Spotkania Literackie, 2008/2009
Maria Giłka
…Kiedy samochód znikł za zakrętem,
Julia zrozumiała co Maks miał na myśli mówiąc,
że gaśnie słońce, kiedy ona odchodzi.
Ona też chciała krzyczeć za nim – nie zabieraj mi słońca ze sobą…
Nie
zawsze do pary
- Nie! Wykluczone! Nie zrobię tego! Chyba ci odbiło, mam podejść do trzech obcych osób i powiedzieć im jak gdyby nigdy nic, że jestem głupia? – no, nie zrobię tego - oznajmiła zdecydowanym głosem Julia.
- Dałaś słowo! - powiedziała Beta.
- Dałam, ale litości!
- O, nie! Zakład był uczciwy. Twoi faworyci przegrali trzema bramkami, więc musisz płacić za swoje bezpodstawne uwielbienie. Gdyby wygrali to ja musiałabym postronnym osobom oznajmiać, że jestem głupia.
- To śmieszne - to bez sensu nawet. Mam dwadzieścia pięć lat i nie mogę, ot tak, wykrzykiwać, że jestem głupia, zwolnij mnie z tego zakładu - prosiła Julia.
- Nie! Zakład to zakład, a ryzyko ma swoją cenę – Beta była nieustępliwa - Ruszaj i zaczynaj. O, powiedz to tej starszej pani, która idzie w naszą stronę.
- Jesteś okropna! - skwitowała Julia i podchodząc do nieznajomej pomyślała, co mi tam, jak grać to grać, idę na całość i pełnym egzaltacji głosem oznajmiła starszej pani - Jestem głupia.
- A czy my się znamy? - zapytała starsza pani.
- Ależ nie, proszę pani - odpowiedziała Julia.
- Więc to jest jakiś żart, a pani pewno z „Ukrytej kamery”...
- No właśnie! Ale heca, no nie?
Julia rzuciła wściekłe spojrzenie w stronę Bety, ale widząc, że jest zdarzeniem szczególnie ubawiona, postanowiła nie dawać więcej satysfakcji przyjaciółce i rzeczowo zapytała:
- No i co dalej?
- Dalej będzie dalej, chodźmy - powiedziała Beta.
I znowu znalazły się na terenie ośrodka spa, w którym to od wtorku przebywała Julia. Ośrodek nowoczesnością zachwycał, a przy pomocy wszędobylskich reklam tłumaczył, że pobyt wprawdzie kosztuje, ale warto, bo zdrowie to podstawa. Więc Julia na chwilę przystanęła, aby zgłębić sens reklamy, wychwalającej zalety wody, która łagodzi podrażnienia, wzmacnia naturalne mechanizmy obronne skóry, stymuluje regenerację komórek, czytała, a wszystko dlatego bo to prawdziwa woda zdrowia. Pochodzi ze skał magmowych, skąd czerpie rzadkie minerały. Same komunały, pomyślała Julia, to tak jak gdyby Eskimos reklamował lód, że jest zimny śliski i przeźroczysty.
W tym samym czasie Beta rozglądała się za kimś, komu Julia mogłaby oznajmić, że jest głupia. Oczywiście przede wszystkim miała na względzie dobrą zabawę. Więc wnikliwie szukała obiektu, przed którym Julia mogłaby z aktorskim kunsztem wygłosić głupawą sentencję. Wreszcie uwagę Bety zwrócił mężczyzna, który wyróżniał się spośród stojących wzrostem, nie wiadomo tylko, czy wydawało się tak tylko dlatego, że stał w otoczeniu dzieci, które wsiadały do autokaru. Jedno tylko nie ulegało wątpliwości - musiał być stałym bywalcem Ośrodka, o czym świadczyła jego klubowa marynarka oraz pewność siebie. Ale nie tylko z tego powodu wybrała go Beta, za poszukiwany obiekt, bo o tym zadecydował jego wygląd: śniada karnacja, ciemne włosy, czarne brwi, opalone policzki, kwadratowa broda z niewyraźnym dołeczkiem pośrodku. To bardzo atrakcyjny mężczyzna, pomyślała Beta, takiego warto poznać, więc do dzieła, ślicznotko. I zaraz pokazując Julii mężczyznę, powiedziała:
- To twój drugi obiekt, wykaż się inwencją.
- Jesteś okropna, jak ja z tobą dotąd wytrzymywałam - narzekała Julia.
Była zła, ale nie tylko na Betę, ale również na tych graczy z bożej łaski, którym kibicowała, ale chciała mieć to już za sobą, więc podbiegła do wyznaczonego mężczyzny i z widoczną kokieterią wyznała:
- Jestem głupia.
- Co ja słyszę, to zupełnie coś nowego - odpowiedział nieznajomy - czy teraz podrywa się na głupotę?
- Ja wcale pana nie podrywam. Od tego trzeba zacząć - powiedziała Julia.
-To co się może kryć za tym wyznaniem? - powiedział nieznajomy. - Nie wygląda pani na głupią, a zresztą przy takiej urodzie, drobne niedorozwinięcie nie stanowi jakiegoś wielkiego mankamentu.
- Dziękuję za komplement, ale nie rozmawiam z nieznajomymi.
- Nie rozmawia pani z nieznajomymi, a przecież to pani mnie zaczepiła.
- Tak, dla ścisłości, to nie zaczepiłam, a tylko odezwałam się do pana, a to duża różnica. A pan nie musiał podjąć dialogu.
- Och! Jak to dumnie zabrzmiało - dialog. A ja myślałem, że zwyczajnie odezwałem się do miłej, trochę postrzelonej dziewczyny.
