Spotkania Literackie, 2008/2009

 Maria Giłka

…Kiedy samochód znikł za zakrętem,

Julia zrozumiała co Maks miał na myśli mówiąc,

że gaśnie słońce, kiedy ona odchodzi.

Ona też chciała krzyczeć za nim – nie zabieraj mi słońca ze sobą…

 

Wymuszony kamuflaż

 

- Ponad wszystko przedkładam podróżowanie bez bagaży - pomyślał Kamil Garet, wykładając na półkę swój neseser.

Po chwili jednak marszcząc czoło z niezadowolenia, ponownie zdjął go z półki, po czym wyjął z niego gazetę, puszkę soku pomidorowego oraz książkę. Puszkę postawił na blacie stolika, gazetę rzucił na miejsce, które miał zamiar zająć, książkę natomiast wsunął do kieszeni neseseru, po czym umieścił go na półce, tuż nad miejscem, które zajął. A wykładając spostrzegł na półce drugi neseser bardzo podobny do jego własnego. Też granatowy i też podobnej wielkości.

- To widocznie bagaż tej współpasażerki - pomyślał i poczuł się głupio, że odkrywa takie oczywiste fakty - Ale dlaczego bagaż ulokowała nie nad zajmowanym miejscem, tylko naprzeciw? – zastanowił się i sam sobie dał odpowiedź na to pytanie: widocznie chciała go mieć na oku.

Po rozwiązaniu i tego dylematu, szczęśliwy uśmiech zagościł na jego twarzy, ale nie na długo, bowiem raptem przypomniał sobie, że nie pamięta, czy wchodząc powiedział dzień dobry, ale chyba takie rzeczy robi się spontanicznie, pocieszył się. Zresztą co to za różnica, przecież ta zaczytana intelektualistka i tak by na to nie zwróciła uwagi. Nim usiadł zdjął marynarkę, starannie ją powiesił sprawdzając czy portfel z cenną zawartością znajduje się w kieszeni. Następnie poluźnił krawat, odpiął górny guziczek koszuli, rozsiadł się wygodnie, i wziął do ręki gazetę. Powoli przewracając stronice, szukał czegoś frapującego. Na chwilę zatrzymał wzrok na artykule Kwiaty w sypialni. Ale prędko zrezygnował, bo po co mu wiedzieć, że paprotki, aloesy, bluszcze, nadają się do sypialni, bo coś tam usuwają z powietrza. On w sypialni szukał innych doznań. Bardziej by go zainteresowały kwiaty afrodyzjaki. Odłożył więc gazetę, zamknął oczy i powoli zapadł w spokojną drzemkę. Kiedy się obudził spojrzał na zegarek i ze zdziwieniem zobaczył, że spał przeszło godzinę. W czasie jego snu wysiadła współpasażerka i został sam w przedziale. Mógł się więc do woli poprzeciągać i powoli powracać do rzeczywistości. Ale rzeczywistość nie przedstawiała się zbyt ciekawie, jazda stukot i wciąż migające skrawki krajobrazu. Zdecydował się więc na przeglądnięcie gazety. Odwracał jej stronice, ale bez szczególnego zainteresowania. Nagle zauważył nagłówek „Horoskopy”.

- To się może przydać, pomyślał i odszukał swój znak zodiaku - Przed tym jednak napiję się soczku z pomidorków…

Z uwielbieniem spojrzał na puszkę stojącą na podniesionym blacie. Wziął ją do ręki i wypił łyczek, pomruczał z zachwytu nad wybornym smakiem i zaczął zgłębiać przepowiednie astrologa:... Gwiazdy nie będą w tym tygodniu dla ciebie łaskawe. Szczególnie trudnym i stresującym dniem będzie poniedziałek. Co by się nie działo, panuj nad nerwami i negatywnymi emocjami. Dbaj o swój wizerunek.

- Bzdury, podsumował przeczytane proroctwo. Przecież właśnie dzisiaj jest poniedziałek, za osiem godzin będzie wtorek, więc co może mi się tu takiego wydarzyć?

Nie wiedział, nieszczęsny, co mówi i w co ośmielił się wątpić. Bo właśnie w tej sekundzie, poczuł silne uderzenie w rękę, które wytraciło mu trzymaną puszkę w dłoni. Wypadająca puszka gęstym strumieniem zalała mu spodnie.

- Niech to wszyscy diabli wezmą, co za pech! - wykrzyknął.

