Spotkania Literackie, 2008/2009

 Mariola Socha

poezja jest nieubłagana

umie wszystko nazwać na moją korzyść

 

Moja życiowa przestrzeń – Myspace

 

Taki bal był tylko jeden. Wszyscy przyjechali, a kolorowy korowód wystrojonych postaci nie miał końca. Zapowiedziano go niedawno, ale i tak wszyscy zdążyli tu przybyć.

Wiatr uderzał w szyby, padał rzęsisty deszcz. Weszłam w szpaler ludzi – idę wolno lekko dotykając chłodnego materiału białej sukni. Ludzka ciżba zerka na mnie, mężczyźni cmokają lub uśmiechają się głupio, a kobiety szepczą coś sobie nawzajem. Jestem pewna, że mówią o mnie – bo wszyscy wiedzą, że przyjechałam do ciebie.

Tylko ty o tym nie wiesz. Nie poprosisz mnie do tańca ani do rozmowy. Ja mam takie frywolne życzenie, aby być tutaj, na balu i patrzeć od czasu, do czasu na ciebie. Nie widziałam cię przecież nigdy. Wszyscy o tobie opowiadali – o twoich chwalebnych czynach, o bohaterskich bitwach i polowaniach. Do naszego miasteczka nigdy nie docierają władcy.

Jedynie twoi heroldowie pokrzykiwali czasami na rynku i tam można było wysłuchać twoich słów, które czytali malowniczo rozwijając sztywny papier.

Ale w takiej w ciżbie niewiele można zobaczyć… stojący obok mnie mężczyzna wybuchał co chwilę śmiechem, nie mogłam niczego usłyszeć. Herold patrzył na wszystkich i potem czytał jedno zdanie – co też to mogło być? Może ogłoszenie o dodatkowych podatkach, a może nowe projekty dróg prowadzących do miasteczka.

Gdy hałaśliwy mężczyzna, aż trzymając się za brzuch z radości, odszedł przepychając się niegrzecznie w powoli topniejącym tłumie – herold zaczął zwijać swój papierowy wywód.

- To nie dla nas – mruknął staruszek w fioletowym żupanie.

- Dla ciebie na pewno nie – zawtórowała mu żona w białym, przepisowym czepku.

Odwróciłam się za siebie...

- Bal, bal – cicho powiedziała do siebie córka zamkowego strażnika, wystrojona w różową, koronkową sukienkę.

- Bal – wzruszyła ramionami siwowłosa wdowa po królewskim skarbniku.

- Bal, bal – szeptała woda w studni…

- Bal – jaki bal? – spojrzałam na rozchodzący się tłum.

 

Twój herold właśnie wsiadał na konia. Spojrzał na mnie tylko przez chwilę, niby przypadkiem upuścił zrolowany papier – nawet się nie obejrzał.

Papier upadł na kamienie rynku. Podniosłam go szybko. Podnosząc się zerknęłam, czy ktoś mnie obserwuje. Nikt na mnie nie patrzył.

Już po wszystkim. Rozkaz odczytany. Nikt się nie zatrzymuje.

Przyciskam rulon do piersi. Idę w kierunku ratusza. Przechodzę przez rynek i schodzę nad rzekę, tam mogę wreszcie przeczytać, że organizujesz bal – mój Boże – w twoim pałacu, w stosownych strojach. To może być jakieś ograniczenie - może będę musiała poprosić wróżkę, aby mnie wspomogła, aby ubrała mnie w najpiękniejszą suknię jednym dotknięciem swojej czarodziejskiej różdżki.

Gdy wysiądę z czterokonnej karety służba będzie mnie prowadzić do pałacowej sali, a muzykę będzie słychać na zewnątrz.