- O jejku… - powiedziała Julia i w zamyśleniu skręcała na palcu krótki loczek, opadający jej na czoło - Coś panu powiem w zaufaniu. Moja przyjaciółka Beta ustawicznie wrabia mnie w idiotyczne zakłady, ciągle słyszę - no to załóż się. I tak było dwa dni temu, założyłam się, że nasi tzn. drużyna piłki ręcznej, wygrają z Niemcami. A te patałachy, przepuścili trzy bramki i teraz muszę trzy razy ogłaszać publicznie swoją głupotę. Pan jest tym drugim, został mi tylko jeszcze jeden raz. Więc chcę to już mieć za sobą - idę. O! widzi pan z jaką szczęśliwą miną, czeka na mnie ta prowokatorka? Zatłukę ją, jak tylko wywiążę się z tego durnego zakładu. Albo może lepiej zrobię to wcześniej.
Przerwała bo nagle uświadomiła sobie, że oto patrzy w najbardziej błękitne oczy świata, ocienione długimi rzęsami, z których sypały się iskierki rozbawienia.
- Mam tego dość.
Ledwo to powiedziała, już usłyszała głos swojej przyjaciółki.
- Co, nie możesz się odkleić? Pomogę ci.
- No! No! No! - przemówił nieznajomy - Może mnie pani przedstawi swojej przyjaciółce.
- Już się robi. Pozwól, że ci przedstawię, pan Iksiński, moja przyjaciółka prowokatorka. Zadowolony? - spytała Julia nieznajomego.
- Och, przepraszam. Rzeczywiście, przecież my się też nie znamy. Pozwolą panie, że się przedstawię. Maksym Wolski jestem, z zawodu dziennikarz, czasami korespondent wojenny, chwilowo na urlopie.
- Ona jest Julia, a ja jestem Beata, dla przyjaciół Beta.
- A nazwiska nie są ważne, i tak się więcej nie zobaczymy - dopowiedziała Julia - bo to co miałam powiedzieć panu, to już powiedziałam.
- Ale wcale tak nie musi być, przecież możemy gdzieś iść na kawę, wtedy poznamy się lepiej.
- Ale mnie świruje w głowie coś innego, wreszcie chcę zaspokoić żądanie tej prowokatorki - powiedziała Julia.
- No to chodźmy je zaspakajać wspólnie - odezwał się Maks.
- Przenigdy, już przed panem, panie Wolski, odegrałam rolę słodkiej idiotki.
- Ten zwrot panie Wolski zabrzmiał jakby Pani przemawiała do mojego ojca, proszę mi mówić Maks.
- I czeka pan, żebym teraz ja powiedziała „mów mi Julio”?
- Nie tylko czekam, ale usilnie proszę... Mogę mówić „Julio”?
- No dobra - po namyśle odpowiedziała Julia - a do niej proszę mówić Beta. I tak się nigdy nie zobaczymy, to co mi tam.
- Nigdy to znaczy bardzo długo, a ja tego nie chcę, spotkajmy się jutro.
- Jutro to znaczy bardzo krótko, a ja tego nie oczekuję - odpowiedziała Julia.
- Więc ci się przyśnię w nocy, co ty na to? Albo daj mi numer twojej komórki, to zadzwonię - powiedział Maks.
- Poproś elfy, może ci dadzą, skoro masz takie dobre układy w świecie snu i duszków, zażartowała Julia.
Przekomarzanie to przerwała Beta, która w międzyczasie wypatrzyła już trzeci obiekt. Tym razem był to ktoś w mundurze policyjnym. I popychając Julię powiedziała:
- To już trzeci, nie załamuj się, będzie wesoło.
- Ze mną wesołkiem w roli głównej - narzekała Julia.
Atrakcyjne dziewczyny, nie da się ukryć, ocenił je Maks. Jedna wysoka smukła, z fryzurą afro, która doskonale podkreśla jej wystające kości policzkowe i piękną oprawę oczu, druga drobna bardzo zgrabna z dużymi zielonymi oczami i miękkimi kasztanowymi oczami, na dodatek kształtny nosek i ten zniewalający uśmiech. Ja ponad wszelką wątpliwość wybieram tę drugą, zdecydował Maks i spoglądając za odchodzącymi poczuł jakby nagle słońce zaszło i zrobiło się zimno i szaro. Co za dziewczyna, pomyślał, czarująca autentyczna, niewiarygodnie prostolinijna, z poczuciem humoru. Skąd się biorą takie dziewczyny? On takiej dotąd nie spotkał. Wystarczyło, że jacyś tam gracze przepuścili trzy gole, a ona już urządza przedstawienie, aby uraczyć wesołością przyjaciółkę i samej przy tym dobrze się bawić. Muszę ją odnaleźć jutro. Takiej dziewczyny się, ot tak, nie odpuszcza.
W ten sam dzień późnym wieczorem, siedząc na kanapie w pokoju nr 213 myślała, że to głupie, ale chyba naprawdę jest sentymentalna, bo czuła się jakoś dziwnie zniewolona spojrzeniem tych błękitnych męskich oczu, które patrzyły na nią z ciekawością i życzliwością, czuła, że pod wpływem ich uroku byłaby w stanie zdradzić wszystkie swoje tajemnice, a nawet zasady. Czytała w powieściach o miłości od pierwszego wejrzenia, ale zawsze uważała, że to tylko fikcja literacka. Dotąd myślała, że to coś dla marzycieli, więc to nie był właściwy temat do rozmyślań dla tak rzeczowej osoby, jaką się czuła. Więc co ja tu jeszcze robię?
Czy potrzebny mi jakikolwiek zamęt, który mógłby wkraść się w moje uporządkowane życie? Wyjeżdżam - zadecydowała natychmiast - Jeszcze dzisiaj spakuję się, zniosę walizkę do samochodu, rankiem ruszę przed siebie w stronę wschodzącego słońca. Jeszcze tylko telefon do Bety i gitara, tak to się chyba teraz mówi.
Już po trzech sygnałach Beta odebrała telefon.
- Chciałam ci zakomunikować, że rano wyjeżdżam, odezwała się Julia.
- A miałaś wyjeżdżać dopiero po południu, jak zwykle w gorącej wodzie kąpana. Czy wcześniejszy wyjazd ma może związek z tym przystojniakiem, którego emablowałaś parę godzin temu? - zapytała Beta.
