Spotkania Literackie, 2008/2009

 Mariola Socha

poezja jest nieubłagana

umie wszystko nazwać na moją korzyść

 

Ulica Skromna

 

Nieopodal szarego płotu skręca w prawo ulica Skromna…. Jeszcze dwa domy i po lewej stronie stoi drewniany, zapomniany budynek – to tutaj mieści się Polski Związek Hodowców Gołębi – zapomniany związek, zapomniani hodowcy, tylko gołębie jak zwykle pięknie szybują w ciepłe dni po niebieskim niebie….

Tam właśnie spotkałam dziewczynę w czerwonej sukience…

Gdy ją doganiam jest prawie południe… droga piaszczysta zakręca w lewo, dziewczyna wstydliwie opuszcza wzrok gdy czuje, że patrzę na nią.

Odwraca się do mnie na chwilę, nie zgadniesz niczego potem, żadnej przyjemnej sytuacji. Jej puste oczy patrzą w niebo.

 

Dziewczyna:

Kto będzie mnie podziwiał gdy zmienię czerwoną suknię na szary przeciwdeszczowy płaszcz? Usiądę wtedy na końcu ulicy – tam gołębie dojrzą mnie z niebieskiego nieba – będą sfruwały na moje dłonie. Tak jak ja nie wiesz co będzie jutro… bo przecież nikt tego nie wie.

Czerwona sukienka dotyka leciutko twojej jasnobeżowej torebki.

A potem… potem wszystko już jest łatwe… jeśli nie musisz występować solo… to wszystko jest takie zwyczajne – chór zgodnych głosów.

 

Przechodzień:

Księżyc pędził przed siebie – albo raczej chmury przesuwały się po jego jasnej tarczy odważnie…

Kiedy budzę się rano… jeszcze jest ciemno – ale dzisiaj rano słodycz twoich ust i twoje delikatne palce oszołomiły mnie na tyle, że nie zobaczyłem budzikowej tarczy – a zawsze ją widzę, nad ranem. Co tam życie – nigdy nie będę czarodziejem - więc spotkałem cię na rogu ulicy wczoraj – no przecież znamy się nie od dziś – ty roznosisz jajka do bogatszych domów, bo w tych biedniejszych nawet nie otwierają… A ja pożyczam ci czasami wózek na kartony – wtedy starasz się uśmiechnąć – chociaż dla nas uśmiechnąć się to już znaczy takie niewielkie wygięcie ust, którego nikt pewnie nie spostrzeże…

Gdy jest ciepłe lato - ścieżka jest sucha, trawy pachną – dom z lewej strony jest jasny – gołębie – latają sennie – wolniej niż zwykle – przecież tak gorąco. Gdy dochodzę do zakrętu – czuję się jak w jakiejś innej krainie…Słodkie oszustwo zmysłów zawsze popłaca – mam lepszy humor…

 

Gołąb:

Wiatr wiał rano, teraz jest ciepło… Gdy przymykam oczy mogę krążyć wokół drzew jak długo chcę…

Na dole dwie małe plamki – jedna ciemnoszara - druga ciemnoczerwona – to ludzie – gdzieś daleko szczeka pies. Usypiam w ciepłym, słonecznym powietrzu… światło komponuje barwy, coraz piękniejsze, coraz bardziej południowo-pastelowe... Przecież już dwunasta.

 

My z Ulicy Skromnej:

Stoimy po przeciwnych stronach ulicy – z podniesionymi rękami – jak do egzekucji - odwróceni tyłem, nie widzimy się…

Szukam w sobie romantycznych nastrojów, nie da się niczego wymyśleć do przodu –prawdziwe życie jest na ulicy Skromnej. A ja staję na niej jak na początku życia.

Podnieś głowę do góry, do nieba i śpiewaj. Bo życie jest, bo niczego nie można wytłumaczyć, tylko czasami małe definicje udają się między wierszami. Wtedy zaczynamy się uspokajać.

Nasz czas jest określony przez fantastycznie rozwikłanie obrotów ziemi.

Moje prośby zamieniły się w rozważne równoważniki.

To Bóg kładzie swoje ręce na główce dziecka, aby je zdjąć gdy już nie będzie siły – wtedy człowiek straci równowagę i wtedy poczuje, że życie już minione…

Kochać kogoś – to znaczy tą miłością być…

A Miłością być - to biec w czerwonej sukni przez ulicę Skromną nad ranem, kiedy mgły nad domami, a rosa na trawie.

Gdy wejdę do świątyni – już będę znać swoją duszę, nie będę musiała czytać napisów na kamieniach… Nie boję się już wyobraźni, która prowadziła mnie najczęściej na manowce…

Galeria obrazów – cichutko brzęczące jarzeniówki – zawsze kojarzyło mi się to z dziwnymi kształtami na obrazach… z kulą pokrytą czarno-białymi zdjęciami położoną w szklanej półkuli…

Wszystko co nie do końca przeżyliśmy wraca do nas – tak jak przeszłość zawsze żyje w nas i jakby o tym myśleć dokładnie i cofać się arytmetycznie w przeszłość – to poczujemy, że wszechświat żyje w nas od swojego początku – przemienione cząstki i pierwiastki, które ułożyły się w pewnym momencie w sensowny i odczytywalny dla nas układ – jedynie przechodzą przez nas i pędzą gdzieś przed siebie – w następne życia i pokolenia.

Jakbyśmy tylko na chwilę przechowywali jakąś genetyczną tajemnicę. Nic się nie zmieni, gdy moje serce przestanie bić. Dobrze jest zaistnieć – jesteśmy we wspólnej przestrzeni. Powielamy i zmieniamy jakiś kod, który pędzi przed siebie w kosmiczne, granatowe pustki.

Trudno myśleć o tych przestrzeniach, a jeśli jeszcze dodamy do naszego trzeciego wymiaru – jeszcze jeden….

Zawsze będziemy chcieli zatrzymać tych, których kochamy. Najdziwniejsza rzecz, która przydarza się nam to Miłość. Inne uczucia - ambicje, zazdrości, starte na proch, nikt ich nie żałuje. A to cholerne uczucie między samotnością, pragnieniem, głodem? śmiercią? Ale śmierć istnieje tylko dla nas – osoba, jednostka ludzka umiera - tak naprawdę nikt nigdy nie słyszał o tym abyśmy po urodzinach zniknęli z tego świata - zawsze żyjemy – w powietrzu, w wodzie i na lądzie – zależy na jaki pomysł wpadną wasi potomkowie – tradycyjny pogrzeb czy rozsypanie szarego pyłu nad górami lub utopienie urny w oceanie.

I tylko nam się wydaje, że Miłość wypromieniowujemy gdzieś, bo szkoda nam przecież stracić tyle uczuć, które doprowadziły nasze nerwy do rozstroju. Nie umiemy uwierzyć w istnienie jakichś pierwiastków z tablicy Mendelejewa. A to właśnie powinien być dla nas najważniejszy przedmiot w szkole. Szalone pierwiastki i marne drobiny…

Odchodzimy w przyszłość, ulicą Skromną, to pewne…

Powrót do spisu treści

Dalej