Spotkania Literackie, 2008/2009
Andrzej Pietraszkiewicz
…odnaleźć drzewo, strumień, chatę,
nowym widokiem się zachwycić
spotkać człowieka, który bratem w potrzebie będzie…

Klan klonów
Tak się złożyło, w sposób całkowicie ode mnie niezależny, że jestem samotnym, to znaczy nie posiadającym rodzeństwa człowiekiem. O ile w dzieciństwie miało to niemal same dobre strony, bo wszystkie zabawki były tylko moje, to w dalszym, późniejszym okresie życia, już niekoniecznie. Zawsze to przecież lepiej mieć kogoś, kto doradzi, pocieszy, uspokoi, czy też wspomoże finansowo…. To ostatnie wprawdzie ma niewiele wspólnego z węzami rodzinnymi, a czasem wręcz przeciwnie, ale ważne, że na rodzeństwo zawsze można liczyć. Tak mi się przynajmniej wydawało… Cóż. Potrzeba jest podobno matką wynalazków. Gdy zatem tylko nadarzyła się owa potrzeba, postanowiłem, że biorę sprawy w swoje ręce. Okazją była moja edukacja w ramach szeroko, a raczej wysoko pojętej inżynierii genetycznej. Nie jestem blondynką, więc nie będę się chwalił, ale szło mi tam naprawdę nieźle. Pamiętam, że już na pierwszych zajęciach sklonowałem własnego psa, co wprawiło w zdumienie nie tylko mojego uroczego kundelka o nomen omen proroczej nazwie Klonik, ale i mnie samego. Idąc dalej tym niekoniecznie psim tropem, doszedłem do wniosku, że warto byłoby spróbować klonować siebie samego i wyprodukować własnych braci, których nie tylko matka natura mi poskąpiła. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. O ile z psem sprawa była względnie łatwa, to z gatunkiem ludzkim znacznie trudniej. Jednak mój właściwie wykorzystany upór, tudzież skromnie mówiąc wrodzone zdolności doprowadziły do stworzenia kilku postaci, z których każda miała coś ze mnie, chociaż nie była w stu procentach mną. Ale dobre i to. Za to wszystkie miały jedną wspólną cechę: uwielbiały mi pomagać, doradzać, pocieszać, a przecież właśnie o to chodziło. Pojawiały się też bez uprzedzenia i zawsze w sytuacjach dla mnie kłopotliwych.
Gdy więc pewnego wiosennego popołudnia zastałem zamknięte drzwi dobrze mi znanej sali w porze, kiedy odbywają się moje ulubione zajęcia ogólnointelektualne i znalazłem się w trudnej sytuacji, natychmiast zobaczyłem, jak otaczają mnie zwartym kołem i rozpoczynają dyskusję.
Pierwszy odezwał się „ja sceptyczny,” on niestety, jeszcze nadal jest pierwszy….
- A nie mówiłem… wiedziałem, że tak będzie. Przypomnij sobie, jak wczoraj pan Mirek pytał cię niemal prosząco, czy zaraz po pracy wracasz do domu.
- Rzeczywiście – odparłem – tak było. Pan Mirek, to przemiły kolega i świetny pracownik, który oprócz dwójki dzieci ma jedną żonę i dwa domy; jeden w miejscu naszej wspólnej pracy, drugi w sąsiednim mieście. Ponieważ stara się być jak najczęściej i w jednym i w drugim domu, więc cierpi na nieustanny brak czasu. Stąd chętnie korzysta ze mnie i z mojego samochodu, bo dzięki temu szybciej się przemieszcza, a wtedy mniej cierpi. Niestety, musiałem mu odmówić... Co do jednej żony i dwóch domów, to przypomniałem sobie, że znam kilku panów, którzy wprawdzie mają tylko jeden dom, a może tylko jedno mieszkanie, ale za to dwie żony, lub żonę i kochankę, co matematycznie wychodzi na to samo. Tam rozkład cierpienia wygląda zgoła inaczej…
- A pamiętasz, jak jeszcze wczoraj twoja własna żona przypominała ci, że dzisiaj chciałaby iść z tobą na bankiet dla architektów promujących nowozelandzką blachę z posypką gontopodobną – przypomniał mi znowu „ja sceptyczny. ”
- Tak, tak – przytaknąłem.