- Chyba zgłupiałaś, w żadnym wypadku, ale że przystojny to fakt i te oczy… - rozmarzyła się Julia.
- Skąd mam wiedzieć, jakie on miał oczy, nie widziałam ich z bliska…
- Czysty szafir, mówię ci.
- Więc podsumowując: duży, silny, sympatyczny z niebieskimi oczami. Tak? - zapytała Beta.
- Och! Aż trudno uwierzyć - westchnęła Julia.
- Założysz się, że to były kolorowe szkła kontaktowe?
- Znowu zaczynasz, Beta, ja już nigdy o nic się z tobą nie założę.
- A nie chciałabyś się dowiedzieć, jak on się nazywa, jakie ma hobby, co gdzie robi?
- Nie, wyjeżdżam. Muszę ukoić zszarpane nerwy.
- Więc pozostawiasz mi carte blanche na uwiedzenie tego niebieskookiego? Bo wiesz, takich mężczyzn się podrywa natychmiast, jak się ma swoje pięć minut, a ty je, Julio, masz.
To prawda, pomyślała Julia, chyba zdarzyło mi się w życiu mylić niepewność uczuć z miłością i być może właśnie mylę się i teraz.. Ale zdecydowanym głosem odezwała się do Bety:
No to żegnaj i do miłego zobaczenia. No i oczywiście życzę ci wzajemności w podrywaniu.
Julia odłożyła słuchawkę i zadumała się: a może właśnie mylę się myśląc w ten sposób, czy wyjeżdżając, może powinnam dać sobie szansę, bo dlaczego stale o nim myślę? A tego akurat czy się zakochałam, czy nie, nie musi się wiedzieć od zaraz, wystarczy potem, byle wiedzieć to na sto procent. Jednak nie miała zamiaru tego sprawdzać osobiście i już równo ze wschodem słońca rozpoczęła swoją podróż. Jeszcze do końca drogi pozostała jej jakaś godzina jazdy, umówiła się wprawdzie z rodzicami, że będzie dopiero jutro, ale to przecież nie miało znaczenia, że powita ich jeszcze dzisiaj, opuszczona do połowy szyba w samochodzie zapewniała jej ożywczy dopływ świeżego powietrza, oraz zapach skoszonej trawy, więc Julia czuła się szczęśliwa i w tym miłym nastroju zaczęła wspominać jak to wiele lat temu jadąc z ojcem samochodem, też mniej więcej o takiej porze roku, zapytała go czy ta namalowana środkiem jezdni biała krecha ciągnie się aż do końca świata, na co ojciec krótko odpowiedział:
- Nie, bo ziemia jest okrągła.
- No to co?
- Okrągła nie ma końca.
- To gdzie jest koniec tego świata?
Ale ojciec niewiele jej tłumaczył, bo uważał, że do wszystkiego trzeba dorosnąć, kochała go za to, że pozwalał jej długo pozostać dzieckiem. Teraz z radością myślała o spotkaniu z nim i z mamą, oraz cieszyła się na tydzień wspólnego pobytu z nimi.
W domu jak zwykle czekał na nią sernik, oraz mnóstwo czułości i miłych słów. Zaraz też dowiedziała się, że jutro z samego rana jadą do babci na imieniny, i wrócą dopiero pojutrze. Julia, która darzyła babcię szczególną estymą nie protestowała na z góry narzucony jej program pobytu. Wrócili w czwartek koło południa, trochę zmęczeni, ale szczęśliwi na tyle, aby to poczucie szczęśliwości rozciągnąć na wszystkich domowników i na wiele godzin, więc Julia jeszcze postanowiła zabrać psa na daleki spacer brzegiem jeziora aż do lasku, przez tutejszych wanego Choiną. Tam krótki odpoczynek, aportowanie przyniesionego przez Teisona patyka i powrót oczywiście jak zawsze z uwzględnieniem zwyczaju pokonywania ostatniego odcinka drogi biegiem na wyścigi, kto pierwszy dopadnie furtki. Jak nietrudno się domyślić zawsze zwycięstwo należało do psa, który swój sukces ogłaszał niemożliwym ujadaniem.
Kiedy więc wpadli do kuchni zdyszani, ale szczęśliwi, zarówno pies jak i dziewczyna, usłyszeli:
- Jesteśmy w jadalni, mamy gościa, córeczko, był to głos mamy - więc Julia swobodnie odpowiedziała, że nie będzie im przeszkadzać i pójdzie poczytać, ale ojciec wyraźnie zaprotestował - chodź się chociaż przywitać.
- Dobrze - odkrzyknęła Julia - Tylko umyję ręce.
Kiedy po kilku minutach weszła do pokoju ze słowami dzień dobry na ustach zza stołu podniósł się mężczyzna na widok którego na moment przestała widzieć, słyszeć, a kiedy się ocknęła z szoku ojciec kończył prezentację gościa słowami:
... poznaliśmy się w Afganistanie - a potem usłyszała - pan pozwoli - moja córka Julia.
Więc wyciągnęła rękę w geście powitania, i wyraźnie speszona spojrzała w twarz podającego jej rękę mężczyzny. Ale mina jaką zobaczyła, wskazywała na to, że i on zbaraniał ze zdumienia. Dobrze ci tak - cieszyła się Julia. Myślałeś sobie o mnie, że jestem głupią podrywaczką, a tu masz, okazuje się, że jestem najprawdziwszą córką generała. I tu Julia z przyjemnością oblekła się w splendor ojcowskiego blasku, z którego wyrwały ją dopiero słowa matki:
- Julio, wyobraź sobie, że nasz gość był jednym z tych pasażerów, którzy przeżyli lądowanie na Hudson River.
- O! To naprawdę coś nadzwyczajnego – powiedziała Julia, zajmując miejsce za stołem - To chyba pierwszy w historii lotnictwa cywilnego taki przypadek, aby tak duży samolot wodował bez uszkodzenia konstrukcji kadłuba i bez strat w ludziach?
