Spotkania Literackie, 2008/2009

 Magdalena Mrugała

Deszczowa pora mojej duszy

Tani, tandetny melodramat

Nierealna bajka dla dorosłych

 

Edgar

 

Jesień 1939 roku była inna niż wszystkie. Na ziemię nie spadały kolorowe liście tylko gruzy kamienic. Dzieci nie bawiły się w parku tylko pracowały w obozie, były germanizowane albo zabijane przez żołnierzy Wehrmachtu. Nie było Polski. Była II Wojna Światowa. Bombardowanie, holocaust, obozy koncentracyjne i zagłady. Jesień 1939 roku na zawsze pozostała w pamięci całego świata. I na zawsze go zmieniła.

 

***

 

Spotkali się zupełnie przypadkiem w centrum miasta. Marysia nie widziała przyjaciela od początku wojny. Bardzo się zmienił przez ten czas. Wychudł, zapuścił włosy, posmutniał. Gdyby jej nie zaczepił nie poznałaby go. Poszli do najbliższej restauracji i zamówili coś do picia. Nie minęło pół godziny i Staszek musiał ją opuścić. Poprosił jednak, aby na niego zaczekała, ponieważ szybko wróci. Ale nie wracał. Minęła godzina, dwie. Marysia zaczynała się niepokoić. Nie umknęło to uwadze młodego oficera Wehrmachtu, który siedział kilka stolików dalej i bacznie jej się przyglądał. Na oko dał dziewczynie dwadzieścia kilka lat. Miała zielone oczy, i burzę kasztanowych loków na głowie. W porównaniu z innymi kobietami w lokalu niczym się nie wyróżniała, ale miała w sobie to „coś”. Zawołał kelnera, szepnął mu słówko, i chwile później na stoliku dziewczyny pojawiła się lampka wina.

- Od tego pana – powiedział kelner wskazując na Niemca.

Odwróciła się w jego stronę. Skinął głową uśmiechając się. Oddała uśmiech trochę speszona. Po minucie mężczyzna usiadł przy niej.

- Proszę wybaczyć ciekawość, ale co taka piękna kobieta robi sama w takim miejscu? – zagaił.

- Czeka na przyjaciela.

- Ale przyjaciel długo nie przychodzi.

- Długo mnie pan obserwuje, kapitanie? - nerwy jej puściły.

- Wystarczająco długo.

Uśmiechnęła się żeby rozładować napięcie. Kapitan wziął to za dobrą kartę. Był bardzo sympatyczny i szarmancki. Nie przejmował się przyjaciółmi, których zostawił, oraz zdawał się nie zwracać uwago na to, że kobieta, z którą prowadzi konwersacje jest Polką. Niewiele mówił o sobie. Nie musiał, bo jego mundur powiedział za niego wszystko. Kapitan Edgar Braun był oficerem niemieckich sił zbrojnych narodowo-socjalistycznej III Rzeszy. W Polsce był od niedawna, a stacjonował w centrum miasta w dawnym ratuszu. Miał spokojną pracę, nie angażował się w konflikty z miejscową ludnością. On sam wydawał się być niezwykle spokojnym i sympatycznym człowiekiem. Aż dziw, że nosił niemiecki mundur. Na początku zastanawiała się, dlaczego jest dla niej taki miły. W końcu Niemcy są dobrzy tylko dla dzieci, którym za chwilę mają odebrać życie. Jednak po chwili się zreflektowała. Nie była już dzieckiem, więc nieświadoma śmierć raczej jej nie groziła. Później znów pomyślała, że Niemiec chce ją zwyczajnie wykorzystać, ale w lokalu nie brakowało pięknych kobiet, które dawały mu do zrozumienia, że są nim zainteresowane, a przy których dziewczyna czuła się jak kopciuszek. W końcu przestała go słuchać tylko gorączkowo myślała o swoim wyglądzie.

- Nudzę panią, prawda?

- Nie, w żadnym wypadku - dyskretnie spojrzała na zegarek - Tylko jest już późno i powinnam wracać.

- Dlaczego?

To było głupie pytanie, ale Edgar chciał ją zatrzymać.

- Rodzice pewnie się martwią, że długo nie wracam, a zbliża się godzina policyjna.

- Rozumiem. Jeżeli pani się zgodzi, odprowadzę panią pod same drzwi domu. Kobieta nie powinna o tej porze chodzić sama.

- Gdyby był pan taki miły – powiedziała przez grzeczność, chociaż pomyślała „nie trzeba, dziękuję”.

Kiedy zrozumiała co zrobiła odkryła, że pierwszy raz w życiu coś takiego miało miejsce. Co innego mówić, a co innego myśleć.

 

***

 

Następny dzień zapowiadał się bardzo dobrze. Mama Marysi zrobiła śniadanie, a tata paląc fajkę czytał podziemną prasę, którą zdobył jeden z jego znajomych. Nigdy nie komentował przeczytanego tekstu. Kiedy się denerwował pykał głośniej fajką. W domu państwa Michalskich panowała ciepła, rodzinna atmosfera. Nikt nie mówił o wojnie bez potrzeby. Oczywiście pozory normalności czasem były gorsze od szarej rzeczywistości, ale pomagały przetrwać najgorsze. Każdy wiedział, że dom jest ostoją. Wszyscy czuli się w nim bezpiecznie. Pan Henryk od kilku lat był na rencie, a pani Anna zarobkowała w domu. Marysia bardzo kochała swoich rodziców. Z mamą mogła całą noc robić na drutach, a z tatą cały dzień dyskutować o twórczości Mickiewicza. Pasją mamy była muzyka klasyczna. Uwielbiała Chopina. Kiedy tylko miała okazję włączała gramofon i słuchała swojej ulubionej Etiudy Listopadowej. Tata natomiast recytował „Pana Tadeusza”. I tak od ponad dwudziestu lat. Marysi udzieliła się pasja do sztuki, i będąc dzieckiem chciała zostać muzykiem. W wieku lat kilkunastu pragnęła zostać drugim Mickiewiczem. Natomiast w czasach szkolnych widziała siebie jako wielką aktorkę. Jednak po maturze zmieniła zdanie i poszła do zwykłej pracy. Wspomagała rodzinny budżet, oraz cieszyła się pewną samodzielnością. W pracy układało jej się dobrze. Współpracownicy ją lubili, a szef cenił.

Po południu do pracy jakaś kobieta przyniosła wiadomość o łapance w centrum miasta. Wszyscy byli niezwykle poruszeni. To pierwsza tego typu akcja w tym mieście. Mieszkańcy co prawda słyszeli o tych praktykach stosowanych w innych miastach, ale nigdy nie sądzili, że i oni padną ich ofiarą. Pierwsze plotki głosiły, że łapanka odbyła się z odgórnego polecenia Hansa Franka, a niejaki kapitan Edgar Braun był jej wykonawcą. Panna Michalska była tym bardzo zaskoczona. Znała kapitana z zupełnie innej strony i nie potrafiła sobie wyobrazić go jako okrutnego żołdaka. Była jednak zbyt młoda by zrozumieć, że Edgar jest tylko jednym z wielu pionków w grze Hitlera. Ona na całe szczęście o tej porze była w pracy, a tutaj Niemcy nie organizują łapanek. Kiedy wróciła do domu, rodziców nie było. Na stole w kuchni mama zostawiła kartkę z wiadomością, że poszli z ojcem do wujka Stanisława i powinni wrócić przed obiadem. Ale na wszelki wypadek pani Michalska zostawiła córce wczorajszy obiad na kuchni, żeby sobie odgrzała gdyby była w domu wcześniej od nich. Dziewczyna zrobiła jak jej poleciła mama, napiła się herbaty i czekała, aż rodzice wrócą. Ale nie wracali. Robiło się już późno. Zaczynała się niepokoić. Poczekała jeszcze pół godziny, a potem poszła do wujka. Była tak bardzo zajęta swoimi myślami, że nie zauważyła na ulicy swojej koleżanki.

- Marysiu, poczekaj!- wykrzyknęła drobna blondynka.

Dziewczyna zatrzymała się.

- Cześć Marysiu - kontynuowała blondynka.