Światła balowej sali były jasne tak jak najjaśniejsze słońce… Nie szłam korowodem ludzi jak wyobrażałam sobie – ale i tak zauważyłeś mnie – tak myślę… W prawej ręce trzymałam książkę. Na gościńcu było zamieszanie i moja kareta stanęła przed wjazdem do miasta. Dwóch mężczyzn szarpało jakąś kobietę. Spojrzałam na mojego milczącego, niewzruszonego stangreta – i otworzyłam drzwi. Może moja złość, albo moja wyczarowana przez wróżkę suknia zrobiła na nich wrażenie, że nie musiałam mówić ani słowa i puścili ją. Odwrócili się, zaklęli i odeszli w stronę miasta. Kobieta stała z potarganymi, spadającymi na twarz włosami. Podeszłam do niej nie zważając na zabłocony gościniec. Kobieta oddychała szybko, dotknęłam jej ramienia, była trochę ode mnie niższa… wtedy podniosła twarz. Patrzyłam na jej wyraziste oczy – kogoś mi przypominała…

- Nie mam jak ci podziękować panienko – wyciągnęła do mnie rękę z książką.

- Nie, nie… proszę, nie jest mi pani nic winna… odwróciłam się i ruszyłam do karety tym razem już starannie podnosząc jasną suknię do góry.

- Weź, pomogłaś sobie – jej tekst i cichy głos zdziwił mnie, obejrzałam się – wzięłam zawieszoną między nami w zmierzchowym powietrzu – książkę.

- Dziękuję, proszę na siebie uważać – powiedziałam zabierając książkę.

Dziwna kobieta została na drodze.

Gdy kareta ruszyła pokręciłam ze zdziwienia głową. Książka... to dziwne, kto daje obcemu człowiekowi książki… Było już dosyć ciemno – ale zbliżyłam ją do okna – miała granatową okładkę, gdy usiłowałam odczytać na niej wypukłe literki stangret krzyknął do mnie, że już mury miasta i nie wie jak dalej jechać.

- Pewnie, nic nie może być jak w bajce – pomyślałam zawiedziona.

Po kilku minutach zajechaliśmy pod pałac. Weszłam do środka… no i dalej już proste… stoję w światłach balowej sali ściskając nieznaną mi książkę z granatowej okładce…

Gdy zobaczyłam ciebie, poczułam zawrót głowy.

Tańczyłeś z najpiękniejszą księżną, albo kimś takim… przepłynęliście obok mnie gdy ujęłam swoją suknię w dłonie. Gdy doszłam do pierwszego filara na sali balowej przypomniałam sobie, że mam wachlarz i mogę ochłodzić się, stanąć, nie przejmować się nikim… bo wszyscy nagle zaczęli patrzeć na mnie, czułam się źle… pewnie znają się tutaj na dworze królewskim doskonale… a ja jestem kimś zupełnie nowym.. Moje zagubione spojrzenie zatrzymuje się bezradnie na tobie – twoi dworzanie uśmiechają się wtedy z lekkim zrozumieniem i politowaniem – znają przecież twoje niezliczone, miłosne przygody….

 

Gdy dotknęłam rozgrzanego policzka nie zauważyłam nawet, że podszedłeś do mnie.

Wtedy spojrzałam na ciebie… a ty na mnie – opuściłam oczy natychmiast przepisowo i chętnie, bo nie wiedziałam co można zrobić, gdy na mnie patrzysz tak uważnie…

Ukłoniłeś się przede mną – pewnie prosisz mnie o taniec – domyślam się, pochylam głowę i podaję ci dłoń… Patrzę ci w oczy gdy podajesz mi rękę i obracamy się jak figurki w tańcu – światła wirują wokół mnie i suknie – piękne kolorowe suknie – obok mnie – cudowne kobiety – grzeczni mężczyźni… i ty… obejmujesz mnie śmiało – wirujemy na środku balowej sali – to przystoi jedynie królowi, albo księciu… na balkonie gra orkiestra, czarnowłosa dama zbliża się do nas, uderza mnie wachlarzem niby przypadkiem, spogląda tak, jak tylko zdenerwowana Hiszpanka potrafi… ale ty na nic nie zwracasz uwagi – dotykasz mojej odkrytej szyi i szepczesz mi do ucha - skąd jesteś, nie znam cię… dlaczego trzymasz w ręce książkę…

Zanim zdążę ci odpowiedzieć, że nie wiem, że nie mam jej gdzie zostawić, bo właśnie ze mną zatańczyłeś… bo jest mi droga… bo zdarzyła mi się w życiu nagle taka niespodziewana przygoda… jak ty… jak kobieta na gościńcu….

