Spotkania Literackie, 2008/2009

 Krzysztof Kokot

Inaczej patrzy na życie,

Kto stanął kiedyś na górze

 

Nagietkowe pole

 

Kombajnista w starej pilotce zapalił podłego „Fajranta”, ale to nie był koniec pracy. Pozostało jeszcze do skoszenia pole nagietka lekarskiego. Beznamiętnym wzrokiem spoglądał na znikające pod maszyną kwiaty. Pomarańczowa wstęga kurczyła się. Estetyczne wrażenia były mu obce. Każą kosić, to kosi. Byle była zapłata.

Jeszcze nie był taki stary, ale twarz miał tępą, znudzoną. Wzrok utkwiony w pole, monotonia pracy i brak kontaktów z ludźmi czyniły go o wiele starszym. Mieszkał samotnie poza wsią na odludziu. Tylko pies, kilka samowystarczalnych kur, świnka i stara krowa czyniły go gospodarzem. Sam nie wiedział, po co to chowa. Zysku żadnego, tylko obowiązki i odrobina litości do starej Maliny, która pamiętała jeszcze zmarłą pod jesień matkę. Po ojcu została tylko pomięta fotografia. Innej rodziny nie miał.

Podjechał maszyną w obejście dawnego kółka rolniczego. Wyczyścił ostrym strumieniem wody, zaraz po pracy – tak jak żądał prezes. Podpisał jakiś świstek i kasa wypłaciła gotówkę. Nie trzeba było nawet pluć na palce, aby przeliczyć banknoty. Ociężale wlazł na rower i odjechał w stronę domu.

Przywitało go radosne szczekanie stęsknionego psa. Przeleciał wzrokiem obejście, ściągnął buciory i z ganka wszedł do kuchni. Nie wierzył bankom. Zarobione pieniądze chował w puszce po landrynkach. To pewniejsze i nie trzeba się prosić jak grosz potrzebny. Jeździć do banku, afiszować się. Tak było zawsze i było dobrze. Przeliczył jeszcze raz, odliczył na fundusz reprezentacyjny, czyli na papierosy i na tacę do kościoła oraz na kulturę, to znaczy cotygodniową wizytę w barze, ważniejszą niż dzienniki telewizyjne i radiowe do kupy wzięte.

A że przy okazji coś nie coś wypił? Przecież pił za swoje, inaczej straciłby zupełnie kontakt z lokalnymi aktywistami.

Włączył stary telewizor i odgrzewał jedzenie. Jak to u kawalera, gotował więcej, potem przez kilka dni jadł to samo. Obraz coś marny pomyślał, trzeba poruszać anteną. Wyszedł na zewnątrz budynku spojrzeć na ustawienie anteny. Trochę pogrzebał. Wracając już na progu poczuł swąd spalonego obiadu. Wybiegł na pole i całość wylał świni do koryta. Postanowił zjeść w barze.

Do wsi trzeba iść ponad kwadrans, ale czas się nie dłuży. Tu spojrzy się na ludzi w polu, to znów spotka znajomego i już zaczyna się wieś. Na skrzyżowaniu z główną ulicą jest przystanek i bar. Okazało się, że wyjątkowo pusty, gdyż w telewizji o tej porze zaczęto powtarzać serial z Klossem. Siadł blisko okna i czekając na żurek z kiełbasą błądził wzrokiem po ulicy. Już się ściemniało, gdy kończył drugi kufelek. Pod barem zatrzymał się autokar z pijanymi kibicami, którzy szturmem rzucili się na blaszany szynkwas, żądając wódki i piwa.

Ryki, przekleństwa przemieszane z strzępami boiskowej pieśni zawładnęły ciasnym pomieszczeniem. Nie zwracali na niego uwagi wynosząc butelki do autokaru. Gdy ostatni byli na stopniach ruszającego pojazdu, usłyszał brzęk tłuczonej szyby i ostry ból z tyłu głowy.

- Budzimy się! – dochodziło z daleka.