- Cześć. Co słychać?- udała zainteresowaną, choć tak naprawdę chciała jak najszybciej iść dalej.

- U nas dobrze, ale mam złe wieści w sprawie Staszka.

- Coś mu się stało?

- Wczoraj złapało go gestapo i zakatowało na śmierć.

- Ale za co? Dlaczego?

- Miał kolegę w granatowej policji, któremu wszystko opowiadał. Mówił mu co robimy, kiedy, jak i gdzie działamy. Tamten z kolei przekazywał informacje gestapo. Podobno już od dawna go śledzili. Marek powiedział, że musimy zmienić naszą siedzibę. Proszę cię Marysiu uważaj na siebie.

Chodnikiem kilka metrów dalej przechadzał się spokojnie niemiecki patrol. Marysia od razu ich zauważyła.

- Przepraszam cię, ale muszę już iść- powiedziała Michalska.

- Marysiu, zaczekaj!

Niemcy zwrócili swoją uwagę na dziewczęta. Marysia szepnęła coś na ucho koleżance i rozstały się. Obie odeszły najspokojniej jak tylko potrafiły. Nikt ich nie śledził. Za rogiem Marysia jeszcze bardziej przyspieszyła kroku. Rozejrzała się wokół szukając kogoś podejrzanego, ale nikogo takiego nie zauważyła.

Wujek Andrzej był starszym bratem mamy Marysi. Od kilkunastu lat chorował na astmę, i prawie w ogóle nie wychodził z domu. Mimo to był niezwykle pogodnym człowiekiem. Jego pasją były szachy. Potrafił cały dzień grać sam ze sobą. Jednak gdy tylko ktoś go odwiedzał, od razu musiał rozegrać z nim partyjkę. Kiedy znudziło mu się przegrywanie z samym sobą układał pasjansa. Jego żona Katarzyna najwięcej czasu spędzała na plotkowaniu. Swoich nawyków nie zmieniła nawet podczas wojny. Z kilkoma sąsiadkami z kamienicy założyła coś w rodzaju klubu. Panie spotykały się dwa razy w tygodniu, za każdym razem w innym mieszkaniu, by dowiedzieć się co słychać na froncie, na drugim końcu miasta, u dalekich krewnych, i jeszcze dalszych znajomych. Katarzyna i Andrzej nie mieli dzieci, więc uwielbiali swoją siostrzenicę. Ciotka bardzo się ucieszyła na widok Marysi i od razu wzięła ją na towarzyskie pogaduszki. Kiedy jednak dowiedziała się, z jaką sprawą przychodzi, od razu wróciła na ziemię.

- Jak to zaginęli? - niedowierzała Katarzyna.

- Po prostu wyszli z domu i jeszcze nie wrócili. Zostawili kartkę, że idą do cioci, ale tutaj ich nie ma.

- Nie ma i nie było. Jesteś pewna drogie dziecko, że poszli do nas? Może są u kogoś innego?

- Mama nigdy nie zmienia planów. Zresztą na kartce wyraźnie napisała, że wybiera się do cioci.

Katarzyna zamyśliła się, ale po chwili wypogodniała.

- Nie martw się, Marysiu. Rodzice na pewno wrócą. Pewnie w ostatniej chwili zmienili plany. Ale gdyby coś złego się działo, przychodź zaraz. Pomogę ci.

- Dziękuję, ciociu.

Michalska chciała już wyjść.

- Nie przywitasz się z wujkiem? - zagadnęła ciotka.

- Nie dzisiaj. Na pewno jest tak zajęty, że nawet nie zauważył, że przyszłam. Do widzenia ciociu.

- Do widzenia, Marysiu.

Rozmowa z ciotką nie uspokoiła dziewczyny, tym bardziej, że dni mijały, a rodzice nie wracali. Wszyscy pomagali jak umieli, pocieszali ją, ale sami obawiali się najgorszego. Po mieście krążyły przeróżne plotki. Ktoś twierdził, że widział jak Michalscy opuszczali miasto. Inna zaś osoba zarzekała się, że widziała ich dwa dni po zniknięciu w innej dzielnicy. Jednak to były tylko plotki. Pewnego dnia po pracy znalazła w drzwiach mieszkania list. Miała nadzieję, że to jakaś widomość w sprawie rodziców. Myliła się. Kapitan Edgar Braun pragnął ją znów zobaczyć. Poprosił o spotkanie następnego dnia w tej samej kawiarni, w której się poznali. Zaledwie zdążyła wypić herbatę, gdy przyszła ciotka Katarzyna. Pomijając formalności przeszła do rzeczy.

- W każdy wtorek o godzinie dwunastej Niemcy organizują łapanki. Wszystkich wywożą do Oświęcimia.

- Czy ciocia chce powiedzieć, że…

- Twoi rodzice trafili do Oświęcimia- przerwała bezceremonialnie kobieta. - Ale czy żyją… tego niestety nie wiem.

Marysi brakło słów. Nie wiedziała, co powiedzieć, co robić, co czuć. W ogóle jak to możliwe by jej rodzice znaleźli się w obozie koncentracyjnym? Przecież to niemożliwe. A jeśli to prawda, to dlaczego to właśnie oni tam trafili? Dlaczego nie sąsiedzi? Przecież w mieście jest tyle innych osób, tylu ludzi. Dlaczego to musieli być właśnie oni?

- Marysiu, nie martw się, oni wrócą.

- Oczywiście ciociu - szepnęła, ale jakoś nie mogła w to uwierzyć.

 

***

 

Bała się tego spotkania. Już tyle złych rzeczy o nim usłyszała. Wszyscy szeptali, że jest brutalny, arogancki, zawistny, i bezwzględny. Opowiadali jakie rzeczy wyprawia w lochach ratusza. Jak maltretuje ludzi, dręczy podwładnych i nie słucha przełożonych. Całą drogę o tym myślała. Toczyła ze sobą wewnętrzna walkę. Z jednej strony chciała trzymać się od niego z daleka, ale z drugiej, nie chciała popaść w niełaskę. Kiedy przyszła już na nią czekał. Oczywiście był przed czasem. Ach, ta niemiecka precyzja - pomyślała gdy pomagał zdjąć jej płaszcz. Potem zaprowadził do stolika, odsunął krzesło. Uważnie mu się przyjrzała. Edgar Braun wyglądał niczym młody bóg. Niemiecki bóg. Idealnie skrojony szary garnitur, wypolerowane buty, prosty niczym struna przedziałek z boku głowy, brylantyna na włosach, i najlepsza, jaką można było dostać w III Rzeszy, woda kolońska. Brakowało mu tylko małej gapy w klapie marynarki.

- Cieszę się, że przyszłaś, Marysiu.

Uśmiechnęła się i zaczęła zastanawiać, od kiedy zwracają się do siebie po imieniu.

- Jak się miewasz?

- Dobrze, dziękuję.

Nie umiała kłamać. Mężczyzna od razu pojął, że jego towarzyszka nie mówi prawdy.

- Czy coś się stało?

Nie wiedziała jak zacząć. Próbowała wykręcić się od odpowiedzi, zmienić temat, ale on nie ustępował. W końcu dała za wygraną.

- Kilka dni temu zaginęli moi rodzice. Najprawdopodobniej trafili do Oświęcimia. Nie mam od nich żadnych wiadomości. Tak bardzo się martwię.

Zapadła niezręczna cisza. Gdyby nie kelnerka, która przyszła po zamówienie z pewnością cały wieczór nie odezwali by się do siebie słowem. Zamówili kawę i lody.

- Gdzie zaginęli twoi rodzice?- zapytał nagle.

- W centrum miasta.

- Kiedy?

- We wtorek.

- Postaram się czegoś o nich dowiedzieć.

- Dziękuję.

Edgar natychmiast się wypogodził. Był bardzo rozmowny. Opowiadał dużo o swoim dzieciństwie. Był jedynakiem, matka kochała go jak nikogo na świecie. Ojciec zginął na froncie podczas pierwszej wojny światowej. Wtedy Edgar postanowił wstąpić do armii. Mama oczywiście nie chciała się zgodzić. Bała się, że jej pierworodny podzieli los swego ojca. Mimo to chłopak postawił na swoim i zasilił wojskowe szeregi. Po dojściu Hitlera do władzy, młody, energiczny i zdyscyplinowany Braun zrobił karierę w Wehrmachcie. Nie udzielał się na froncie, został przeznaczony do innych celów. Walkę znał tylko z obozów szkoleniowych.

