Spotkania Literackie, 2008/2009

 Mariola Socha

poezja jest nieubłagana

umie wszystko nazwać na moją korzyść

 

Spotkanie

 

To ty, naprawdę? – mężczyzna spojrzał na kobietę przy lodówce z jogurtami. Miał ręce zajęte jakimiś paczkami. Market przed świętami, jak zwykle pękał w szwach od niewiarygodnego, rozwydrzonego zakupami ponad miarę, tłumu. Kobieta odwróciła się. Miała krótkie, jasne włosy, duże ciemne oczy i jasnoróżowy beret. Patrzyła na niego zdumiona, ale wydawało się, że wie, kim on jest.

- Zgubisz beret – pokazał brodą i uśmiechnął się.

Zdjęła beret i wrzuciła go do koszyka. Była tam już jakaś woda mineralna i pudełka z ciastkami.

- Dzięki, dobrze, że się spotkaliśmy, bo naprawdę bym go zgubiła – mruknęła niegrzecznie i odwróciła się do lodówki. Zaczęła przyglądać się jogurtom, podnosząc co chwilę któryś do oczu.

Mężczyzna westchnął.

- Do licha, przecież nic się nie stało, po prostu cię zauważyłem – poprawił wypadające z rąk paczki.

- Weronika – powiedział wyraźnie jej imię.

Boże jak dawno go nie wypowiadał na głos, jak dawno jej nie widział…- pomyślał.

Odwróciła się niecierpliwie.

- Chyba wystarczająco długo tu stoisz, twoja żona będzie zaniepokojona – rzuciła na niego krótkie spojrzenie.

- Skąd wiesz? – jakiś mężczyzna potrącił go - ej ty, uważaj – mruknął wściekły.

Wybrała jakieś serki i jogurty, włożyła do wózka i zaczęła jechać w kierunku drugiego regału.

- Weronika, zaczekaj – zawołał.

Uśmiechnęła się pod nosem.

- Po co? – odwróciła się i spojrzała na niego.

Kiedy był ten dzień, gdy patrzyła na niego po raz pierwszy? Jej oczy… zawsze myślał, że ze wszystkich dziewczyn, które znał – to ona miała niewiarygodnie metafizyczne oczy… To jest określenie – pochwalił się w myślach zadowolony.

Gdy patrzyła na niego, na jego paczki, nieporadnie poprawiane w rękach… wyciągnęła rękę do niego i wzięła jedną paczkę.

- Uważaj, upuścisz ją – spojrzała na pudełko.

- Widzę, że kupujesz jej wykwintną bieliznę, tak trzeba… żony to lubią, przynajmniej tak jest w serialach – powiedziała wyniośle.

- Przestań, Weronika, przecież naprawdę cieszę się, że się spotkaliśmy – obejrzał się za siebie nagle.

- No dobrze, ale teraz już musisz wracać - położyła biało-różową paczkę z wykwintną bielizną - na wierzchu piramidy, którą trzymał.

- Daruj sobie ten ton surowej mamusi – mruknął.

- Popatrz, kłócimy się po – zmarszczyła brwi – po piętnastu latach – czy to nie jakiś fenomen?

Odwróciła się i odeszła pchając przed sobą marketowy wózek. Ludzie szybko zaczęli pochłaniać jej sylwetkę, za chwilę prawie już jej nie widział.

Zaczął iść za nią, tak szybko jak był w stanie. Zastanawiał się, gdzie może być Basia, ale ona pewnie się nie nudzi w markecie, zresztą wybierały z Moniką zabawki.

Weronika miała na sobie jasny, zimowy płaszcz, przewiązany paskiem. Była szczupła. Zawsze była zgrabna - pomyślał z uznaniem. Zachowuję się jak głupi samiec, który jest zadowolony, że kiedyś… był z ładną kobietą..

Weronika zauważyła, że jest znów blisko niej.

- No co, Romeo? – zapytała złośliwie.

- Nie bądź taka szydercza, nigdy taka nie byłaś – powiedział spokojnie.

Stała chwilę patrząc na niego w zamyśleniu.

- No dobrze, wrzuć te swoje paczki tutaj i opowiadaj co u ciebie, bo nie odejdziesz zanim się tym nie pochwalisz - pokazała na swój koszyk.

Chwilę zastanawiał się, kiwnął głową i zaczął powoli wkładać paczki, Weronika pomagała mu. Przez chwilę znów byli jak dawniej – mąż i żona na zakupach przed świętami Bożego Narodzenia.