Czuł dotyk na ramieniu, lekkie potrząsanie. Z trudem starał się otworzyć oczy. Jasność, wirujący obraz pergaminowej bieli i kropla za kroplą z plastikowego pojemnika. W głowie pustka, gdzie jestem? Fala obojętności, powieki opadają, świat się ponownie zapada.

- Proszę otworzyć oczy – usłyszał, jakby bliżej.

Z trudem wykonał polecenie. Najpierw niewyraźnie, potem coraz ostrzej widział twarz pielęgniarki. Czepek wpięty w krótkie włosy. Na twarzy malowało się oczekiwanie.

A jednak to szpital. Dochodził szybko do siebie, chociaż zdarzały się momenty amnezji, zawroty głowy i bóle w miejscu uderzenia. Nikt go nie odwiedzał. Pił szpitalną herbatę, bo nie miał grosza na mineralną ze szpitalnego sklepiku.

Pewnie to był drugi lub trzeci dzień po odzyskaniu przytomności. Wracała rzeczywistość, martwił się o dobytek i zwierzęta zostawione samopas. Zaraz po obchodzie lekarskim, zjawiła się pielęgniarka – ta sama, którą pamiętał po przebudzeniu – przynosząc drobiazgi: sok, wodę, jednorazową maszynkę do golenia, mydło i kapcie. Powiedziała, że rozliczą się później. Nie zdążył podziękować, już jej nie było.

Po południu pierwszy raz wstał z łóżka. W lustrze nad umywalka zobaczył bladą zarośnięta obcą twarz z białym opatrunkiem. Ogolił się i poczłapał przez korytarz do dyżurki. Zastał ją samą, wpatrzona w monitor komputera. Musiał wyglądać nietęgo. Uśmiechnęła się, strofując:

- Powinien pan leżeć! Jeszcze zbyt wcześnie na wstawanie – dodała łagodniej.

Wyczuł serdeczność w jej głosie. Nawet dość zgrabnie podziękował za zakupy i o dziwo zdobył się na prośbę. Ktoś musi nakarmić psa i świnkę, wypuścić krowę z obory. Nie wiedział, jak rozwiązać kłopot. O zwolnieniu z szpitala nie było mowy.

Wyciągnęła do niego rękę.

- Jeśli nie ma pan obaw, że coś zginie to proszę mi dać klucze.

Klucze zostawiał w starym garnku na parapecie. Tak było z dawien dawna, nic nie ginęło, a cóż miało zginąć - stary telewizor, radio „Szarotka” – wiekowe. Pudełka po landrynkach i tak nikt nie znajdzie.

Na drugi dzień miała wolne, mimo to zjawiła się w szpitalu.

- Gospodarstwo obyte – skwitowała krótko, radośnie.

Pacjent został wypisany w stanie ogólnym dobrym. Wskazana kontrola w poradni neurologicznej i zmiana opatrunków. Zwolnienie lekarskie i wreszcie do domu.

Poszedł z papierami do dyżurki, by jakoś umówić się na zwrot pieniędzy i wypadałoby podziękować za opiekę i fatygę, może jakaś kawa, bombonierka?

„Swojej” pielęgniarki nie zastał. Właśnie była po dyżurze i zmęczonym krokiem szła w kierunku czerwonego malucha. Wybiegł za nią przed szpital. Lekko zawirowało mu w głowie. Musiał przystanąć i chwycić się poręczy. Bystre oko pielęgniarki dostrzegło jego postać. Zostawiła torbę i podeszła.

- Proszę siadać, podwiozę pana do domu, drogę znam, to niedaleko.

Pies skakał z radości na ich widok. Dobry pies, dobry. Spięty wszedł do domu. Wstydził się przed gościem za starokawalerski bałagan, który zostawił. Już zaczął się usprawiedliwiać, lecz...

Stół czysty, garnki zmyte, popielniczka pusta!

- Pozwoliłam sobie trochę ogarnąć, ale tak z grubsza. Chyba się pan nie obraził? - spytała.