W Polsce nie miał nikogo. Koledzy z armii byli porozrzucani po wielu krajach. Jedni już nie żyli, inni prawdopodobnie byli w niewoli. A on miał ciepłą posadę, której wcale nie chciał. To się nazywa sprawiedliwość. Uważał, że nie po to szedł do wojska, aby pracować za biurkiem. Chciał walczyć, nie ważne na jakim froncie, i nie ważne z kim. Ostatnimi czasy nic nie robienie doprowadzało go do szaleństwa.

Kiedy mu trochę ulżyło zabrał Marysię na spacer. W końcu szła wiosna, wieczory stawały się coraz cieplejsze, przyroda budziła się do życia. Dość długo milczeli wdychając wieczorne powietrze. W pewnej chwili gdy na ulicy nikogo nie było, Edgar chwycił dziewczynę za ramię, i przyciągnął ją gwałtownie do siebie.

- Marysiu… Zrobię dla ciebie wszystko. Absolutnie wszystko, rozumiesz?

Zdezorientowana i nieco wystraszona skinęła głową. Puścił ją i poszedł dalej. Dziewczyna czuła się tak jakby ktoś uderzył ją w głowę. Nie potrafiła się skupić, ani racjonalnie pomyśleć. Jakby dopiero się urodziła. Dopiero teraz w jej głowie rozszalała się burza. Brutalny, zawistny, arogancki… i czyni kobiecie takie wyznania? Niemożliwe, ktoś tu się pomylił. Albo ludzie w ogóle go nie znają, albo on zwariował. Jednak po chwili wahania ruszyła za nim. Wsunęła swoją dłoń w jego, ale nic nie powiedziała. Nie wiedziała też, dlaczego to zrobiła. Po prostu musiała.

 

***

Mijały kolejne dni niepewności. Marysia wciąż nie miała wiadomości w sprawie rodziców, a Edgar wszystko zachowywał w tajemnicy. Niczym spiskowiec. Spotykali się regularnie, chociaż po ich dziwnym spacerze, zastanawiała się czy nie jest wariatem. Mimo to bardzo się ze sobą zżyli. Braun lubił z nią rozmawiać, ponieważ była jedyną osobą, przy której czuł się swobodnie. Ona z kolei potrzebowała kogoś, przy kim nie myślałaby o rodzicach. Oboje więc spełniali swoje oczekiwania. Pewnego dnia podczas kolejnego wieczornego spaceru w blasku księżyca poprosił ją o rękę. Odmówiła. Nie żeby jej się nie podobał, po prostu za mało i za krótko go znała. Ale mimo wszystko bardzo lubiła. Może nawet więcej niż lubiła. Edgar nie za bardzo przejął się odmową, był szalenie wytrwały, i nie miał zamiaru ukrywać swoich uczuć. Dlatego też na każdym kolejnym spotkaniu mówił jak bardzo ją kocha.

 

***

 

Marysia wracała do domu. Była bardzo zmęczona. W pracy cały dzień był duży ruch, wszystkim się spieszyło. Na ulicy prawie nie było ludzi. Powodem była przedpołudniowa publiczna egzekucja. Pierwsza i jak na razie jedyna w całej historii tego miasta. Niemcy złapali kilku działaczy ruchu oporu i powiesili ich na rynku, dla przykładu. Chodziły pogłoski, że inicjatorem całej akcji znowu był kapitan Edgar Braun. Kiedy dziewczyna mimo woli myślała o dzisiejszych wydarzeniach, z sieni jednej z kamienic wyskoczyło dwóch młodych mężczyzn. Podbiegli do niej, pochwycili, zatkali usta i na powrót zaciągnęli do sieni, zanim zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować. W środku było ciemno i śmierdziało stęchlizną. Napastnicy szli na pamięć wlekąc ją za sobą. Schody nie miały końca i strasznie skrzypiały. Kiedy weszli do mieszkania dziewczynę oślepiło światło. W środku były dwie kobiety w jej wieku. Na środku pomieszczenia stało krzesło. Okna były zasłonięte jakaś grubą, ciemną kotarą, a pod jednym z nich, tym naprzeciwko drzwi stało biurko założone stertą gazet. To wszystko, co zdążyła zauważyć zanim posadzili ją na krześle i związali. Była tak przerażona, że nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Oni też milczeli. Podawali sobie coś z rąk do rąk, chwilę potem poczuła, że obcinają jej włosy.

- Co wy robicie?- wyrwało jej się.

Nie dostała odpowiedzi. Zrozumiała, że niczego się od nich nie dowie. Przytępione nożyczki kontynuowały swoje niszczycielską misję. Widziała jak jej niegdyś piękne, puszyste, kasztanowe włosy spadają na brudną podłogę. Na ten widok rozpłakała się. Nie chciała, ale łzy same napływał jej do oczu, a potem spływały po policzkach. Kończyły na podłodze wymieszane z włosami. Boże, gdyby był tu Edgar - pomyślała zupełnie załamana. Po nożyczkach przyszła kolej na golarkę. Następne minuty koszmaru, kolejne łzy. Kiedy skończyli rozwiązali ją i podnieśli z siedzenia. Jedna z kobiet podała jej lusterko, i wtedy Marysia przeraziła się. Miała łysą głowę.

- To powinno oduczyć cię zadawania się z Niemcami, dziwko - powiedziała druga.

- Odprowadźcie ją na dół - rozkazała ta z lusterkiem.

Chwilę potem dziewczyna znów stała na pustej ulicy. Dobrze, że było już ciemno, nie chciała, by ktoś widział ją w takim stanie.

Pukanie do drzwi wyrwało go z poobiedniej drzemki. Kiedy otworzył, zamarł.

- Marysia? Co się stało?

Nie odpowiedziała tylko weszła do środka. Był zaskoczony, ale zrozumiał co się stało. Już wielokrotnie słyszał o tych praktykach. Po pierwszym szoku wróciła jasność umysłu. Zaprowadził ją do kuchni, posadził przy stole, sam usiadł naprzeciwko.

- Kto ci to zrobił? - warknął.

- Nie wiem.

- Polacy?

Cisza była najlepszą odpowiedzią.

- Zabiję ich! - warknął.

- Nie - szepnęła cicho.

- Dlaczego, nie?! - uniósł się.

Nie odpowiedziała.

- No, na co czekasz? Podaj mi choć jeden powód dla którego miałbym to tak zostawić?

- Bo to są moi rodacy.

- Rodacy?

Zaprowadził ją do przedpokoju i ustawił przed lustrem.

- Popatrz co ci zrobili twoi rodacy!

Ubrał płaszcz i wyszedł bez słowa. Czekała na niego, ale długo nie wracał. Godziny zdawały się być całą wiecznością. Godzina policyjna już dawno się zaczęła. Bała się, że mógł zrobić coś jej oprawcom, albo co gorsza sobie. Jej zmęczony umysł zaczęły prześladować smutne myśli. Bardzo chciała się położyć i zasnąć, ale postanowiła poczekać na jego powrót. W końcu zrozumiała, że się zakochała. I nie stało się to dzisiaj. Trwało to od dłuższego czasu, prawdopodobnie już od ich pierwszego spaceru. Po prostu na początku nie chciała dopuścić do siebie tej myśli. Ale teraz już wiedziała, że kocha Edgara Brauna. Miała bardzo dużo czasu by pomyśleć nad ich związkiem. Zastanawiała się czy to w ogóle ma jakiś sens. On jest niemieckim żołnierzem, ona Polką. Co powiedzą ludzie, jeśli się dowiedzą? Co się stanie, jeśli kiedyś wyjdzie za niego za mąż? Czy dalej będzie tylko dziwką? W końcu jest wojna, a podczas wojny wszystko staje na głowie. A gdyby nie było wojny? Czy ich związek nadal nie miałby szans? Czy nie mogliby żyć sobie szczęśliwie obok Polaków? A może gdyby nie wojna, jej rodacy nie byliby tak zdeterminowani? Nie byliby tak wrogo nastawieni do Niemców? Może i w Polsce byłoby im dobrze, ale w Rzeszy… czystość rasy, nadludzie, przestrzeń życiowa, nazizm, nacjonalizm. Nagle dotarło do niej, że Polacy wcale nie różnią się od swoich wrogów. Też nienawidzą. Tylko czy to wojna do tego doprowadziła? A może Niemcy i Polacy są tacy sami, i dlatego się nie tolerują? Czy gdyby nie Hitler, Polacy za jakiś czas nie zrobiliby z Żydami tego samego, co on? Te przerażające myśli sprawiły, że w końcu usnęła.

