysowany korytarz, po lewo kuchnia i sanitarne, dwa oczka są, po prawej jedna
sypialnia jest zrobiona i zacząłem ten salon, z tą szafą.
Pokręciłam głową. Może nie mam tak mocnej psychiki
jak Marianek, na którym zresztą te militarne gadżety nie zrobiły żadnego
znaczenia, widocznie uznał, że skoro pani kierowniczka chce mieć na biurku
pistolet, to jej sprawa, ale pamiętałam, że agencja wyprowadziła się stąd wiosną
i zaraz potem był tu generalny remont, z przestawianiem ścian i malowaniem.
Szpilka by się nie uchowała, a co dopiero wyposażenie detektywa, który zresztą
na pewno by takiego czegoś nie zostawił. A poza tym, z całą pewnością byłam tu
cały dzień, z wyjątkiem tego kofitajmu, i tego wszystkiego tu nie było. Nawet
przed przyjściem Marianka poprawiałam zdjęcie dzieciaków z Romkiem, bo chciałem,
żebym wyglądała bardziej rodzinnie, jak będę przyjmować strony, ludzie lubią
takie ciepełko, i ta ramka stała dokładnie w tym miejscu, z którego Marian
usunął pistolet. Postanowiłam zbagatelizować sprawę i pomyśleć o tym jutro.
- A ta szafa – wróciłam do tematu – to upadając nie
zniszczyła konstrukcji? Ciężka była? I w ogóle jak to się wszystko tam podziało?
Marianek odłożył kalki na podłogę, zostawiając tylko
plan salonu.
- Uszkodziła nalewkę, a jej samej nic się chyba nie
stało, drzwi nawet nie wypadły. I chyba jakaś bardzo lekka była, skoro Gosia
jednym palcem, zdaje się wskazującym, ją przewróciła.
I opowiedział, że jak weszli do salonu, to było
pusto, więc położyli ubrania na fotelach i od razu z Waldkiem, który wyraził
ochotę do pomocy żeby, jak stwierdził, trochę się rozgrzać – wzięli taśmę
mierniczą i łapali wymiar przy podłodze, a potem Marian ustawił laserowy
dalmierz, a Waldek zapisywał oba pomiary, tak na wszelki wypadek. No i kiedy
przy trzeciej ścianie wycelował obiektyw w stronę okien – przy stole już byliśmy
my. A Andrzej nawet zrzucił jego kurtkę na podłogę, nie żeby miał do niego
pretensje, bo podłoga była dość czysta, zresztą gdzie miał położyć, przecież nie
do tej szafy.
- I przez ścianę weszliśmy? – upewniłam się.
- No, nie całkiem tak, ale ponieważ Waldek stał w
drzwiach od korytarza, a ja przy tych do sypialni, no to nie weszli państwo
przez drzwi. A poza tym, jak podniosłem wzrok, to pani kierownik, jeśli mogę się
tak wyrazić, była jeszcze nie całkiem… No to znaczy, ja bardzo przepraszam, nie
do końca…
Zapultał się w tym swoim dobrym wychowaniu i
musiałam do podtrzymać psychicznie. Jednak, jak się okazało, miał psychikę.
- Proszę śmiało, przecież chodzi nam o fakty.
- Tak jest. To znaczy – to był taki efekt, jakby
pani dopiero tu przenikała, bo przez pani ciało, to jest, ja bardzo przepraszam,
nie w tym sensie, znaczy - przez postać jeszcze widać było trochę okna i ściany,
bo tam na południowej ścianie jest takie okno, 2,20 szerokie, o tu jest, na
planie, a potem już nie było widać. Jakby właśnie to wszystko przeniknęło przez
tę ścianę. No, a poza tym wiedziałem, że państwo jesteście w biurze, że jest
przed Bożym Narodzeniem, śnieg i mróz, a państwo byliście w letnich ubraniach,
no to sobie o tych duchach pomyślałem. Nie w złym sensie, że jakby po śmierci,
skąd, tylko, że jakby coś działało niezależnie od ciała, przepraszam jeszcze
raz, bo materialnie to byliście tutaj, prawda?
- A co pan Waldek?
- Pan Waldek powiedział, że to nic takiego, że się
posprząta. Zresztą okazało się, że tej nalewki to jeszcze sporo zostało, więc
chciał ją sobie wziąć, ale jak wróciliśmy, to jakby razem z karafką wyparowało,
a dalej to już nie wiem. Więc poszliśmy do kuchni i w tej kuchni napisał mi
wycenę tego, co już pomierzyliśmy. O duchach nie rozmawialiśmy, tylko to
powiedział, że już to wczoraj było, że teściowa, która wyjechała w piątek do
Bielska do drugiej córki, znowu się pojawiła, a na uwagę, że przecież mama
wyjechała przedwczoraj, nie zrobiła mu awantury jak zwykle, więc pomyślał, że
materialnie jej nie ma. Ale, jak stwierdził, duch teściowej jest lepszy niż
teściowa jako taka, więc się nie przejął. No i dlatego o tych duchach mówiłem,
ja bardzo panią kierownik przepraszam.
Ewelina zadzwoniła interkomem, że jest już pierwsza
strona, więc Mariankowi kazałam wracać do pracy, a sama musiałam jeszcze przed
przyjęciami sprzątnąć te gadżety po agencji, ale kiedy popatrzyłem na stolik,
zauważyłam, że sprzątnęły się same. Stolik był pusty, tak jak przedtem.
Pozostało mieć tylko nadzieję, że same też nie powrócą w czasie rozmowy ze
stronami.
|
N |
a opłatek oczywiście się spóźniłam, bo korki zrobiły
się okropne, a po wczorajszych śnieżycach służby miejskie dopiero się
organizowały – jak wiadomo, pługi wyruszają na miasto dopiero wtedy, kiedy
przestanie padać, żeby efektów ich pracy nie zasypało – a w dodatku w ogóle
przestały działać światła, co podobno w niektórych dużych miastach drogowcy
robią specjalnie, żeby ułatwić poruszanie się na zasadach samoorganizacji, ale
my nie jesteśmy dużym miastem i ludzie raczej są przyzwyczajeni do tego, żeby im
mówić co i kiedy mają robić. Ein, zwei, drei – wszyscy w prawo. Wszyscy na
wprost, wszyscy w lewo. No, w lewo to nie wszyscy, jeszcze się boją. To żarcik
taki był. Ale wcale mi nie było do śmiechu, kiedy zobaczyłam, że przeciwległym
pasem naszej głównej i jedynej czteropasmówki przelotowej auta jadą lewą stroną.
W naszym kierunku ruch był prawostronny, z powrotem – lewostronny. Na razie
mogło mnie to nie obchodzić, ale w końcu będę tamtędy wracać, więc może być
kłopot. Byłam, co prawda, w Anglii, i wiem, że tam jeżdżą odwrotnie, ale nie
byłam tam jako kierowca. Choć wystarczająco dużo stresu miałam jako piesza.
W każdym razie zanim znalazłam miejsce do
zaparkowania, wyznaczone specjalnie dla urzędników miejskich i powiatowych,
zanim się docisnęłam do szatni i potem jeszcze coś zrobiłam z twarzą, żeby mimo
wszystko wyglądać odświętnie, choć to był czwartek – zeszło mi trochę i musiałam
wparować już prawdopodobnie po przemówieniu burmistrza i proboszcza, bo na sali
był trochę chaotyczny tłok, ludzie przechodzili z jednej strony na drugą i
zauważyłam, że już w robocie jest opłatek i życzenia. Przystanęłam, żeby się w
tym wszystkim połapać i najważniejsze, że zauważyłam, w której części sali jest
bufet z kanapkami, bo opłatek opłatkiem, ale obiadu dziś nie jadłam i w brzuchu
mi burczało. Zauważyłam koleżankę z geodezji, akurat mi było na rękę, bo jedna
strona dziś miała jakiś geodezyjny problem, no i jak się już skończyłyśmy
całować na dobry wieczór, jeszcze nie zdążyłam jej zapytać, co jest grane, kiedy
ona pociągnęła mnie pod okno, gdzie nie było akurat ludzi i szepnęła:
- Ty, Iśka, w której opcji startujesz?
Ani ona, ani nikt nie mógł się przyzwyczaić, że ja
Jadwiga jestem. Poza mojąa mamą, ale jej było łatwiej, bo ona też jest Jadwiga.
Jakoś widać moi rodzice nie mieli inwencji, albo byli w stresie, bo czekali na
syna. No więc stanęło na Iśce.
- Wszystko jedno, byle koło kanapek i żeby nie było
gdzieś Wandy ze skarbówki. Albo innej długonogiej blondynki.
Chciałam być dowcipna, ale chyba słabo mi wyszło, bo
Halinka nie załapała i dopytywała dalej:
- U starego czy u nowego?
Zastanawiałam się, czy nowy znaczy młody, bo jeśli
tak to raczej u nowego, ale zanim zdążyłam coś dowcipnego znowu powiedzieć,
Halinka ścisnęła mnie za ręką i pokazała oczami przed siebie. Do stolika z
kanapkami, gdzie w międzyczasie zgromadziło się już kilka osób, szybkim krokiem
podążał burmistrz nasz odwieczny, z talerzykiem pełnym opłatków. Nie było obok
niego asystentki ani pomocnika od spraw mediów, był kompletnie sam. W dodatku,
gdy tylko podszedł do ludzi, ci przestali interesować się kanapkami, zdawkowo
odpowiedzieli na życzenia i odeszli. Burmistrz zobaczył mnie i szybko skierował
się w naszą, to znaczy Halinki i moją, stronę. Uścisnęliśmy się na misia,
przełamaliśmy opłatkiem, przeprosiłam za spóźnienie i wyraziłam przekonanie, że
jego przemówienie na pewno przeczytam jutro na stronie miejskiej w interku.