- A ty, zamiast powiedzieć „to cudownie, kochanie, będziesz tam prawdziwą gwiazdą, nawiążemy nowe znajomości i przedstawię cię kolegom” powiedziałeś oficjalnym tonem, że dzisiaj masz te dodatkowe zajęcia ogólnointelektualne i że masz nadzieję, że ona, to znaczy żona, a nie blacha z posypką gontopodobną, to zrozumie. Dodatkowe zajęcia ważniejsze od żony, dobre sobie – prychnął mi w twarz. Zrobiło mi się głupio….
- Nie sądziłem, że tak zostanie to odebrane - odparłem. - Oczywiście, żona jest dla mnie najważniejsza, ale przecież jest ze mną cały czas – a te zajęcia, to moja prawdopodobnie ostatnia szansa…
- Szansa na co? – zapytał „ja sceptyczny.”
- No, na zaistnienie… - odpowiedziałem niepewnie.
- Nie męcz go – przerwał „ja rozumny” – i tak już cierpi. Nie dość, że po raz pierwszy przyszedł na czas, to akurat nie ma nikogo. Nie ma Profesora, nie ma grupy….Trzeba się dobrze zastanowić, co robić dalej, żeby nikogo nie urazić a samemu się nie obrazić – zakończył.
- Każdy rodzaj aktywności ludzkiej w państwie prawa, ma swoje umocowanie formalno prawne – odezwał się „ja urzędniczy.”
Już na te pierwsze słowa, będące zaledwie wstępem do dalszego wykładu, wszystkie pozostałe „ja” wzniosły znacząco oczy ku niebu, a jeden zaczął nawet ostentacyjnie ziewać. Tymczasem „ja urzędniczy” niezrażony tą reakcją kontynuował:
- Zajęcia ogólnointelektualne odbywają się w publicznym ośrodku, który jest jednostką budżetową samorządu miejskiego. Burmistrz kieruje ośrodkiem przy pomocy powoływanego przez siebie Dyrektora, na mocy stosownego zarządzenia. Dyrektor tworzy zasady działania ośrodka, ustala jego regulamin, w którym sprecyzowane są zasady funkcjonowania wszystkich komórek, w tym tych, na które on czeka. To proste – zakończył i natychmiast dodał - Trzeba teraz tylko znaleźć regulamin funkcjonowania tych zajęć i tam wszystkiego się dowiemy...
- Czy ty, ciemna urzędnicza maso bez wyobraźni, nie widziałeś, że on oglądał już wszystkie ściany, gabloty, naciskał klamki, a nawet próbował zrywać wykładzinę podłogową, aby się czegoś dowiedzieć – zripostował „ja urzędniczego” „ja rozumny.”
Sytuacja zaczynała się komplikować…
- Hura, hura, już minęło pięć minut, jeszcze tylko dziesięć i będzie akademicki kwadrans, a wtedy spadamy i wiejemy na miasto – zakrzyknął ktoś radośnie młodzieńczym, pełnym optymizmu głosem. Spojrzałem w tym kierunku i dojrzałem młodą, uśmiechniętą twarz. Z trudem poznałem, że jest to „ja studencki.”
- A ty co tu robisz? – zapytałem – byłem pewien, że już dawno mnie opuściłeś. Przecież nie masz tu żadnej roboty….
- No co ty - odparł „ja studencki” - cały czas wierzę, ze rozpoczniesz drugi fakultet, mówisz o tym swoim najbliższym od czasu do czasu. Przyrodoznawstwo czy coś w tym stylu… - próbował sobie przypomnieć - acha … leśnictwo. Tak, leśnictwo. Nawet twoja żona powiedziała, że się zgodzi, ale pod warunkiem, że będzie to na uniwersytecie trzeciego wieku. To już niedługo…. – próbował zażartować.
- Z tym kwadransem akademickim, to nie jest całkiem zły pomysł – próbował rozwinąć temat „ja rozumny” – jest tylko problem, że on jest tu sam, nie ma grupy, lub chociażby kilku osób, albo ostatecznie nawet pojedynczej, to znaczy chociaż jednej osoby, która tak jak on przyszła i czeka na te zajęcia – zakończył.