Obudziła się w środku nocy. Poczekała aż oczy przyzwyczają się do ciemności i rozejrzała się. Leżała na łóżku przykryta kocem. Obok leżał mężczyzna. Znajomy zapach i miarowy oddech upewnił ją, że wszystko w porządku. Odwróciła się na bok, położyła swoją głowę na jego torsie i ponownie usnęła.

 

***

 

Rano Marysia nie była w domu. W pracy wszystko było po staremu. Ludzie plotkowali o tym, co dzieje się w mieście, szeptali o poczynaniach żołnierzy na froncie. Widać, że nikt nie wiedział co stało się dziewczynie ostatniego wieczora. Mimo to jej nowe uczesanie i kolor włosów wszystkich zadziwił. Dobrze, że Edgar dał jej tę perukę. Niektóre koleżanki były odrobinę zazdrosne. Inne żartowały, że Marysia pewnie jest szpiegiem i niedługo oprócz koloru włosów zmieni także nazwisko. Zachodziło też podejrzenie, że jej obecne nazwisko nie jest prawdziwe. Wszystkie te komentarze dziewczyna zbywała uśmiechem. Dzień minął wyjątkowo szybko. Po pracy jak zawsze poszła kupić coś na obiad i ile sił w nogach pobiegła do domu. Po drodze natknęła się na zwłoki jakiegoś mężczyzny. Wyglądał strasznie. Leżał w kałuży krwi z twarzą wykrzywioną od bólu. Oczy miał szeroko otwarte. Obsiadły go już muchy, co jeszcze bardziej obrzydzało widok. Nikt z przechodniów nie zainteresował się ciałem. Wszyscy mijali je z daleka. W wielkim szoku dotarła do domu. Kiedy wkładała klucz do zamka na klatce pojawiła się sąsiadka z naprzeciwka. Starsza (już po siedemdziesiątce), siwowłosa, trochę przygłucha, i bardzo wścibska kobieta. Ubrana była w swoja niezawodną podomkę, z początków lat dwudziestych.

- A co to ma znaczyć, panno Michalska? Od kiedy nie wraca się na noc do domu?- wyskoczyła starsza pani - Oj, rodzice nie byliby zachwyceni gdyby się dowiedzieli. To nie przystoi, młoda damo. Rodzice nie wiadomo gdzie, a ty zamiast ich szukać znikasz na całe dnie z domu. A jak tam pan kapitan się miewa? Dalej jest taki szarmancki i kulturalny?

Dziewczyna straciła głos. Nie wiedziała co odpowiedzieć, i gorączkowo zastanawiała się, skąd sąsiadka jest tak dobrze poinformowana. Postanowiła jak najszybciej wejść do domu, ale pech chciał, że dawno nie oliwiony zamek trochę się zaciął. Szamotała się z kluczem jak tygrys w klatce, ale nic się nie zdarzyło.

- Nie słyszałam odpowiedzi, panienko - żachnęła się staruszka.

- Nie wiem, o czym pani mówi- odpowiedziała najspokojniej jak tylko potrafiła.

- Już ty dobrze wiesz, bezwstydnico! Myślisz, że nikt nie wie, że zadajesz się z Niemcem?! Nawet się przefarbowałaś dla niego! Germanizacji ci się zachciało, co?!

- Pani Zabłocka, proszę przestać.

- Co to, to nie! Nie pozwolę by pod tym dachem mieszkała taka bezwstydnica jak ty! Należy ci się stryczek! Zdrajczyni narodu polskiego, mieszać krew z wrogiem, hańba!

Marysia w końcu poradziła sobie z zamkiem, i weszła do mieszkania. Bez słowa. Z korytarza dochodziły ostatnie krzyki wścibskiej sąsiadki, potem rozległo się trzaśniecie drzwi, i zapanowała cisza. Marysia obmyła się, zjadła chleb z kiełbasą, zaparzyła herbatę. Niecałą godzinę po incydencie z Zabłocką rozległo się pukanie do drzwi. Przyszła żona gospodarza domu.

- Dzień dobry, pani Myjakowa - przywitała się grzecznie Michalska.

- Dzień dobry, dziecko. Musimy porozmawiać.

Marysia struchlała.

- Jeżeli chodzi o tę rozmowę z panią Zabłocką…

- O to też, ale przychodzę w innej sprawie. Mogę wejść?

Dziewczyna wpuściła ją do środka.

- Doszły mnie słuchy o twoim niepoprawnym zachowaniu. Wiesz, co mam na myśli?

Nie odpowiedziała, ale domyśliła się, że chodzi o dzisiejsze rewelacje.

- Znam cię od urodzenia. Całe życie tu mieszkałaś, nigdy nie było problemów, ale ostatnie wydarzenia zmusiły mnie do podjęcia pewniej decyzji.

- Jakiej decyzji?

- Muszę cię prosić byś opuściła mieszkanie.

Dziewczyna jęknęła.

- Przykro mi Marysiu, ale muszę liczyć się ze zdaniem innych mieszkańców. Masz czas do jutra rana. Oczywiście oddam ci należną kwotę za czynsz. Masz dokąd iść?

Michalska pomyślała, że to pytanie jest zupełnie nie na miejscu, po tym co chwilę wczesnej powiedziała żona gospodarza, ale nie zamierzała się kłócić. Kiwnęła tylko głową.

- Tak mi przykro, dziecko. Gdyby nie ta wojna…

- To niczego by nie zmieniło - zirytowała się młoda Michalska - Wiem, że nikt nigdy nie zaakceptuje mojego wyboru.

- To nie jest tak, Marysiu.

- Nie jestem już małą dziewczynką, pani Myjakowa. Mam oczy i widzę, co się dzieje. Wiem, że pewne rzeczy nigdy się nie zmienią.

- To nieprawda, dziecko. Kiedyś wszystko się zmieni. Tylko teraz są trochę dziwne czasy.

- To nie są dziwne czasy, pani Myjakowa. To po prostu jest wojna.

- Wszystko się ułoży, zobaczysz.

Dziewczyna ponownie żachnęła się, a oburzenie na Myjakową wzrastało z każdą chwilą i każdym jej słowem. Miała ochotę nakrzyczeć na kobietę jak śmie po tym wszystkim pocieszać ją, i umywać od całej sprawy ręce, ale nie mogła się przemóc. Rodzice przede wszystkim nauczyli jej szacunku do starszych.

Żona gospodarza zauważyła złość Marysi. Ona też nie chciała się kłócić. Tak naprawdę w ogóle nie chciała wyrzucać dziewczyny, ale sąsiedzi nie dawali jej spokoju. Miała swoje dzieci i rozumiała, że kiedyś przychodzi moment, w którym latorośle same podejmują decyzje. Widać Marysia też doczekała takiego momentu.

- Pójdę już. Jak będziesz gotowa przyjdź do mnie, rozliczymy się. Do widzenia, dziecko.

- Do widzenia.

Drzwi żałośnie skrzypnęły, żona gospodarza wyszła.

Marysia była smutna i zła na cały świat. Od wczorajszej rozmowy z Edgarem coś w niej pękło. Otwarła oczy. Przestała patrzeć bezkrytycznie na Polaków. Dostrzegła ich złe strony i dwulicowość. Myjakowa była najlepszym przykładem. Całe życie ze wszystkimi problemami przychodziła do Michalskich. Pożyczała od nich sól i pieniądze. Wtedy jakoś Marysia nikomu nie przeszkadzała. Wystarczyło tylko by rodzice trafili do obozu, by wszyscy się od niej odwrócili.