Pokręcił głową.
- No, wiesz, nie wiem co będzie jutro, To znaczy,
kiedy będzie jutro.
Pomyślałam, że spóźniłam się znacznie bardziej, niż
na to początkowo wyglądało, ale burmistrz nie wyglądał na to, żeby zaczął
wieczór od kilku głębszych.
- Iśka, sporo się spóźniłaś. Przynajmniej w części
tej sali jest już za rok.
Pokazał ręką w stronę estrady, gdzie do występu
szykowała się jakaś grupa teatralna. Kółko miejskich działaczy otaczało
niewysokiego mężczyznę w średnim wieku, dzielącego się z nimi opłatkiem. Aż
tutaj dolatywały życzenia:
- Dziękujemy, panie burmistrzu, wzajemnie, dla pana
też wszystkiego, no i na tej naszej nowej drodze życia też…
Halinka pokiwała głową.
- Właśnie chciałam jej to wyjaśnić, panie
burmistrzu, to jest, przepraszam, panie burmistrzu, tak się przyzwyczaiłam, że
nie umiem inaczej. Bo się tak porobiło, że jest jakby już po wyborach w
przyszłym roku, i pan burmistrz nie kandydował i teraz burmistrzem jest tamten
pan burmistrz. A myśmy wcale nie wiedzieli, tak jakby go ktoś przywiózł w
teczce, z tym, że wszystko się zgadza, w urzędzie dzisiaj pojawiły się
ogłoszenia przez niego podpisane i jest na nich data po wyborach. Znaczy się z
listopada przyszłego roku. Ale i tak możemy się przecież przełamać opłatkiem?
Wszystkiego najlepszego, panie burmistrzu.
- Tegoroczny, pani Halinko, tegoroczny. Opłatek jest
tegoroczny i burmistrz tegoroczny, no nie?
- Chyba muszę coś zjeść – powiedziałam i poszłam
wziąć kanapkę. Żal mi go było, bo znaliśmy się wiele lat i choć mu formalnie nie
podlegałam, to jednak podstawą sukcesów naszej firmy była dobra współpraca z
urzędem. To z jaką datą ja mam wydawać decyzje lokalizacyjne? Aha, i co z tą
willą na Ogrodowej, została zlicytowana, czy nie? I za ile w końcu?
Rozległy się brawa, stanęłam z kanapką w ręku,
aktorzy w kostiumach jasełkowych otoczyli żłóbek i zaczęli śpiewać kolędę, którą
podchwycili wspólnie obaj burmistrzowie, a za nimi cała sala. Potem na
proscenium wyszła aktorka w stroju Maryi, wyciągnęła ręce przed siebie i zaczęła
recytację:
- Ciągle ten zapach krwi! Wszystkie pachnidła Arabii
nie odejmą tego zapachu z tej małej ręki. Och! och! och!
Takich jasełek jeszcze nie słyszałam. W tym momencie
Józef ciepnął w kąt pasterską laskę, wyciągnął zza pazuchy miecz i zbliżając się
do aktorki zaczął z emfazą:
- Już mi języka nie przynoście! niech mię wszyscy
odstąpią! Dopóki las Birnam pod dunzynański nie podstąpi zamek, urągam trwodze.
Nie bój się, Makbecie, nikt z ludzi, których rodziła kobieta, nie weźmie nigdy
przewagi nad tobą!
To rzekłszy, przebił mieczem niczego nie
spodziewającą się kobietę. Krew trysnęła na kanapki i zrobiło mi się niedobrze.
Nowoczesność w sztuce nowoczesnością, ale jednak bądź co bądź było to spotkanie
opłatkowe i jakieś normy powinny przecież obowiązywać. Nowy burmistrz zaczął
klaskać, otaczające go towarzystwo także wyraziło swój entuzjazm, ktoś nawet
zawołał „bis!”, ale już nic nie dało się zrobić, bo aktorzy zniknęli tak, jakby
wtopili się w dekoracje, aktorkę grającą Lady Makbet w stroju z Betlejem zabrał
zakład pogrzebowy, tymczasem po chwili stary burmistrz stanął na scenie i łamał
się opłatkiem z proboszczem, który zmarł przed kilku laty, dobrze pamiętam,
byłam na pogrzebie, mogę zaświadczyć, choć oczywiście nie wiem, co było w
trumnie, może teraz go IPN ekshumuje, jak się pokazał. Trochę zaczynałam się w
tym wszystkim gubić, więc doszłam do wniosku, że czas trochę pomieszkać. Dzień
był długi, no ale zawsze w czwartek, w związku z tymi przyjęciami stron, mamy
dłużej.
Mimo późnej pory, na Aleje nie dało się wjechać.
Światła nadal nie działały, a reguły jazdy zdaje się też, więc kolejne stłuczki
sparaliżowały ruch całkowicie. Policji nie było widać, każdy radził sobie jak
umiał. Ja nie umiałam, więc zdecydowałam się na objazd bocznymi uliczkami i
przez dwa osiedla. Tu też było ciasno, ale przynajmniej nikt nie oczekiwał
żadnych zasad, więc powoli i bezpiecznie dojechałam. Na parkingu przed naszym
blokiem, o dziwo, było całkiem odśnieżone, a nawet dokładniej rzecz ujmując –
śniegu nie było w ogóle, jakby jeszcze był październik i nie zdążył spaść.
Pomyślałem dobrze o naszej Spółdzielni, zaparkowałam koło samochodu męża i
poszłam do domu.
- Co tak wcześnie? – zdziwił się Romek – nie poszłaś
na opłatek? Burmistrz się obrazi…
Poczucie czasu nie było nigdy dobrą stroną mojego
męża. Nie wdając się w szczegóły powiedziałam, że nie było sympatycznie, więc
wyszłam wcześniej. Z pokoju dzieci dobiegał harmider, odruchowo spojrzałam na
zegarek, ale nawet nie zobaczyłam, która godzina, bo już usłyszałam
usprawiedliwienia:
- No, o co ci chodzi, bajkę oglądają, miałem im
zabronić?
- Chyba pornosa o tej porze im puściłeś – popukałam
się w czoło – jak wychodziłam od burmistrza, było przed jedenastą.
Wyciągnął komórkę i podsunął mi pod nos.
- To musiałaś jechać z prędkością światła i przez
wir grawitacyjny, bo jest wpół do ósmej.
Jakby na potwierdzenie jego słów, zza drzwi
usłyszałam sygnał telewizyjnych wiadomości, potem Agata wyszła ze swojego pokoju
do łazienki, łaskawie mnie zauważając, ale nie mówiąc ani słowa, to zawsze była
jej forma protestu przeciwko moim spóźnionym powrotom do domu. Chłopcy nie
przejmując się myciem włączyli play stadion, po chwili usłyszałam odgłosy
laserowego strzelania i pisk opon hamujących pojazdów. Jak co dzień od paru lat
to ich najlepiej usypiało.
- Waga się zepsuła – stwierdziła Agata, wychodząc –
albo utyłam kilo. Jutro nie jem nic, tylko jabłko poproszę.
Nie wiadomo, do kogo to było skierowane, ja musiałam
być w pracy przed ósmą, Romek w życiu nie wstawał przed dziewiątą, a jabłek w
domu nie było. Ale polemizować już nie było z kim: Agata przepłynęła obrażona do
swojego pokoju i tyleśmy ją widzieli. Jakakolwiek rozmowa zresztą i tak nie
miała sensu, bo miała słuchawki na uszach. Nie mam pojęcia, jak ona potrafiła
się kąpać słuchając empetrójki.
Romek, milczący jakoś, zaczął ustawiać kolację,
podczas gdy ja poszłam do łazienki. Głodna byłam jak nie wiem, bo przez cały
dzień byłam tylko o kawie i herbatniczkach i nie licząc tych dwóch kanapek na
opłatku, nie miałam nic w ustach. Jak wróciłam, u dzieci było już cicho, herbata
parowała w filiżankach, a na zegarze nad lodówką było wpół do pierwszej.
- Zasnęłam w brodziku? Byłam pięć godzin w łazience?
- Zwariowałaś?
Pokazałam mu na zegar.
– Coś się dzieje z czasem. Jedz na razie.
Jadłam. Działo się najwyraźniej, nie tylko z czasem.
Romek ledwie co pogryzał, otworzył piwo, zaproponował mi, wzięłam łyk z jego
szklanki, ale wyglądał dalej niewyraźnie, jakby był na mnie obrażony. Ja pewno
nie wyglądałam lepiej, w końcu sporo się dziś działo, ale jakoś nie miałam
ochoty na opowiadanie mężowi całego dnia. On wreszcie wydusił:
- Co zrobiłaś z moim projektem?
- Zjadłam. A z jakim projektem?
Okazało się, że projekt domu na Kasprowicza,
narysowany w szkicu przed tygodniem i teraz przenoszony do Autocada po prostu
wyparował. Romek wyszedł na chwilę z pracowni do toalety, a gdy wrócił – w
komputerze została tylko wersja przed pięciu dni, kilka pierwszych pomieszczeń.