Czuł do niej sympatię, uczucie od dawna mu obce. Wyrównali rachunki, już miała odejść, gdy niespodziewanie dla samego siebie zapytał:

- Może by pani mnie jeszcze kiedyś odwiedziła?

- Przyjadę jutro, zmienię panu opatrunek. Kupię co trzeba w aptece, a pan niech się z domu nie rusza. Proszę mi mówić Ewa. Tak będzie prościej.

Pokręcił się trochę po podwórzu. Wyciągnął kosę i pościnał chwasty wyrosłe pod płotem. Przy furtce kwitły różowe floksy. Zbierało się na deszcz. Wszedł do domu i nie świecąc światła położył się na kanapie, w swoim wygniecionym dołku. Z rękami założonym pod głową patrzał w sufit. Myśli powędrowały do młodości. Był jedynakiem. Matka - młoda wdowa – pracowała w szwalni. Zakładowy autobus zabierał ją o świcie, wracała późnym popołudniem. Cały dzień był sam. Po szkole, gdy koledzy mieli wolne, grali w piłkę lub gonili po polach, on samotny wracał do odległego domu. Tam już czekały obowiązki.

Pani z biblioteki wybierała mu książki. Pasąc krowy i czekając na późny obiad, czytał Verne’a i Szklarskiego. Pamięta do dziś przygody kapitana Nemo i Tomka. Potem jeszcze zawodówka i dorosłe życie, aż do dziś. Tak – mruknął do siebie – jesteś stary samotny dziad.

Myśli pętlą wróciły do pożegnania z Ewą. Fajna dziewczyna. Pracowita, rozważał po chłopsku, a także taka spokojna, zrównoważona, bez nerwów. Po prostu sympatyczna.

Pewnie ma życie ułożone, boć przecież ma zdrowo po trzydziestce, a poza tym nic jej nie brakuje. Gdzieżby taka chciała na wieś, jeszcze na taki wydmuchów. Może i sam by się nie przyzwyczaił. Baby trzeba słuchać, gadać miłe słówka, robić co każe. Eee, chyba nawet te myśli są daremne.

Ewa przyjeżdżała codziennie. Zmieniała z wielką wprawą opatrunek na dobrze gojącej się ranie, robiła drobne zakupy, aby nie musiał budzić sensacji z zabandażowaną głową.

Wreszcie rana się zagoiła, pozostała niewielka blizna, prawie niewidoczna. Nie było już potrzeby, a Ewa wpadała do niego co pewien czas, dogadzając mu to kawałkiem dobrej wędliny, śledziem po japońsku, czy lepszym gatunkiem herbaty, której by zapewne nigdy nie kupił. Pewnego pogodnego popołudnia została dłużej. Rozmawiali o swoim życiu. Dowiedział się, że jest równie sama, jak on. Jedyny brat mieszkał w Kanadzie i to dzięki jego hojności mogła wyprowadzić się z hotelu pielęgniarek do kawalerki, którą jej kupił za dewizy. Urodziła się na wsi, potem przenieśli się do dużego miasta, gdzie skończyła szkoły.

Wiedzieli o sobie coraz więcej i znajdowali wspólne zainteresowania. Chodzili na grzyby, oglądali filmy na nowym telewizorze, jeździli do centrów handlowych, co było dla niego nowością. Podstępnie wymieniała mu wysłużoną garderobę.

Kiedyś po dłuższym filmie została na noc.

Był już początek października. Wyszli na południowy spacer, by nacieszyć się resztkami słońca. Szli skrajem lasu, potem polami. Dopiero przy niej zauważał czerwone owoce róży, rosę na pajęczynach i białe pnie brzóz. Doszli do nagietkowego pola, ostatniej jego roboty.

Chciał zacząć opowiadanie, ale nagle przyspieszył kroku. W rogu pola pozostał jeden nieskoszony kwiatek.

Zerwał go i z mocno bijącym sercem, szedł patrząc jej w oczy.

Powrót do spisu treści

Dalej