 

***

 

Za chwilę miała zacząć się godzina policyjna. Edgar delektował się dobrym koniakiem, kiedy ktoś zapukał do drzwi.

- Sama o tej porze? Marysiu! Co się stało?- zapytał widząc koło nogi dziewczyny walizkę.

- Musiałam się wyprowadzić. Mogę się tutaj zatrzymać na kilka dni?

- Oczywiście. Jak tylko długo zechcesz.

Weszła do środka, on wniósł walizkę. Pomógł jej ściągnąć płaszcz i zaprowadził do pokoju. Wszystko mu opowiedziała, a on po raz kolejny wpadł w furię. Na szczęście tym razem nigdzie nie wychodził. Zwymyślał tylko w duchu Polaków, poprosił ukochaną by o nic się nie martwiła, oddał jej do dyspozycji swoją sypialnię, i zrobił kolację.

Chociaż na samą myśl o nieludzkim traktowaniu jego najdroższej Marii dostawał białej gorączki, to z drugiej strony cieszył się, że zamieszkała u niego. Pragnął, by było już tak zawsze. On i ona razem. Obiecał sobie, że zrobi wszystko by tak się stało. Planował ponowne oświadczyny. Miał nadzieję, że tym razem odniesie sukces. Kiedy nakrył do stołu poszedł po nią. Siedziała na łóżku, a obok niej leżała nie rozpakowana jeszcze walizka. Zapytał dlaczego jeszcze tego nie zrobiła.

- Nie chcę ci sprawiać kłopotu.

- Marna wymówka.

- Prawdziwa.

Usiadł obok niej i próbował pocieszyć. Użył wszelkich możliwych argumentów by przekonać ją do rozpakowania walizki. Kiedy wszystkie znane mu metody zawiodły, sięgnął po ostatnią deskę ratunku. Co prawda nie chciał jej użyć w tych okolicznościach, ale nie miał innego wyjścia.

- A jeśli poproszę cie o rękę, zamieszkasz ze mną?

Dziewczyna ożywiła się.

- Nie rozumiem.

- Doskonale rozumiesz. Chodź na kolację.

Była to niezwykła kolacja przy winie i świecach. Na co dzień Edgar nie pozwalał sobie na takie przyjemności. Po skończonym posiłku mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo, wstał, podszedł do ukochanej i uklęknął na jedno kolano.

- Mario, zostaniesz moją żoną?

Dziewczyna była mile zaskoczona. Zgodziła się.

Następnego dnia, gdy Marysia była już w pracy Edgarowi złożono niezwykłą wizytę. Mężczyzna, który pojawił się w jego mieszkaniu dwadzieścia minut po dziewiątej, był oficerem Wehrmachtu. Bardzo znanym i bardzo niekulturalnym. Edgar nie znał go osobiście, ale dużo o nim słyszał. Jego okrucieństwo podczas przesłuchań, czy karanie za najmniejsze przewinienie to jego specjalność. Dla wszystkich był duchem. Czasem można było pomyśleć, że ktoś taki nie może istnieć. To tylko wymysł krnąbrnych i leniwych szeregowców, którzy zasilali więzienne cele i kompanie karne. Nawet Edgar tak myślał. Do dziś. Podpułkownik Schmidt był wysoki, gruby, i strasznie brzydki. Jego nalana twarz i małe świńskie oczka przyprawiały o ból brzucha. Wyglądał jak szympans, którego ubrano w za ciasny mundur. Wokół niego unosiła się woń tanich cygar.

- Musimy porozmawiać, Braun - zaczął od drzwi - Czy to prawda, że zadajesz się z polską dziwką?

Edgar nie odpowiedział.

- Zadałem pytanie, kapitanie.

- Czy widzi tu pan podpułkowniku jakąś Polkę?

Schmidt obrzucił go spojrzeniem bazyliszka.

- O tej porze powinna być w pracy - kontynuował podpułkownik - Wie pan, kapitanie, jaka kara grozi za łgarstwo?

- Wiem, panie podpułkowniku. Ale jak już powiedziałem nie ma tu żadnej polskiej kobiety.

- Rozejrzę się.

Schmidt obejrzał dokładnie wszystkie pokoje, kuchnie i łazienkę. Na szczęście Marysia nie zostawiła po sobie żadnego śladu. Dobrze, że nie rozpakowała walizki, bo podpułkownik zajrzał również do szafy.

- Kapitanie Braun, przypominam panu, że jest pan niemieckim oficerem. Służy pan ojczyźnie i Führerowi. Pański mundur do czegoś zobowiązuje. I żebyśmy się zrozumieli, nie jest pan anonimowy. Proszę o tym pamiętać.

Wyszedł. Po wszystkim Edgar musiał się napić. Usiadł w fotelu i nalał sobie prawie cały kieliszek koniaku. Próbował spokojnie pomyśleć, ale jakoś mu nie wychodziło. Musiał przyznać, że Schmidt umiał nastraszyć człowieka. Próbował rozszyfrować poszczególne zdania podpułkownika. Nie jest anonimowy. To znaczy, że ktoś go obserwuje i donosi. Pytanie tylko, kto? Mundur do czegoś zobowiązuje. Czy to znaczy, że nie ma prawa do własnych wyborów, do wolności, do miłości? Przecież nie jest psem. Jest oficerem. Oczywiście obowiązuje go kodeks, czy jakieś inne wojskowe zasady. Ale mimo wszystko jest też człowiekiem. Gdyby był na froncie, tak jak jego koledzy, mógłby wszystko. Marysia zauważyła jakieś zmiany w zachowaniu swoich koleżanek. Kobiety spoglądając na nią coś sobie szeptały, podśmiechiwały się lub krzywo na nią patrzyły. W toalecie spotkała jedną z młodszych pracownic.

- To prawda, że masz perukę?- zapytała bez żadnego skrępowania ruda.

- Skąd ten pomysł?

- Mówią, że spotykasz się z Niemcem, i że AK ogoliło ci głowę z tego powodu.

Marysi zrobiło się słabo, ale ni dała tego po sobie poznać. Ruda natomiast była bardzo dumna z siebie. Wydawało się, że to co powiedziała sprawiło jej radość. Podeszła nieco bliżej i już chciała dotknąć włosów Marysi, ale ta odsunęła się i szybko poszła do kabiny.

- To jak, Marysiu, masz tą perukę czy nie?- drążyła temat ruda.

- Nie martw się, nie mam peruki. To moje naturalne włosy.

- Aha - mruknął zawiedzony rudzielec i wyszedł.

Michalska była wstrząśnięta. Teraz wiedziała, dlaczego wszyscy są tak bardzo zainteresowani jej osobą. Nie wiedziała tylko, co z tym zrobić. Udawać, że sprawy nie ma, czy porzucić pracę? Nie, Odchodząc potwierdziła by tylko plotki. Może też wziąć urlop. Tylko po co? Nie ma jeszcze lata, a rodzice wciąż nie wrócili. Nie wiedziała co zrobić.

 

***

 

Wieczorem Edgar z Marysią zastanawiali się, co dalej. Edgar oczywiście nie powiedział jej wszystkiego. Był tylko zły, że nic nie idzie tak jak powinno. Do tego doszła rozmowa o rodzicach Marysi. Ich pierwszy poważny konflikt, albo raczej jedna z wielu prób. Mężczyzna mówił, że robi wszystko co w jego mocy, ale ona mu nie wierzyła. Nie mogła pojąć jak można tyle czasu niczego się nie dowiedzieć. Przecież w obozie prowadzili jakąś ewidencję ludzi, na pewno wiedzieli, kogo mają u siebie. A on nic, tylko obiecywał. Miała już tego dość. On sam niewiele mógł zrobić w tej sprawie. Do obozu wciąż napływali ludzie, nikt nie miał czasu na zabawy z jednym małżeństwem, na dodatek nie wiadomo czy żywym. Żeby cokolwiek załatwić Edgar musiałby dużo zapłacić, a on nie miał pieniędzy. Poza tym bez dobrych znajomości w obozie nie można było nic zrobić. Wszyscy, którzy tam byli i go nadzorowali nie chcieli rozgłosu. W końcu KL to nie tylko miejsce pracy. To również, a może i przede wszystkim maszyna do uśmiercania ludzi. Tym bardziej, że Oświęcim wciąż się powiększa…

 

***

Las na obrzeżach miasta. Wiosenne przedpołudnie było cudowne. Bujna trawa, drzewa z młodymi listkami, i ptasia orkiestra zmusiła kompanie kapitana Brauna, dziś pod dowództwem podporucznika Wagnera do krótkiego odpoczynku. Rozsiedli się pod wysokimi, starymi drzewami i opowiadali sobie dowcipy. Ich śmiech zagłuszał ciche stąpanie jakiegoś człowieka, aż do momentu gdy nadepnął na suchą gałązkę. Mężczyzna w szarym płaszczu z chlebakiem na ramieniu zamarł. Żołnierze nie tylko go usłyszeli, ale także zobaczyli. Zerwali się na równe nogi i nim się obejrzał był otoczony.

