Spotkania Literackie, 2008/2009
Mariola Socha
poezja jest nieubłagana
umie wszystko nazwać na moją korzyść
|
|
Dublińska opowieść
gdy przyjedziesz do Dublina przed Bożym Narodzeniem będą tramwaje, ludzie, autobusowe przystanki potem wieczór i dziewczyna z parasolką gwiazdy znów utoną w Liffey malutki hotelowy pokój, kręte schody mewy śmieszki rano ledwie po wschodzie słońca dzień idzie przez pokój jasną plamą niepełna jestem uczuć gdy most srebrzy się deszczem
na poczcie świąteczne kartki Kruk z Krainy wieczności na ramieniu człowieka na ramieniu niezwyciężonego irlandzkiego Cuchulainna zapach prochu, strzały płonące papiery, cierpienie, jeszcze trochę wytrzymać
ludzie w kolejce po listowe znaczki szuranie butami, mokre, deszczowe płaszcze mężczyzna odwraca się w ręce trzyma polecony list uśmiecha się niepewnie patrząc na moje zaczerwienione policzki
gdy zaczyna padać deszcz jestem bardziej samotna niż wczoraj nie można chcieć wszystkiego, nie można wybrać sobie miłości dwoje ludzi, dwa obłoki, dwa serca puste pola, brak słów choinka z tysięcy żarówek nie rozpali twojego serca ale przyjedź porannym pociągiem
Wieczny Ogień w metalowej kuli, otoczony łańcuchami zniewolony jak człowiek tylko jeden jesienny liść chce go pocieszyć spadł i zatrzymał się w pobliżu ognia nie szalej liściu jesienny, bo spłoniesz
nad rzeką mewy i ludzie na moście śpią z plastikowymi torebkami pod głowami to oni z kamiennego pochodu po drugiej stronie rzeki
kamienny mężczyzna przyciska do piersi chleb korowód kamiennych wyrzutów sumienia bezradna kobieta cieniem już jest i nie ma siły podnieść rąk więc wznosi do nieba oczy a za jej plecami ulsterski bank gdzie bogactwo rozsypuje się w rękach bogactwo bezładnych kamieni
nadzieja jak różnokolorowa choinka z tysięcy żarówek ich blask rozmywa się w wieczornej wilgoci oświetlone świąteczne drzewka są jeszcze zbyt małe by święcić triumfy dorosłych drzew Przyjaciółki przystanęły pod parasolem na moście zapaliły się światła.
na przejściu dla pieszych na O’Connell Street wysypały się cytryny jak żółte kanarki rozbiegły się pod koła samochodów kobieta załamała ręce pomocnicy zaczęli wciskać jej w dłonie coraz to nowe znalezione cytryny a nawet jedną pomarańczę i chusteczkę, bo po co płakać kobieta przeszła na druga stronę, przystanęła niedołężna już jestem, nie mogłam się schylić, mój Boże dobrze, że ci ludzie nic się nie stało tylko ja już wiem, że jest inaczej westchnęła i schowała cytryny do ogromnych kieszeni płaszcza
Przyjedź do Dublina po zachodzie słońca wszyscy już wiedzą, że na ciebie czekam oglądając wczesny wieczór w ciemnoniebieskim Trinity College muzea i księgi lubią mrok więc zwiedzam jak przykładni turyści strona celtyckiej księgi zatrzymuje się na opowieści tylko dla nas na ten dzień odpowiedniej malowane litery utwierdzają mnie w tym że to obietnica miłości, ciszy, nadziei
na piętrze jest biblioteka na jednej z piętrowych półek na pewno jest granatowa książka z opowieści księga, która ratuje życie zawsze powinna leżeć na gościńcu aby można było ją znaleźć tutaj w bibliotece odpoczywa po trudach przebywania wśród ludzi
w katedrze przyciskam ręce do serca bo grają organy i światło-cienie w nawach srebrna obrączka pasuje na serdeczny palec
jeszcze tylko jeden spacer nad kanałem jeszcze jeden księżyc, jedna droga z tobą spotkanie, mój smutny mistrzu Patricku nieumówiona i nieoficjalna randka we dwoje ja wiem muszę wybrać, muszę żyć ty już odpoczywasz i możesz patrzeć na wodę a ja nie dbam o spokój, niech to diabli
zmęczona wracam przez znajome już ulice
kiedy przyjedziesz do Dublina nocą pokażę ci pełnię księżyca nad Grand Canal płynący statek świeci drugim księżycem dwa światła, dwa księżyce dają sobie znaki płynąc po wodzie i po niebie granatowo-ciemnożółty wieczór
przyjedź do Dublina przed Bożym Narodzeniem będę pocieszać twoje serce trzymać cię za rękę na Raglan Road potem poznam cię z dublińskim wieczorem – ja dziewczyna z parasolką wtedy gwiazdy znów utoną w Liffey malutki hotelowy pokój, kręte schody mewy śmieszki w wigilię rano...
Dublin, listopad, 2008
. |