- Na przykład piękna nieznajoma, która właśnie dzisiaj przychodzi tu po raz pierwszy – odezwał się nieśmiało „ja romantyczny” i kontynuował, - wyobraźmy to sobie; on czeka na pierwszym piętrze, a na parterze pojawia się młoda dziewczyna, która słysząc o zajęciach ogólnointelektualnych dla zdolnych i pełnoletnich, w tym blondynek, postanowiła się sprawdzić… Przyjeżdża zatem z odległego, niewielkiego miasteczka, ale na skutek nienajlepszych połączeń spóźniła się nieco… Wpada więc zdyszana, z rozwianymi włosami, na parterze nie ma nikogo, wchodzi więc po schodach na górę i widzi jego, czyli naszego… Ich spojrzenia krzyżują się… ona nieśmiało pyta, czy tu są może te zajęcia dla młodych zdolnych, w tym blondynek, on odpowiada, że owszem, tak, on również na te zajęcia, ale jeszcze nie ma Profesora, nie ma grupy i nie wiadomo czy będą, więc... jeśli pani pozwoli to zapraszam, tu w pobliżu jest przyjemny lokal, kawiarnia, może porozmawiamy o sztuce… Dziewczyna wyraźnie zawiedziona, mówi, że interesuje ją tylko Profesor, bo przed nim i tylko przed nim chce się sprawdzić i oczywiście bardzo zależy jej na ocenie własnych dokonań. Jednak zmęczenie podróżą robi swoje, realny brak Profesora też i dziewczyna w końcu ulega….
- A potem sprawdzają się już razem… ha, ha, ha – odezwał się grubiańsko „ja samczy.”
- Ty idioto – krzyknął mu w twarz „ja rozumny” – już od dawna nie masz prawa tu być. On jest porządnym człowiekiem, przykładnym mężem i ojcem, powszechnie szanowanym mieszkańcem ….
- Skoro jest tak powszechnie szanowanym – wszedł w słowo „ja złośliwy” – to dlaczego do niczego w życiu nie doszedł? Nawet radnym nie został. No, dlaczego?
- To są bardzo złożone procesy – odezwał się „ja urzędniczy” – obowiązująca w ostatnich wyborach samorządowych ordynacja wyborcza, aczkolwiek korzystna dla ugrupowania, w którym się znalazł, spowodowała duże rozbicie głosów, co w efekcie doprowadziło do...
- Błagam, przestań, to nie ma nic do rzeczy – przerwał „ja rozumny.”
- A wracając do relacji mężczyzna – kobieta – zwrócił się „ja romantyczny” do „ja samczego” to radzę ci przeczytać superblog Profesora pod tytułem „Dziewczyna z nikąd”, zobaczysz wtedy, jak mężczyzna powinien adorować młodą dziewczynę, jak ją wynosić na piedestał i … obdarzać uczuciem….
- A jak chcesz się dowiedzieć, ile Profesor miał kochanek – wtrącił ironicznie „ja złośliwy” – to przeczytaj sobie jego antyblog o nazwie „Sądny sąd,” gdzie nawet sędzinę uwiódł na własnej sprawie rozwodowej…
- To wy nie wiecie – odezwał się nagle „ja studencki” - że wymienione przez was utwory Profesora są obecnie obowiązkowe w szkołach? - Bardzo słusznie postąpiło ministerstwo edukacji, że wreszcie postawiło na wybitnych, żyjących literatów, wśród których znalazł się także Profesor…
- Znając ironiczno sarkastyczne poczucie humoru Profesora, wcale bym się nie zdziwił, gdyby w tej sytuacji wysłał do młodzieży i nauczycieli wszystkich szkół okolicznościową depeszę elektroniczną, z wyrazami szczerego współczucia z powodu obowiązku zapoznawania się z jego dziełami – podsumował „ja rozumny.”
Wszyscy się roześmieli i atmosfera – dotychczas napięta – uległa pewnemu rozluźnieniu.
- No, więc na co czekamy ? - zapytał „ja sceptyczny.”
- Informuję uprzejmie, że minęło już dziesięć minut – odezwał się „ja studencki” – czas powoli się zbierać….