- Dokumenty! - rozkazał Wagner.

Zatrzymany wyciągnął ostrożnie z wewnętrznej kieszeni płaszcza to, o co prosili. Podporucznik długo je oglądał, po czym rzucił porozumiewawcze spojrzenie jednemu ze swoich ludzi. Ten zabrał chlebak legitymowanego i przeszukał torbę.

- Dokąd to idziemy w środku dnia przez las? - kontynuował Wagner.

- Na grzyby.

- Na grzyby, mówisz. A czy wczoraj padał deszcz?

Cała grupa zaprzeczyła ruchem głowy.

- No proszę. I gdzie tych grzybów będziesz szukał, skoro od dwóch tygodni nie spadła ani jedna kropla deszczu?

Wiedział już, że jest zgubiony, ale mimo wszystko spróbował jeszcze zawalczyć.

- Idę pędzić bimber z kolegą.

- Bimber, mówisz? Ciekawe, ciekawe. Przeszukaj go.

Żołnierz przekazał chlebak podporucznikowi, i zrobił co mu rozkazano. Na nieszczęście zatrzymanego znalazł kilka paszportów i jakieś papiery. Podporucznik od razu je zabrał.

- Andrzej Modrzewski, Włodzimierz Chrzanowski, Józef Kamiński - recytował z poważną miną. - Proszę, proszę, ileż to mamy nazwisk. Tylko oni wszyscy jakoś do ciebie niepodobni… panowie, zabieramy go.

Oddział dostarczył go do ratusza. Edgar pił kawę, kiedy do gabinetu wszedł podporucznik, szepnął mu coś do ucha, i zostawił aresztowanego. Kapitan wstał, obszedł mężczyznę dookoła, przyjrzał mu się dokładnie, po czym wrócił na swoje miejsce.

- Co powiesz na temat papierów, które przy tobie znaleźliśmy? - zapytał.

Cisza.

- Nie dosłyszałem odpowiedzi, Mazur. Możesz powtórzyć?

Znów to samo.

- Straciłeś głos?! A może ogłuchłeś?! Po co ci były te papiery, Mazur?

Mazur nie odpowiedział. Patrzył tylko dumnie na kapitana, traktując go jak powietrze. Braun powoli tracił cierpliwość. Nie lubił takich sytuacji. Zawsze uważał, że od przesłuchiwania jest Gestapo. Nawet nie zdziwiłby się gdyby za chwilę do pokoju weszli jego niesympatyczni koledzy w czarnych płaszczach. Jak on ich nie lubił! Skóra mu cierpła na ich widok, a gdy przypomniał sobie jak torturują więźniów, zbierało mu się na mdłości. Niestety najgorsze było to jak tajna policja odnosiła się do nich - żołnierzy Wehrmachtu. Panowie w czarnych płaszczach pomiatali nimi, i wysługiwali się w najgorszej robocie. Oni sami zaś uważali się za nietykalnych, za elitę całego systemu bezpieczeństwa narodowego. Jego zdenerwowanie rosło już od kilku dni, ale dopiero dziś osiągnęło punkt kulminacyjny. Wyciągnął z kabury broń, odbezpieczył, stanął przed Mazurem, i wycelował w niego.

- Dość żartów. Zapytam ostatni raz. Do czego potrzebowałeś papierów, które przy tobie znaleźliśmy? - Edgar był zdecydowany użyć broni.

Zatrzymany popatrzył to na pistolet to na kapitana.

- Lepiej od razu mnie zabij - przemówił w końcu.

Kapitan opuścił broń. Nie dlatego, że bał się strzelić, po prostu jeszcze był przy zdrowych zmysłach. Otwarł drzwi i krzyknął w dal.

- Fischer, Neuman. Do mnie!

Dwóch żołnierzy wbiegło do środka.

- Nauczcie go jak rozmawia się z oficerem. Tylko tak, żeby mógł jeszcze mówić - rozkazał, po czym cała trójka zniknęła. Później próbował jeszcze rozmawiać z zatrzymanym, ale bez skutku.

Andrzej Mazur zajmował się podrabianiem dokumentów, załatwiał ludziom kenkarty, nowe tożsamości, a nawet organizował ucieczki za granicę. Nie wszystkich jednak było stać na ten luksus, i nie wszyscy chcieli opuszczać kraj. Mimo to Mazur dobrze zarabiał i świetnie sobie radził. Aż do dzisiaj. Gdzieś tam ludzie czekali na niego, zapłacili mu za nowe życie, a on? On zwyczajnie się nie pojawił. To z kolei grozi utratą reputacji, a potem brakiem pracy i pieniędzy. W jego celi było ciemno, zimno i wyjątkowo spokojnie. Zastanawiał się czy w areszcie jest jeszcze ktoś oprócz niego. Na górze natomiast panowało istne szaleństwo. Między Gestapo a Wehrmachtem informacje przepływały lotem błyskawicy. Odpowiednie organy bardzo dokładnie rozpatrywały sprawę zatrzymanego Polaka, tym bardziej, że tajnej policji zależało na rozbiciu całej grupy. Następnego dnia Braun miał przekazać aresztowanego w ręce Gestapo. W praktyce oznaczało to, że wyrok już zapadł. Nie ważne czy mężczyzna zostanie rozstrzelany, czy umrze od tortur. Najważniejsze było wydobycie informacji.

Kiedy Edgar wrócił do domu, Marysia układała porozrzucane po mieszkaniu rzeczy.

- Co tu się stało? - zapytał.

- Ktoś splądrował mieszkanie, i zostawił to - podała mu szarą kopertę.

Otworzył. Treść listu brzmiała następująco:

MUNDUR ZOBOWIĄZUJE!

- Co to znaczy? - zapytała dziewczyna.

- To groźba. Oni już wiedzą.

- O nas?

- Tak. Musimy wyjechać, i to jak najszybciej.

- Dokąd?

- Nie wiem.

- Będą nas szukać?

- Tak, ale nie myśl teraz o tym. Spakuj nas, ale zabierz tylko niezbędne rzeczy.

Marysia zabrała się za pakowanie, a Edgar nalał sobie koniaku i zaczął gorączkowo myśleć. Próbował przypomnieć sobie starych znajomych. Gdzie teraz są, co robią, czy mogą pomóc. Niestety wszyscy co do joty byli na froncie. Podwładni nie wchodzili w grę, a osób postronnych nie chciał w to mieszać. Do tego dochodził Schmidt, który nie zamierzał dać za wygraną. I nagle dostał olśnienia. Znalazł ostatnią deskę ratunku i postanowił ją wykorzystać. Pożegnał się z narzeczoną i wyszedł.

 

***

 

Zgrzytnął zamek i do celi ktoś wszedł. Na pewno był to mężczyzna. Mazur nie mógł rozpoznać kto to, bo światło, które wpadało do środka oślepiało go. Gość natomiast stał w cieniu.

- Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać. Gestapo chce rozbić całą twoją grupę. Zabiorą cię jutro na bardzo brutalne przesłuchanie. Oczywiście nie przeżyjesz go, ale nie o to chodzi. Możesz wyjść stąd żywy, jeśli mi pomożesz.

Mazur puszczał mimo uszu cały monolog, aż do tej chwili.

