Spotkania Literackie, 2008/2009

 Mariola Socha

poezja jest nieubłagana

umie wszystko nazwać na moją korzyść

 

Dwie części

                                                        

Jest taka przełęcz na polsko-słowackiej granicy,

gdzie w nocy na cmentarzu wojennym błyska czasami mdłe światełko…

 

I. Kacper i wojna

Światło na wzgórzu. Od niedawna stoi tam jakiś barak, przy nim jasna latarnia. Postawili ją wojskowi. Przyszli do wioski na wiosnę. Przyszli, kiedy pola były jeszcze puste i niezaorane - wiosenne, zielone z niewielką, jeszcze trawą - łąki. Cisza w południe.

Za wioską dwa cmentarze wojskowe - malutkie, niedające żadnego sensownego wyobrażenia o wielkości bitew i ogromie bezsensownego, ludzkiego nieszczęścia.

Wojna przychodzi do wiosek nagle, gdy ogłaszają pobór do wojska. Wtedy kobiety zakrywają oczy.

- O Jezu, Jezu – zawodzą beznadziejnie chociaż wiadomo, że i tak to niczego nie zmieni.

A może ktoś usłyszy ich skargę? Kto?

Teraz pójdą młodzi chłopcy, bo starszych od nich mężczyzn wzięli już wcześniej.

Młodzi poborowi spotykają się za wsią. Dość krzykliwi, wydaje się, że nie boją się, że traktują tę wyprawę jak przygodę.

Tylko niektórzy z nich zaglądają jeszcze na kładkę. Wrzucają z niej ostatni kamyk do wody, zapamiętują promień zachodzącego słońca nad drzewami, w środku wsi.

 

Zegar głośno tyka, gdy matka szykuje wieczorny chleb. Babka kiwa się, jakby z przyzwoleniem na taki los. Nie poszła jeszcze dzisiaj spać, chociaż co chwilę sennie zamyka oczy. To ostatni jej wnuk. Tego Jędrzejowego stratowały konie, gdy chciał je zatrzymać, bo uciekały panu z zagrody. Babka przymknęła oczy - nawet pieniędzy pan trochę dał, wtedy. Ale co to za pieniądze, za chłopaka. Ładny był. W niedzielę, w kościele dziewczyny oglądały się na niego, aż ksiądz czasem mruczał niezadowolony.

Babka westchnęła. Jadziny poszedł do wojska dwa lata – już będzie. Nawet teraz nie pisze co z nim. Miał szybko wrócić, a tu wojna… No i teraz jasnowłosy Kacper – to dziecko przecież – babka porusza ustami, jakby się modliła. Bo modli się. Za niego, za Kacpra z jasnymi włosami, za jej ostatniego wnuka. Babka otwiera oczy – Kacper już siedzi przy stole.

- Siadajcie – mówi córka do niej.

Wstaje wolno. Podchodzi do stołu i po chwili mówią chlebową modlitwę.

- Wiecie, że wszystkich już chyba wzięli? – Kacper czuje, że ma prawo mówić jak dorosły.

- Boże, co to będzie? - matka wzdycha.

- Dla nas podobno dobrze, tak mówią, że jak biją się – nareszcie coś z tego będzie – Kacprowi zabłyszczały oczy.

- Nic dobrego nie będzie, dziecko. Wojna to wojna – matka odwróciła się do pieca, aby ukryć łzy.

Tej nocy w izbie pełno było księżycowego światła. Jakby specjalnie dla Kacpra, który wodził oczami po stole, krzesłach, nawet półki matczynego kredensu też zapamiętywał. Nie mógł spać. Po raz pierwszy w życiu. Po raz pierwszy przekonał się ile jest dziwnych stukotów, szelestów i szmerów w nocnej izbie. Każdy tajemniczy i wart zapamiętania. We wsi szczekają psy. Pachnie dym, który jesienią tak długo w noc włóczy się po polach.

Jaki tam jest świat? Tam na tej wojnie? Czy chociaż trochę taki jak tu? Kacper myśli jak ciekawy świata podróżnik, może dlatego, aby nie dopuścić do siebie nawet na chwilę, nawet na sekundę tego kołaczącego się wraz ze ściśniętym sercem jedynego pytania – czy wróci, do tego oblanego księżycowym blaskiem stołu…

Rano matka pakuje chleb, żegnają go z babką, która z powagą dotyka jego czoła robiąc znak krzyża.

- Babciu – wzdycha Kacper.

- Przestań, Kacper – może mnie już nie zobaczysz - tłumaczy się z nagłego szlochu babka.

- Jak wrócę, to zobaczę – chłopak odpowiada zadziornie.

- Wrócisz, dziecko wrócisz, tylko moje dni policzone – babka siada ciężko przy piecu.