Dotykasz mnie delikatnie – moja suknia dotyka twojego uroczystego ubrania, jeszcze minutę temu nie wierzyłabym, że to możliwe…

- Jesteś piękna, zostań tutaj na moim dworze – mówisz, ale za chwilę gasną światła i ja wiem, że muszę uciekać jak każda nieprawdziwa księżniczka… wysuwam dłoń z twojej i po omacku usiłuję wyjść z sali, ludzie krzyczą… rzucają się w tę ciemność rozpaczliwie, szarpią moją suknię, wcale nie jest jak w bajce… wreszcie jestem na zewnątrz… moja kareta czeka – wsiadam z żalem – to koniec – właśnie teraz… teraz kończy się nasza bajka… Ty zostałeś na balowej Sali z niedopieszczonymi księżniczkami w kolorowych sukniach…

I to już koniec, niestety… Najgorsze jest to, że zgubiłam moją granatową książkę… Co powiem kobiecie na gościńcu – jeśli ją spotkam w drodze powrotnej – myślałam gdy wsiadałam do powozu. Ale droga była pusta i ciemna… Nikomu nie musiałam się tłumaczyć…

Nie wiem kiedy znalazłam się w moim domu, w mojej izbie – moje okno – z widokiem na morze.

 

Nie minął tydzień, gdy na rynek naszego miasteczka przyjechał twój herold – sąsiadka zapukała do mnie - okryłam się granatową chustą i na rynek poszłyśmy razem..

Herold rozwinął arkusz z twoim rozkazem – że poszukuje się dziewczyny, takiej, a takiej - z książką, żeby ktokolwiek wie… moja sąsiadka popatrzyła na mnie z uśmiechem – a ona przecież nie wiedziała na pewno… to kto miał wiedzieć… Wszystkie plotki zaczynały się i kończyły u niej przecież!

Gdy wróciłam do domu – matka zapytała, co ogłosił król – odpowiedziałam jej, że to nic ważnego… szuka dziewczyny z balu…

- Z jakiego balu - matka niczego nie wiedziała – córeczko – a ty? – zapytała niepewnie.

- Ja byłam tam, ale niczego nie spodziewam się – mamo… - odpowiedziałam jej szczerze.

W następnym tygodniu do naszej wioski przyjechali twoi królewscy żołnierze.

Na rynku zostawili konie…

Siedziałam przy oknie z książką – gdy weszli - wstałam. Miałam na sobie skromną szarą suknię i nad wyraz grzecznie zapięte włosy…

Królewski żołnierz - wysoki blondyn – spojrzał na mnie uważnie. Wiedziałam, że patrzy jeszcze uważniej na moją książkę… mój Boże… Kładę ją parapecie.

 

- Jaki tytuł miała tamta książka? – człowiek w ciemnym płaszczu patrzył na mnie uważnie.

Wycieram mokre od potu dłonie w jasnoniebieski fartuch.

- Nie wiem – mówię cicho.

- Musisz mi coś powiedzieć panienko, jeśli to ty, kiedy tańczyłaś z królem miałaś książkę - musisz o niej wiedzieć więcej – westchnął i zaczął grzebać w torbie.

- Ładna jesteś i taka spokojna – mogłabyś być tą, której szukamy – bo nasz pan, wybiera takie - machnął ręką zupełnie nieodpowiednio jak na sługę Króla.

Podniosłam brwi do góry – z dezaprobatą – jak można tak obgadywać pana.

- Dasz mi tę książkę? - żołnierz spojrzał na mnie uważnie.

- Przecież zgubiłam ją na balu, wasz Pan powinien ją mieć…

- Nie żartuj z nas – Pan kazał jej szukać i dziewczyny, która ją miała – żołnierz dodał za chwilę.

 

Nagle drzwi otworzyły się i do środka wpadł wójt – nasz wójt z czerwonymi policzkami, dużym wąsem i donośnym głosem…

- Moje córki czekają – panowie – zawołał stanowczo… i niecierpliwie…

Spojrzałam na żołnierzy z uśmiechem. I pewnie ich cała skromna, niestety biblioteka, też na was czeka – pomyślałam, przepraszam za to, złośliwie.

