Spotkania Literackie, 2008/2009
Elżbieta Plewa
Miłość imion ma wiele i smaków różnych
Czasem gorzka jak piołun, to znów słodyczą zamęcza.
Bywa tyranem lub pieszczotą zniewala,
Lecz wciąż jest sztuką – cierpliwości, wybaczania i zapominania.

Pokochaj mojego syna
Wrześniowa noc rozpoczynała się wyjątkowo nieprzyjemnie. Ostry wiatr zacinał lodowatym deszczem, błotniste kałuże utrudniały każdy krok. Mężczyzna szybkim krokiem zmierzał w kierunku majaczących w oddali zabudowań. Podniesiony kołnierz płaszcza i głęboko na czoło nasunięty kapelusz nie stanowiły żadnej ochrony.
Cholera, mogłem zabrać parasol, ale ranek nie zapowiadał aż takiej zmiany pogody. Spieszył się do domu, był głodny i zmęczony a błotnista śliska maź utrudniała każdy krok. Dzisiejsze obrady rady nadzorczej nie wniosły nic nowego, a niedawny tragiczny wypadek dyrektora technicznego wyglądał dość podejrzanie, jakby ktoś specjalnie to zaplanował. Nie najlepiej przedstawiały się też sprawy finansowe zakładów. Coraz częściej kusiła go propozycja o sprzedaniu zakładów i wycofaniu się z branży samochodowej. Ostatecznie uzyskane ze sprzedaży pieniądze może zainwestować w otwarcie prywatnej praktyki prawniczej i jeszcze zostanie sporo jako zabezpieczenie na starość.
Życie prywatne też nie układało się pomyślnie. Jedynie ciąża żony stanowiła jasny promyk w jego życiu. Niecierpliwie czekał na to maleństwo, które z pewnością odmieni jego życie. Tylko nigdy nie pogodzę się z odejściem ukochanej Anny. Właśnie za kilka dni obchodzilibyśmy rocznicę swojego ślubu. Dlaczego mnie to spotkało - mruczał do siebie walcząc z porywistym wiatrem.
Tyle wydarzyło się od jego wyjazdu z Polski. Wypadek Anny, śmierć jej ojca, przejęcie firmy przez stryja, w zasadzie zamknęły mu drogę do kraju. Ojciec Anny przed śmiercią formalnie uczynił go spadkobiercą włoskiej filii. Tragiczne wieści z kraju, niepowodzenia w pracy, pozbawiły go chęci do działania i wtedy zostało zaaranżowane jego małżeństwo z córką prezesa kooperującej z nimi firmy, bardzo zaborczej i pięknej kobiety. Przecież jej nie kochałem. Jak głupiec uwikłałem się w ten romans a w konsekwencji ślub. Na dodatek niedługo po ślubie zgubiłem gdzieś złotą papierośnicę, jedyną-pamiątkę szczęśliwych lat i choć wszyscy jej szukali, nigdy się nie odnalazła.
Tak rozmyślając, zziębnięty i mokry, wszedł do jasno oświetlonego domu, gdzie powitała go uśmiechnięta teściowa mówiąc: Szybko przebierz się w suche ubranie, bo na górze czeka na ciebie długo oczekiwany gość. Wiadomość o dziecku zelektryzowała go. Szybko zmienił ubranie i uśmiechnięty wkroczył do pokoju gdzie kwilił maleńki opatulony w pieluszki chłopczyk. Nachylił się nad kołyską szepcząc : daj mi szczęście synku.
Anna otworzyła oczy. Przez szparę w zasłoniętym oknie, wdzierało się jaskrawe słońce rozpraszając mrok niewielkiego pokoju. Kolorowe zasłony i dywanik na podłodze kontrastowały z białymi ścianami na których wisiało kilka obrazków malowanych niewprawną ręką dziecka. Na stoliku przy łóżku stały dwie fotografie: Z jednej, zamyślony starszy pan na wózku inwalidzkim, spoglądał na drugą fotografię przedstawiającą roześmianą szczęśliwą, dziewczynę przytuloną do obejmującego ją mężczyzny.
Do pokoju weszła uśmiechnięta pielęgniarka.
- Pani Anno, dzisiaj rozpoczyna pani zajęcia z dziećmi od południa, ale wcześniej ma pani wizytę u lekarza.
Anna przyjechała tu dwa lata temu. Za sobą zostawiła koszmar kilku miesięcy trudnej walki ze śmiercią, psychicznym załamaniem po osobistych przeżyciach, łącznie z samobójstwem ojca, likwidacją domu i zupełną zmianą dotychczasowego życia.
Nie musiała podejmować pracy. Była zamożna, mogła żyć dostatnio i bezpiecznie, ale nie znosiła bezczynności. W pięknym miejscu, kilkanaście kilometrów od rodzinnej miejscowości kupiła duży dom z ogrodem i urządziła ośrodek rehabilitacyjny dla niepełnosprawnych dzieci. Ośrodek działał już trzeci rok, z pełnym poparciem władz lokalnych, a szczególnie rodziców przebywających tu dzieci. Te kilka godzin dziennego pobytu dziecka w ośrodku, stanowiło dla rodziców możliwość odpoczynku, oraz wykorzystania tego czasu na załatwianie różnych spraw codziennego życia. Wtedy jeden z rodziców mógł spokojnie pracować zawodowo. Dlatego chętnie służyli radą i pomocą zwłaszcza w wykonywaniu drobnych remontów, w czasie wspólnych wycieczek, zabaw, różnych zajęć czy prac użytkowych na terenie budynku, w ogrodzie, do czego również angażowane były dzieci. Ot taka szkoła życia.