 

Kacper podchodzi do innych chłopaków ze wsi. Za chwilę robi się cicho – zjawiają się mundurowi. Ustawiają ich w kolumnę, ruszają już w kierunku lasu.

W gardłach kobiet, ojców, dziewczyn, matek – zastyga oddech.

Oni będą szli długo. Bo długo idzie się na wojnę.

 

 

 II. Kacper i Śmierć

Płaszcz prawie mnie nie przykrywa. Jest zimno. Wydaje mi się, że kilka metrów ode mnie ktoś leży. To na pewno człowiek. Przecież tu wszędzie pachnie krwią. Wiosenne pole zasłane jest ludźmi takimi jak ja. Chociaż nic nie jest pewne we mgle. Gdy odwracam głowę nad niedalekim horyzontem ciemnieją krzewy. Gęste krzewy. A za nimi jakieś światło.

Ludzie palą ognisko. Śmieją się, żartują. Ubrani inaczej. Nie znają mnie. Zastanawiałby ich pewnie mój mundur. Tyle lat minęło od naszej bitwy… Nagle czuję, że ktoś jest obok mnie. Ktoś mnie podnosi się do pozycji siedzącej. Ale potem wyjmuje pistolet. Strzela.

Przy ognisku śpiew cichnie. Ktoś rozchyla krzewy i wychodzi na puste, dla niego pole bitewne.

Podnoszę się nieznacznie, jestem śmiertelnie… przerażony. Śmiertelny przecież jestem.. Krztuszę się krwią i śmiechem. Przecież nic gorszego już się nie zdarzy.

Ja śmiertelny patrzę na tego jeszcze nienarodzonego dla mnie człowieka, wychodzącego z krzewów.

On patrzy z niedowierzaniem, świecąc latarką, która wygląda jak nieosiągalny kwiat paproci pośród nas... Pośród nas, umierających na wojnie. Czy widzi nasze koszmarne pole bitewne? A może słyszał strzał, który zatrzymał moje serce?

Ten człowiek, wychodzący z krzewów nie słyszy jęków moich przyjaciół, nawet mnie nie widzi.

Godzina śmierci… i cztery inne rzeczy ostateczne. Patrzymy na niego – malutki, prawie nienarodzony robaczek na pograniczu śmierci. Jego dni już policzone.

Płaszcz nie okrywa mnie wcale. Czuję chłód i nie chcę już walczyć z Bogiem. Dobrze. Śmierć to tylko chwila.

Jak długo istniejesz, Boże? Tak długo jak ja żyję. Tak długo jak umieram.

Do chłopaka z latarką dochodzi dziewczyna.

- Co tam widzisz? Chodź już, zimno mi – pyta go, okrywając nagie ramiona dłońmi.

Dziewczyna patrzy na mnie. Tak mi się wydaje, przecież nie może mnie widzieć. Dla niej tutaj nie ma żadnej bitwy, pole jest zwykłym wiosennym polem, a nie bitewnym sądem ostatecznym.

Nie wiem, dlaczego jednak dziewczyna wyczuwa mnie. Wzdycha cicho.

Czy naprawdę istnieje nadgarstek dziewczęcy i jej lekka jedwabna sukienka?

Moje siedem grzechów głównych. Pierwszy to… Gniew na płaszcz, że nie okrywa mnie wcale. Chłód odbiera mi zmysły chociaż jestem zbyt pyszny i rozmawiam z Bogiem ostatni raz.

Leżę leniwie na pustym polu. Nieczyste mam myśli, chciwe i zazdrosne w godzinie śmierci, w czwartej rzeczy ostatecznej…

Umiarkowany jestem tylko w piciu, bo krew nie zamieniła mi się w wino. I na próżno zaciskam dłoń na zranionym śmiertelnym ramieniu.

Duch Święty mówi: wstańcie na Sąd Ostateczny.

Więc nareszcie wstaję, czuję lekkość, wtedy odważnie biorę dziewczynę w ramiona. Dziewczyna kładzie rękę na moim płaszczu. Odrzuca włosy do tyłu, uśmiecha się z wdziękiem.

Jej towarzysz odchodzi do ogniska.

- Chodź, Marta – mówi do niej, ale ona czuje już księżycowe światło.

Nie jestem już zazdrosny, ani pyszny, ani zagniewany.

 

Właśnie wytłumaczyłem sobie zmartwychwstanie. Jasne chmury obejmują moje ręce.

Przytulam dziewczynę tak mocno, że jej włosy dotykają mojego śmiertelnego ramienia.

A ona na wszystko mi pozwala… chociaż odwraca jeszcze na chwilę głowę, bo wie, że gdy spojrzę w jej oczy, pójdę za nią wszędzie…

Powrót do spisu treści

Dalej