Pierwszy żołnierz ruszył w stronę drzwi – ale drugi doszedł do mojej półki z książkami.

- Jak znajdziesz właściwą, skoro właśnie ja jej nie znam… znalazłam ją przypadkiem, a miałam na balu, nie znałam jej tytułu, a potem musiałam uciekać bo tak jak w bajkach bal kończy się nagle dla Kopciuszka…

- Co ty mówisz panienko? – żołnierz obejrzał się od drzwi…

- Mówię prawdę – nigdy nie znajdziecie tej książki, a jeśli ktoś was oszuka – albo wasz pan rozkaże aby ją koniecznie odnaleźć to będzie to tylko kolejne oszustwo.

- Skąd wiesz? – zapytał poważnie żołnierz.

- Skąd wiem? – westchnęłam. Bo - to ja tańczyłam z królem – pochyliłam głowę – poczułam, że łzy pieką mnie pod powiekami.

- Wszystko na tym świecie jest teatrem, nie czekajcie na więcej – powiedziałam.

Żołnierze spojrzeli na siebie zdziwieni. Ruszyli w kierunku wyjścia. Na pewno z córkami wójta porozumieją się lepiej – pomyślałam.

Kadzidło pachnie jak twoja jasnoniebiesko-ciemnoczerwona apaszka – moja pani z obrazka… To pewnie drogie perfumy i jakieś eleganckie papierosy. Tajemnicza kobieta przechodzi obok mnie.

Na przyjęciu tłum różnokolorowy, nawet nie wiem gdzie jest pani domu-moja koleżanka a przecież niedawno witała mnie, taka śliczna.

Jej mąż – skrzypek – wielce utalentowany – właśnie zaczyna grać – wszyscy go prosili o krótki występ…. Staję przy kelnerze, który szybko podaje mi szampana, kątem oka widzę jak zamykasz małą, gustowną torebkę – wkładając do niej śliczną haftowaną chusteczkę.

Popijam sobie szampana i trochę zaczyna mi się kręcić w głowie, bo jestem już po niezłej dawce czerwonego wina… a ty - ty jak zwykle przytomna - przeciskasz się przez tłum i przechodzisz obok mnie – czuję ten cudowny zapach – to herbaciana róża na pewno – albo miłość – tak szepcze mi na ucho mój anioł. No tak – to bardziej pewne.

 

Pan domu – skrzypek – gra najlepiej jak umie. Na fortepianie leży jakaś książka – na dłuższy czas przykuwa mój wzrok. Przy ogromnej palmie – siedzi śliczna pani domu i patrzy z uwielbieniem na męża – a może tylko wyćwiczyła taką uroczystą minę u siebie.

Nagle, tajemnicza kobieta wychodzi z pierwszego szeregu w stronę grającego pana domu – podchodzi do fortepianu – piękny, prosty kapelusz zasłania jej twarz – pani domu trochę zaniepokojona patrzy na nią - skrzypek też na moment, gra tylko dla niej – bo patrzy na jej postać – a ona – ona zabiera książkę z fortepianu. Spoglądam na gości, tak naprawdę niewielu z nich wie co się dzieje, tylko kilka osób w pierwszym rzędzie spogląda na kobietę z wyraźną dezaprobatą – że przeszkadza.

Jej ciemna suknia zlewa się z okładką książki, którą bierze do rąk. Szybko wchodzi w tłum gości i znika.

Nagle staje się rzecz niespodziewana – pan domu skrzypek przestaje grać – zwraca się do swojej uroczystej żony mówiąc dość głośno.

- Kochanie – co się dzieje?

Moja śliczna koleżanka zrywa się na równe nogi – i wchodzi w tłum za tajemniczą kobietą – ale ona już jest daleko – goście zaczynają trochę sobie szumieć – jak to goście – po co dali im wino i szampana – teraz bawią się w najlepsze… i wcale nie słuchają utalentowanego skrzypka, samego pana domu – bo właściwie wcale go nie słuchali – tylko tak stali w nabożnej w ciszy może w podziękowaniu za zaproszenie na to wspaniałe przyjęcie.