Wyprostował się, poprawił kurtkę.

- Nie zmieniłaś się wcale – powiedział ciepło. Chciał tak powiedzieć.

- Tak się mówi, zazwyczaj – spojrzała na niego z uśmiechem.

- No to jak? Żona? Dzieci? – powiedziała głośno.

- Tak… potwierdził tylko.

- Nie bądź ironiczna, przecież ty też nie jesteś sama – odważył się na pierwszy dzisiaj atak.

Roześmiała się.

- Tak masz rację – spojrzała na niego śmiało.

- To udało nam się, to dobrze – podrapał się po policzku.

Jej uśmiech zamarł.

- Udało nam się, ten barwny rozwód uważasz za coś co NAM się udało? Może z moim Patrykiem jest OK, z twoją Barbarą… ale nam, Misiu, nic się nie udało… wszystko zawaliliśmy…. żadna romantyczna historia… Weronika była wściekła.

Pochylił głowę.

- Masz rację, jasne, przecież wiem… szepnął.

- Wiesz? Ile razy można być szczęśliwym, jak myślisz? Jeden? Dwa? Czy tysiąc razy? Myślisz, że nic to dla mnie nie znaczyło? – Weronika była spokojna gdy to mówiła.

 

Pan Kostrzewski proszony jest do stoiska numer 9 – powiedział marketowy głośnik.

Powtarzam… Pan Kostrzewski…

 

Kobieta w granatowym płaszczu potrąciła Weronikę.

- Ale tu pani stanęła, nie powiem – prychnęła wściekła.

Stali przez chwilę bez ruchu.

- Twoja żona – powiedziała Weronika patrząc gdzieś przed siebie.

- Skąd ją znasz? – zapytał zdziwiony.

- Z telewizji, występowaliście w programie… chyba „Ciche życie artystów” – czy coś takiego…

 

- Cześć – Barbara wyciągnęła rękę.

- Jak się masz – Weronika zdjęła rękawiczkę.

Barbara popatrzyła na nich, na koszyk Weroniki.

- Przekładamy coś? Widzę, że to nasze paczki – Barbara powiedziała rzeczowo i spokojnie.

- Tak – potwierdził roztargniony.

Posłusznie zaczął układać paczki w koszyku Barbary.

Monika podbiegła i niespodziewanie złapała go za rękę.

- Mam cię, już mi teraz nie uciekniesz – uśmiechnęła się radośnie. Miała krótką, kasztanową kitkę spiętą zieloną gumką i rozświetlony uśmiech.

- Tak, kochanie – powiedział do córki.

 

Przy kasie Weronika pomachała do Barbary, która ustawiła się w kolejce.

- Gratuluję książki, widziałam film o tobie, o was… - Weronika powiedziała do niego odchodząc.

- Wiesz jak jest z takimi filmami, to tylko promocje – schylił głowę jakby w zawstydzeniu.

- Nie, dlaczego… ładny dom, kwiaty, twój gabinet, jej ogród, wasze dzieci. Romantyczna historia – ten wasz związek, nie wiedziałam, że przyjechała do ciebie, specjalnie, tak daleko… powiedziała nie patrząc na niego, poprawiając torbę z proszkiem do prania.

- Zapamiętałaś to głupie zdanie? – spojrzał na nią.

Zamilkła.

- Myślisz, że było głupie? – zastanowiła się.

- Ten reporter nie wiedział, że byłem wcześniej żonaty – westchnął właściwie z ulgą.

- Wiesz, co powiedziałby, jakby to wiedział?… uśmiechnęła się - że w ogrodzie hodujesz pawie i piszesz tylko czarnym atramentem… bo miłość nigdy nie przemija, jest jak choroba i jej zarazki przechodzą na innego osobnika… - Weronika poprawiła włosy i mrugnęła filuternie.

- Cześć, Misiu, życie ciągle jest – szepnęła cicho nachylając się nieznacznie do niego.

Mikołaj w czerwonym płaszczu, z białą, długą brodą przejechał na wrotkach – potrącił ich oboje. Weronika zniknęła w tłumie.

- Daj mi kartę – usłyszał głos Barbary. Sięgnął do portfela z roztargnieniem, podał jej bankowy kartonik.

- No popatrz, cała rodzina spotkała się przed świętami, twoje dwie żony i córka, ale przypadek…. Jest ciągle piękna… – Barbara mruknęła ironicznie – pakując wszystkie zakupy do koszyka.

Odwrócił się bez słowa chowając kartę do portfela.

Powrót do spisu treści