Maciej
Pinkwart
Kartki
Wciąż
była piękna i skupiała na sobie uwagę. Jego uwagę. Oczywiście, w klasie
maturalnej Tomaszowskiego liceum myślał o niej zdecydowanie inaczej niż teraz,
ale w zasadzie to nie te ćwierć wieku robiło różnicę. Tego czasu nie było tak
bardzo zresztą po niej widać; długie, wciąż trochę niesforne włosy, figura nadal
bez zarzutu, wielkie, zielone oczy w ciemnej oprawie, z dyskretnym makijażem,
jak wtedy, tak i teraz wpatrujące się w niego jakby ze zdziwieniem, ale zarazem
poważnie i bez mrugnięcia powiek, skóra twarzy gładka, bez żadnych zmarszczek.
Tylko teraz była
przeraźliwie zimna, mimo że w pokoju było dość ciepło, a on pocił się jak w
środku lata na bezwietrznej plaży. Dotykając jej czoła, gdy zamykał te jej
wielkie, martwo wpatrzone w niego oczy, poczuł lodowaty powiew śmierci.
Czekali na korytarzu,
stłoczeni w drzwiach, nie próbując nawet wchodzić do pokoju, tak jak im kazał.
Ale śledzili uważnie każdy jego ruch i krępowało go to szalenie, bo wolałby
zdecydowanie mieć trochę swobody i dość czasu, żeby sobie usiąść i uporządkować
wszystko w głowie. Jednak ani zbytnie wzruszanie się, ani przesiadywanie w
obecności trupa nie byłoby pewno przyjęte dobrze przez tych pięcioro
przerażonych osób, którzy teraz patrzyli mu na ręce i nie wiedzieli, co się
stało, kiedy w środku nocy, w starym, drewnianym domu obudził ich strzał.
Poprawka – pomyślał – jedna z tych osób z pewnością doskonale wie, co się stało.
I na pewno nie spała, kiedy padł strzał.
Bo zupełnie nie pasowała
mu narracja, którą podrzucały mu zgromadzone wokół rzeczy, a z których wynikać
miało jasno i niezbicie, że właścicielka domu, wybitna projektantka mody i
redaktorka znanego pisma kobiecego, jego szkolna koleżanka Lucyna Brzezińska
popełniła samobójstwo.
Siedziała, a właściwie
wpółleżała na fotelu przy dużym biurku, z głową na oparciu, jakby uważnie
słuchała cicho grającego na szafce radia, z lewą ręką na zapisanej nierównym
pismem kartce papieru, z drugą opuszczoną wzdłuż poły szlafroka, niedbale
zarzuconego na ramiona. Pod prawą ręką leżał mały pistolet, który najwyraźniej
wysunął się z bezwładnej dłoni. Na kartce wyczytał zdania, które potwierdzały
wszystko to, co było aż nadto widoczne.
Tak dłużej nie dam rady
żyć. Wszystko to stało się zbyt męczące i absolutnie nie mieści się w całym moim
dotychczasowym życiu. Długo myślałam, jak to wszystko udźwignąć i podjęłam
ostateczną decyzję, od której nie będzie już odwrotu. Myślę, że i ty za jakiś
czas przyznasz, że miałam rację. A czas leczy rany. Dziękuję za wszystko, co
było dobre, przepraszam za to, co było złe. Wybacz, że w taki sposób, ale tak
będzie najlepiej.
Lucyna
I zapraszała go na pokaz
mody, który miał się odbyć za tydzień w warszawskim „Mariotcie” i którego
ochronę chciała powierzyć jego agencji.
- Brużdżą mi tacy jedni
z branży i słyszałam, że chcą wynająć kilku pijaczków, żeby się przyczepiali do
dziewczyn i w ogóle narozrabiali. Oczywiście, jest ochrona hotelu, ale będę
spokojniejsza, jeśli zaprzyjaźniony i w dodatku żonaty detektyw będzie się mną
opiekował. A mnie na tym bardzo zależy, bo pokaz może da się powtórzyć w
Mediolanie i Paryżu, no i nie muszę ci mówić, co to dla mnie znaczy. Ale więcej
ci powiem, jak przyjedziesz do mnie na weekend do mojego zamku. Nie śmiej się,
tak się tylko nazywa niewielki domek, który kupiłam na wysepce na Jeziorze
Sulejowskim. Będziesz miał teraz do mnie niedaleko… Oczywiście, przyjedź z żoną.
Mam wobec was pewne plany.
Czy mając takie plany w
czwartek, ktoś strzela sobie z powodu depresji w głowę w sobotę? Inna rzecz, że
ładnie się nią zaopiekował…
Wyprostował się,
popatrzył na ludzi w korytarzu. Nie zamierzał na razie dzielić się z nimi swoimi
wątpliwościami.
- Myślę, że wszystko
jest jasne, chociaż smutne. Zamkniemy teraz ten pokój i spróbujemy się zdrzemnąć
do rana, potem może damy radę wezwać policję. Na razie nie ma łączności, pewno
przez tę wichurę.
- Ale to… to trzeba
jakoś zamknąć, nie? – głos kobiety drżał. Wiedział, że jest dyrektorem
organizacyjnym firmy, którą prowadziła Lucyna. Starała się nie patrzeć w głąb
pokoju. Wzruszył ramionami.
- Ciężko będzie, po tym,
jak wyważyliśmy drzwi zamek się już do niczego nie nadaje. Po prostu przymknę.
Ona już stąd nie wyjdzie, a nie sądzę, żeby ktoś z państwa miał ochotę tu
wrócić.
Mąż dyrektorki,
przystojny mężczyzna w wieku około 50 lat, ubrany w gustowną bonżurkę i jako
jedyny w dżinsach, co prawda wciągniętych na spodnie od piżamy, które
nieelegancko wystawały spod nogawek, popatrzył na niego uważnie.
- Górny zamek jest
nieuszkodzony, widać nie był zamknięty. Może ktoś wie, gdzie jest klucz?
Nikt nie wiedział.
Prawie nikt. Klucz spoczywał w kieszeni Roberta, dokąd dostał się prosto z
biurka nieboszczki. Zauważył go od razu, bo kompletnie nie pasował do pudełka z
ołówkami, w którym się znajdował. Zgarnął go niezauważalnym ruchem, kiedy przy
oględzinach zasłonił sobą na moment widok dla obserwujących go uczestników tego
smutnego spektaklu. Wtedy też położył na biurku włączoną kamerę wmontowaną w
długopis. Bateria powinno działać cztery godziny i nie przewidywał, żeby to
wszystko trwało dłużej. Wyłączył radio, żeby nic nie zakłócało stosownej do
sytuacji ciszy. Oraz, żeby nie psuć nagrania dźwięku. Przymknął drzwi. Przez
szczelinę pod nimi sączyło się światło.