Resztę zeżarło.
- A ten szkic chociaż masz? Może go sobie wydrukuj,
bo coś się dzieje…
Wrócił po pięciu minutach, z pendrajwem w garści.
- Masz szkic? – spytałam, zabierając mu resztkę
piwa.
- Nie – podał mi pena, tak jakbym miała sobie gdzie
go wsadzić – nie patrzyłem. Mam projekt.
- Wróciło?
- W pewnym sensie. Jest nie tylko to, co znikło –
jest cały projekt, dokończony i zaakceptowany. A na biurku leży protokół
uzgodnień ze wszystkimi pieczątkami. – popatrzył na mnie, jakbym to ja była
winna – Iśka, co się dzieje?
- Nie wiem – zaczynałam się robić śpiąca, za parę
godzin trzeba było wstać do roboty. – Coś z czasem i przestrzenią.
Przeciągnął się i ściągnął przez głowę koszulę.
- Może. Ale teraz to jedyną dobrą przestrzenią jest
łóżko. Tylko nie śpij jeszcze za szybko – dorzucił, wychodząc do łazienki.
Uśmiechnęłam się i poszłam do sypialni, żeby na
niego poczekać. Trzeba powiedzieć, że po tych szesnastu latach małżeństwa facet
wciąż miał klasę. I lubił się kochać.
Z tym, że nie teraz. Zasnęłam, zanim wrócił. Rano
też go nie było. Została tylko koszula, rzucona byle jak na krzesło w kuchni.
|
R |
ano pomyślałam, że poszedł po te jabłka dla Agaty –
16-letnia panna ma jednak magiczny wpływ na facetów. Zwłaszcza, że była ładna i
narwana, a taka mieszanka wywołuje piorunujące wrażenie. Nawet, jeśli w trosce o
jeden dodatkowy kilogram na zepsutej wadze gotowa jest wpaść w anoreksję. Ciemno
jeszcze było, jak się obudziłam, ale w końcu to był ten jeden z najkrótszych
dni, od świąt będzie już z górki. Pomyślałam, że na całe szczęście prezenty i
większość rzeczy na wigilię miałam już kupione, więc w domu było OK, ale w
robocie trzeba było się ostro zbierać, bo zlecenie mało być nie tylko
zrealizowane, ale i skosztorysowane do końca roku, w przeciwnym wypadku urząd
miejski nie da rady wypłacić nam kasy, to szło z budżetu, który musiał być
rozliczony do końca roku kalendarzowego, następny budżet będzie dopiero w maju,
no a wtedy musielibyśmy na pół roku zawiesić działalność na kiju. Pomyślałem o
tych jabłkach Agaty i weszłam na wagę. Była chyba rzeczywiście zepsuta, bo
miałam 10 kilo mniej niż zwykle. Nie dojadałam ostatnio, fakt, i nerwów też było
sporo, ale dziesięć kilo przy moich wczorajszych 52 to było już niemożliwe.
Termometr musiał też być zepsuty, bo trzy razy
patrzyłam i wciąż było plus 18, o szóstej rano 22 grudnia, w pierwszy dzień
kalendarzowej zimy. Rzeczywiście, nie tylko z czasem było nie w porządku.
Złapałam z szafy czarną garsonkę i białą bluzkę, auta na szczęście nikt nie
zastawił, na drodze bałagan był większy niż zwykle i trochę spóźniona wparowałam
do biura. Ewelina, wytapetowana jak zwykle spojrzała na mnie spod oka i podając
mi listę obecności, powiedziała:
- Nikt nie pytał, strony przełożyliśmy na przyszły
tydzień, na wszelki wypadek wypisałam pani kierownik wniosek urlopowy, ale to
już pani zdecyduje, czy ten tydzień weźmie pani z urlopu, czy na szkolenie, czy
jak. Poza tym spokój i normalka. Marianek ma już ten kosztorys, tylko coś mu
jeszcze trzeba pomierzyć.
Nauczyłam się, że jakiekolwiek tłumaczenie się przed
personelem nie może mieć miejsca, a dopuszczanie sekretarki do konfidencji jest
najgłupszym sposobem kończenia kariery.
- Jasne, dzięki – skinęłam głową, odwracając się w
stronę gabinetu – pogadamy w czasie kofitajmu. Gosię poproszę za półgodziny. I
jakby można herbatkę.
W gabinecie tym razem było bez żadnych
niespodzianek. Na liście obecności przez tydzień nie było moich podpisów, przy
czym fakt, że była to lista kwietniowa przyszłego roku zdziwił mnie jakby mniej.
Zresztą zaczynałam się przyzwyczajać do tego, że czas przestaje być czynnikiem
decydującym. Jedno, co zdaje się pozostawało niezmienne – to ilość roboty do
wykonania, o czym świadczyła sterta papierów – decyzji, operatów, opinii –
czekających na mój podpis.
Wypadał mój dzień telefonowania do mamy,
zmieniałyśmy się tak, że ja miałam parzyste, a ona nieparzyste, żeby było
sprawiedliwie finansowo. Ale nie zdążyłam przycisnąć jej numeru, jak ona
zadzwoniła. Nie chciało mi się oddzwaniać, więc odebrałam. Nie musi być taka
oszczędna.
- Cześć, Jadziu! Jak się miewasz, jak moje wnusie?
To była rutynowa zagrywka na dzień dobry, nie
musiałam odpowiadać, pytanie było retoryczne. Wnusie interesowały ją w zasadzie
tylko wtedy, kiedy przysyłałam jej ich nowe zdjęcia, wtedy co piątki na
zebraniach Towarzystwa Złota Jesień (naprawdę, jest takie w Vancouver) chwaliła
się nimi na służbowym laptopie i przez pierwszą godzinę członkinie, co do jednej
babcie, miały o czym gadać. Ale jakoś tak samo wyszło, że odpowiedziałam.
- Agata mówi, że utyła kilo i musi się odchudzać.
Myśli o diecie jabłczanej. A Pawłowi grozi powtarzanie średniaków w przedszkolu.
- Poradź jej kapuścianą. Ja właśnie to robię, bo też
muszę trochę zrzucić. Wyobraź sobie, poznałam świetnego faceta, co prawda nie
najmłodszy, bo starszy ode mnie, ale przystojny, zamożny, no i tak jak twój
Romek – architekt.
Staruszce najwyraźniej odbiło. Nie to, że miała
swoje siedemdziesiąt, miłość nie wybiera, ale w końcu miała męża, i to nie byle
kogo – mojego ojca. I ciekawe, że pamiętała o tym, że Romek jest architektem, a
nie o tym, że właśnie w pracowni projektowej ojca się poznałam z moim mężem.
- To wspaniale, mamo! A co na to tato?
- Jaki tato?
- No, mój ojciec…
- Słabo cię słyszę, zadzwonię jutro. Ale mówię ci,
jaki wspaniały jest ten Kazek…
Alzheimer… - pomyślałam, odkładając słuchawkę. Mój
ojciec miał na imię Kazek.
Gosia miała chyba pod czterdziestkę, duże zielone
oczy, doskonale dobraną do nich zieloną bluzkę i naturalnie rude włosy, poza tym
z wykształcenia była architektem, a z zamiłowania rozwódką. Faceci lecieli na
nią jak niedźwiedzie na miód, była ładna, zgrabna i inteligentna, no i to
ostatnie skazywało ją na przegraną w dotychczasowych związkach. Znałyśmy się od
liceum i jej jednej mogłam zaufać, choć oczywiście nie robiłam tego zbyt często
i nigdy w sprawach służbowych. Jednakże specjalny status, jakim się w pracowni
cieszyła, ją jedną uprawniał do tego, żeby przyjść do mnie z herbatą.
Zawsze się zastanawiałam, jakim cudem wchodzi w tak
obcisłe dżinsy i jak je zdejmuje, nie używając nożyczek. Siadła, popatrzyła na
mnie, postawiła herbatę na stoliku.
- Romek cię u mnie szukał – zapaliła papierosa, nie
pytając o zdanie. Tego przedtem nie robiła, odczułam to jako nadużycie naszego
specjalnego statusu.
- Długo? – spytałam.
- Co długo?
- Długo mnie u ciebie szukał? Bo jakoś z domu
zniknął.
- Nie, nie długo. I podobno według niego, to ty
zniknęłaś. Masz kogoś?
Podejmowanie tej dyskusji wydało mi się nieco
bezsensowne. Pokręciłam głową i zadałam najgłupsze pytanie, któremu tylko Gośka
mogła się nie zdziwić.
- Naprawdę mnie nie było przez tydzień?
Gośka popatrzyła na mnie uważnie, starannie zgasiła
papierosa i sięgnęła po herbatę. Po dłuższej chwili powiedziała:
- Jak dla mnie nie naprawdę. Codziennie był kofitajm
i rozmawialiśmy. Jak zawsze. I byli wszyscy. Ty też. Tyle, że to były jakby
różne czasy, każdego dnia był inny czas. Więc możliwe, że na liście obecności,
która ma czas ciągły, cię nie było, ale w tym czasie chronologicznym się
mieściłaś.
Zawsze miała tendencję do inteligenckiego
komplikowania spraw prostych i dlatego faceci od niej uciekali. Z tym, że teraz
sprawa nie wyglądała na prostą.