Dla Anny życie nabrało sensu i nowych barw. Czasem tylko rzut oka na fotografie powodował bolesny ucisk w okolicy serca, ale to mijało po chwili, a ważne sprawy dnia codziennego łagodziły ból i przywracały uśmiech zadowolenia z wykonywanej pracy. Nieubłaganie mijał czas. Nie mogła uwierzyć, że minęło już 5 lat od wypadku w domu, strzelaniny, zerwania zaręczyn. Czas podobno zabliźnia rany ale jej uczucie dla Roberta nie wygasło. W głębi duszy była przekonana, że wydarzyło się coś niezwykłego, co spowodowało właśnie takie zakończenie ich związku. Minął ból urażonej dumy, a własne przeżycia i doświadczenia ostatnich lat złagodziły gorycz i pretensje do losu.
Czy tylko dla mnie los był tak okrutny? A rodzice moich pacjentów i oni sami na pewno są bardziej pokrzywdzeni a jednak cieszą się życiem, potrafią szczerze się śmiać, choć często jest to śmiech przez łzy, tłumaczyła sobie.
Ktoś zdecydowanie zapukał do drzwi gabinetu Anny. Na zaproszenie w progu stanął lekko przygarbiony mężczyzna, z siwą czupryną potarganych wiatrem włosów. Anna zamarła. Robert to ty? Za mężczyzną do gabinetu wsunął się może czteroletni chłopiec. Obaj wyglądali na bardzo zmęczonych. Dziecko przytuliło się do mężczyzny. Anno to naprawdę ty? Nie wierzyłem wiadomościom i swoje szczęście. Musiałem tu przyjechać. Nie mogę uwierzyć że żyjesz i jesteś zdrowa - moja Anna. To oni wprowadzili mnie w błąd. Pisałem listy, nie odpowiadałaś. Anna blada jak ściana siedziała nieruchomo a po twarzy płynęły strumienie łez.
Robert wyciągnął rękę z białą kopertą. To list mojej byłej żony adresowany do ciebie.
Wyjaśnia w nim wszystko, o czym ja nie miałem pojęcia. Zatrzymałem się w miejskim hotelu. Jeżeli pozwolisz wrócę tu wieczorem i wtedy porozmawiamy. Teraz muszę nakarmić, syna i pozwolić mu się przespać. Jesteśmy bardzo zmęczeni i głodni.
- Nigdzie nie pójdziecie - krzyknęła Anna - Dzieckiem zajmie się pielęgniarka, ulokuje was w gościnnym pokoju, a ja w tym czasie przeczytam list i zdecyduję o naszej rozmowie. Ostatkiem sił przekazała gości dyżurnej pielęgniarce, poszła do swojego pokoju i z mieszanymi uczuciami otworzyła list. Niewyraźne pismo zlewało się w nieregularną plamę.
Anno, ja umieram. Zrobiłam to, co zrobiłam z zazdrości, że jednych los obdarowuje z nadmiarem, a innym skąpi wszystkiego. Mnie ukarał najbardziej, bo oprócz zdrowia i miłości wybranego przeze mnie mężczyzny podarował mi wszystko: pieniądze, urodę, szczęśliwy dom i wspaniałych rodziców. Twój stryj, po wyjściu z wiezienia postanowił zdobyć majątek pozbawiając was życia. Ja w tym czasie byłam już szaleńczo zakochana w Robercie. Mój ojciec wiedział o tym i postanowił zaaranżować nasze małżeństwo posuwając się nawet do szantażu Roberta. Wspólnie z twoim stryjem zaplanowali napad i doprowadzili do waszej tragedii. Byłam w to wtajemniczona i jedynym moim zadaniem było zdobycie przychylności Roberta. Uwikłałam nas w romans, który zaowocował ciążą, a to był powód komplikacji zdrowia i zagrożenie życia. Chciałam naprawić swój błąd i w ostatniej chwili powiadomiłam waszą policję o wszystkim, co uratowało życie twojego ojca, ale on, jak wiesz, nie mógł przeżyć twojego wypadku i zastrzelił się. Złotą papierośnicę ukradłam Robertowi zaraz po ślubie a potem przesłałam ci ją razem z lalką jako symbol nowej rodziny i oczekiwanego dziecka.
Z roztrzęsionych rąk Anny wysunął się list i upadł na podłogę. O Boże to jakiś koszmar. Dlaczego Robert uwierzył w moją śmierć i nie szukał prawdy. Zapomniał o mnie, czy miłość jego nie wytrzymała próby czasu. Podniosła list i czytała dalej: Wymuszone małżeństwo nigdy nie było szczęśliwe. Jedyną miłością Roberta zawsze byłaś ty i nasz syn. Śledziłam twoje losy, wiem o tobie wszystko. Trudne miałaś życie, ale wygrałaś walkę.
Jesteś zdrowa i silna. Jeżeli Robert cię odnajdzie otrzymasz ten list, wszystko zrozumiesz, a ja nie będą już żyła. Wtedy zapomnij o mnie i błagam, pokochaj mojego syna. Julia
Anna odłożyła list na stolik. Ze zdjęcia spoglądały smutne oczy ojca. Otworzyła szufladkę, wyjęła z niej kartonik w kształcie serca i złotą papierośnicę dziadka.
Nie będzie żadnej rozmowy! Wszystko skończone. Kocham Roberta i pragnę szczęścia. Już dość wszyscy wycierpieliśmy. Pójdę do pokoju gościnnego, gdzie czeka na mnie dwóch mężczyzn, którzy od tej chwili będą treścią i szczęściem mojego życia. Bez zbędnych słów, jak przed laty, dam Robertowi Złotą Papierośnicę i swoją miłość.
Styczeń 2009 r.