- Cóż, chodźmy do pokoi
– senator ziemi łódzkiej Jacek Bernatowicz zaciągnął mocniej pasek jedwabnej
piżamy – rano przyjedzie policja, spisze wszystko i ten koszmar się skończy.
Robert nie czekał, aż
wszyscy znajdą się na schodach, poszedł zaraz za senatorem, bo nie chciał, żeby
myśleli, że ich kontroluje. Zdawał sobie sprawę, że w tym ich światku był ciałem
obcym, jakby na zamówienie sprowadzonym awansem, w przewidywaniu kłopotów. Kto
zaprasza detektywa na miły weekend w domu ludzi związanych z modą? Chyba tylko
ten, kto się boi, czy obudzi się następnego dnia.
Na parterze nie było
pokoi gościnnych, tylko salon, jadalnia, kuchnia i pomieszczenia gospodarcze. I
feralny gabinet pani domu. Na pierwszym piętrze osobne sypialnie mieli Jola -
dyrektorka i jej mąż Wiktor, który w piśmie pełnił funkcję naczelnego grafika
oraz Aldona, szefowa agencji modelek, zatrudnianych przez „Świat mody”, no i
Lucyna, było to więc niejako piętro robocze, a wszyscy tam mieszkający zapewne
mieli tam stałe miejsce spędzania pracowitych weekendów. Cała trójka rozeszła
się bez słowa do pokojów i jakoś nikt nikomu nie życzył dobrej nocy… Na drugim
piętrze był pokój zajmowany przez senatora, który zarazem był przedstawicielem
poważnej europejskiej firmy transportowej, oczywiście na czas sprawowania
mandatu przepisanej na żonę, obok Lucyna ulokowała Roberta, a trzecim
weekendowym gościem był także nieznany mu wysoki mężczyzna w sportowym swetrze,
teraz narzuconym na luźny T-shirt, spod którego wystawały pocieszne bokserki w
niebieskie misie. Przy kolacji prezentował się o wiele poważniej, stosownie do
zawodu, jaki wykonywał. Nazywał się Adam Witeszczak i był łódzkim notariuszem.
Żona Roberta wymówiła się chorobą młodszego dziecka i została w Tomaszowie.
Skinął głową obydwu sąsiadom i już w swoich drzwiach schylił się, żeby zawiązać
sznurowadło, którego końcówki po prostu wsunął do butów, kiedy się ubierał, by
nie zbiegać boso po schodach, gdy usłyszał strzał. W przeciwieństwie do innych
gości nie był przyzwyczajony do wyjazdów weekendowych i nie miał kapci.
Teraz udając, że wiąże
buta, słuchał odgłosów z pustego korytarza i schodów. Obydwaj jego sąsiedzi
starannie przekręcili klucz w drzwiach. Z dołu dobiegł tylko jeden szczęk zamka,
jak mu się wydawało – od strony dyrektorki. Pozostałych kluczy nie było słychać.
Albo nie zamknęli, albo zamki były idealnie naoliwione. Światło na schodach
paliło się nadal. Robert doszedł do wniosku, że na oszczędzanie jest już i tak
za późno, więc nie próbował nawet szukać wyłącznika. Usiadł na fotelu i spojrzał
na duży, ścienny zegar, który pokazywał godzinę trzecią. Byli na dole najwyżej
20 minut. Do świtu zostało jeszcze przynajmniej trzy godziny. Powinno
wystarczyć, żeby sprawę solidnie przemyśleć. Jakoś zupełnie nie chciało mu się
spać. Podejrzewał, że pozostali goście Lucyny też cierpią na bezsenność.
Zdjął buty, wyjął z
walizki tablet i włączył program, obsługujący kamerę. Gabinet Lucyny był jasno
oświetlony, obiektyw był nadal skierowany na przymknięte drzwi, głośnik milczał
i było upiornie cicho. „Jak w grobie” – pomyślał, ale nie był to dobry dowcip. W
głowie miał watę, choć powinien wykorzystać wszystkie swoje zdolności, by tu i
teraz rozwiązać całą sprawę. W zasadzie miał już wszystkie przesłanki do tego,
by wiedzieć CO i JAK się stało. Nie wiedział tylko, DLACZEGO, oraz, co
najważniejsze – KTO. Tego, niestety, samą spekulacją się nie dowie, bo jest w
tym gronie kompletnie obcy i wszystkich tych ludzi poznał ledwo kilka godzin
temu. Jedyna osoba, która wiedziała wystarczająco dużo o wszystkich gościach
„Zamku”, już mu nic nie powie.
Wyjął z lodówki piwo,
ale po namyśle schował je z powrotem i pstryknął czajnikiem, który stał na
lodówce. Mocna herbata powinna być w sam raz, jak na tę porę doby. Zgasił górne
światło, rozsunął kotary i otworzył okno. Do środka wleciał zimny wiatr i wilgoć
od zimnej, oślizgłej mgły, przez którą nie było widać nawet powierzchni wody w
jeziorze i tylko łoskot fal, stłumiony i jednostajny, przypominał, że są na
wyspie. Komunikat meteo, jak na razie, sprawdzał się co do joty: wiatr nie słabł
ani trochę, niewielkie jezioro zmieniło się w objęty sztormem ocean i byli tu
odcięci od świata jak na Grenlandii. Duży, drewniany dom z trudem opierał się
uderzeniom wiatru, wydawało się, że się słaniał, uchylał, skrzypiał i jęczał.
Usytuowany na niemal okrągłej wyspie na jeziorze, zaledwie kilkanaście
kilometrów od Tomaszowa, był dostępny tylko za pośrednictwem transportu wodnego.
Robert zostawił samochód na parkingu przy małym porcie, skąd został, tak jak i
pozostali goście, dowieziony do „Zamku” promem. Willa zresztą mało przypominała
zamek – dwupiętrowa rudera była zapewne idealnym miejscem na weekendowy
wypoczynek latem. Ale teraz był październik. Jedyną dobrą stroną tego terminu i
pogarszającej się z chwili na chwilę pogody było to, że nie gryzły komary. Tak
jakoś z komarami skojarzył sobie fakt, że nikt nie mógł się tu dostać także z
powietrza: śmigłowcem, paralotnią, jakkolwiek nonsensownie by brzmiała taka
ewentualność. Przy tym wietrze nawet sokół maltański by ich nie zaatakował.
Przewoźnik pomógł im zapakować torby podróżne do przeciekającej krypy,
powiedział, że pozostali goście już czekają, a zresztą to jest ostatni kurs, bo
za chwilę pogoda uniemożliwi jakiekolwiek pływanie. Tak też się stało – godzinę
później rozpętała się nawałnica, telefony zamilkły, a dom jęczał. Na szczęście w
środku działały elektryczne kaloryfery, które natychmiast zostały wykorzystane
do suszenia przemokłych kurtek i butów.
Bo choć nie działały
telefony, ani stacjonarny, ani komórki żadnych sieci, to jednak prąd był.