- Zdawało mi się, że trochę się już przyzwyczaiłam
do tego, żeby czasu nie brać pod uwagę. Ale teraz widzę, że chyba się nie da.
Trochę wymiękam.
- To chyba Einstein powiedział, że czasu w ogóle nie
ma, są tylko zegarki. A w niektórych językach Wschodu w ogóle nie istnieje
pojęcie czasu gramatycznego: czytam – czytałam – będę czytać zapisywane są w ten
sam sposób. I decyduje tylko kontekst. Więc, jak się uprzeć, to się da.
- Którego dziś mamy?
Sięgnęła po komórkę. Że też sama na to nie wpadłam
wcześniej. Ale teraz nadrobiłam ten brak i jak dziewczynki bawiące się lalkami,
pokazałyśmy sobie nawzajem datę w telefonach. U mnie był 22 grudnia. U Gosi 22
kwietnia.
- To jak jest ze zleceniem na willę przy Ogrodowej?
Wzruszyła ramionami.
- Spoko, jak zwykle poślizg. Do maja jest czas,
akurat uchwalą budżet i będzie. Już mamy w zasadzie wszystko, tylko Marianek
robi ostatnie pomiary, a Waldeczek z finansowego dopina wycenę. Dobrze by było
jednak, żebyś to sama na miejscu zobaczyła, bo jak zrobię do tego część opisową,
żebyś się potem nie czepiała.
Na kofitajmie raczej milczałam, Marianek poprosił
jeszcze o dwa dni na pomiary, Andrzej powiedział, że dziś wieczorem ma być
wystąpienie prezydenta w sprawie sytuacji w kraju.
- A jaka jest sytuacja?
Nikt się specjalnie nie zdziwił mojemu pytaniu, bo
po pierwsze nauczyłam ich, że szefowi trzeba odpowiadać, bez względu o co pyta,
a po drugie każdy w duchu zadawał sobie to pytanie. Andrzej – najstarszy w
naszym gronie i najbardziej uspołeczniony, bo w zeszłej kadencji był nawet
radnym – pokręcił głową.
- Tak do końca to nie wiadomo. Wczoraj we wszystkich
krajach Unii wprowadzono stan wyjątkowy, i choć uzasadniał go przewodniczący
Komisji, to z wypowiedzi Barosso nie wynikało nic. Chodzi o jakieś globalne
zakłócenia czasoprzestrzeni. Cokolwiek to znaczy – dodał po chwili.
Ewelina sięgnęła po herbatnika, co znaczyło, że jest
bardzo zdeterminowana, bo normalnie liczyła każdą kalorię i z zazdrością
patrzyła na starszą od niej prawie dwa razy Gośkę, która jadła i piła jak smok
wawelski, a miała figurę nastolatki.
- Ja to myślę, że im się coś w Kosmosie
rozregulowało. W gwiazdach, kometach, czy coś. Bo jak księżyc potrafi wpływać na
ocean, na wodę i przypływy tej wody, jak lunatyków wyciąga na parapety, a psy do
wycia, to jakby było coś większego od Księżyca, to mogłoby wpływać i na coś
innego, jak zegarek czy ludzie, czy coś…
Popatrzyliśmy na Ewelinę, bo jednak nie było to do
końca głupie, tak mi się wydawało. Ale Andrzej, który zawsze miał słabość do
najmłodszych dziewcząt w naszej załodze, tym razem się nie zachwycił.
- Daj spokój, słońce jest większe od księżyca i
jakoś z nim żyjemy te parę miliardów lat. Może jakiś eksperyment naukowy wymknął
się spod kontroli. CIA zawsze coś kombinuje, albo ruskie.
Ewelina nie dawała za wygraną.
- Słońce nie jest największe, a poza tym my z nim
żyjemy znacznie krócej, jak sobie radzili z czasem ci pitekantropi czy hobbici,
to nie mamy pojęcia.
Marianek zjadł ostatnie dwa herbatniki, popił z
butelki mineralną i wstał.
- To ja bym, pani kierownik, już może pojechał na tę
Ogrodową. Umówiłem się z panem Kosińskim, no Waldeczkiem znaczy, i tego… Jak się
sprężymy, to dziś skończymy…
Chciałam się spytać, czy nie boi się tych duchów,
ale jakoś tak mi niezręcznie było, zresztą skoro wykazał taką troskę o sprawy
firmy, to nie mogłam go zniechęcać. Skinęłam tylko głową i tak kofitajm się
skończył. Ale po godzinie doszłam do wniosku, że on sobie sam nie da tam rady, w
dodatku może mu coś grozić, no i w sumie jestem za jego bezpieczeństwo
odpowiedzialna. Poprosiłam Andrzeja i Gośkę i zaraz tam się znaleźliśmy. Willa
stała w pełnym słońcu, na klombie kwitły tulipany i wszystko było absolutnie
sielankowo. Przez szerokie okna salonu widzieliśmy Marianka i Waldeczka,
rozkładających taśmę mierniczą, a potem Marianek ustawił miernik laserowy. Nigdy
nie mógł się do niego przekonać i zawsze mierzył podwójnie – klasycznie i
nowocześnie. Pomyślałam, że niebezpiecznie jest tu stać przed oknem, kiedy on w
tę właśnie stronę celuje laserem, Gośka widać miała podobne odczucia, bo zsunęła
z włosów na oczy ciemne okulary, ale na wszelki wypadek zeszliśmy z linii
pomiaru. Przy stole były wolne krzesła, tylko na jednym była kurtka Marianka,
więc Andrzej ją zdjął i siedliśmy, patrząc jak Waldeczek zapisuje wszystko w
laptopie. Starszy facet w sztruksowym garniturze usiadł dopiero po tym, jak
powiedział, że jest zainteresowany tą licytacją, więc przyszedł popatrzeć, jak
to wszystko wygląda. Okazało się, że myśli o zrobieniu tu przedszkola
integracyjnego, więc jeśli to kupi, będzie musiał sporo zainwestować w remont,
zwłaszcza, że willa nie jest pusta, poprzedni właściciele pozostawiali większość
mebli i wyposażenia, które mu przecież na nic się nie przyda.
Gośka jako jedyna podjęła temat, bo ja doszłam do
wniosku, że nie wypada mi rozmawiać z ewentualnym oferentem, czyli jakby stroną
przed decyzją, zaś Andrzej zainteresował się sporą karafką, stojącą na dużej,
gdańskiej szafie, pod którą Marianek właśnie skręcał swoją archaiczną taśmę.
Gośka, dobrze to widziałam, taksowała faceta, zastanawiając się pewno nad jego
prawdziwą sytuacją finansową, bo przecież mógł tę willę kupować z kredytów, a
potem całe życie tonąć w długach, facet, jak to facet, nie mógł oderwać wzroku
od Gośkowych dżinsów, w końcu było na co patrzeć, w tej konkurencji nikt z Gośką
nie miał szans.
Wstali oboje w tym samym momencie, Andrzej, żeby
sięgnąć po karafkę, pomyślałam, że będzie musiał stanąć na czymś, a na fotelu
raczej nie wypadało i Gośka, która chciała pokazać, że szafa nie jest taka
ciężka, a jak ją znam, to po prostu chciała zademonstrować swój tyłek w tych
dżinsach. Udało się im obojgu częściowo – Andrzej po prostu tak trochę urósł i
już-już miał zdjąć naczynko, ale w tym momencie Gośka lekko dotknęła szafę,
gdański sprzęcik zmienił położenie środka ciężkości i jak na zwolnionych
obrotach usytuował się na płasko na podłodze. Andrzej, niestety, nie miał
refleksu i nalewka się rozlała. Marianek z Waldkiem prysnęli do przedpokoju, a
ja doszłam do wniosku, że nic tu po nas i zarządziłam odwrót. Oferent jakoś
jeszcze zdążył wziąć od Gośki numer komórki, a Andrzej cofnął akcję, spokojnie
zdjął karafkę i tak znaleźliśmy się z powrotem w biurze. Spytał mnie tylko dla
formalności, czy nie mam nic przeciwko temu zawłaszczeniu mienia, ale
wytłumaczyłam mu, że po pierwsze to są koszty operacyjne, a po drugie – alkohol
i tak nie mógłby stać się przedmiotem licytacji, z mocy ustawy o wychowaniu w
trzeźwości.
Za oknem padał śnieg, przebrałam się czym prędzej,
dobrze że w domu nie zamknęłam szafy, więc ściągnięcie tu cieplejszego swetra,
spodni i zimowego płaszcza było dziełem kilku sekund. Pojawiły się na biurku, od
razu się przebrałam, nie musiałam nawet zamykać drzwi na klucz, nikt tu bez
zaanonsowania nie wchodził. Podpisałam listę obecności, która znów wskazywała,
że dziś jest 22 grudnia i zadzwoniłam do Janka, który kilka lat temu wrócił z
Krakowa do rodzinnego miasta, żeby otworzyć tu gabinet psychiatryczny.
Specjalizował się, co prawda, w niwelowaniu skutków halnego wiatru, ale
pomyślałam sobie, że koleżance nie odmówi w potrzebie i w innej sprawie też może
się okazać przydatny. Nie rozmawialiśmy od ubiegłych świąt, wcześniej wciąż
obiecując sobie spotkanie, dowcipnie mówiąc, że jak nie tutaj, to w Kobierzynie,
ale i on, i ja mieliśmy równie mało czasu jak niezbędnej potrzeby odnowienia
dawnej, nawet niegdyś dość zażyłej znajomości. Mimo tego w jego głosie wyczułam
jakby ulgę, że zadzwoniłam, odniosłam wrażenie, że czekał na ten telefon.