- To prawda - potwierdził Maks - ale to niezaprzeczalna zasługa jednego człowieka, o takich w Ameryce mówi się born to fly. Więc jak już mówiłem państwu, siedziałem po lewej stronie, przy oknie, i na wysokości skrzydła, więc i wmontowanego pod nim silnika. Nagle poczułem jakby uderzenie, wyjrzałem przez okno i zobaczyłem wybuchające z silnika płomienie i dym. Przecież dopiero wystartowaliśmy, wysuwałem jakieś dziwne pretensje, ale byliśmy już na znacznej wysokości, daleko od lotniska, no to już koniec, pomyślałem. Jesteśmy nad Bronxem, no i tu skończymy życie, w ogniu, w dymie. Zbiorniki pełne paliwa, więc może zginiemy przy wybuchu, który musi nastąpić po zderzeniu z ziemią czy z budynkami, może będziemy mieć szczęście nie przeżyć wybuchu, wtedy przynajmniej nie będziemy umierać powoli w cierpieniach. Dobrze, że wszystko działo się tak prędko i nie zdążyliśmy ulec panice. Gdy poczułem, że kapitan bierze skręt w lewo w kierunku Manhattanu, wstąpiła we mnie nadzieja, bo pomyślałem sobie, że może będzie próbował lądować na rzece Hudson. I wtedy usłyszeliśmy głos kapitana:
- Proszę się przygotować na awaryjne lądowanie i wstrząs, pochylić się i objąć głowę rękami. Ktoś zaczął się głośno modlić, inni do tej modlitwy się przyłączyli chwytając się za ręce dodawali sobie wzajemnie otuchy. I wtedy odczułem, proszę mi wierzyć mimo całego zagrożenia, a może właśnie dlatego jedność z tym obcym i obojętnym mi gronem ludzi... przecież już wtedy wszyscy zrozumieliśmy, że to nasz koniec. Nawet nie poczułem tego momentu uderzenia o wodę, a potem sunęliśmy po rzece jak po lodzie. Ale na szczęście podwieszone pod skrzydłami silniki zaczęły wyhamowywać energię. Stale jeszcze żyliśmy, aż wreszcie samolot się zatrzymał. Wtedy uwierzyłem, że Bóg podarował nam nowe życie.
Tę wielce wymowną ciszą, jaka zapanowała przy stole po słowach Maksa: Bóg podarował nam nowe życie, przerwała pani domu, proponując brendy, jako skuteczny środek na poprawę refleksyjnego nastroju.
- Ja podam Joasiu, siedź - powiedział ojciec Julii wstając, na co matka Julii oświadczyła, że ona przyniesie solone migdałki do brendy. Kiedy przy stole Maks został sam z Julią, zwrócił się do niej z wymówką:
- To powróciliśmy ponownie do zwrotu Panie Wolski, bo przecież swoim milczeniem wyparłaś się znajomości ze mną.
- A co miałam zrobić, rzucić ci się na szyję i powiedzieć, my się już znamy mamo, tato - odparowała Julia - Mogłam jeszcze wyjaśnić, że właśnie jemu musiałam wyznać, że jestem głupia, ale nie martw się mamusiu bo Bety wybrała mi najprzystojniejszego z tych jacy się trafiali. A do tatusia może miałam zakrzyknąć, tato nie miej takiej miny to była tylko taka zabawa w intrygę, i tu Julia wzdychając oznajmiła... jak ja się nauczyłam łgać przy tej Becie i przy panu, panie Wolski, to okropne. Moja mama bardzo by się zmartwiła, gdybym nie przestrzegała konwenansów, bo przez całe życie mówiła mi: damie to nie wypada, damie to nie przystoi. A mój tato generał dotąd żył w złudzeniu, że wychował córkę na medal, więc jak mogę im te złudzenia odbierać, wolałabym się raczej utopić.
- Tylko nie to! - zakrzyknął Maksym, i spojrzał na nią z niepokojem, który zmieniał się w ciepły tkliwy uśmiech.
Nie mówił nic po prostu patrzył na nią i tonął w jej zielonych oczach.
Zauroczenie to przerwało wejście taty Julii, który przyniósł cztery kieliszki, stawiając butelkę na stole powiedział, wypijemy za pomyślność naszego gościa.
- Mnie proszę nie nalewać, poprosiła Julia, boj a jeszcze musze pojechać do drogerii po pastę do zębów i lakier do paznokci.
- A co, w domu nie ma pasty? - zdziwił się ojciec.
- Jest, ale nie taką jakiej ja używam.
Ja się chyba zakochałem, pomyślał Maks, bo dlaczego chcę tak bardzo jechać z nią po tę pastę, przecież nie cierpię chodzić po sklepach i sam nie wiedząc kiedy, ze słodyczą na ustach zaczął mówić, to może i ja zabiorę się z panią i przy okazji skserują sobie te pana notatki.
- Dobry pomysł - powiedział ojciec Julii wręczając Maksowi plik papierów, najlepiej jedźcie do biblioteki, tej na Sienkiewicza, tam na poczekaniu załatwicie sprawę.
- No i gitara - powiedziała Julia.
- Coś ty powiedziała, córuś? - zapytała ojciec.
- No i gitara, tak się teraz mówi, zamiast na przykład finito czy OK. Ale ja się jeszcze muszę przebrać, będzie pan musiał chwilę poczekać - zwróciła się Julia do Maksa.
- Choćby do jutra i bez narzekania - odpowiedział Maks.
- To ja może tymczasem podam panom kawkę, powiedziała mama włączając ekspres, zaś pan domu zaczął wyjmować z kredensu filiżanki, podstawki i zaczął ustawiać na stole a kiedy postawił cukierniczkę na środku powiedział - no i gitara, wprowadzając Maksa w osłupienie.
Ta córusia to oczko w głowie generała, już ją nawet naśladuje, pomyślał Maks.