I wtedy zobaczył, że przyczyną kłopotu była książka, która wypadła z niedopiętej kieszeni nesesera. Kopnął ją z irytacją, po czym w ślad za nią posłał kopnięciem również pusta puszkę po soku pomidorowym. Obficie polane sokiem nogawki zaczęły się kleić do owłosionych nóg, doprowadzając go tym do szaleństwa. Porwał więc z półki neseser oraz marynarkę i w pośpiechu ewakuował się do toalety. Tam z wściekłością próbował wyskoczyć z mokrych nogawek. Ale w tym, wydawałoby się, łatwym zadaniu na przeszkodzie stanęły buty, które przeszkadzały w pozbyciu się spodni. Skakał więc raz na jednej, raz na drugiej nodze. Wiedział, że musi ochłonąć i podejść do sprawy racjonalnie. Ale przecież ten, z bożej łaski, prorok, przepowiedział, że co by się nie działo - musi zachować spokój. Usiadł więc na muszli klozetowej i zaczął liczyć do dziesięciu, powoli wciągając wywrócone na drugą stronę nogawki, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie, kiedy przesiąknięta na wylot materia dotykała jego łydek. Wreszcie osiągnął cel wyswobadzając buty z nogawek. Teraz należało tylko pozbyć się ich z nóg, zdjąć spodnie i sprać z nich plamy pomidorowe.

Z zapałem przystąpił do działania, a ciepła i zimna woda w kranie ułatwiały zadanie. Spłukując sok z nogawki myślał, na cholerę ubierałem ten beżowy garnitur, ale przecież mamusia zawsze mi mówiła, ubieraj się synku stosownie do okoliczności, i tak robiłem, przecież beżowy kolor i cienka struktura materiału mieściły się w kanonach ciepłego słonecznego lata. Ale jakbym miał na sobie czarne spodnie, rozważał dalej temat, to zwyczajnie wytarłbym je tą gazetą z horoskopami i po kłopocie. Najwyżej byłyby trochę sztywne po wyschnięciu. A tak przyglądnął się z uwagą swoim spodniom, i stwierdził, że zrobiły się dwukolorowe, gdzieniegdzie zachował się jasny beż, reszta zaś stała się jasnym brązem. Ale jak wyschną... będzie dobrze, pomyślał.

Wywiesił je więc w oknie, licząc na to, że łaskawe słońce osuszy je swymi promieniami. Ale niestety pociąg jechał niekorzystnie dla suszących się spodni, bowiem słońce już dawno minęło zenit i teraz chyliło się powoli ku zachodowi. Więc tylko jazda w kierunku południowym obdarowywałaby suszące się spodnie bogactwem gorących promieni, biegu pociągu nie zmienię, pomyślał. Ale przecież nic mi się nie stanie jak będę je trzymał za oknem. Pęd pociągu zadziała jak letni wiatr, który suszy ludziom pełne sznury bielizny. Rzeczywiście, pomysł nie był głupi, trzymane oburącz w pasie spodnie wesoło łopotały nogawkami, nadymając się to znowu płaszcząc przy zmianie prędkości jazdy.

Tylko stanie w tym jednym miejscu okazała się dość nudne, więc właściciel suszących się spodni oddał się rozmyślaniom nad swoim życiem, które oceniał jako udane. Robił to co sprawiało mu ogromną satysfakcję, choć wiązało się z dużą odpowiedzialnością, bo przecież dziennikarstwo polityczne to poważne wyzwanie, ale radził sobie w tym fachu dobrze, choć ojciec nieraz z niego kpił: ta twoja praca, chłopcze, to stałe uzależnienie od niusów…

Tymczasem pociąg dojeżdżał do zakrętu odsłaniając widok na pobliski wiadukt, pod którym równo biegły szyny kolejowe. Zapatrzony w pomarańczową kulę zachodzącego słońca, poczuł nagle silne szarpnięcie, które wydarło mu trzymane spodnie z rąk. Osłupiał z wrażenia, widząc je pozostające w tyle, zawieszone na krzakach rosnącego przy wiadukcie głogu. W pierwszym odruchu chciał za nimi wyskoczyć, ale w porę się opamiętał, bo po co nieżywemu spodnie. Zrezygnowany usiadł ponownie na muszli klozetowej, przeklinając zarówno parszywy los, jak i przepowiadaczy - astrologów, proroków, którzy w końcu zawsze coś wykraczą. A przecież ten w mordę jeża prorok przepowiedział mu dokładnie: dbaj o swój wizerunek.