Powiedziałam Ewelinie, że jadę do Urzędu Miejskiego
i jakby co, to jestem pod komórką, z tym, że wyciszoną, bo będę na naradzie.
Dużo nie nabujałam, bo gabinet Janka mieścił się w domu obok magistratu, zawsze
się śmialiśmy, że radni w czasie sesji mogą mieć wsparcie medyczne, no a
naradzić zamierzałam się dość szczegółowo.
Ale już na początku zaczęły się kłopoty. Do
poczekalni nie udało mi się nawet wejść, bo kolejka sięgała na ulicę, jak w
PRL-u, kiedy rzucili wołowinę czy rajstopy. Co gorsza, z tego co udało mi się
dojrzeć, większość osób stanowili znajomi. Ciekawe, że oni wszyscy, tak jak ja,
powinni byli o tej porze być w pracy. Zatem pewno ich symptomy były podobne. Czy
zatem moja wizyta miała sens? Zadzwoniłam do Janka jeszcze raz, nawet nie czekał
aż się odezwę, tylko poradził:
- Słuchaj, przyjdź tu przed dwiema-trzema godzinami,
będziesz na początku, zaraz wejdziesz.
No, więc tak właśnie zrobiłam. Przestawiłam zegarek
w komórce, w poczekalni było pusto, byłam druga, za jakąś nieznaną mi na
szczęście kobietą. Nie zdążyłam doczytać nawet do końca w „Pani” ciekawego
wywiadu z fizykiem Stephenem Hawkingiem, specjalistą od czarnych dziur. Zawsze
mnie ten gość fascynował – nie rozumiałam ani jednego słowa z jego wypowiedzi,
ale świetnie wyczuwałam intencje, z których wynikało, że wszystko jest
zaplanowane w prawach fizyki, siły nadprzyrodzone są też fizyczne, a nawet to co
jest metafizyczne, też jest fizyczne. Czyż nie wspaniałe? To się nazywa
tolerancja. Co ważniejsze, mówił to człowiek, którego fizyczne prawa,
przynajmniej te zawarte w medycynie, omijały już od pół wieku, bo o tyle już
przeżył termin swojej śmierci, dany mu przez lekarzy po tym, jak zachorował na
stwardnienie zanikowe boczne. Właśnie czytałam o zakładzie, jaki stanął między
nim a jego kolegą fizykiem na temat tego, czy z czarnej dziury może wyjść jakieś
promieniowanie czy nie, kiedy rejestratorka poprosiła mnie do środka. Kolejka,
jaka utworzyła się za mną, sięgała już daleko poza drzwi i zobaczyłam w niej
trzy osoby z urzędu miejskiego i wikarego głównej parafii.
Janek był nadal tak samo przystojny jak kiedyś, a
siwe skronie nadały mu jeszcze bardziej interesującego wyglądu. Gabinet nie
przypominał w niczym pracowni lekarskiej – żadnej kozetki, białego parawanu,
szafki z lekarstwami. Biurko, niski stolik z dwoma fotelami, na biurku komputer,
na stoliku wazon z kwiatami. W sumie niewiele to różniło się od miejsca, w
którym ja urzędowałam. Ani Janek, ani rejestratorka nie nosili białych kitlów.
Musiałam przyznać, że w zwykłych, szarych spodniach i brązowym swetrze wyglądał
bardzo dobrze. Ucieszyłam się, że tu przyszłam.
Nie pytając, postawił przede mną filiżankę herbaty,
spytał czy słodzę, powiedziałam, że nie, odstawił cukier. Siedziałam na fotelu i
odpoczywałam. Pewno to też była część wizyty, a może nawet terapii.
- Mam pewien problem – zaczęłam może mało
oryginalnie, ale przerwał mi machnięciem ręki.
- Daj spokój, słyszę to od trzech dni, widziałaś tę
kolejkę przecież. Nie masz żadnego problemu. A raczej, wszyscy mamy ten problem,
i na to ani psychiatra, ani żaden inny lekarz nie poradzi. Fizyk prędzej.
- Hawking? – powiedziałam, żeby coś powiedzieć.
Zresztą nie znałam innego fizyka. Hawkinga też ma się rozumieć nie znałam, ale
kojarzyłam przynajmniej.
- Hawking, czy Einstein. To ma coś wspólnego z
relacjami między czasem, przestrzenią i grawitacją. A może z czarnymi dziurami,
które zdaje się tę czasoprzestrzeń grawitacyjną zmieniają, nie znam się na tym.
Jesteś zdrowa, przynajmniej psychicznie, przynajmniej w odniesieniu do tych
spraw.
- Słuchaj, to znaczy, że mi się to wszystko nie
wydaje? To, że czas jest teraz taki, a po południu inny, że gdańska szafa może
być lekka jak z waty, że można myślą coś zmienić, albo sięgnąć do garderoby w
domu, od którego się jest parę kilometrów?
- No, nie wydaje ci się.
- A to, że samochody jeżdżą raz prawą, raz lewą
stroną, że jakby prawa i fizyki, i ludzkie obowiązują w mniejszym stopniu?
Powiedział, że z samochodami to nie zauważył, ale za
to rozsypała mu się elektroniczna kartoteka pacjentów, to znaczy komputer
przestał ją szeregować alfabetycznie. To samo zjawisko dzisiaj dotknęło
rezerwową kartotekę papierową. Poza tym podobno większość banków przestała
wypłacać pieniądze, bo żadna księgowość nie była w stanie opanować chaosu. Tym
się akurat nie przejęłam specjalnie – moja domowa księgowość też nigdy nie
umiała opanować chaosu, zwłaszcza jak dzieci stawały się coraz bardziej
roszczeniowe. Po prostu oboje z Romkiem zaczynaliśmy wtedy pracować coraz
więcej, coraz mniej mieliśmy czasu dla siebie i dla domu, chaos rósł no i stał
się naszym chlebem powszednim.
- A poza tym – przerwałam mu – mam ostatnio poważne
kłopoty z życiem rodzinnym.
Poprawił się na fotelu, i trochę odruchowo wziął do
ręki notes, po czym odłożył go na stolik.
- No to opowiadaj…
Po kwadransie umówiliśmy się na następne spotkanie,
zaraz po moim czwartkowym przyjmowaniu stron. Podając mi płaszcz, pocałował mnie
w policzek. Rejestratorka, która słysząc, że się żegnamy, wyszła z drugiego
pomieszczenia chcąc poprosić następnego pacjenta, cofnęła się z powrotem. Janek
popatrzył na mnie uważnie i bardzo poważnie powiedział.
- Słuchaj, prawdopodobnie zaraz po wyjściu ode mnie
zaczniesz się zastanawiać, czy ci to też się nie wydawało. Ta wizyta u
psychiatry i to co ci powiedziałem, i moja sugestia, którą ci teraz daję: żeby
się tym wszystkim nie przejmować, w myśl zasady, że nie należy martwić się
rzeczami, na które w żaden sposób nie mamy wpływu. Bo na to nie mamy. Możesz
myśleć, że to też podsuwa ci twój chory mózg. Na takie myślenie też nie mam
wpływu. Nikt w żaden sposób nie może nikomu zagwarantować, że to co się wokół
niego i z nim dzieje, nie jest fantazją, że dzieje się naprawdę. Że nie jest
wytworem chorego mózgu. Ale tym też się nie trzeba przejmować. To do czwartku.
Ale mnie pocieszył!
W poczekalni zrobił się straszny tłok, ludzie
zaczęli się przepychać do rejestratorki, która usiłowała ustalić, kto jest
następny. Zwinęłam pod płaszcz „Panią” z Hawkingiem i poszłam do samochodu.
|
R |
omka ani Agaty jeszcze nie było, chłopaki
wrzeszczały jeść, z nianią minęłam się w drzwiach, była obrażona, bo spóźniłam
się dziesięć minut, telewizor nastawiony na Cartoon Network grzmiał, aż trzęsły
się ściany, a biegający po swoim laboratorium Dexter wydał mi się dziwnie
podobny do Hawkinga przed tym, zanim choroba przykuła go do wózka inwalidzkiego
i komputerowego syntezatora mowy. Artykuł przeczytałam do końca w korkach, które
porobiły się na wszystkich już ulicach. Trudności w poruszaniu się powiększały
samochody, które stanęły po prostu na jezdni z braku paliwa – podobno większość
stacji benzynowych została zamknięta, bo wysiadło całe krajowe i międzynarodowe
zaopatrzenie. Pomyślałam, że w naszym turystyczno-rolniczym regionie będziemy
skazani na oscypki i baraninę, ale w końcu jakoś ten stan rzeczy da się
opanować.
- Mama, Internetu nie ma, znowu kablówka nawala, to
jak mam odrobić lekcje?