Jakieś drzwi trzasnęły – a może tylko wydawało mi się.

Zaczynam iść w stronę wyjścia – chociaż zauważam jak mąż mojej ślicznej koleżanki, doskonały skrzypek, patrzy z niedowierzaniem na zamknięte wieko fortepianu, na którym leżała jeszcze niedawno książka, której okładka tak doskonale pasowała do sukni tajemniczej kobiety.

Wreszcie doszedłem do korytarza i zobaczyłem moją śliczną koleżankę, która uśmiechnęła się do mnie, zmieniała właśnie buty – wysokie, srebrne szpilki na jakieś półbuty….

Wtedy postawiłem pusty kieliszek po szampanie na półce – wychodzisz? – zapytałem.

- Tak – chcę zobaczyć – gdzie podziała się ta dziewczyna z książką.

- Widziałaś ją?

- Właściwie nie dość dobrze.

Wyszliśmy razem – odwróciłem się do niej, bo czułem, że jest jej zimno – może weźmiesz płaszcz?

Spojrzała na mnie dotykając ramion w jasnoniebieskiej sukni – piękna i trochę wystraszona – wezmę – poczekaj.

Za chwilę trzasnęły za nią drzwi – wtedy poczułem chłód, ale ja nie wróciłem po swój płaszcz. Na ulicy padał deszcz – zmrużyłem oczy – wtedy pojawiła się moja śliczna koleżanka – mój Boże żebym tylko pamiętał jej imię, albo imię jej utalentowanego męża, przecież wcale się nie śmieję żebym tylko umiał zacząć tę nonszalancką i grzeczną rozmowę…

Na ulicy jest ciemno – trochę wilgotno, po niedawnym deszczu – za mną trzasnęły drzwi – obok mnie staje moja koleżanka –

- Pewnie nie pamiętasz mojego imienia? – mówi do mnie niespodziewanie.

Kiwam głową w zakłopotaniu.

- Eleonora – uśmiecha się do mnie trochę drwiąco.

Spojrzałem na nią – pewnie zorientowała się, że nie dowierzam – któż to dzisiaj może mieć tak uroczyście na imię.

- Możesz tak do mnie mówić… Znasz tę dziewczynę?

- Nie znam, ani nie mogę ci powiedzieć gdzie nie mieszka, ani gdzie poszła – znam ją tylko troszkę – wiem jak pachnie i wiem, że pali eleganckie papierosy – cieniutkie jak…

- Wiem, nie musisz mi wyjaśniać, ja też takie palę…

- No właśnie – dlaczego twojego męża zdenerwowała ta książka – powiesz mi co to jest, jaka to książka…

- Właściwie nie wiem – mój mąż swoje recitale przygotowuje sam i nie wiem co mu przyszło do głowy, aby na fortepianie położyć tę dziwną książkę. Nie wiem nawet skąd ją ma.

- Mhm – mruknąłem.

Szliśmy obok siebie przez chwilę. Ulica była ciemna, mgła czyniła ją tajemniczą, a wiatr hulał jak w bajkach – latarnie zapaliły się, a ja poczułem się jak w bajce Andersena…

Życie jest bogatsze i dziwniejsze niż bajki, więc tuż przed nami zatrzymał się jakiś pojazd. Przypominał starodawną karetę. Stanęliśmy z moją śliczną koleżanką Eleonorą w osłupieniu.

 

Kareta stała – konie niepokoiły się, woźnicy nie było widać pod skórzanym, ciemnym płaszczem… Zrobiłem kilka kroków w kierunku powozu, Eleonora nie poruszyła się.

Gdy podszedłem do okna karety firanka uchyliła się – zobaczyłem jasną plamę jakiejś twarzy – drzwi uchyliły się nieznacznie, także mogłem słyszeć dziwny, cichy – niewątpliwie kobiecy głos.

- Muszę odjechać… powiedziała kobieta z karety.

Podszedłem blisko ledwie uchylonych drzwi.