- Nie, nie,…nie może, ot tak sobie odejść – rozpoczął „ja rozumny” – musi zostawić jakiś widoczny ślad, że był tutaj...
- No to niech wyskrobie na ścianie swoje imię, nazwisko, datę oraz godzinę i sprawa załatwiona – zachichotał „ja złośliwy.”
- Niszczenie mienia publicznego poprzez umieszczanie napisów, rysunków, symboli, a także tworzenie grafiki w miejscach do tego nie przeznaczonych skutkuje, w przypadku wykrycia sprawcy, skierowaniem sprawy do sądu grodzkiego, co w konsekwencji grozi karą grzywny – przedstawił w miarę krótko „ja urzędniczy.”
- A jeśli to ma służyć kulturze i sztuce? – próbował bronić swego „ja złośliwy.”
- Aby tego dowieść potrzebowałby bardzo dobrego, a co zatem idzie, bardzo drogiego adwokata – odpowiedział „ja rozumny” – aż tak rozrzutny to on nie jest.....
- Prawdziwa kultura i sztuka są bezcenne – odparł filozoficznie „ja studencki.”
Zapadła chwila ciszy, którą przerwał „ja rozumny.”
- Dobra – zwrócił się do mnie – prochu nie wymyślimy, zrób to co najprostsze, wykręć numer komórki Profesora i powiedz mu, że tu jesteś.
Tak też zrobiłem, jednak zamiast spodziewanej rozmowy, automatyczna sekretarka męskim głosem zaproponowała mi zostawienie wiadomości, a gdy zacząłem coś nieskładnie improwizować o zamkniętych drzwiach, połączenie zostało przerwane.
- W porządku – skomentował „ja rozumny” - zrobiłeś, co do ciebie należało i teraz możesz iść do domu, a my też swoje zrobiliśmy…
Na te ostatnie słowa wszystkie „ja” zaczęły błyskawicznie maleć i oddalać, aż stały się niewidoczne.
Czas było wracać…
Schodząc powoli ze schodów, zasmucony i zawiedziony, usłyszałem nagle, czyjś nieśmiały, chociaż niezupełnie obcy głos.
- Przepraszam bardzo, która może być teraz godzina?
Młody człowiek, który zadał to pytanie powoli zbliżał się do mnie z cieniem niepewnego uśmiechu w kącikach ust. Wydał mi się znajomy. Zacząłem intensywnie sobie przypominać, skąd ja go znam.
No tak! Oczywiście! Jak mogłem zapomnieć! To był „ja czasowy.” Już dawno wyrzuciłem go z grona moich braci klonów, po tym, jak zawalił mi termin mojej pierwszej romantycznej randki… Wprawdzie wyszło mi to tylko na dobre i później wielokrotnie korzystałem z tej mało eleganckiej, ale za to skutecznej metody, jednak wtedy byłem na niego wściekły. Na swoje usprawiedliwienie miałem wówczas niepodważalne argumenty: byłem młody, naiwny i wierzyłem w ideały…
Jednak pytanie o godzinę zaniepokoiło mnie.
- O co ci chodzi? – odpowiedziałem pytaniem.
- O to, abyś sprawdził na swoim zegarku, która jest godzina – odpowiedział uprzejmie.
Dla świętego spokoju spojrzałem i powiedziałem:
- Jest dokładnie szesnaście po siedemnastej.
- No właśnie – odparł – tego się obawiałem.
- Czego – zapytałem, czując lekkie drżenie swego głosu.
- Tego, że zapomniałeś o tym, że ostatniej nocy była zmiana czasu zimowego na letni i w tej chwili jest już szesnaście… to znaczy siedemnaście minut, ale po osiemnastej… przyszedłeś na zajęcia o godzinę za późno. Jak zwykle, spałeś do południa ze stoperami w uszach – zakończył z uśmiechem.
Poczułem się nieswojo, cóż, taka głupia wpadka… może rzeczywiście niepotrzebnie go odrzuciłem?
- Dzięki ci... bracie klonie – odparłem pogodnie, pogodzony nie po raz pierwszy z własną niedoskonałością – i… wracaj do nas, widzę, że z wiekiem jesteś mi coraz bardziej potrzebny.