Sugestia, żeby posłużył się głową, zeszytem i
podręcznikiem nie została przez starszego z braci zrozumiana. Nikt w jego
szóstej klasie nie uczył się z książek. O ile w ogóle się uczył, bo jakoś Tomka
nigdy na nauce nie przyłapałam. Może w bezstresowej szkole nie trzeba się już
teraz uczyć, a nauczyciele niczego nie wymagają, żeby nie popaść w konflikt z
rodzicami i uczniami. Ci pierwsi mogą wymagającego belfra odwołać, ci drudzy –
wsadzić mu kosz ze śmieciami na głowę. Paweł, na szczęście, nie miał w
przedszkolu nic zadane, bo czytać w zakresie początkowym w domu nauczył go
Romek, a prace domowe z religii, zadawane przez świecką katechetkę, pozwalaliśmy
mu przygotowywać wyłącznie samemu w przekonaniu, że przez ten przedmiot nie
można zostać na drugi rok w średniakach. Romek mówił co prawda, że tego nie
można być pewnym, bo na ten temat może być jakaś tajna klauzula w protokole
konkordatowym. Mój mąż jest bardzo dowcipny. Jak go chcę zirytować, to mówię
„mój pierwszy mąż”.
Przyszli oboje z Agatą tuż przed wiadomościami, na
piechotę, bo Romek nawet nie próbował wyjechać z parkingu przed swoim biurem
projektów. Poszedł po Agatę do liceum i oboje wrócili piechotą. Troskliwy tatuś
martwił się, żeby ukochanej córeczce się coś nie stało w tym szaleństwie
czasoprzestrzeni. Na szczęście mieli po drodze kilka sklepów, więc pełne torby
gwarantowały przeżycie przynajmniej kilku dni. O ile, oczywiście, nie zajdą
jakieś nowe okoliczności. Najbardziej się przeraziłam, kiedy jedna z reklamówek,
postawionych przez Romka pod lodówką, kiedy to na wyścigi z Agatą próbował (z
dobrym skutkiem) zająć łazienkę, zaczęła się poruszać w stronę pokoju. Pomna rad
psychiatry, doszłam do wniosku, że to jest sytuacja, na którą mam wpływ i mogę
się nią przejąć, więc wzięłam tłuczek do mięsa i skradając się ostrożnie
stanęłam nad dygocącą torbą.
- Może jeszcze niech sobie pożyje do jutra, co? –
Romek wycierał ręce w kuchenny ręcznik – Agata, masz już wolne!
Córka, ze słuchawkami na uszach przeszła bez słowa
do łazienki, a Romek podniósł i rozchylił reklamówkę. Rzucał się w niej
wigilijny karp.
- Jutro się nim zajmę, teraz niech sobie popływa.
Chodźmy posłuchać prezydenta, kolację zrobię później.
Nie ma co, kochany był i już. Może te moje problemy
rodzinne nie były aż tak poważne, jak je przedstawiałam Jankowi. Zresztą, nie od
dziś wiadomo, że alternatywny – nawet jeśli tylko teoretycznie – facet bardzo
poprawia jakość męża.
Karp z reklamówką uniósł się na wysokość ręki Romka,
który wzrokiem przepchnął go przez ścianę, usłyszałam szum napełnianej wanny i
plusk wpadającej do wody ryby. Reklamówka ułożyła się, pusta, w koszu do śmieci.
Na szczęście, Agata zdążyła wyjść wcześniej z łazienki, zresztą pewno i tak nic
nie słyszała przez te słuchawki.
Ale nie poszła do siebie, tylko usiadła na podłodze
przed telewizorem. Chłopcy też przyszli do dużego pokoju, Paweł z konsolą co
prawda, ale Tomek zapatrzył się w prowadzącego w ciemnym garniturze, który
właśnie z poważną miną zapowiadał wystąpienie prezydenta. Romek przyniósł słone
paluszki i otworzył sobie piwo. Ja przy dzieciach nie piłam. Agata spojrzała na
niego z oburzeniem.
- Popcornu nie było? Tu świat się kończy, a ten
sobie paluszki z piwem!
Pomyślałam sobie, że jeszcze więcej takich odzywek
córki, a „mój pierwszy mąż” zacznie doceniać, jak bardzo tolerancyjną ma żonę.
- Świat się chyba naprawdę kończy – odgryzł się –
jeśli moja córeczka ze starymi chce oglądać telewizję!
- No, bo to może ostatni raz…
To powiedział Tomek i jakoś tak przestało być
śmiesznie.
Prezydenta nie widziałam dawno, więc nie wiem, czy
siwizna była wynikiem ostatnich dni, czy całej, trwającej już parę lat kadencji,
w dużej mierze przebiegającej pod znakiem bezustannych utarczek politycznych i
nieskutecznych prób pojednania ze sobą skłóconych partii rządzącej i
opozycyjnej. Z mojego punktu widzenia zresztą mało istotne było kto rządził, a
kto oponował, bo atmosfera zawsze była taka sama. Dlatego też przestałam oglądać
dzienniki, wychodząc z założenia, że dobrych wiadomości i tak nie ma, a złe same
mnie znajdą, wcześniej czy później. Tym razem wyglądało, że raczej wcześniej.
Zaczął od okrąglaków na temat bohaterskich cnót
papieża uosabiającego wszystko to, co najlepsze w naszym narodzie, szczególnie
podkreślając jego heroiczność na końcu, kiedy był chory i umierał. Zrobiło się
tak jakoś chłodniej. Potem mówił o konieczności naśladowania jego cnót i wierze
w to, że wszystko ma jakiś głębszy sens i dobrze się skończy.
- No, to zaraz przywali – nie wytrzymał Romek –
teraz będzie ta rzecz.
Prezydent przypomniał o zjawiskach, jakie wystąpiły
powszechnie w ostatnich dniach, to znaczy o wariactwach (nie użył rzecz jasna
tego zdania, nadal starał się być dystyngowanym hrabią) czasu, przestrzeni,
grawitacji i innych zasad naszego życia. Próbował pocieszać, że dzieje się tak
nie tylko u nas, ale i w innych krajach Unii, a nawet – dodał jakby z pewnym
lekceważeniem – w innych krajach tego świata. Moim zdaniem, sformułowanie „tego
świata”, mógł sobie darować. Jak na razie powiedział to, co i tak wiedziałam,
więc uwaga mi się zdekoncentrowała. Wzięłam paluszka i ukradkiem sięgnęłam po
piwo Romka. Kopnął mnie pod stołem. Agata nie zauważyła – pochylona do przodu,
wpatrywała się w pobrużdżoną zmarszczkami twarz prezydenta.
- Naukowcy wszystkich najbardziej liczących się
centrów astronomicznych świata potwierdzili już na sto procent, że jesteśmy
świadkami, a, niestety, również uczestnikami najbardziej niezwykłego zjawiska w
historii naszej części Galaktyki. W odległości kilku milionów lat świetlnych od
nas w obszar Drogi Mlecznej weszła tak zwana czarna dziura. Jest to fenomen,
przewidziany teoretycznie przez fizyków wiele lat temu i obserwowany przez
astronomów w dalekich przestrzeniach, ale nie dotyczący jak dotąd naszej części
wszechświata. Dlatego niewiele o nim wiemy poza jednym: jest to ogromna
koncentracja materii i energii powodująca to, że nic, co znajduje się w jej
wnętrzu, nie może wyjść na zewnątrz, gdyż zatrzymuje go niespotykana gdzie
indziej siła grawitacji. Poza czarną dziurę nie wychodzi ani materia, ani
światło, dlatego jest ona idealnie czarna. Niewidoczna. Widzimy ją tylko
dlatego, że w tym miejscu niczego nie widzimy. Nie wiemy, co jest w środku, ale
możemy się tylko domyślać, że niebywała siła przyciągania niszczy wszystkie
struktury cząsteczkowe i koncentruje materię w taki sposób, że cały nasz układ
słoneczny, gdyby znalazł się we wnętrzu Czarnej Dziury, miałby może wielkość
piłki tenisowej…
Przerwał, popił wody ze stojącej obok szklanki,
oparł twarz na dłoni. Był w tym momencie po prostu zmęczonym, starym
człowiekiem, przygniecionym poczuciem odpowiedzialności tak, jakby już ta
grawitacja czarnej dziury zaczęła na niego oddziaływać. Romek przegryzł
paluszkiem. Trzask chrupania był tak głośny, że wszyscy podskoczyli, a Agata,
nie odrywając wzroku od prezydenta rzuciła w tył z oburzeniem:
- Dałbyś spokój, tato…
- Przepraszam – powiedział Romek i zabrzmiało to
śmiesznie, ale jakoś się nikt nie roześmiał.
Prezydent znów spojrzał w teleprompter, ustawiony
blisko kamery, bo wyglądało to tak, jakby patrzył Romkowi do szklanki z piwem.
- Czarna dziura nie tylko przemieszcza się z
niezwykłą prędkością w poprzek naszej Galaktyki, ale po drodze, jak ogromny
odkurzacz wchłania wszystko, co znajdzie się w zasięgu jej grawitacji. Gwiazdy,
planety, asteroidy, pył kosmiczny – wszystko to najpierw wolno, potem coraz
prędzej porusza się w jej kierunku, by wreszcie zniknąć w jej wnętrzu,
oddzielone od reszty Kosmosu tak zwanym horyzontem zdarzeń, który stanowi
granicę tamtego, wewnętrznego wszechświata czarnej dziury. Zgodnie z prawami
Einsteina, w pobliżu oddziaływania wielkich sił grawitacyjnych, następuje
zakrzywienie czasoprzestrzeni, a liczne fenomeny związane z czymś w rodzaju
podróży w czasie, przemieszczania się osób i rzeczy, nieuzasadnione fizycznie
zmiany ciężaru i ogólnie chaos w obrębie istniejących praw, fizycznych i innych,
pojawiają się w trakcie owej podróży w stronę czarnej dziury. Jak państwo
wiecie, zjawiska takie występują od paru dni na Ziemi. Tendencji tej nie da się
uniknąć.