Nauczeni doświadczeniem poprzedni właściciele „Zamku” doprowadzili elektryczność
podwodnym kablem, wyposażając dom dodatkowo we własny generator. Nie mogli
zmienić tylko jednego: przy takim stanie wody nikt, nie ryzykując życiem, nie
mógł się tu przedostać. Ale była też dobra wiadomość: nikt też nie mógł się stąd
wydostać. Morderca zatem był już uwięziony. Kłopot w tym, że uwięzieni byli też
pozostali: i detektyw, i świadkowie, i ofiara. A może ofiary?
Bo o tym, że Lucyna nie
popełniła samobójstwa, był przekonany już od pierwszego momentu. Strzał obudził
go może o wpół do trzeciej, potrzebował paru chwil, żeby zidentyfikować
przyczynę hałasu, ubrać spodnie, buty i kurtkę z niezbędną zawartością w postaci
pistoletu beretta 92 i zbiec na dół. Był tam już Wiktor, mąż dyrektorki i jego
ziewająca żona, ze schodów schodził też notariusz, po chwili doszli senator i
modelka Aldona. Tak o niej myślał, choć sama nie występowała na wybiegach od
czasu, gdy wypadek na motocyklu spowodował, że jej długie nogi przestały być tak
sprawne jak kiedyś i zajęła się sprawami organizacyjnymi. Lekko utykając i
zapinając szlafrok, dołączyła do grupy. Światło pod drzwiami było wyraźnie
widoczne, ale na pukanie nikt nie odpowiadał, a naciskanie klamki nie przyniosło
rezultatów. Ponieważ przy kolacji Lucyna przedstawiła go jako szefa agencji
detektywistycznej, nikt nie zdziwił się tym, że Robert objął dowództwo akcji. We
trzech, z senatorem i grafikiem, rzucili się na drzwi i po kilku atakach zamek
został wyrwany. Usłyszeli brzęk klucza, wpadli razem do środka i w sekundę
wszyscy poza nim wycofali się na korytarz. Lucyna wpółleżała na fotelu w jakiejś
dziwnie nienaturalnej pozycji, oczy miała szeroko otwarte, a pod ręką leżał
pistolet. W pokoju grzały kaloryfery, okno było zamknięte, było duszno. Podszedł
i poszukał pulsu, dotykając tętnicy szyjnej. Pulsu nie było, a szyja była już
bardzo zimna. Tak na oko, w momencie, kiedy padł strzał Lucyna nie żyła już od
jakichś dwóch-trzech godzin. Osmolona rana wlotowa na skroni była wyraźnie
widoczna, ale wyciekło z niej ledwo kilka kropel krwi.
Przed zmarłą stała
filiżanka z kawą i Robertowi wydawało się, że w powietrzu wyczuwa zapach
gorzkich migdałów. Obok w pojemniku z ołówkami leżał klucz yale, tak nie
pasujący w tym miejscu, jakby chciał powiedzieć: popatrz na mnie, tu jestem.
Wyważone drzwi nie były zamknięte na górny zamek, którego zasuwkę można było z
łatwością przekręcić od środka, tylko na dolny, zamykany na zwykły klucz. Klucz
ten teraz leżał w kacie pokoju na białej kartce papieru i wszyscy słyszeli jak
wypadł w czasie wyważania drzwi. Dokładniej – wszyscy tak pomyśleli. Prawie
wszyscy.
Spojrzał na ekran
tableta. Nic się nie zmieniło. Obraz pokazywał nieruchome, nieco zmasakrowane
drzwi, widać było wyraźnie kartkę, na niej klucz, wyżej wyłącznik światła.
Ktoś zapukał do jego
drzwi. Szybko wyłączył dźwięk w tablecie i narzucił na ekranik koszulę.
Sprawdził wewnętrzną kieszeń kurtki, obciążoną przez płaską berettę i nie
pytając, otworzył. W progu stał senator, ze szklanką whisky w ręku.
- Zauważyłem światło w
pana oknie, jak wyglądałem ze swego pokoju. Mogę?
Robert skinął głową i
podsunął politykowi fotel.
- Nie ma pan nic
przeciwko temu, że się napiję? – Bernatowicz postawił szklankę na stoliku – panu
nie proponuję, bo pan, jakby to powiedzieć, pewno na służbie?
- Niech pan siada –
odpowiedział nie wprost – jak pan się czuje?
Senator pokręcił głową.
- Kiepsko. Zaczyna to
powoli do mnie docierać. Z Lucyną znamy się… znaliśmy się wiele lat,
przyjaźniliśmy się, mieliśmy nawet wspólne interesy. Moja firma pomagała jej w
transporcie i sponsorowała wydawanie pisma, także umieszczaliśmy reklamy na
niektórych pokazach. Szkoda. Martwię się też, że media wplączą mnie w tę aferę,
ale to drugorzędna sprawa. Proszę pana… Chcę panu powiedzieć, że moim zdaniem to
nie mogło być samobójstwo.
Z udanym zdziwieniem
Robert podniósł brwi, przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko.
- Czemu pan tak myśli?
- Niech pan nie udaje –
senator uśmiechnął się ponuro – pan też w to nie wierzy, widać to po panu. A ja
ją znałem pewno bliżej niż pan. To nie był ten typ kobiety. Była miła, ale
momentami bezwzględna. Żadnych wahań i frustracji. Szła do celu choćby po
trupach… - pojął niestosowność wyrażenia w tej sytuacji – Przepraszam. Wie pan,
dlaczego ją sponsorowałem?
- Nie wiem.
- Kiedyś, jeszcze w
poprzedniej kadencji, poznaliśmy się na jakimś oficjalnym spotkaniu i zaprosiła
mnie na pokaz mody. Poszedłem, była wolna sobota, czemu nie, rozerwać się trzeba
czasami, zwłaszcza jak się jest na odpowiedzialnym stanowisku. Ładnie ubrane, a
jeszcze lepiej – ładnie rozebrane kobitki też miło jest pooglądać. Po pokazie
było przyjęcie już w mniejszym gronie, ale zawsze w ładnym towarzystwie.
Alkohol, tańce, jakaś trawka dla szpanu. Wydawało mi się, że muszę się
zachowywać trochę luzacko, żeby nie pomyśleli, że taki stary zgred jestem i
ważniak, bo senator. No, więc wygłupialiśmy się, jakieś roznegliżowane igraszki,
sesja zdjęciowa z nagimi modelkami… Fajnie było, nawet na drugi dzień kaca nie
miałem, tylko w poniedziałek przyszła Lucyna, rzuciła na stół kilka fotek i
zapytała, czy bym jej firmy trochę nie posponsorował…
- Szantażowała pana?