Julia długo grzebała w szafie, aż wreszcie wybrała zieloną górą dopasowaną a dołem mocno rozkloszowaną sukienkę, zrobiła to z premedytacją bowiem zieleń podkreślała głębię jej oczu. Na nogi nałożyła białe sandałki z paseczków na wysokich obcasach, w których jej mała stopa prezentowała się znakomicie. Przed drzwiami jadalni zwilżyła nieco wysuszone wargi wzięła głęboki oddech i kręcąc zalotnie biodrami weszła. Ale zalotnica! I zniewolony jej uśmiechem, niemal zapomniał o obecności innych osób, żar, który go przeniknął na wylot, nie pochodził od słońca, przecież tu słońce nie dochodziło, więc był skutkiem myśli, które przesuwały mu się przez głowę.
I gdy o tym pomyślał trochę się zawstydził. To niewiarygodne, jak nawet najbardziej skrywane myśli mogą być zdradliwe. Cholera, na czym polega ich zdradliwość? Na tym, że po raz pierwszy w życiu, musiał uświadomić sobie, że pragnie tej dziewczyny bez reszty i na zawsze. Chyba będę musiał się ożenić - pomyślał. Co tam chyba, muszę się z nią ożenić. Więc czy mam teraz zaraz powiedzieć - panie generale, mam zaszczyt prosić pana o rękę pańskiej córki. A może lepiej najpierw paść do nóg Julii i powiedzieć, dziewczyno chcę się z tobą ożenić. A jak mnie wyśmieje? Lepiej powiem jej to, gdy będziemy sami. Przecież nadarza się teraz wyjątkowa okazja. Powiem jej to tak zwyczajnie... Julio proszę zostań moją żoną, albo Julio chciałbym się z tobą ożenić. Jasny gwint, a może piszą o tym w Internecie i wystarczy przeczytać jakąś radę, np. jak się oświadczać, żeby zrobić wrażenie na dziewczynie. Sam już nie wiem, gubił się w domysłach Maks.
Wreszcie doszedł do wniosku, że jeśli go przeczucie nie myli, to najpierw powinien zapytać Julię, czy nie ma nikogo, z kim wiązałaby swoje plany na przyszłość, jeżeli nie ma, to dopiero wtedy mógłbym myśleć o wyznaniu miłości, więc zacznę od tego pytania - postanowił.
Kiedy już razem siedzieli w samochodzie, jadąc do drogerii Maks nagle powiedział - Julio, chciałbym abyś mi odpowiedziała na jedno pytanie.
- Pytaj!
- Ale to pytanie jest z serii pytań osobistych.
- Mów.
Więc Maks wydusił wreszcie z siebie czy ma kogoś, z kim wiązałaby swoje plany na resztę życia.
- Nie - odparła.
Nic więcej, żadnych wyjaśnień typu ta sfera życia mnie nie interesuje, albo postanowiłam wyjść za mąż dopiero po trzydziestce. Ale „nie” wypowiedziane takim zdecydowanym głosem, to już coś, pomyślał Maks. Jeszcze gdybym wiedział, czy jest zwolenniczką małżeństwa to już by było dużo. Nagle sytuacja się odwróciła, teraz Julia się zapytała:
- Co ty knujesz? Bo twoje zachowanie dziwnie przypomina mi podchody tatusia, gdy próbuje mnie podstępnie w coś wkręcić. Radzę zaniechaj wszelkich knowań, bo to cię może drogo kosztować.
Przebiegła zalotnica pomyślał Maks. Po czym po chwili jeszcze dodał jedno słowo: czarująca przebiegła zalotnica.
Kiedy po udanych zakupach wrócili do domu, mama powiedziała Julii, że był do niej telefon ze spa. Pewnie Beta, oznajmiła Julia, a ojciec zapytał co to takiego spa.
- Znam kurort w Belgii o tej nazwie, ale tu chyba nie o to chodzi.
Więc mama Julii wyjaśniła, że to są takie ośrodki odnowy biologicznej, nazwane spa od łacińskiej maksymy sanus per aqua, zdrowie przez wodę.
- Słyszał pan o czymś takim, zapytał ojciec Julii.
- Nie, nie słyszałem, podobnie jak pan, panie generale, pierwszy raz słyszę, czy pisze się to tak jak się wymawia? - obłudnie zapytał Maks, a do Julii szepnął: jak ja nauczyłem się łgać przy tej Julii, to wprost niesamowite.
Julia ledwo mogła przełknąć sens tych słów, i widać było, że siłą wstrzymuje się, żeby nie wyskoczyć z repliką, ale przecież rodzice nie byli stroną w tym zajściu, tylko ten wiecznie z siebie zadowolony, och, jak to było? silny, duży, sympatyczny. Ale co on mnie obchodzi zresztą, to gość taty niech on się martwi o niego i ostentacyjnie wyszła zabierając telefon z sobą. No to teraz godzina mało na plotkowanie dwóch przyjaciółek, pomyślał Maks i poczuł jakby słońce zaszło za chmurkę.
Tymczasem Julia cała była oddana plotkowaniu, bo jakże mogło być inaczej, skoro Beta opowiadała jej właśnie, jak to po jej wyjeździe Maks szukał jej po różnych zakątkach ośrodka, a kiedy się z nią spotkał, to ona mu zaproponowała spacer, na który zresztą on się chętnie zgodził. Więc poszli brzegiem morza i wtedy właśnie tak między wierszami zapytał:
- Cóż to czyżby Julia znowu musiała się uwijać, wypełniając jakieś polecenia wynikłe z przegranego zakładu?
Więc ja odpowiedziałam mu czując przy tym pełną satysfakcję:
- Jesteś w całkowitym błędzie, Julia wyjechała.
- Był zaskoczony, ale nie wariował z rozczarowania, nie myśl. I wiesz co? Chyba się w nim zakochałam, jest taki troskliwy.
- Wiem już co dalej powiesz, duży silny, sympatyczny - dopowiedziała Julia.