Paweł ziewnął, Tomek kazał mu być cicho, Agata
przytuliła go do siebie i kazała spać. Rzeczywiście, dobranocka jak się patrzy.
Prezydent zrobił efektowną pauzę, napił się wody,
napięcie budowane było idealnie. Musiał mieć świadomość, że ma oglądalność
większą, niż Małysz na olimpiadzie w Salt Lake City.
- Będę zmierzał do końca – no, to nie było dobre,
stanowczo – Wszyscy naukowcy, wszystkie autorytety stwierdzają, że nasza ziemska
podróż prowadzi w stronę tego ośrodka grawitacji i w rejonie czarnej dziury
znajdziemy się już niebawem. Kiedy – nie wiadomo. Może za kilka dni, może to
będą tygodnie, miesiące, czy może nawet lata. Tymczasem będą narastać zjawiska
chaosu, z którym będziemy musieli sobie poradzić. Istnieje pewna szansa na to,
że tam, po drugiej stronie horyzontu zdarzeń wszystko powróci do normy, bo wraz
z nami we wnętrzu czarnej dziury znajdzie się cały nasz świat. Czy zachowa swoje
prawa, zasady funkcjonowania i będzie dalej tworzyć swoją historię – czas
pokaże. Na razie władze całej Ziemi apelują do wszystkich Ziemian, a ja do was,
Polacy – o zachowanie spokoju i wykazywanie hartu ducha, odwagi i wzajemnej
życzliwości.
Zdjął okulary, przetarł ręką twarz, powinni pewno go
w takim stanie nie pokazywać, rozklejony był całkiem, ale najwyraźniej miał coś
jeszcze do powiedzenia. Już nie patrzył w teleprompter, tylko jakoś tak, ponad
kamerą. Rozumiałam, że teraz będzie mówił od siebie.
- Szanowni Państwo, niewykluczone, że już się nie
zobaczymy. Albo zobaczymy się po tamtej, drugiej stronie. Być może, nic się nie
stanie i ta czarna dziura stanie się naszym wielkim domem. Oby tak właśnie było.
Chcę wszystkim podziękować za to, że byliśmy razem. Bycie jednym z was, jednym z
Polaków, jednym z Europejczyków, jednym z Ziemian to wielki zaszczyt. Wierzę, że
przez wszystkie horyzonty wszystkich zdarzeń przeprowadzi nas dobry Bóg, tak jak
przeprowadził Mojżesza przez Morze Czerwone i przez pustynię. Dobranoc państwu.
Prezydent zniknął, puścili Chopina, ale po chwili
obraz zniknął i pojawiła się reklama odplamiacza Vanish.
- Ładnie powiedziane — skomentował mój mąż— ciekawe,
czy on tak sam, czy ktoś mu to pisał.
- Tato, zdążę jeszcze do łazienki? – zapytał Tomek –
Przed tym, zanim nas ta dziura połknie?
Agata podeszła do okna, odsłoniła firanki, pokiwała
głową.
- No tak – powiedziała – ciepło jest, niebo
bezchmurne i ani jednej gwiazdy. Księżyc jest, gwiazd nie ma.
- Ciekawe, czy Słońce jest z tej, czy z tamtej
strony tej dziury – zainteresował się Romek.
Doszłam do wniosku, że to wszystko jest zbyt
koszmarne, żeby mogło być prawdziwe. Skoro nie mamy wpływu na to, co się
wydarzy, to powinniśmy robić to, na co mamy wpływ.
- Słuchajcie – powiedziałam – jeszcze na pewno mamy
trochę czasu. Dzieciaki, do mycia i do łóżek! Jutro trzeba wcześnie wstawać, bo
nie wiadomo, jak będzie trzeba się ubrać. Tomek pierwszy!
- Dlaczego ja? – zapytał tradycyjnie, zapominając,
że przed chwilą chciał do łazienki – a po co chodzić do szkoły, jeśli wszystko
ma szlag trafić?
- Jak ty się wyrażasz! – oburzył się ojciec – a poza
tym nawet w czarnej dziurze nie potrzebują nieuków.
-
Ale mnie to dużo obchodzi… - zamruczał Tomek, ale posłusznie poszedł do
łazienki. Agata po raz pierwszy od lat pocałowała nas na dobranoc i wsadzając
słuchawki na uszy, otarła łzy.
- Gówno mi z tego zaszczytu bycia Ziemianką, jak za
chwilę mam być Czarnodziurzanką…
Odwróciła się i poszła do siebie. Nie
zareagowaliśmy, bo akurat każdy z nas myślał to samo. Wielkie słowa w obliczu
wielkich tragedii stają się małe i głupie.
Pawełek dalej siedział na podłodze i maltretował
play stadion.
- Pawełku, już do łazienki, jak tylko Tomek wyjdzie.
I ząbki proszę umyć. A w ogóle w co ty grasz?
- Ząb mi jeden wypadł wczoraj przy myciu. W tej
dziurze to może już nie będę musiał myć zębów? Gram w taką strzelankę. Armagedon
się nazywa.
W
telewizji był tylko taki szum, jak w filmie „Poltergeist” albo w „Ringu”, więc
żeby nam coś stamtąd nie wylazło, wyłączyłam. Internetu nadal nie było, w radiu
nadawali świąteczne piosenki. „Last Christmas” wydało mi się teraz dość okrutnym
dowcipem. Romek wyciągnął z szafki butelkę whisky. W sumie było jeszcze dość
wcześnie i przed pójściem spać, można było zacząć cieszyć się życiem.
|
Z |
abrałam do pracy ten numer „Pani” z Hawkingiem,
głównie po to, żeby Mirce pokazać fajne letnie kiecki, jakie tam rekomendowali
na ten sezon. Przyszłam piechotą, więc byłam trochę wcześniej, bo w przededniu
wigilii było plus 16, słońce pięknie świeciło, a w nocy miejskie służby jakoś
uprzątnęły samochody, więc zrobiło się normalniej i trochę retro, bo z braku
benzyny wszyscy poruszali się pieszo. Okazało się, że jeszcze wczoraj wieczorem
w telewizji o przemawiał premier Unii Baroso, zaostrzyli trochę przepisy
europejskie, ale wyglądało na to, że restrykcje dotyczą tylko benzyny, którą
oszczędzano wyłącznie dla dowozu artykułów spożywczych i komunikacji publicznej,
no i oczywiście dla służb, których jakby zrobiło się więcej. Agenci zawsze
spadają na cztery łapy.
Ewelina miała bardzo czarne sztuczne rzęsy, czarny
makijaż pod oczami, czarną szminkę na ustach i czarne paznokcie.
- Majtki też ma pani czarne? – nie mogłam się
powstrzymać. Takie koniunkturalne nawiązywanie do sytuacji wydało mi się
niesmaczne.
- Nie, pani kierownik. Nie mam w ogóle majtek.
Stanika zresztą też. Tylko jak wszyscy, mam czarną dziurę – powiedziała,
skromnie spuszczając oczy. Doszłam do wniosku, że ten brak dyscypliny i
nadmierna rezolutność, w połączeniu z wulgarnością dowcipu musi być wynikiem
wpływu zwiększonej grawitacji, więc pominęłam to milczeniem.
- W porządku, jak pani pasuje. Zobaczymy to na
kofitajmie.
- Już się cieszę. Pokażę na pewno.
Nie miałam już nic do powiedzenia. W gabinecie
czekała sterta faktur. Internet przypadkowo znów się pokazał, ale nie można było
ściągać stron, nie działały portale informacyjne, tylko była poczta i
komunikatory. 90 procent maili to były życzenia świąteczne. Dziura dziurą, a
święta świętami. Nie było rady, zaczęłam odpisywać, starając się nie nawiązywać
w listach do aktualnej sytuacji. Wśród korespondencji znalazłam list od ojca.
Poza życzeniami pisał o tym, że poznał wspaniałą kobietę, dzięki której stare
lata mogą upłynąć mu miło i przyjemnie. I pocieszał mnie, żebym się nie
przejmowała tym, co o tej czarnej dziurze wygadują politycy prowincjonalnej
Europy, bo to tylko takie bzdury dla podkręcenia interesów kościoła, żeby więcej
ludzi dawało na tacę. Amerykanie i Rosjanie nie wprowadzili stanu wyjątkowego, a
w programie Opry Winfrey mówili wczoraj, że prawie na pewno to wszystko nas
minie, i przejdzie bokiem tak jak asteroidy i rozmaite końce świata. U nich, w
Kanadzie, tylko Eskimosi w to uwierzyli. No, ale Eskimosi nie oglądają Opry. Na
koniec zawiadamiał mnie, że ta jego nowa miłość jest Polką i ma na imię Jadwiga,
a on zastanawia się, czy będzie mógł do niej mówić tak jak do mnie, to znaczy
Iśka.
Pocieszył mnie trochę, ale z drugiej strony zaczęłam
się zastanawiać, czy Alzheimer może być zaraźliwy i czy to się przypadkiem nie
przenosi przez Internet. Z tego wszystkiego odpisywanie na pocztę zeszło mi
dłużej niż zwykle i dopiero 15 po 10 pojawiłam się na kofitajmie.