Przyjrzał się więc sobie krytycznie, ale w części od pasa w górę nie znalazł żadnych usterek. Prezentował się nader korzystnie, z fryzurą wymodelowaną przez znakomitego fryzjera, w koszuli kupionej w domu mody we Florencji, w marynarce szytej na miarę. Po chwili spojrzał na tę drugą część ciała przynależną do niego. To co zobaczył wstrząsnęło nim: białe gatki i do tego kontrastujące z żywym bordem skarpet, dwie nogi koloru pietruszki. Okropność, zakrzyknął, jak ja się pokażę ludziom. Przecież mnie wyśmieją, zaaresztują, a potem pokażą w mediach. Gdybym miał na sobie takie białe kretonowe spodenko-gatki jakie się teraz nosi, choćby w kolorowe papugi, mógłbym rezygnując z koszuli, krawata i marynarki, a wkładając t-shirt, zgrywać się na plażowicza, przecież jest środek lata, a tak co mam robić? Powiesić się podpowiedziało zgnębione ego. Ale dziennikarz wisielec w białych gatkach, też byłby filmowany. To wszystko wina mojej mamy, to ona od dzieciństwa wmawiała mi, Kamilku włóż białe kalesonki, a ja durny byłem posłuszny maminej maksymie, że biała bawełniana bielizna jest najzdrowsza, no to mam co chciałem.

Nagłe naciśnięcie klamki przypomniało mu, że to pomieszczenie przynależne jest ogółowi pasażerów, więc w popłochu rzucił się na neseser w nadziei, że znajdzie w nim jakieś wybawienie, ale to co zobaczył po otwarciu zaskoczyło go. To nie był jego neseser, jego musiała zabrać przez pomyłkę współpasażerka - intelektualistka, pochłonięta sobą, tak ją przecież ocenił wsiadając do przedziału.

- To już koniec ze mną, co ja mam robić bez portek, usiadł zrezygnowany ponownie na desce sedesowej i zastanawiał się co dalej. Mam dwie skarpety, jeden krawat, marynarkę, koszulę, parę butów i cudzy neseser, to stanowczo za mało, żeby w biały dzień, wysiadać na stacji kolejowej, muszę mieć coś do ubrania na tyłek. Rzucił się więc z nadzieją na bagaż zamyślonej damuli szukając jakichś spodni choćby od dresu, czy choćby krótkich spodenek. Przewrócił całą zawartość, aż do spodu i nie znalazł niczego co by mogło posłużyć za spodnie. Był jakiś szlafrok w kwiaty, bielizna osobista w różnych kolorach, jedwabne kiecki w woreczku, peruka w kolorze blond, kosmetyki, dwie apaszki, i tyle.

No to po ptokach, pomyślał sobie zapożyczając to powiedzenie do swojego ojca, który w ten sposób obwieszczał jakiś swój osobisty koniec świata. Kamil, który w życiu zawodowym zwalczał z powodzeniem wszelkie przeciwności, teraz popadł w czarną rozpacz. Dziennikarz, po chwili dodał, popularny dziennikarz, bez portek, w letni słoneczny dzień, O! Nie! Tylko nie to. Muszę coś zrobić, żeby uratować twarz, przecież to byłby koniec mojej dziennikarskiej kariery, gdyby mnie ktoś nakrył w tych głupowatych tarapatach. Tylko jakiś kamuflaż może mnie wybawić z opresji.

Jeszcze raz rzucił się do opatrznościowego nesesera i zaczął z zainteresowaniem oglądać kiecki. Trzecia, którą wyciągnął okazała się spódnicą, długą do samej ziemi w ładny kwiatowy wzór. To może mnie uratować i w wielkim pośpiechu ubrał ją na siebie. I już poczuł się znacznie lepiej, bo gdyby nawet zaalarmowany przez jakiegoś pasażera konduktor nagle wtargnął do okupowanego przez niego tego szczególnego pomieszczenia, to nie zastałby go w gatkach, ale przyzwoitej spódnicy.