- Ale nie wiesz, że chciałabym przeżyć romans z nim z roli głównej. Pragnę, aby to on rzucał niewymowne spojrzenia, aby to on wsłuchiwał się w moje słowa, wpatrywał w moje oczy, pragnął moich ust. Wyznając to Beta aż westchnęła, a cisza z drugiej strony zastanowiła ją. Więc zapytała:
- Co, przesadzam? Mam zweryfikować moje moralne zasady, czyżbym w moich pragnieniach była gorsza od cynicznych męskich podrywaczy? Ale przecież to oni twierdzą, że dla odzyskiwania sił potrzebują towarzystwa urodziwych kobiet, więc może i ja potrzebuję jakiej takiej odmiany. I dlatego widok przystojnego mężczyzny budzi we mnie erotyczne oczekiwania. Zresztą zdecydowałam już podjąć takie wyzwanie. Przecież jestem dorosłą wyzwoloną kobietą, i mam te same prawa i przywileje jak mężczyźni. Jednak myślę, że w przypadku tego przystojniaka, będę musiała dać mu wyraźnie do zrozumienia, czego oczekuję, a może powinnam wprost zapytać czy mnie pragnie, a jeśli tak to że cała jestem jego i w ten sposób do soboty mogę zostać jego kochanką. Co ty na to?
Po czym dodała.
- Ale to nie będzie takie proste. Ale z drugiej strony coś z trudem zdobyte bardziej się ceni. Słuchasz mnie, Julio?
- Słucham, słucham - odpowiedziała Julia - Tylko, że ten którego pragniesz uwieść, znajduje się tutaj.
- Jak to tutaj, u ciebie? - krzyknęła Beta - Dałaś mu swój adres?
- Nic podobnego, przecież byłaś cały czas ze mną, a potem się już z nim nie spotkałam.
- To skąd wiedział, gdzie mieszkasz?
- Nie wiedział to zwykły przypadek, jak się okazało Maks jest dobrym znajomym mojego ojca, znają się już pięć lat i to ojciec go do nas zaprosił.
- To dlaczego ci nie wierzę? - powiedziała Beta.
- Bo jesteś wściekła. Ale powiedziałam ci prawdę.
- Więc masz znowu powód do satysfakcji, ślicznotko, idź, napawaj się sukcesem.
Julia próbowała coś tam jeszcze powiedzieć, ale połączenie zostało przerwane, życie jednak toczy się dalej, więc Julia mimo złego nastroju, musiała się zmierzyć z rzeczywistością i poczynić drobne uzupełnienie makijażu, a na ustach zainstalować uśmiech, tyle była winna rodzicom. A jutro spróbuje zatelefonować do Bety. Kiedy po zmyciu naczyń i uprzątnięciu kuchni, zjawiła się w ogrodzie, zobaczyła Maksa bawiącego się z psem. Zarówno Teison jak i mężczyzna byli całkowicie pochłonięci sobą. I tylko od czasu do czasu dawał się słyszeć szczek, mlaśnięcie i słowa Maksa:
- Ależ ty masz mokry ten jęzor, nie musisz mnie tak dokładnie lizać.
Julii chciała się śmiać, bo dobrze znała świadczone przez psa karesy, i podziwiała Maksa za jego stałość uczuć, gdyż musiał się bardzo starać, by nie dotknąć psa swoją oziębłością. Nagle Teison wyczuł obecność Julii, przerwał zabawę i ogłosił to szczekaniem. Maks rozglądnął się dookoła i widząc Julię podszedł do niej i zaproponował by usiedli obok krzaków migdałowca. Julia mając na względzie to porzekadło gość w dom Bóg w dom usiadła na ławce i zapatrzyła się na zachodzące słońce. Nie miała ochoty na rozmowę, bo gadanie Bety wprowadziło dziwny chaos w jej głowie, Maks też nic nie mówił, jakby ważył słowa, które chciałby wypowiedzieć, a może w tej przedwieczornej ciszy przeżywał jeszcze raz to awaryjne lądowanie. Przecież takie traumatyczne przeżycie musi w nim tkwić głęboko. Julia ze współczuciem, odwróciła głowę w stronę Maksa, spojrzała mu w oczy i na chwilę, ich spojrzenia spotkały się, i zaraz Maks powiedział, w tym świetle twoje oczy są aksamitnozielone. Po chwili jeszcze dodał, mam nadzieję, że nie zabrzmiało to banalnie, jesteś niezwykle atrakcyjna.
- Ale zabrzmiało jak wyuczony tekst - powiedziała Julia chłodno - Czy zawsze skutkuje? Maks pochylił się i nakrył dłonią jej dłoń:
- Zupełnie mi nie ufasz, a ja niczego nie gram, jeżeli mówię, że jesteś pociągająca to właśnie to mam na myśli, może jeszcze i to, że dobrze mi w twoim towarzystwie. Jestem tak uczciwy, jak tylko potrafię.
Julia przez chwilę zastanawiała się nad słowami Maksa, a potem powiedziała:
- Nie mam żadnych uniwersalnych zasad, które mogłabym stosować wobec ludzi nowopoznanych, ale wiem, że z natury jestem zbyt ufna, zbyt łatwowierna, dlatego wycofuję się, kiedy ktoś okazuje mi zainteresowanie, czy głębsze uczucie.
- A co będzie, jeżeli staniesz twarzą w twarz z prawdziwym uczuciem, odrzucisz go tylko dlatego, że nie dowierzałaś cudzym słowom? - chciał wiedzieć Maks.
- Nie wiem, może uwierzę. Ale dlaczego właśnie ja, powiedz mi, Maks.
- Ponieważ żadnej kobiecie dotąd nie chciałem składać żadnych obietnic, a tobie jestem w stanie obiecać wszystko, ponieważ jesteś czarująca i niewiarygodnie piękna, ponieważ zabierasz z sobą słońce, kiedy ode mnie odchodzisz i ponieważ cię kocham.