- Nie myślałem wtedy w
takich kategoriach, zwłaszcza, że szybko ustaliliśmy zasady i przed te lata ani
ona nigdy do tej sprawy nie wracała, ani te zdjęcia nigdzie nie wyciekły. Ale
jak ostatnio wyszedł ten skandal z kolegą senatorem Piesiewiczem, przypomniałem
sobie to wyraźnie, a dzisiaj pomyślałem, jak ją zobaczyłem – no to się kobieta
doigrała. O zmarłych albo dobrze albo wcale, i ja nie w złym kontekście, ale
pierwsze pomyślałem sobie, że może z kimś innym niż ja pograła za ostro, no i
ktoś się zdenerwował. Mówię to dlatego, że takie osoby jak ona nie popełniają
samobójstwa, raczej skłaniają innych do działania.
Robert pokiwał głową.
Czy senator nie czuł, że opowiadając to, wskazuje na siebie, jako na jedną z
takich osób, potencjalnie zainteresowanych uciszeniem Lucyny? Cóż, sprawa i tak
w czasie śledztwa by wyszła i Bernatowicz może po prostu wyprzedzał to o pół
kroku wierząc, że gdy sam to ujawni, to będzie mniej podejrzany? Wstał i
przymknął okno, bo w pokoju zrobiło się całkiem zimno.
- No, więc wygląda na
to, że może pan mieć rację – powiedział, żeby przerwać ciszę.
Senator dopił whisky i
nie zdążył odstawić szklanki, gdy uchyliły się drzwi.
- Pukałem, ale panowie
rozmawiali i nie słyszeli – notariusz Witeszczak był nadal w swetrze, ale
niebieskie misie zniknęły pod czarnymi spodniami – można? Chciałbym coś panu
powiedzieć zanim przyjedzie policja i to w miarę możności nie przy wszystkich.
Senator podniósł się i
wziął swoją szklankę.
- Nie, może pan zostać,
panie senatorze, to nic tajnego, tylko dla porządku wolę najpierw to zeznać na
osobności, a nie opowiadać przy stole.
Bernatowicz pokręcił
głową.
- Chyba trochę się
położę, choć nie przypuszczam, żebym zasnął. A poza tym w takich sytuacjach im
mniej się wie, tym bezpieczniej.
Notariusz odmówił
wypicia herbaty, więc Robert nalał tylko sobie i bez słowa popatrzył na gościa.
Ten wyjął z kieszeni spodni złożoną na czworo kartkę, położył ją na stoliku i
spoglądając na nią od czasu do czasu zaczął bez wstępów:
- Samobójstwo pani
Brzezińskiej bardzo zmienia sytuację w firmie. Prowadziłem niektóre jej sprawy
od wielu lat i jestem w tym nieźle zorientowany. Przypuszczam, że pan też, jako
jej dawny kolega szkolny i kandydat do objęcia stanowiska szefa ochrony?
No, szef ochrony
sprawdził się doskonale – pomyślał Robert gorzko – jeszcze nie podpisał
kontraktu, a klientkę już ktoś załatwił, świetnie ją chronił. Prawdę
powiedziawszy, nie miał pojęcia o jej interesach, o świecie mody wiedział tyle,
ile pokazywali w TVN, nie wpadł nawet na to, żeby wyszukać jej nazwisko w
Google. Przez moment pomyślał o tym, kiedy po kolacji znalazł się w swoim
pokoju, ale już wtedy nie było zasięgu i w tablecie Internet nie działał.
Pokręcił głową.
- Nie mam pojęcia. Nie
widzieliśmy się prawie od matury. O pracy mieliśmy rozmawiać dopiero dzisiaj. No
i.. – bezradnie rozłożył ręce – poza tym, formalnie nie mam żadnych uprawnień do
prowadzenia śledztwa, tym zajmie się policja. Jestem tylko pracownikiem firmy
detektywistycznej i ochroniarskiej.
Notariusz machnął ręką.
- Wszystko jedno, i tak
pan ma w tym największe doświadczenie i dla policji będzie pan najważniejszym
świadkiem. Więc z firmą według Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczej na
dziś jest tak, że jest to spółka, utworzona przez małżonków Lucynę Brzezińską i
Wiktora Schmidta.
- Kto to jest? –
przerwał Robert.
- Poznał go pan przy
kolacji.
- Ale przecież…
- No właśnie. Państwo
rozwiedli się po zaledwie pięciu latach małżeństwa i od kilkunastu lat żyją
osobno, choć nadal współpracują. On nie tylko jest wspólnikiem, ale i grafikiem
w czasopiśmie, robi większość scenografii na pokazach, no i ożenił się z Jolantą
Krzemińską, prawą ręką Lucyny, dyrektorką w jej firmie. Dziecko było z matką,
ale praktycznie wychowywali ją razem, we trójkę, wierząc w jej karierę modelki
do momentu, kiedy ten nieszczęsny wypadek przekreślił te plany. A taka była
zdolna, taka piękna i miła…
- To Aldona…
- Tak, jest córką Lucyny
i Wiktora i nosi nazwisko Schmidt.
Robert siedział bez
słowa. Sprawa zarazem komplikowała się, jak i robiła się bardziej zrozumiała.
- Wspomniał pan, że taki
jest stan na dziś? Czy na jutro będzie inaczej?
Notariusz rozłożył ręce.
- Wobec śmierci Lucyny
wcześniejsze plany nie będą zrealizowane. Jutro mieliśmy podpisać nowe
dokumenty, które zmieniałyby wszystko.
- Jak?
- Nie mogę panu tego
odczytać bez zgody sądu, ale powiem ogólnie, że pan Schmidt miał przestać być
wspólnikiem, a jego udział miał zostać podzielony między jego żonę i pana… No,
mniejsza o nazwisko, bo go tu nie ma, a pan go pewno nie zna. Jest to jeden z
fotografików, zatrudnionych w „Świecie mody”.
Za oknem dalej było
ciemno. Pytanie „dlaczego” powoli zaczynało zyskiwać odpowiedź. Pozostawało
jeszcze ustalić, „kto”. Na to, ogólnie, odpowiadali już Rzymianie. Is fecit,
cui prodest. Więc cui prodest? Kto na tym korzysta? Zapytał o to
notariusza.
- Chce pan wiedzieć, kto
po niej dziedziczy? Znów sytuacja się komplikuje, bo rzecz także miała się
zmienić z dniem jutrzejszym – popatrzył na zegarek – dzisiejszym. Dotąd
większość majątku, wcale zresztą nie małego, miała odziedziczyć pani Aldona,
córka Lucyny, ale spore zapisy mieli wyznaczone państwo Schmidtowie, wspomniany
fotograf, klinika w Łodzi, która prowadziła rehabilitację Aldony i… ja, jako
wykonawca testamentu.
- Jak spore?
- No, spore. Ale mnie
nie opłacałoby się, że się tak wyrażę, wejść w posiadanie tego zapisu, bo więcej
zarabiała moja kancelaria, obsługując jej firmę, jako że prowadziliśmy tam także
radcostwo. Niemniej jednak w nowym testamencie miała zajść zmiana, polegająca na
tym, że z zapisów znikali Schmidtowie, a spadek był dzielony w równych częściach
między Krzysztofa Biegańskiego – to jest ten fotograf – i Aldonę. Jej
szczególnie się to należy, tyle wycierpiała, biedactwo. Dla wyjaśnienia – w
przyszłym tygodniu pani Brzezińska miała zostać panią Biegańską. Zapis dla
kliniki został anulowany. To wszystko, co mogę powiedzieć na ten temat.