No tak! Też mi przyzwoitość, mężczyzna w spódnicy, z ciemnym zarostem na gębie, w koszuli i krawacie, z bagażem pełnym damskich ciuchów. To nie wyglądało przyzwoicie, to wyglądało wręcz kryminalnie. Spódnica dawała mu już to minimum pewności siebie, niwelowała wstyd, ale przecież nadal mógł być rozpoznany w tej wielce kompromitującej go sytuacji. Więc dalszy kamuflaż jest konieczny. Zaczął ponownie grzebać w neseserze, aż wreszcie znalazł bluzkę, nie za bardzo wydekoltowaną, z długim rękawem w ciemnozielonym kolorze. To coś mi się nada, pomyślał. I zaraz pozbył się krawata i koszuli, upychając je razem z ciuchami paniusi i przywdział wyszukaną bluzkę.

Był zadowolony z siebie. Mógł uchodzić za damę, gdyby nie ta czysto męska facjata. No cóż, ogolić się nie mam czym. Przydałby się jakiś maskujący puder. Więc rzucił się zaraz na kosmetyczkę i tu znalazł wszystko, co eleganckiej kobiecie było potrzebne do makijażu. Przystąpił więc zaraz z wielkim zapałem, do zmiany całkowitej swego wizerunku, zachowując przy tym kolejność rzeczy podpatrzoną u swojej eks-partnerki Wioli. Najpierw podkład z fluidu, potem korektor, którym zamaskował miejsca nad górną wargą oraz brodę, gdzie zarost był szczególnie widoczny. Potem cienie na powieki, pociągnięcie tuszem rzęs i gotowe.

Spojrzał w lustro i sam był zaskoczony rezultatem, no bomba jednym słowem pomyślał i przyłapał się ku wielkiemu swemu zaskoczeniu, że robi głupkowate miny zalotnie mrużąc oczy. Zaklął więc szpetnie, że dał się tak łatwo ponieść wymuszonej rzeczywistości, co gorsza, w rzeczywistość tę zbyt się natrętnie wcielał. Więc przeglądnął resztę kosmetyków, wykorzystując jeszcze pomadkę do ust oraz perfumy marki Masumi. W samą porę ukończył te makijażowi zabiegi, bo ktoś próbował znowu dostać się do ubikacji, którą on okupował już przeszło godzinę. Prędko więc wrzucił kosmetyczkę do środka, zasunął błyskawiczny zamek nesesera i podnosząc go pomyślał, no to jestem gotów zmierzyć się z losem, po czym wyszedł energicznie w tym swoim nowym wcieleniu na korytarz.

Aby dać sobie szansę na oswojenie się z nową sytuacją, stanął przy oknie, ale kiedy spojrzał na swoje odbicie w szybie, aż podskoczył. Z pośpiechu zapomniał całkiem o blond peruce, którą przecież zamierzał sobie pożyczyć. Prędko więc przykucnął i w pośpiechu wyciągnął z nesesera swoje nowe uczesanie, nałożył na głowę i ponownie spojrzał w okno. To co zobaczył w pełni go usatysfakcjonowało... W porządku, pomyślał, i znowu się przyłapał na tym, że kokieteryjnym ruchem głowy, poprawia opadający kosmyk włosów. Chyba mi odbiło, upomniał się. Ale w tej samej chwili usłyszał z ust jednego z przechodzących młodych mężczyzn epitet czy komplement, nie był już pewny, co to jest:

- Ale prymula, co?

Więc skwitował to tak po męsku:

- No cóż, piękny tulipanie.

I dalej patrzył na uciekający mu przed oczami krajobraz myśląc, co za kara boska na mnie spadła i za co to. Czy to ten astrolog-przepowiadacz wszystkiemu winien? Nagle z tego zamyślenia, wyrwał go czyjś głos z zapytaniem, czy uwagą, nie zrozumiał bo usłyszał tylko:

- Ładne lato...

Więc odpowiedział, a raczej wymruczał:

- Yychy...

I drugie pytanie, czy piękna blondyna daleko jedzie. Więc znowu mruknął:

- Yychy…

Ale kiedy usłyszał, że taka znajomość zawarta w pociągu może się okazać bardzo obiecującą, postanowił udawać, że nie rozumie po polsku. Więc powiedział:

- I don’t understand, podnosząc przy tym tembr swego głosu o całą oktawę.