- Więc ofiarowujesz mi prawdę, miłość i podziw? - zapytała Julia.
- Tak - powiedział Maks - i proszę o wzajemność i wierność.
- Niby o niewiele prosisz, a jednak jest to prośba o wszystko.
- Ale sam daję też wszystko.
Tymczasem w pokoju hotelowym dla pracowników ośrodka spa Beta siedząc w fotelu, wściekała się wymyślając:
-...uszom swoim nie mogę uwierzyć, coś podobnego! To on tam pojechał? A ja szukałam go tutaj. Ale niedoczekanie twoje, ślicznotko, on jest mój. A i tak się dowiem, kiedy mu dałaś swój adres. Nie wierzę ci, że to był przypadek, dlaczego mnie nigdy nie spotykają takie przypadki? Dlaczego to ja miałam smutne dzieciństwo, dlaczego to mnie zostawił Robert, dlaczego to ja od lat uganiam się, żeby zostać modelką, a nadal jestem jakąś tam wizażystką, dlaczego to ja na każdą rzecz muszę ciężko pracować, a ty dostajesz od życia wszystko pełnymi garściami? Nie zabiegałaś o to, a znowu ci zaproponowali udział w wystawie malarstwa młodych twórców w Londynie. Nic tylko ty, tylko o tobie, tylko dla ciebie - wykrzykiwała Beta - ja mam tego naprawdę dosyć, mogłaś mi przecież przerwać ten nieszczęsny monolog szczerości, moich wynurzeń miłosnych, ale nie przerwałaś, zaoszczędziłabyś mi wstydu i upokorzenia, jako tej z góry przegranej. Ale nie, zawsze wszystko w życiu bywa do pary Julio, teraz jest o jedną osobę za dużo, ślicznotko, czy tak jednak musi być? Wystarczy przecież, że zaaranżuję spotkanie we troje, kupię wykwintne francuskie wino, przygotuję trzy lampki i do jednej z nich doleję dwie krople kurary, takiej trującej alkaloidowej mieszanki z korzeni i pędów południowo amerykańskich lian o piorunującym działaniu. Potem już tylko wystarczy, że z zamkniętymi oczami poprzestawiam lampki, tak aby uczciwie dać wszystkim równie szansę. Niech o reszcie decyduje ślepy los jak w rosyjskiej ruletce.
- Ale to zbrodnia, upomniało sumienie.
- Ale przecież swoje życie też stawiam na szali.
Ty nie jesteś Nemezis, zakpiło sumienie, jesteś tylko kobietą z syndromem zawiści.
Podczas kiedy Beta knuła kryminalną intrygę, Maks stojąc na tarasie domu Julii, rozmyślał o wczorajszych wzajemnych wyznaniach. Znał w swoim życiu wiele atrakcyjnych kobiet, ale nie było dotąd wśród nich żadnej, której by tak pragnął. Nawet teraz ogarnęło go przyjemne uczucie radości, kiedy zobaczył, że Julia idzie w jego stronę. Jak zawsze wyglądała znakomicie, w granatowej, lnianej sięgającej jej do kolan sukience. Całość stroju uzupełniały żółte sandałki oraz tego samego koloru klipsy i szeroka okrągła bransoletka. Kiedy Julii pozostał do zrobienia już tylko jeden krok, Maks podszedł do niej, przygarnął ją do siebie i zamknął w objęciach. Po czym nachylając się szepnął jej do ucha:
- Kocham cię, dzisiaj jeszcze bardziej jak wczoraj, Julio. Najdalej za godzinę muszę wyjechać, ale wrócę i to najszybciej jak się tylko da. Czekałem tu na ciebie, aby ci powiedzieć o moim wyjeździe, a teraz chodźmy, bo chcę twoich rodziców o tym poinformować. Poszli trzymając się za ręce. Gdy weszli do domu, natychmiast zostali zaproszeni do jadalni, na jak się wyraziła Pani domu, małe conieco. Stół był już zastawiony, ale nie miał nic wspólnego z małym conieco, bo był nadziewany kurczak, skrzydełka w miodowej marynacie, pieczona szynka, sałatki, biszkopt ze śmietaną i malinami. Rozmowa przy stole toczyła się wokół kulinarnych przysmaków, oraz na komplementowaniu pani domu, za smak i wykwintność zaserwowanych potraw.
Dopiero przy herbacie rozmowa zeszła na sprawy bardziej aktualne, bowiem Maks dziękując za serdeczną gościnność poinformował, że za chwilę musi wyjechać. Ale ma nadzieję jutro wrócić, aby się pożegnać przed wyjazdem do Afganistanu. Zarówno Julia jak i jej matka były wyraźnie zaskoczone tą wiadomością. Tylko generał nie okazał zdziwienia, bowiem on musiał wiele wiedzieć na ten temat. Julia nie potrafiła na długo powstrzymać swojej ciekawości, więc zaraz zapytała:
- Teraz do Afganistanu, ale po co?
Maks spojrzał na nią z wyraźną troską i odpowiedział:
- Taki zwykły służbowy wyjazd korespondenta wojennego.
Ale u Julii słowa służbowy, wojenny wzbudziły niepokojące skojarzenia:
- Wszystko co brzmi służbowo i ma podtekst wojenny budzi we mnie obawy, ale ja nie jestem żołnierzem, ale pan, panie generale, co pan na to, zapytała Julia ojca.
- Ja na to, że rozkaz to rozkaz, a polecenie służbowe, to polecenie służbowe i należy je wykonać. Zresztą Afganistan to takie samo miejsce, jak każde inne gdzie toczą się walki. Należy jednak pamiętać o tym, by podporządkować się afganistańskim zwyczajom, unikać wszelkich subiektywnych ocen oraz jawnej prowokacji. Sami Afgańczycy są nieufni i z wyraźnym dystansem do obcych, ale to przecież kraj muzułmański.