- Dlaczego? – odważyłem się szepnąć cicho.

- Zabieram książkę – nie martwcie się – kobiecy głos był teraz stanowczy.

- Znam tylko jej okładkę… dlaczego książka jest taka ważna- zapytałem po chwili.

- Nikt nie wie o niej więcej, niż powinien…a ponieważ albo ja źle wybierałam tych, którzy ją dostawali, albo wszyscy jesteście podobni, życiowi nieudacznicy bez cienia wyobraźni. Pierwsza była dziewczyna – kochała ponad miarę, nie mogła jej mieć…bo karty książki niszczą się gdy ktoś tak płonie… - kobieta powiedziała cicho.

- Czyżby też płonęły? – zapytałem trochę drwiąco.

Kobieta milczała – zaczęła mówić po chwili.

- Potem był chłopak, gdy ją znalazł – zachwycił się piękną okładką, postanowił ją dać komuś kogo bardzo kochał, ale zanim do niej zajrzał położył ją na szafie w swoim pokoju. Potem odjechał stąd i zapomniał o książce… zapomniał też o tej, którą kochał nad życie… może dlatego jego życie już nie jest Życiem. To tylko praca, dzieci, rodzina i OBOWIĄZEK.

Potem książkę dostał skrzypek, który… każdego wieczoru gładził jej granatową okładkę i nigdy nie był gotowy, aby przeczytać chociaż jeden wiersz… zadufany w sobie… musiałam mu ją odebrać.. a myślałam, że artysta będzie najlepszym wyborem. – kobieta zamilkła.

- Ale gdzie on ją znalazł?… zapytałem.

- Jak to gdzie – ta książka zawsze leży na gościńcu… nietrudno ją znaleźć…

- No nie żartuj – teraz już nie ma gościńców… zdziwiłem się.

- Zawsze jest droga, zawsze…jest jakiś gościniec – każda droga nas gości prawda? Co innego robisz idąc – idąc przez pola, po piaszczystej drodze, idąc alejami świetlistymi jak rozjarzone reklamy mijanych sklepów… wszędzie może być droga – kobiecy głos był jakby niecierpliwy.

- Więc ta dziewczyna… to ty… zamyślilem się.

Usłyszałem jej cichy śmiech.

- Mogę być każdą osobą – to nie jest trudne - ja wiem – dla was ludzi to dziwne – wy kochacie tylko swoją zewnętrzną powłokę, bo jesteście w ogóle krótkotrwali… ale można być każdym… nie ma to znaczenia – jesteś duszą, jesteś kimś kogo akceptujesz albo nie – kogoś kochasz – albo nie… bardzo proste, ale nie bezbolesne, niestety… - głos kobiety był trochę rozbawiony.

- No tak – masz zupełną rację – przytaknąłem jej.

- Dzięki, że się zgadzasz – co za cud… Muszę zabrać książkę - nie jesteście jej warci – drzwi karety zaczęły się przymykać.

- Co to za słowa, nie żartuj… a zresztą, skąd wiesz – ja właściwie nigdy tej książki nie chciałem, nigdy o niej nie wiedziałem. Myślisz, że to jakiś sens – jak mówisz – zabiorę wam coś, co dla nas chyba nie ma wartości, nie gniewaj się, ale tak jest – może tego nie rozumiemy, zresztą nigdy nie dałaś jej mnie – a Eleonora – pokazałem brodą moją cichą towarzyszkę… może ona jest jej warta…

- Może - wydawało mi się, że drzwi powozu otworzyły się szerzej…

Może chciała spojrzeć na Eleonorę, która wyglądała teraz zjawiskowo w świetle latarni.

- Powiedz mi – co to za książka – jakaś bardzo międzynarodowa – tylko nie mów że Biblia lub Koran… - mruknąłem.

- Dlaczego… boisz się oczywistości?