Wstał, spojrzał jeszcze
raz na swoją kartkę, jakby sprawdzał, czy o niczym nie zapomniał i wyszedł bez
pożegnania. Robert wyjrzał przez okno, za którym wstawał szary świt. Powoli mgła
się podnosiła i widać było drugi brzeg. Po przeciwnej stronie, niewidocznej z
jego okna, tam gdzie dębowy las schodził niemal na brzeg jeziora, był parking i
stała jego wysłużona skoda. Już bardzo by chciał tam być, zapalić silnik i po
pół godzinie znaleźć się w domu. Weekend z dala od rodziny wydawał się
kompletnie nieudany. Sięgnął po telefon, ale zasięgu nadal nie było. IPad
milczał, obraz także się nie zmienił. Oczy zamknęły mu się same.
Była ósma, kiedy obudził
go ruch na parterze. Słychać było rozmowy, zamykanie drzwi łazienek, gdzieś
odezwał się gwizdek czajnika. Przetarł oczy i spojrzał na ekran tableta. Drzwi
nadal było zamknięte, światło nadal się paliło, ale klucz teraz leżał
bezpośrednio na podłodze: kartka zniknęła. Już zamierzał cofnąć rejestrację i
dokładnie przejrzeć nagranie, ale w tym momencie zadzwonił telefon – przekaźniki
najwyraźniej już działały i wrócił zasięg.
Jego żona informowała,
że Janek czuje się już lepiej i że ostatecznie mogłaby przyjechać do „Zamku”,
ale ponieważ pogoda nadal jest nie najlepsza, więc może jednak zostanie w domu.
Jak zawsze, pozostawiała mu do wyboru dwie możliwości, by móc w zgodzie z
sumieniem wyjść na swoje. Zgodził się z nią i zapowiedział, że i on raczej
zrezygnuje z tego zlecenia i za parę godzin wróci do domu. Rozłączył się i
zadzwonił na policję.
Golił się w łazience,
kiedy bez pukania znów wszedł notariusz i zaproponował zejście do jadalni na
śniadanie. Na tablecie obraz znikł – zgodnie z oczekiwaniami, baterie w kamerce
wyładowały się po czterech godzinach. Pomyślał, że za chwile wyładuje się i
tablet, ale nie zaryzykował podłączenia go do ładowarki, bo prąd mógłby nie być
stabilny, a poza tym nie chciał urządzenia zostawiać na pastwę kogoś, komu
rejestracja jego poczynań mogłaby się nie spodobać. Włożył marynarkę i
wyłączywszy urządzenie, schował je do wewnętrznej kieszeni. W drugiej pozostała
beretta, przez co ubranie było wypchane niesymetrycznie i obciążone nierówno.
Aldona i senator
rozlewali do filiżanek kawę, na stole stała już wędlina, biały ser i dżem.
Pieczywo i masło, świeżo wyjęte z lodówki, nie dawały się jeszcze jeść. Poza
zdawkowymi pozdrowieniami, milczeli. Rozmowa z wiadomych powodów się nie kleiła.
Notariusz zauważył, że pogoda się poprawia, Robert poinformował o powrocie
zasięgu w telefonach i jakoś zapomniał powiedzieć o wezwaniu policji. I wtedy
senator zapytał o pana Schmidta z żoną, którzy nie zeszli na śniadanie.
Odczekali dla przyzwoitości jeszcze 10 minut i Robert poprosił, żeby senator z
Aldoną zostali przy stole, a sam z notariuszem wszedł na piętro.
Pierwszy z lewej pokój
zajmowała dyrektorka wydawnictwa. Zapukali, ale gdy nikt nie odpowiadał, Robert
nerwowo nacisnął klamkę. Drzwi nie były zamknięte. Jola w piżamie leżała na
łóżku i ciężko oddychała przez sen. Broniła się przed budzeniem, w końcu z
trudem otworzyła oczy i mało przytomnie rozejrzała się wkoło. Widząc obcych
mężczyzn, przykryła się jeszcze dokładniej kołdrą i zapytała o męża.
- Właśnie idziemy go
budzić. Na dole czeka śniadanie. Warto coś zjeść zanim przyjedzie policja.
- Po… licja? A coś się
stało? – przetarła oczy – ach, tak. Już się ubieram.
Pokoje były połączone
wewnętrznymi drzwiami, więc zostawili kobietę samą i poszli budzić grafika.
Ale Wiktor Schmidt nie
spał. A właściwie spał tak, że dopiero mógł go obudzić archanioł Gabriel,
trąbiąc na sąd ostateczny. Zapach cyjanku wyczuł bez trudu nawet notariusz i
milcząc wskazał na rozbitą filiżankę po kawie, która wylała się na szlafrok i
piżamę nieboszczyka. Musiał zginąć w jednej chwili, nie tracąc nawet wyrazu
zadowolenia z twarzy. Na podłodze leżała sporej wielkości kartka papieru, a na
stoliku, przy którym Schmidt siedział – druga, na odczytali bez trudu list,
napisany wyraźnym, kanciastym pismem:
Myślałem, że to rozwiąże
moje problemy, ale nie rozwiązało, a z wyrzutami sumienia trudno jest żyć.
Wybaczcie mi. Do zobaczenia, Lucynko.
Podpis był niewyraźny,
tak jakby autor listu postanowił rozwiązać swoje problemy przy pomocy zatrutej
kawy zanim skończył się podpisywać.
Robert przez chusteczkę
sięgnął po kartkę na podłodze, rzucił na nią okiem, pokiwał głową i schował ją
do kieszeni.
- Nic tu po nas –
powiedział – Niech pan ostrożnie powiadomi wdowę i sprowadzi ją na dół. Ja tu
wszystko pozamykam, żeby nikt policji nie zakłócił obrazu wydarzeń.
Tym razem nie było
problemu z kluczami, zamknął najpierw drzwi do pokoju Joli, potem na korytarz i
zszedł do jadalni. Senator spytał o Schmidtów.
- Pani dyrektor zaspała,
za dużo proszków nasennych prawdopodobnie. A pan Wiktor… No cóż, wypił bardzo
niedobrą kawę. Bardzo niedobrą. I bardzo mu zaszkodziła. Bardzo.
Witeszczak sprowadził do
jadalni Jolę. Już nie płakała. Ubrana w ciemną bluzkę i spodnie, siadła przy
stole i sięgnęła po dzbanek. Robert delikatnie wyjął go z jej rąk i wylał do
zlewu.
- Na wszelki wypadek.
Zrobimy świeżą, żeby i nam nie zaszkodziła.