- Póki tu jesteś twoje życie zależy ode mnie - kontynuował tajemniczy mężczyzna - Jeżeli załatwisz mi nowe papiery i zorganizujesz wyjazd z kraju, nikt więcej nie będzie cię niepokoić. Jeżeli odmówisz, jutro będziesz martwy. Jeżeli zgodzisz się, ale mnie zdradzisz, osobiście cię zabiję. Choćbym miał szukać cię na końcu świata.

- Rozumiem, że nie mam wyboru.

- Masz wybór. Zastanów się tylko dobrze, co najbardziej ci odpowiada. Wrócę za godzinę, wtedy powiesz mi jaką podjąłeś decyzję.

 

***

Była szósta trzydzieści, gdy kapitan Braun kazał przygotować więźnia do przekazania Gestapo.

- Dlaczego tak wcześnie? - zapytał podporucznik.

- Chcę go jeszcze przesłuchać.

- Ale to wbrew regulaminowi.

- Dopóki jest u nas, obowiązuje go nasz regulamin, czyżbyś o tym zapomniał?

- Nie.

- To weź się do roboty.

Wagner wysłał do piwnicy Fischera i Neumana. Kiedy żołnierze przybyli na miejsce, zamarli. Kłódka od drzwi do celi Mazura była otwarta, a same drzwi lekko uchylone. Kiedy zajrzeli do środka, pobledli. Cela była pusta. Natychmiast ogłosili alarm i pobiegli do przełożonego.

- Co takiego? - Edgar wstał zza biurka - Co ty mówisz? Jak to uciekł, jakim sposobem?

- Tego nie wiem - tłumaczył się podporucznik. – Fischer i Neuman powiedzieli tylko, że cela jest pusta.

- Jak to pusta? Jakim cudem? Kto miał w nocy wartę?

- Baade i Schulz.

- Zawołaj ich.

Kiedy już rozprawił się z nocną wartą, kazał Fischerowi i Neumanowi jechać na patrol i znaleźć kogoś podobnego do uciekiniera. Plan był prosty. Żołnierze mieli udusić jakiegoś niepozornego obywatela, a potem przywieźć go do ratusza. Włożyć do pustej celi, zrobić z paska od spodni pętle, założyć mu na szyję, drugi koniec przywiać do krat okna, i upozorować samobójstwo. Gestapowcy nie widzieli mężczyzny a dokumenty były marnej jakości, nie powinni zauważyć różnicy. Zresztą co im z martwego człowieka? Wyznaczeni żołnierze spisali się na medal. Nie tylko byli szybcy, ale też skuteczni. Punktualnie o ósmej w ratuszu pojawiło się Gestapo ze wszystkimi niezbędnymi papierami. Edgar uraczył ich dobrym koniakiem, który trzymał na wyjątkowe okazje, a sam wypełniał dokumenty.

- Dobra robota, kapitanie - powiedział gestapowiec.

- Staram się jak mogę.

- Wspomnę o tym pańskim przełożonym.

Edgar o mało nie parsknął śmiechem. Pomyślał, że Mazur musi być wyjątkową osobą, skoro ten wstrętny typ, ta nędzna kreatura chce go chwalić przed przełożonymi. Był strasznie ciekaw co zrobi pan w czarnym płaszczu kiedy dowie się, że jego więzień nie żyje.

Do pokoju po raz kolejny dziś wszedł podporucznik. Szepnął coś na ucho kapitanowi i wyszedł. Braun poinformował gestapowca o bardzo niemiłym incydencie, jaki przytrafił się Andrzejowi Mazurowi. Wzburzony tajniak wyszedł z gabinetu. Dziewięć minut później ratusz przeżywał niezapomniane chwile w całej swojej historii. Żołnierze mieli specjalny apel, tajna policja zabrała się za spisywanie protokołu, i przeklinanie nieodpowiedzialnych wojaków. Kiedy Edgar pozbył się w końcu rozwścieczonych oficerów Gestapo, i dał nagany nocnym wartownikom, zrobił coś jeszcze. Skontaktował się ze znajomym, który niedawno wrócił z Oświęcimia. Kapitan liczył na jakiś przełom w sprawie, ale nic takiego się nie wydarzyło. Znajomy nie mógł, a może nie chciał pomóc. Mówił, że odkąd go odprawili nie kontaktuje się z nikim z obozu. Jedyne co mógł zrobić to dać Edgarowi namiar na innego oficera przebywającego w Auschwitz. Edgarowi bardzo zależało na załatwieniu tej sprawy jak należy. Jeżeli już mieli wyjechać z kraju, to Marysia musiała wiedzieć co dzieje się z jej rodzicami. Nie było mowy o sprowadzeniu ich tutaj, kolega uświadomił mu, że stamtąd nie ma ucieczki. Niemcy nie po to zamykają tam ludzi, by ich wypuszczać. KL to nie uzdrowisko. To wiezienie o zaostrzonym rygorze, z którego nikt nie wraca żywy. Zadzwonił w końcu do poleconego oficera, i powołał się na znajomego. Oficer nie był rozmowny, ale obiecał dać znać wieczorem, co z Michalskimi.

 

***

Niedługo przed godziną policyjną Edgar dostał telegram. Niestety wieści nie były dobre.

- Coś się stało? - zapytała dziewczyna widząc minę narzeczonego.

- Dostałem telegram w sprawie twoich rodziców…

- Co z nimi? - wpadła mu w słowo.

Nie mógł odpowiedzieć, nie wiedział jak. Marysia nie czekając dłużej wyrwała mu z ręki kartkę i przeczytała. Dwa razy. Za drugim nieco wolniej, prawie sylabizowała w myślach. Z każdym słowem jej serce napełniało się większym bólem. Kiedy zrozumiała co się stało wypuściła papier z rąk i pobiegła do sypialni. Narzeczony ruszył za nią. Leżała na łóżku i płakała. Aż żal było patrzeć, ale z drugiej strony łzy były jej potrzebne. Usiadł obok niej, ale nic nie mówił. Nie mogła się z tym pogodzić. Zastanawiała się dlaczego akurat ich to spotkało? Tych dobrych, porządnych ludzi. Uczynnych, bezinteresownych, pełnych miłości do świata. Wciąż widziała jak mama robi śniadanie, a tata czyta gazetę i pyka fajką. Słyszała etiudę listopadową, i spowiedź Jacka Soplicy.

- Marysiu - szepnął.

- Zostaw mnie.

- Porozmawiajmy.

- Nie ma o czym! To wszystko twoja wina! Obiecałeś, że ich stamtąd wydostaniesz. Mówiłeś, że wrócą cali i zdrowi. Kłamałeś!

- To nie tak…

- A jak?! Może powiesz mi że było im tam dobrze?! Że twoi znajomi z Wehrmachtu im pomagali?! To chcesz mi powiedzieć?! Dobrze wiem, co tam się dzieje. I wiesz co myślę?! Lepiej by było dla nas wszystkich, gdybyśmy się nigdy nie poznali.

Wybiegła z pokoju i zamknęła się w łazience. Edgar do głębi wstrząśnięty wyznaniem narzeczonej poszedł do salonu napić się. Nie śmiał zapytać dziewczyny czy wszystko dobrze. Pił i myślał, albo raczej udawał, że myśli. Tak naprawdę nie mógł się na niczym skupić. W końcu wyszła. Edgar usypiał z pustym kieliszkiem w dłoni. Wyglądał jak prawdziwy alkoholik. Zabrała mu kieliszek, uklęknęła przy fotelu i przytuliła się do jego ramienia.

- Przepraszam - powiedziała prawie nie poruszając wargami.

Mężczyzna nie odpowiedział tylko zabrał ją do sypialni. Położyli się, mocno przytulili i zasnęli.

 

***

Edgar już od pół godziny czekał na niego w lesie. Dzień był bardzo ciepły, a ptasia orkiestra dawała koncert. Na początku czekał w samochodzie, ale po kwadransie postanowił rozprostować kości. Całe szczęcie nikogo nie było w pobliżu. Las na odludziu, przy ruinach fabryki, i bloku do niej należącego nie był dobrym miejscem dla ludzi. Szczególnie podczas wojny. Spacerował wokół auta i nawet nie zauważył, że na młodej trawie wydeptał ścieżkę.