Wtedy poczuł poufałe klepnięcie w tyłek i w jednej chwili wszystko się w nim zagotowało. Gdzieś ulotniła się nabywana latami, zresztą jego zdaniem dość obłudna, ogłada towarzyska. A przeważyła odziedziczona po przodkach skłonność do mówienia prawdy, tego, co się czuje, co się myśli, więc już się nie powstrzymał i wykrzyczał:

- Jakbyk cie wzion teroz i strugnął - i prędko dodał - nęła w kufę, tobyś se wiedział, ty zasrany zalecacu. Ty sie klep po swojej rzyci... a zreflektowawszy się, że mogą to słyszeć pasażerowie w separatce obok, dokończył już po pańsku...-- co za dzikie obyczaje zapanowały teraz. Kobieta stale narażona jest na jakieś zaczepki, ze strony perfidnych podrywaczy!

Po czym podniósł neseser, i drobnymi kroczkami, zapożyczonymi od modelek prezentujących stroje na wybiegu, przeszedł na drugi koniec wagonu po drodze szepcząc sobie na pocieszenie:

- Ja wysiadam... ja zaraz wysiadam na najbliższej stacji.

Nie minął nawet kwadrans i już dojeżdżali do jakiejś stacji. Kamil był trochę zdenerwowany tą nową rolą, w jakiej przyszło mu występować. Więc z obawą przyglądał się peronom i budynkowi stacji, które nie wyglądały imponująco. To jakieś małe miasteczko, pomyślał. Ale co mi tam, ja potrzebuję tylko taksówkę i jakiś city market. A to tu znajdę, o ile przestanie mnie prześladować pech. Z pociągu wysiadł on i jakiś jeszcze kolejarz. Tymczasem, jak zdążył zauważyć, przy wejściu na perony rozgrywał się jakiś ichni spektakl. Ludowa kapela i grupka wystrojonych obywateli, żywo o czymś dyskutowała. Usłyszał tylko pytanie:

- Co, grać?

I drugi głos:

- Nie, to baba, a miał być chłop.

Kiedy Kamil zrobił dwa kroki w stronę wyjścia, jakiś mężczyzna odświętnie ubrany, jakby się wybierał na spotkanie z biskupem podszedł do niego i zapytał:

- Ona przyjechała z Warszawy?

- Jaka ona? - tak dla porządku zapytał Kamil.

- No ona - ze wskazaniem na niego.

Więc przytaknął.

- Ona jest dziennikarką? - padło drugie pytanie.

- Ona jest dziennikarz - padła zgodnie z prawdą odpowiedź.

- Kapela grać! - wykrzyknął ten przepytujący.

I zaraz wyciągnął grabę do powitania. Potem były kwiaty, oraz potrząsywanie dłoni przez innych witających. Kamil był tym nowym zajściem wkurzony na maksa.

- To już przechodzi ludzkie pojęcie co jeszcze może mnie spotkać.

I jak zawsze w chwilach szczególnych zaczął powtarzać swoją mantrę Similia Similibus, z której zawsze czerpał spokój i mądrość. Kiedy już zdołał dojść do słowa powiedział:

- Dziękuję za miłe powitanie, ale teraz muszę państwa na chwilę pożegnać, gdyż pragnę się odświeżyć i przebrać. Czy mogę prosić o przywołanie mi taksówki?

Ktoś tam chciał go podrzucić, ale on stanowczo upierał się przy taksówce. Bo to ona w tej chwili stanowiła dla niego gwarancję wyjścia z opresji. Kiedy już siedział w taksówce, uśmiechnął się radośnie do taksówkarza i zadysponował:

- Proszę do najbliższego city marketu, a potem do Krakowa. Płacę podwójny kurs, czyli do Krakowa i z powrotem do... jak się nazywa ta miejscowość? - zapytał.

- Od wczoraj „Gosiewo" - odpowiedział taksówkarz.

- Gosiewo, Gosiewo powtarzał zamyślony Kamil - Brzmi mi to jakoś dziwnie znajomo.

- To, panie, od nazwiska posła tej ziemi. Taki gest na jego cześć.

A widząc głupkowatą minę pasażera, dodał:

- Co pan zrobisz, uchwalili, przegłosowali... liczą na to, że może w rewanżu tędy puści jaki ekspres. I tak od wczoraj, jak pan widział, świętują. I co pan zrobisz, nic pan nie zrobisz.

Zamyślił się nad zawiłościami życia. Przecież nigdy się nie wie rano, co cię może spotkać za dnia…I jako swoiste memento, przypomniał sobie swoje dyndające tuż za wiaduktem na krzaku głogu spodnie od beżowego garnituru.

Powrót do spisu treści

Dalej