- Może – nie chcę aby to było takie jak sobie wyobrażam… zresztą wszyscy je wymieniają kiedy jakiś inteligentny redaktor w telewizyjnym programie zapyta sławę wszechczasów albo jakiegoś innego idola… co zabrałby na bezludną wyspę. Wtedy – aby nie wyjść na głupich – zazwyczaj wymieniają biblię…

- Naprawdę, wiesz zadziwiłeś mnie… Ale to nie jest taka książka - każdy z was może mieć coś czego pragnie – nie wierzysz – że mogę to dać…. Dlatego tego nie pragniesz, boisz się tego chcieć…

- We wszystko wierzę… odpowiedziałem, ale już mniej odważnie.

- Naprawdę? To wsiądź – drzwi karety otwierają się szerzej… nawet przez moment widziałem chyba szczupłą rękę w długim, granatowym rękawie.

Nawet nie oglądam się za siebie… wiatr wieje i jest mi zimno, tak dobrze byłoby wsiąść, schronić się w ramionach tej kobiety – musi być piękna, zresztą jeśli naprawdę może być tym kim chce – to na pewno będzie najpiękniejszym wyobrażeniem dla mnie – zakocham się od razu… i co dalej…

 

Życie ma tyle kolorów - poważne miny i płacz i smutek i śmiech… muzykę, wiersze - nie wierzę… nie wierzysz? Pewnie – trudno w to uwierzyć!!

Bo życie to tylko zwykły ruch krwi – żyły - tętnice- przedsionki – komory – krwinki…

Ale życie – to też oddech – wiatr – otwarte okno – spojrzenie – dotyk – skóra gładka – dziewczyna – jasne włosy… morze…

 

Białe karty księgi nie ją jednakowe, nigdy nie były i nie będą…

Będą cię tylko zwodzić i mylić. Bo wszechświat jest niejednakowy.

Księga – jednoznaczny symbol - właściwie symbol czego? – to tylko nasz ludzki znak mądrości.. A mądrość to co… Nic… tylko wyobrażenie.

Kiedy pojedziesz nocą przed siebie – poczuję pustkę - wszędzie – dokoła mnie – we mnie pustkę jak czarna chusta ścielącą się po wieczornych polach…

Okrywam się szczelniej marynarką, pada deszcz, całe szczęście, że nikt nie widzi moich zaciśniętych w kieszeniach rąk. Nie wiedziałbym co powiedzieć, jak zareagować…

I nagle gdy szybko przechodzę przez ruchliwą ulicę czuję zawrót głowy… muszę szybko dojść do chodnika… Co to może być, czy nie jestem chory? Może nie, może to.. Szczęście.

Szczęście – może wisi w wilgotnym powietrzu – jak wieczorne latarnie.

Szczęście – to coś całkiem niedużego… prawda?

Szczęście – marzenia we śnie – jeśli nie śnią się koszmary, jak zwykle…

Trzymasz księgę I WĄTPISZ WE WSZYSTKO… zamykam oczy i dotykam twoich dłoni – nie poruszasz się… No i jak jest lepiej – lepiej? Czy inaczej?

Jeśli na mnie poczekasz, noc się wyjaśni – dzień zacznie żyć – wtedy pójdę przed siebie.

Księga… otworzysz księgę…

Twoja skóra, twoje serce… twoje tysiąc powodów…

Białe karty nie ją jednakowe, nigdy nie były i nie będą…

Będą cię tylko zwodzić i mylić. Bo wszechświat jest niejednakowy.

Ale pozwolisz mi czekać, nie odbierzesz mi nadziei?

Nie przejmuj się moją egzaltacją. Nie znałem cię tyle lat… Ale to w moim życiu coś załamało się i może to przypadek, że od zupełnej pustki uratowała mnie twoja granatowa książka...

Wszystko w nas miesza się i wzbiera. Żyjemy w jednym świecie. Niczego nie uczymy się na pamięć. Jak niesforni uczniowie ciągle mamy problemy z zapamiętaniem czegokolwiek, a odpowiedzi na stopnie marnie nam wychodzą…

Ale jest księga… otworzysz księgę, w której białe karty nie ją jednakowe, nigdy nie były i nie będą, ale gdy ją czytasz jest ci łatwiej, łatwiej, kochanie, płynąć przez morza i przemierzać dalekie krainy…

 

Nie moja pani, wybacz mi tę chwilę milczenia, wahania - jeśli wsiądę do twojego powozu - nigdy nie przeżyję mojego życia, będę ciągle czytał twoją książkę w granatowej okładce…

- O, dobrze ją pamiętasz… kobieta przez moment pokazała swoją twarz w szybie…

- Wybacz mi, bo przecież nie powinienem ci odmawiać – kobiecie nie odmawia się….