Ewelina jak zwykle przekręciła klucz w drzwiach
zewnętrznych, co wobec możności przenikania ludzi przez ściany wydawało się
nieco absurdalne i przepuszczając mnie w drzwiach weszła do salki
konferencyjnej. Siadła pod oknem, gdzie było najwidniej, założyła nogę na nogę i
poprawiła sukienkę, obciągając ją tak, żeby wszystko było widać. Nie kłamała –
powiedziała, że pokaże wszystko i pokazała.
Ale jej starania nie przyciągnęły niczyjej uwagi,
poza moją, bo wszyscy patrzyli na Andrzeja, który miał przed sobą ukradziony
przeze mnie Jankowi egzemplarz „Pani” z artykułem o Hawkingu. Musieli już
dłuższą chwilę o tym rozmawiać, podniesione głosy słyszałam nawet w
sekretariacie, ale grzecznie ucichli na mój widok, tradycyjnie dając mi
możliwość rozpoczęcia spotkania. Wiatr zawodził za oknem, zamieć śnieżna była
coraz gęstsza, zapowiadało się tradycyjne białe Boże Narodzenie.
- Słuchajcie, to nasz ostatni kofitajm, ostatni
przed świętami, chciałam powiedzieć, bo w Wigilię mamy wolne. Zanim jednak
będziemy sobie składać życzenia, chciałam się dowiedzieć, co myślicie o tym
wszystkim?
Mirka wzruszyła ramionami.
- Wygląda na to, że to już jakby po zawodach jest,
nie? Nie wiadomo, kiedy będzie ten ostatni gwizdek, ale sądząc po tym, co się
dzieje, to zmierzamy do mety, prawda?
- Do dziury, myszko, do dziury, bo cię tu złapie kot
bury – zanuciła Gośka, a Marianek popatrzył na nią z wyraźnym niesmakiem. Ale
jak się okazało, nie chodziło jej tylko o ironiczny dowcipek. –
Prawdopodobieństwo, że nas wszystkich za niebawem szlag trafi…
- Nie mówi się za niebawem, tylko niebawem. Samo
niebawem wystarczy – odruchowo poprawił Andrzej.
- Wsio ryba. Prawdopodobieństwo, że nas wciągnie,
sprasuje na lofiks i zje ze szczętem na podwieczorek jest spore…
- Tja, spore. Wynosi 100 procent – wtrąciła Ewelina.
Sytuacja zdaje się ją przerastała. Mnie zresztą też, więc nie reagowałam.
Ewelina zdecydowanie nie powinna przerywać Gośce, która, jak wiadomo, mogłaby
być jej matką. Ale dobrze wiedziałam, jak córka potrafi się odzywać do matki.
- … jest spore, a ty mi nie przerywaj, żałobna
dziewico, bo i tak swoje powiem, i to na mnie będą się gapić, a nie na ciebie…
Wszyscy zareagowali na dowcip, szczególnie ten z
dziewicą, ale Ewelina się nie pogniewała, bo oczywiście natychmiast wszyscy
zaczęli się na nią gapić. Jednak Gośki nie można było zbić z pantałyku, jak już
raz zaczęła, to musiała skończyć.
-… jest spore, ale przecież nie stuprocentowe. To
raz. A po drugie, no to czy nie lepiej tak hop-siup razem tugeder wmiestie
cuzamen walnąć w kalendarz, zwłaszcza, że i kalendarze zdaje się już mamy z
głowy?
Andrzej postukał palcem w Hawkinga.
- To wszystko, co wiemy o czarnych dziurach to tylko
spekulacje, oparte na matematyce, a teraz pewno też na zjawiskach z ich
pogranicza. W środku Drogi Mlecznej od zawsze jest taka stała czarna dziura i
jakoś z tym żyjemy. Nie wiemy, jak daleko ta nasza jest od nas, jak szybko i w
którą stronę się porusza, co będzie, jak ta nowa zje tę starą, czy odwrotnie, no
i co jest tam w środku, bo jeśli coś trafia do wnętrza czegoś, to nie ginie,
tylko albo powiększa materię całości, albo przekształca się w energię.
Mirka chyba nie była odporna na fizykę. My wszyscy
zresztą też.
- Dobra, Andrzejku, pogadaj se z węglem, który
wrzucają do środka pieca. Po nim też zostaje i energia, która wylatuje przez
nieszczelne okna, i materia, którą potem trzeba wygarnąć i wyrzucić.
- Nie koniecznie…
Otworzył artykuł, chwilę poczytał i zaczął jeszcze
raz, jakby z trudem tłumaczył fizyczne na umysłowe.
- Z tego tu wynika, że po pierwsze ta szalona
grawitacja niszcząc wszystkie istniejące prawa fizyki musi stwarzać nowe, bo bez
praw fizyki nic nie może istnieć, w jakiejkolwiek formie. Te nowe prawa, jeśli
są prawami, muszą obowiązywać wszystkich i wszystko. I to w jednakowym stopniu.
Gdyby, na przykład wszystko co nas otacza i nas samych zmniejszono
dziesięciokrotnie w jednym i tym samym momencie, to co by się stało?
- Miałabym dziesięciokrotnie krótszą sukienkę! –
ucieszyła się Ewelina i wszyscy na nią popatrzyli. Nieprawda. Krótszej już by
nie mogła mieć.
- No jasne. Ale i nogi miałabyś dziesięciokrotnie
krótsze, a ja miałbym dziesięciokrotnie gorszy wzrok i bym nic nie zauważył.
Wtedy, bo teraz zauważyłem.
Chyba załapałam.
- Chodzi panu o to, że jak wszystko się zmienia w
taki sam sposób, to nic się nie zmienia?
- No właśnie. Nie mając punktu odniesienia, nie
mając niczego spoza tego nowego świata, nie wiemy, jak jest gdzie indziej i
przyjmujemy to wszystko, co jest pod horyzontem zdarzeń za cały świat. Za
wszechświat.
Zrobiło się na trochę cicho, bo powoli zaczynało do
nas docierać coś, co wydawało się stwarzać nadzieję. A ta, jak wiadomo, jest
ostatnią szansą. Wyartykułowała to Gośka.
- Słuchaj, a skąd wiadomo, że my już w takiej
czarnej dziurze nie siedzimy? Że ten twój horyzont zdarzeń…
- Nie mój, tylko Hawkinga…
- Że ten horyzont nie ogranicza naszego kontaktu z
jakimś innym światem, choćby tamtym światem? Stąd jak ktoś umiera i jego dusza
idzie do raju – popatrzyła na Ewelinę – albo do piekła, to już stamtąd nie
wraca, i tylko w legendach Orfeusz mógł zejść do Hadesu… Czarna dziura trzyma i
serwus lody…
Mirka dopiero teraz posłodziła kawę, a stukanie
łyżeczką o filiżankę spowodowało, że wszyscy zamilkliśmy, bo sądziliśmy, że
nasza planistka chce zabrać głos. Chcąc-niechcąc, zabrała.
- No, ale przecież jest jakiś kontakt z tym innym
światem. Są jakieś seanse spirytystyczne, świętych obcowanie, sny prorocze,
wizje nieba…
- I piekła… - dodała Ewelina, patrząc dla odmiany na
Gośkę.
- Właśnie. A u tego Hawkinga – dziura i szlus, do
widzenia, zero kontaktu.
- Nie koniecznie. On tutaj mówi, że po pierwsze,
gdybyśmy weszli w tę dziurę i przekroczyli linię horyzontu zdarzeń, to byśmy
niczego nie poczuli, no – nic by się nie zmieniło z naszego punktu widzenia,
dopóki nie bylibyśmy w samym centrum. No, a w samym centrum nawet naszej
poczciwej staruszki Ziemi też by nam nie było przyjemnie, nie? Ta pokrywka
czarnej dziury to trochę jak weneckie lustro może być, ze środka widać, z
zewnątrz nie. Poza tym istnieje teoretyczna możliwość, że z wnętrza wydobywa się
delikatne promieniowanie, takie strumienie cząstek i antycząstek, nawet to
nazwali promieniowaniem Hawkinga, które może nieść coś w rodzaju informacji, jak
tam jest, w tamtym innym, czy tym, jak to nazwać – świecie.
Mirka konsekwentnie obstawała przy fizycznym
uzasadnieniu metafizyki.
- I stąd wiedza świętych pańskich, proroków i
mediów, przez które przemawiają duchy z tamtego świata?
Cisza zapadła, za oknem pociemniało, wszyscy
wpatrzyli się w szalejącą zamieć. Świątecznego nastroju nie było za grosz, nawet
ozdoby na ulicach były powygaszane, jakby wszyscy już wpadli w tę czarną dziurę
i oszczędzali na świetle, którego i tak lada moment miało zabraknąć. Płatki
śniegu wyglądały jak małe duchy, zaglądające do sali konferencyjnej.
Marianek wstał, przyniósł sobie kawę z kuchennego
stolika, posłodził jak zwykle trzy łyżeczki, pomieszał, łyknął, skrzywił się od
gorąca, przegryzł herbatniczkiem i rzucił, do wszystkich i do nikogo w
szczególności:
- Duchy są na Ogrodowej, w tej willi, co idzie na
przetarg…
Zakrztusiłam się kawą i musiałam wyjść do łazienki
przeprać sweterek. Bałam się, że zostanie plama, po południu był opłatek u
burmistrza, a ponieważ był dzień przyjmowania stron, więc absolutnie nie
miałabym czasu pojechać do domu się przebrać.