- Nie powinien pan, kapitanie, zostawiać tylu śladów - powiedział ktoś za jego plecami.

Edgar odwrócił się gwałtownie, rękę położył na kaburze pistoletu. Na szczęście nie musiał go użyć. Przed nim stał Mazur w całej okazałości.

- Masz wszystko? - zapytał puszczając wcześniejszą uwagę mimo uszu.

- Tak. Macie być gotowi jutro o dziewiętnastej. Weź latarkę, będziemy się porozumiewać Morsem. Hasło to „wilk”. Wszystko zrozumiałeś?

- Tak.

- Nie spóźnij się, czekam tylko pół godziny.

Dał Edgarowi dokumenty i wszedł do lasu. Kapitan pojechał do ratusza.

Marysia wzięła sobie w pracy wolne i poszła do ciotki Katarzyny powiedzieć jej o śmierci rodziców.

- Tak mi przykro, Marysiu.

Siedziały w kuchni i milczały. Herbata prawie wystygła. W mieszkaniu była tak głucha cisza, że nawet wuj Stanisław przyszedł sprawdzić co się dzieje. Kobiety popatrzyły na siebie porozumiewawczo.

- Usiądź, Stasiu - poleciła ciotka.- Nie mówiłam ci wcześniej, bo nie chciałam cię martwić. Jakiś czas temu Annę i Henryka wywieźli do Oświęcimia, a wczoraj Marysia dowiedziała się o ich śmierci.

Mężczyzna nawet nie drgnął.

- Wujku… - zagaiła Marysia.

- Nic nie mów! - rozkazał i opuścił kuchnię.

Marysia chciała za nim iść, ale ciotka ją powstrzymała.

- Daj mu czas, Marysiu. Musi się z tym pogodzić.

- Ciociu…

- Tak?

Przez chwilę chciała jej o wszystkim powiedzieć. Pochwalić się tym, że ukochany poprosił ją o rękę. Opowiedzieć o problemach w pracy, o kłopotach Edgara. Chciała podzielić się z kimś swoimi smutkami i radościami. Potrzebowała rodzinnej rozmowy, ale coś ją powstrzymało. Chyba już zrozumiała, że nawet ciocia nie zaakceptowałaby jej wyboru. Tak samo jak inni. Nie powiedziała jej również o wyjeździe, i o tym, że nie zamierza wracać. Postanowiła podobnie jak jej narzeczony, że po prostu zniknął. Tak dla wszystkich będzie lepiej. Ludzi nie będzie boleć ich widok, a oni sami może wreszcie zaczną nowe życie. Wspólne życie.

- Muszę już iść.

- Oczywiście. Zajrzyj za kilka dni. Wujek na pewno się ucieszy.

- Dobrze, ciociu.

Pożegnały się bardzo serdecznie, i dziewczyna wróciła do mieszkania.

W tym samym czasie kapitan próbował załatwić wszystko tak, aby nikt nie domyślił się jego ucieczki. Na początek potrzebował denata. Nie chciał prosić podwładnych, aby znów kogoś zabili, tym bardziej, że oficjalnie do niczego nie był mu potrzebny. Musiał więc sam zając się swoimi zwłokami. Nie chciał tego robić, ale cóż. Nie miał wyboru, w końcu była wojna. Gdyby był na froncie codziennie musiałby zabijać innych. Kiedy tylko się ściemniło wyszedł na miasto w poszukiwaniu ofiary. Zaczaił się z którymś z domów, na dość ruchliwej ulicy. Tutaj przynajmniej nie musiał długo czekać na odpowiedniego kandydata. Przeszło koło niego kilku ludzi, ale to jeszcze nie byli ci. Kolejni, i kolejni. Zaczynało mu się już nudzić. W końcu nieco chwiejnym krokiem szedł mężczyzna bardzo podobny do niego z sylwetki. Te same ruchy, ta sama budowa ciała, najprawdopodobniej ten sam wzrost. Był idealny. Edgar myślał gorączkowo jak go zabić. Jeśli go zastrzeli narobi hałasu, i będzie miał dużo sprzątania. Jeśli go ogłuszy, to później może podać mu jakąś truciznę dożylnie. Szybka i bezbolesna śmierć. Zero śladów. Tak też zrobił. Kiedy mężczyzna go minął wyszedł z za rogu i uderzył go rękojeścią pistoletu w kark. Ofiara natychmiast upadła. Kapitan zaciągnął go do swojego samochodu, położył na tylnym siedzeniu, i przykrył kocem. Pojechał do domu. Na miejscu zaciągnął go do swojej piwnicy, i zaaplikował silny środek usypiający, po którym ofiara powinna spać do rana.

Marysia była już spakowana. Na szczęście nie miała dużo rzeczy, Braun również niewiele chciał ze sobą zabrać. Mieszkanie było posprzątane, nic z niego nie zginęło. W szafie ubrania były tak poukładane, żeby nie było widać, że czegoś brakuje. Kiedy wrócił o nic go nie pytała, a on nic nie mówił. Nie dlatego, żeby coś przed nią ukryć, ale ze względu na bezpieczeństwo. Jeżeli by ich złapali, on nic nie powie nawet po wszystkich znanych mu torturach, ale kobieta to co innego.

 

***

 

Na dworze dopiero świtało, gdy Braun schodził do piwnicy rozprawić się ze swoja ofiarą. Mężczyzna jeszcze spał, co bardzo go ucieszyło. Bez najmniejszych problemów podał mu zastrzyk z cyjanku potasu, który bardzo dobrze rozpuszcza się w wodzie. Po kilku chwilach ofiara już nie oddychała. Odczekał jeszcze kilka minut, sprawdził czy denat na pewno nie żyje, nakrył go kocem i pojechał do ratusza. Jednak zanim tam dotarł pojechał po zapas benzyny.

Marysia tego dnia miała nigdzie nie wychodzić i nikogo nie wpuszczać. Żadnych telefonów, listów. Miła się zachowywać tak jakby nie było jej w domu. To akurat nie było trudne. Kilka razy sprawdzała czy niczego im nie brakuje, potem czytała „Pana Tadeusza”, którego zabrała z domu.

O osiemnastej wrócił Edgar. Był niezwykle podekscytowany, kazał dziewczynie się ubrać i zamknąć mieszkanie. Sam w międzyczasie zniósł walizki do samochodu. Później wywlekł z piwnicy denata, i tak, jak ostatnim razem położył go na tylnym siedzeniu i przykrył kocem. Dziewczyna cały czas milczała. Modliła się tylko, żeby wszystko się udało. Na miejscu byli za dwadzieścia minut dziewiętnasta. Braun wyciągnął walizki, denata posadził za kierownicą samochodu, z bagażnika wyciągnął kanister z benzyną. Otwarł go i położył kilka metrów dalej. Do miejsca spotkania mieli około czterdzieści metrów. Bardzo powoli i cicho pokonali ten dystans. Na miejscu Marysia wyciągnęła latarkę i podała narzeczonemu. Wysłał sygnał. Światełko z naprzeciwka odpowiedziało.

- Hasło? - zamrugała latarka.

- Wilk.

- Sami?

- Tak.

- Czekajcie.

Po chwili przyszedł po nich nieznany mężczyzna i zaprowadził do Mazura.

- Standardowa procedura – wytłumaczył - Ignac wyprowadzi was za miasto, gdzie przejmie was Tadek. Ten z kolei zaprowadzi was na dworzec kolejowy i da bilety na pociąg do Gdańska. W Gdańsku odbierze was kobieta i zabierze na statek. Angielka. To wszystko, co mogę dla was zrobić.

- Dziękuje. Mam jedną prośbę. Przed lasem zostawiłem samochód z ciałem w środku. Mężczyzna nie żyje. Obok stoi kanister z benzyną. Możecie oblać samochód i go podpalić?

- Da się zrobić. A wam życzę powodzenia w nowym życiu.

- Dziękuję.

Chwilę potem samochód kapitana Edgara Brauna stanął w płomieniach.

Powrót do spisu treści

Dalej