Nalał wody z kranu,
wyszukał w kredensie nie otwartą puszkę neski, po chwili postawił przed
dyrektorką. Senator i notariusz obsłużyli się sami. Zalał dla siebie dwa
woreczki liptona i spojrzał przez okno. Jezioro uspokajało się i z wysokiej
skały, na której usytuowany był zamek, widać było wyraźnie daleki krajobraz, aż
po pierwsze zabudowania Tomaszowa.
- Za chwilę będzie tu
policja i rozpocznie się śledztwo, więc może państwo chcą jeszcze coś mi
wyjaśnić, zanim ja wyjaśnię wszystko inspektorom, no i państwu oczywiście też.
Nikt nie podjął tematu.
Ciszę przerwało dopiero mieszanie kawy przez senatora. Robert popatrzył w jego
stronę.
- Ja może znałem Lucynę
najdłużej ze wszystkich tu obecnych, bo przez ponad 30 lat. Ale na pewno
wiedziałem o niej i o jej życiu w ostatnich latach najmniej. Jednak i ja, i
wszyscy, z którymi rozmawiałem, zgadzaliśmy się co do jednego: to nie była
osoba, która uciekałaby przed najtrudniejszymi nawet problemami, a już na pewno
nie decydowałaby się na ich rozwiązywanie przez samobójstwo. Naturalnie,
wykluczyć tego w 100 procentach nie mogłem, bo człowiek czasem w ekstremalnych
sytuacjach podejmuje nieracjonalne decyzje. Ale to, co zobaczyliśmy w jej
gabinecie, jak tam weszliśmy, zupełnie takiej ekstremalnej sytuacji nie
przypominało: delikatne, nastrojowe światło, cicha muzyka z radia, absolutny
porządek, gospodyni w piżamie i szlafroku tylko narzuconym na ramiona, ale
jeszcze w starannym uczesaniu, jakby dopiero wybierała się iść spać, przed nią
filiżanka kawy, pusta, co mogłoby świadczyć, że jednak nie snu oczekiwała, tylko
gościa i broniła się przed sennością. I to było zwykłe, tak mógł wyglądać każdy
wieczór. Wieczór.
Ale była noc, kiedy
obudził nas strzał. Wpół do trzeciej w nocy. Zeszliśmy na dół i zastaliśmy drzwi
zamknięte. I to nie na górny zamek z zasuwką, którą z pewnością by przekręciła
od środka, gdyby rzeczywiście chciała, by jej nikt w pokoju nie zaskoczył nagłym
wejściem, tylko na dolny, wbudowany w drzwi, który trzeba było zamykać solidnym
kluczem, pewno nie noszonym na co dzień w szlafroku, ale za to mocniejszym,
bardziej pewnym. Klucz od górnego zamku leżał wśród ołówków i długopisów, luzem,
a nie w pęku razem z tym solidnym, jak było niewątpliwie na co dzień. Wyglądało
więc, że ten mały, płaski nie był potrzebny i zostawiono go na biurku, a dużym
zamknięto drzwi. Słyszeliśmy jego dźwięk, jak wyważaliśmy drzwi, co miało
sprawiać wrażenie, że wypadł z dziurki w tym właśnie momencie.
Zatem
sprawa prosta: nieboszczka z dziurką w skroni, mały pistolet, zapewne jej
własny, pod ręką, z której wypadł, założę się, że z jej odciskami palców, drzwi
zamknięte od wewnątrz, o czym świadczy obecność klucza w środku. Zamknięte okna,
dom na wyspie, odizolowany przez pogodę od reszty świata, w domu tylko rodzina i
bliscy znajomi… I jeszcze list pożegnalny. Ewidentne samobójstwo.
- Ale… - usiłował
przerwać senator.
- Ale to nie było
samobójstwo. Tak, panie senatorze, nie było. Od momentu, kiedy padł strzał, do
chwili, kiedy dotknąłem jej skóry, szukając tętna, nie minęło na pewno więcej
niż 5-10 minut. Jednak ciało było już zupełnie zimne, w dodatku zaczęło
sztywnieć, a rigor mortis następuje po
dwóch, czasem nawet czterech godzinach po zgonie. Ponadto z rany w głowie niemal
nie wyciekła krew, co oznacza, że pani Brzezińska była już od kilku godzin
martwa w momencie, kiedy rzekomo strzeliła sobie w głowę.
- A ten list pożegnalny?
I klucz od środka? – spytał notariusz.
- Z kluczem historia
banalna, znana każdemu miłośnikowi kryminałów. Ktoś, kto zabił Lucynę, zamknął
drzwi od zewnątrz, po czym położył klucz na kartce papieru i wsunął ją przez
szczelinę pod drzwiami. W starym, drewnianym domu takie szczeliny są dość spore,
zresztą widzieliśmy jak przedostawało się przez nią światło. Klucz w pęku z
drugim by tam nie przeszedł, ale pojedynczo – tak. A kartka potrzebna była
między innymi dlatego, żeby leżał blisko drzwi. Żeby go trzeba było potrącić
przy wyłamywaniu, co miało sprawić wrażenie, że właśnie wypadł z zamka. Zaś list
– no cóż, był w pewnym sensie pożegnalny, ale na pewno nie było to pożegnanie
samobójcy. Poza tym, to była druga kartka listu.
- Jak to? Jak pan to
zauważył? – spytała Aldona.
- Jak państwo pewno
wiedzą lepiej ode mnie, Lucyna, choć była niezwykle nowoczesna, w pewnych
sprawach była tradycjonalistką. Na przykład komputera używała tylko do spraw
służbowych. Tutaj nawet nie miała tego sprzętu, przynajmniej nie widziałem go w
gabinecie. A listy prywatne, szczególnie te osobiste, jeszcze w szkole pisała
nie długopisem, tylko piórem z zielonym atramentem. No i ten list jest
niewątpliwie autentyczny, napisany piórem i rzeczywiście zielonym atramentem. I
jej charakterem pisma. Ale tę kartkę, która leży na biurku, pisała przyłożywszy
nią tę pierwszą i nie zaschnięty atrament odbił się na tylnej stronie. Litery są
rozmazane i niewyraźne, nie próbowałem nawet ich odczytywać, ale fachowcy z
pewnością zrobią to bez trudności. I porównają z tą pierwszą. Tą właśnie.
Sięgnął do kieszeni i
położył przed sobą kartkę, zapisaną równymi, zielonymi literami.
- Skąd pan to ma? –
spytała Jola, do tej pory siedząca jak w stuporze i, jak się wydawało, nie
uczestnicząca w rozmowie.
- Powiem za chwilę,
najpierw proszę wysłuchać, co Lucyna tu pisze. I do kogo.