- Nie przejmuj się, zadziwiłeś mnie swoim tekstem… Wracaj do Eleonory – ona marznie – drzwi zatrzaskują się - wracaj zanim się rozmyślisz, to naprawdę proste… zostać...

Powóz odjeżdża, a ja nie odwracam się….

Nie odwracam się i natychmiast zaczyna siąpić deszcz.

Myślę sobie – niech ona podejdzie, niech mnie obejmie – może zacznę jakiś nowy romans – zawsze podobała mi się…

Ale stoję, wilgoć jest nieznośna – odwracam się… latarnia ledwie świeci we mgle. Jestem sam. Nikogo nie ma oprócz mnie. Odwracam się – szukam Eleonory….

Mglana cisza trochę przeraża mnie – bo nie wiem czy coś się stało – czy znudziła się i poszła… wróciła do domu, do swojego męża, zarozumiałego skrzypka, który miał ostatnią możliwość otworzenia tajemniczej, granatowej książki…

Na ulicy jest cicho, nikt nie jedzie – latarnie świecą – a moje buty są zupełnie mokre – w niczym nie przypominają kaloszy szczęścia…

Bo cóż to jest szczęście – tylko jakaś zamglona przestrzeń….

 

No i życie to bajka - król z trudnym charakterem pokochał zwykłą dziewczynę – znalazł ją w domu przy rynku – w niewielkim miasteczku… ożenił się z nią… ustatkował się - przytył… już wam nawet nie wspomnę, że była to jedna z córek wójta, która była posiadaczką, rzekomej, tajemniczej książki – król uwierzył, że tańczył z nią na balu i od kilku lat stanowili zgodne stadło… Jaki świat jest tajemniczy – Pewnie wcale nie byłoby dobrze naszej pięknej dziewczynie, która wyratowała dziwną kobietę z rąk jakichś rzezimieszków – i dostała od niej granatową książkę… Król był przecież człowiekiem nerwowym, srogim i naprawdę mało inteligentnym… ot taki hulaka zwykły – czas spędzał na polowaniach i zabawach często organizowanych w królestwie. Cóż zobaczyła w nim nasza młoda dama, która tańcząc z nim przed północą jak Kopciuszek zakochała się ślepo..

Ślepo, bo jak inaczej nazwać ten stan – król nie obgadując go – był nieciekawym mężczyzną…

Ale życie to bajka.. jak już powiedzieliśmy, ponieważ książka mogła ich połączyć – dziewczyna musiała ją zgubić, aby nie cierpieć już więcej…

 

Życie też wymyka się czasami niestety bajkowej scenerii – przy ryneczku małego miasteczka – mieszka siwa już dzisiaj kobieta – często siada przy oknie, szydełkuje – patrzy przed siebie pięknymi, bladoniebieskimi oczami – wspomina królewski bal… czasami na rynek przybywa królewski herold - jak zwykle odczytuje rozkazy.. Wtedy kobieta zasłania okno, wieczór przypływa cicho i jest ukojeniem jej długiego, smutnego dnia…

Może ktoś w bajce o czymś zapomniał? Dlaczego dziewczynka-staruszka ciągle wspomina króla?

Bo taki bal był tylko jeden. Wszyscy przyjechali, a kolorowy korowód wystrojonych postaci nie miał końca. Przyjechała też dziewczyna, ale król nie poprosił jej do tańca ani do rozmowy. A ona miała takie życzenie, aby tam być i patrzeć na króla..

 

Moje serce jest jak trójwymiar, jak myspace in your heart, zupełnie jak moja życiowa przestrzeń – w twoim sercu.

Czy to zbyt wiele?

To tylko bal, wybacz…

Bal, bal – szeptała woda w studni…

Powrót do spisu treści

Dalej