Kochany Wiktorze,
przepraszam, że piszę, choć widujemy się co dzień i miałabym wystarczająco wiele
okazji, żeby Ci to powiedzieć. I zrobię to w ten weekend, choć nie będzie to dla
mnie łatwe, ale chciałbym, żebyś był do tej rozmowy psychicznie przygotowany i
przemyślał zarówno mój punkt widzenia, jak i własną sytuację. Zapewne powinnam
to zrobić wiele lat temu, ale jakoś tak się przyzwyczaiłam i poniekąd było mi z
tym wygodnie. Chodzi o nasz wspólny stan majątkowy, którego nie zmieniliśmy,
mimo rozwodu i mimo Twojego powtórnego ożenku. Z biegiem lat – a od rozwodu
minęło ich już piętnaście – będzie nam coraz trudniej załatwić te sprawy.
Dodatkową motywacją jest fakt, że nasza Aldona przezwyciężyła swoje kalectwo,
pracuje już zupełnie samodzielnie i nieźle zarabia. Co więcej, ostatni audyt
księgowy wykazał, że od wielu lat pieniądze ze spółki wyciekają na Twoje
prywatne konto, czego już dłużej nie zamierzam tolerować. Wiem, że masz problemy
wynikające z hazardu, ale już czas, żeby przestały być one moimi problemami.
Trochę to było bezczelne, ale w końcu to kwestia Twojego sumienia. Zatem Twoje
udziały zostaną wykupione, a następnie podzielone między Twoją żonę a Krzysia
Biegańskiego, który już niebawem, jak tylko wróci z Paryża, zostanie moim mężem
– o ile się do tego czasu nie rozmyśli.
Tak
właśnie bowiem postanowiłam i mam nadzieję, że mnie zrozumiesz. Utrzymywanie
dalej naszego związku materialnego, zwłaszcza wobec Twojej nieuczciwości, nie ma
sensu. Nie ma sensu również udawanie, że mnie z Krzyśkiem nic nie łączy i że nie
zależy mi na założeniu nowej rodziny. A, jak sam dobrze wiesz – w rodzinie ważne
są też związki finansowe, choć – jak równie dobrze wiesz – nie gwarantują jej
trwałości.
Podniósł oczy na
zebranych. Słuchali uważnie.
- A na tej kartce, która
leży koło niej na biurku był dalszy ciąg, zaczynający się od słów
Tak dłużej nie dam rady żyć. Wszystko to
stało się zbyt męczące… No i ta część mogła się doskonale nadawać na list
pożegnalny samobójcy.
- Gdzie pan to znalazł?
– przerwał mu senator.
- Cóż, wszyscy to
widzieliśmy. Na tej kartce wsunięto klucz pod drzwi gabinetu Lucyny. Ale już go
tam nie ma. I nie tam go znalazłem.
- A gdzie?
- Cóż, właściwie
znaleźliśmy go razem z panem Adamem. Leżał na podłodze koło – przepraszam panią
– zwłok pani męża.
Zapadła cisza, tylko
Jola gwałtownie kręciła głową, nie mogąc się pogodzić z tym zdaniem.
- Niemożliwe,
niemożliwe… Każdy, tylko nie on…
- To ojciec miał niby
zamordować mamę? – wstała Aldona - Jak? I zabrał tę pierwszą kartkę z gabinetu?
Żeby jej nikt nie znalazł, żeby uwiarygodnić jej samobójstwo? I potem z powodu
wyrzutów sumienia samemu się otruł? To niemożliwe!
- To ciekawe, że pani
mówi o wyrzutach sumienia, bo tak właśnie pisał w liście, który pozostawił. Ale
to rzeczywiście niemożliwe. Odpowiem najpierw na pytanie, jak zabito Lucynę, a
potem jak zabito pana Wiktora.
- Wiktor też został
zabity? To też niemożliwe, przecież widziałem list… – przerwał notariusz.
- W całej tej sprawie
morderca postawił na to, że będziemy wierzyć w to, co widzimy. To, co on nam
podsuwał przed oczy. Lucyna nie zastrzeliła się, tylko została otruta cyjankiem
potasu. Wcześniej prawdopodobnie podano jej, może przy kolacji, środek nasenny.
Zrobił to zręcznie ktoś, kto siedział koło niej. A potem szepnął jej do ucha, że
wpadnie na chwilę do gabinetu, przed spaniem, bo – czy ja wiem – ma świetny
pomysł na prezentację w „Mariotcie”, albo coś wie o pogróżkach, które ostatnio
dostawała… No i tak przed północą do spotkania doszło. Lucyna albo spała w
fotelu, albo tylko leżała bez siły, w każdym razie obudziła się na tyle, żeby
dostrzec, jak morderca wbija jej w ramię igłę z trucizną. Zmarła w jednej
chwili, ze zdziwieniem w oczach. Pozostałe parę godzin jej gabinet był
przygotowywany na nasze przyjście, a kiedy już wszystko było ustawione jak
trzeba, padł strzał, morderca zamknął drzwi i na pierwszej kartce listu wsunął
pod nie klucz. Potem ukrył się w korytarzu i dołączył do nas, gdy zaniepokojeni,
zaczęliśmy walczyć z drzwiami gabinetu.
- Ale po co użył tej
kartki, która musiała go zdekonspirować? Nie było w gabinecie innych, albo czemu
nie przyniósł z sobą jakiejś czystej, a tego listu po prostu nie wyrzucił? –
senator patrzył na Roberta nic nie rozumiejąc.
- No cóż, to właśnie
miało go zdekonspirować. I ten klucz od zasuwki nie na miejscu, który miał
zwrócić moją uwagę na kwestię nieracjonalnego zamknięcia – co podważało teorię o
samobójstwie - i grające radio i wreszcie tania sztuczka z wsunięciem klucza pod
drzwiami – wszystko to mówiło wielkimi literami: panie detektywie, niech pan się
nie nabiera bajki o samobójstwie. To było morderstwo, a mordercą jest adresat
listu.
- A co z Wiktorem? –
zduszonym głosem zapytała Jola.
- Rzeczywiście, poczuł
wyrzuty sumienia, jak Lucyna ujawniła, że wie o jego majstrowaniu przy dochodach
spółki. Prawdopodobnie miał poważne problemy finansowe i prosił o wybaczenie,
Lucynę i jej narzeczonego. No i zapowiadał, że spotka się z Lucyną, ale nie na
tamtym świecie, tylko w tamtym gabinecie. Ale do spotkania już nie doszło. Bo
najpierw morderca spotkał się z jego pierwszą żoną, a potem jego poprosił o
poranną kawę. Tej osobie nie mógł odmówić, zwłaszcza, że powiedziała mu, iż dla
niego wykradła z gabinetu pierwszą kartkę listu, jaki napisała do niego Lucyna,
która czyniła z niego głównego podejrzanego.
- Ale przecież bym
słyszała jakąś rozmowę, krzyki, cokolwiek?
- Ale pani nie słyszała,
bo dostała pani prawdopodobnie pigułki uspokajające, a tak naprawdę – nasenne.
Dobrze, że udało się panią dobudzić…
Aldona wstała i podeszła
do okna.
- Pewno zaraz przyjedzie
policja i zaraz ten koszmar się skończy, pan tu opowiada takie straszne rzeczy…
Za chwilę wszyscy uwierzymy w to, że jesteśmy mordercami…
- Wszyscy pewno nie,
morderca był jeden, choć miał wspólnika, być może nieświadomego…
Robert popatrzył na
notariusza. Witeszczak poruszył się niespokojnie.
- Ja?
- Muszę panu wyrazić
oczywiście wdzięczność za informacje o planowanych zmianach w spółce „Świat
Mody” i o testamencie Lucyny, ale kiedy mi pan to tak ochoczo i z własnej
inicjatywy mówił, zastanawiałem się, kto z osób zainteresowanych też korzystał z
pańskiej wylewności.
- No wie pan! Jak pan
śmie mnie oskarżać! Ja naprawdę byłem przyjacielem pani Brzezińskiej i całej jej
rodziny.
- Tak, wiem. Ale wiem
też, że przyjaźnił się pan bliżej z jedną z osób, o której mówił pan ze
szczególnym uczuciem. Mniejsza z tym, to nie temat dla mnie, tym zajmie się
prokurator, ja wiem, że pan nie zabił Lucyny. Te szczególne uczucia, ale
zupełnie innego rodzaju żywił do niektórych osób również pan senator. Pan też
mógłby być zainteresowany w uciszeniu na zawsze świadków pańskiej dawnej
słabości, która mogłaby zaszkodzić pana karierze.
- Ja ich nie zabiłem –
Bernatowicz wzruszył ramionami – zresztą najwięcej zdjęć mam w towarzystwie pani
Aldony i jej koleżanek. A one czują się wszystkie dobrze.
- Ale na tamto spotkanie
z modelkami wyciągnęła pana Lucyna i to ją pan potem musiał sponsorować. No, ale
mniejsza z tym, to kwestia już zamknięta. Pan nie zabił Lucyny i pana Schmidta.
To nie w pańskim stylu. Zresztą, skąd by pan, albo pan notariusz wiedzieli,
gdzie szukać kluczy do gabinetu Lucyny? Skąd by panowie mieli wcześniej dostęp
do ich prywatnych listów? Nie, tego nie zrobił żaden mężczyzna i nikt z gości. I
nie pani dyrektor, bo pani nie siedziała przy kolacji koło Lucyny i nie mogła
pani wsypać jej do wina środka usypiającego.
Jola Krzemińska
odwróciła się, wpatrując w twarz Aldony. Ta nie zwracała na nią uwagi, nie
odrywając wzroku od Roberta.
- Nie słuchaj go –
powiedziała – nie widzisz, że blefuje? Nie jest w stanie niczego udowodnić.
Spojrzał na zegarek.
- Policja powinna już
być, a myśmy już w zasadzie skończyli. Jeszcze tylko jedno: teraz technika
bardzo poszła do przodu. W korytku z ołówkami i długopisami jest jeden długopis,
którego wczoraj jeszcze nie było. Jest w nim wmontowana kamera. Położyłem go
tam, kiedy zobaczyłem kartkę z kluczem pod drzwiami i kiedy byłem już pewny, że
to nie jest samobójstwo. Na szczęście nie zauważyła tego pani, przejęta
udawaniem strachu wobec sytuacji, która wówczas rozwijała się zgodnie z pani
planem. A plan był taki: Lucyna miała zginąć, ale tak, żeby podejrzenie padło na
Wiktora. I może by się to nawet udało, gdyby miała pani cierpliwość zaczekać na
decyzje wymiaru sprawiedliwości. No, a poza tym, pani wie, że u nas nie ma kary
śmierci, więc nawet skazanie ojca nie rozwiązywałoby pani problemów. Więc
wszystko trzeba było zrobić osobiście. I zagrała pani tę oskarową rolę i moja
kamera wytransmitowała to wszystko do mojego tabletu, a on to nagrał.
Sięgnął do kieszeni i
pokazał tablet, mając nadzieję, że się nie rozładował. Na wszelki wypadek go
jeszcze nie włączał.
- I teraz możemy
obejrzeć, jak pani wchodzi do pokoju, gdzie znajduje się trup zabitej przez
panią matki, nie zwraca na ciało uwagi, tylko zabiera kartkę z listem. Potem
idzie pani z nim do ojca, prosi go o kawę, on nalewa dwie, jedną pani przyprawia
cyjankiem. Gdyby nie chciał kawy, ma pani przy sobie strzykawkę z trucizną, bo
przecież przy pani chorobie nauczyła się pani robić zastrzyki, prawda? A tej
strzykawki pani nie wyrzuciła i muszą być na niej pani odciski palców, może
zresztą na wszelki wypadek ma pani ją przy sobie, nigdy nie wiadomo, kogo
jeszcze trzeba by było uciszyć. Ale raczej już zapasy pani energii się
wyczerpały, w końcu chodziło o uniemożliwienie małżeństwa matki i o
odziedziczenie majątku oraz pełni władzy w spółce. I prawie się udało, prawda?
Aldona wcisnęła ręce w
kieszenie kurtki.
- Nie, nie wyczerpały
się, ja mam bardzo dużo energii, uzbierała się od czasów, kiedy przestałam
chodzić na wybiegach po tym wypadku. Ale jednego pan nie wie, panie detektywie.
To ojciec kupił mi ten motor. A matka wtedy zadzwoniła do mnie, żebym się
pospieszyła, bo się spóźnię na pokaz jej nowej kolekcji. Więc nie schodziłam na
zakrętach poniżej 140.
Zadźwięczał dzwonek.
- Policja! – powiedział
senator – to pani jako gospodyni powinna otworzyć.
Podniosła się Jola.
- „Zamek” należy do
„Świata Mody”. Ja jako dyrektorka ich wpuszczę.
Dźwięk przewracanego
krzesła zagłuszył kolejny dzwonek. Aldona osunęła się na podłogę, nie
wypuszczając trzymanej w ręku strzykawki.
- Pan wiedział, że ona
to ma? – senator pochylił się do Roberta.
- Domyślałem się.
Musiała w końcu mieć jakiś plan B.
Wieczorem, już po
kolacji, starszy syn, Tomek, podszedł do niego z miną winowajcy i kartą micro-sd
w dwóch palcach.
- Tato, przepraszam, że
ci nie powiedziałem, ale koniecznie potrzebowałem karty pamięci do telefonu, bo
kumpel miał mi przesłać kilka fajnych klipów, a moja była już zapchana. No, więc
wyjąłem z twojego tableta, bo myślałem, że ci nie będzie potrzebny, skoro
jedziesz sobie na weekendową wycieczkę gdzieś na wyspę. Jeśli coś chciałeś
nagrywać, to sorry. Ale zostawiłem ci tu parę kawałków ściągniętych z YouTube,
na pewno się uśmiejesz.