- Czy pan wie, panie generale - odezwał się Maks - że coś się jednak i tam zmienia? Młoda generacja w Kabulu uczy się pilnie angielskiego. I tak, gdy spotykani na ulicy starsi Afgańczycy nawet boją się spojrzeć obcokrajowcowi w oczy, to młodzi chętnie zagadują do nich po angielsku...
Po tej wypowiedzi zapanowała przy stole chwila ciszy, którą przerwał Maks, podnosząc się zza stołu i wygłaszając okolicznościową formułkę, że jeszcze raz dziękuje, że wszystko było nad wyraz smaczne. Wreszcie podszedł do żony generała i żegnając się podziękował za miłe chwile spędzone w ich domu. Potem przyszła kolej na Julię, która nerwowo podała mu rękę, ale on tą rękę zatrzymał chwilę dłużej, wyraźnie celebrując to pierwsze pożegnanie i patrząc Julii w oczy z wielką tęsknotą. Pozostało mu jeszcze tylko pożegnać się z gospodarzem domu, ale tu wystarczyło serdeczne uściśnięcie dłoni i krótkie życzenie:
- No to szerokiej drogi, chłopie.
Wreszcie przyszła kolej na Teisona, a to pożegnanie musiało potrwać trochę dłużej, jak bowiem można inaczej wyrazić psu swoją sympatię jak nie przez głaskanie i drapanie za uchem. Julii przez ten cały czas udało się zachować przylepiony uśmiech na ustach, ale tak naprawdę czuła się okropnie. Zakochana, ale i zawiedziona, już sama nie wiedziała gdzie zaczyna się prawda, a gdzie sen. Muszę zostać sama, postanowiła. Muszę nabrać dystansu do wydarzeń. I jeszcze raz to wszystko przemyśleć. Więc tylko spacer, długi spacer da mi taką szansę. Jednak muszę się jeszcze dodzwonić do Bety, ale komórka nie odpowiadała, a numer służbowy Bety był stale zajęty.
Po kilkunastu próbach połączenia się, Julia w końcu zrezygnowała, pocieszając się, że skoro Maks musiał wstąpić do spa po swoje rzeczy, to na pewno spotka się tam z Betą i powie jej o swoim zamiarze wyjazdu do Afganistanu. Więc tak czy owak, Beta nie będzie miała już powodu do zazdrości i zawiści oraz bezpodstawnych oskarżeń. Wobec czego przyjaciółka zatęskni do dawnych przyjaznych relacji.
Kiedy Julia obudziła się następnego ranka, przez chwilę nie wiedziała gdzie się znajduje, dopiero kolejne liźnięcie jęzorem przywróciło jej pamięć.
- Daj spokój, Teison - próbowała się jakoś bronić od psich umizgów.
Ale wiedziała, że nie wygra, więc odwlekała moment wstania gadaniem. Niech pies da spokój, niech pies poczeka, powoli gramoląc się z łóżka, kiedy jednak poczuła zapachy kuchenne przenikające do jej pokoju, od razu nabrała przyspieszenia, przecież obiecałam mamie pomoc przy drelowaniu wiśni i marynowaniu ogórków. Więc najpierw praca, mitygowała psa a potem długi zasłużony spacer, moje ty wieczne utrapienie. Po czym maksymalnie szybko zabrała się za sprzątanie pokoju i ubieranie się. Po chwili już stała w kuchni, meldując służbowo swoje przybycie.
Dochodziła czternasta, kiedy wreszcie zajęcia kuchenne dobiegły końca. Teraz szybki prysznic, zmiana ciuchów na niepachnące octowo - korzenną marynatą i spacer. Nagle jak na zawołanie, pomyślała o Maksie, ciekawa jestem gdzie on teraz jest. Dlaczego nie mogę o nim przestać myśleć. Więc okazuje się, że słusznie bałam się wszelkiego zamętu jaki mógłby się wkraść w moje uporządkowane życie, i stało się. Kwadrans później z Teisonem przy nodze, spacerowym krokiem szła w stronę jeziora. W miejsce, które szczególnie lubiła. Kiedy przechodziła asfaltową szosę kierując się w stronę polnej drogi zobaczyła samochód, który wydał jej się znajomy. Ale natychmiast zaczęła perswadować sobie, że czekając z utęsknieniem na ukochanego, wszystkie mercedesy muszą wydawać się jej znajome. Więc weź się w garść dziewczyno, bo jeszcze popadniesz w jakąś melancholię. A jednak nie myliła się, gwałtowne hamowanie i hałas zatrzaskiwanych drzwiczek zwrócił jej uwagę. Zatrzymała się i zobaczyła idącego w jej stronę przyspieszonym krokiem Maksa. Zaraz wyrosły jej skrzydła u ramion i już ku ogromnej radości Teisona biegła w stronę ukochanego. On porwał ją i tuląc w ramionach, całował przy głośnym wtórze psiego szczekania. Dzień był upalny i powietrze drżało od gorąca. Więc postanowili kontynuować spacer, ale na moment musiał Maks wypuścić Julię z objęć i przywitać się z psem. Więc kiedy stanął plecami do słońca, otoczyła go jasna poświata, która sprawiła, że wyglądał na jeszcze potężniejszego niż zwykle. O takim mężczyźnie marzyłam, pomyślała Julia i czując na sobie badawcze spojrzenie błękitnych oczu, odwzajemniła się ciepłym uśmiechem. Szczęśliwi wolnym krokiem poszli przed siebie. Przystanęli dopiero na zielonym zboczu opadającym stromo w stronę jeziora. Maks stanął za Julią, objął ją, wtulił twarz w jej puszyste włosy i wyznał:
- Kocham cię, najbardziej na świecie.
-A mówiłeś, że nie jesteś romantykiem.
- Zmieniłem się widocznie, a to wszystko przez to, że kocham cię do szaleństwa. Zobacz, co mam dla ciebie.
Podał jej pudełeczko, obciągnięte niebieskim aksamitem.
- Otwórz - cicho poprosił.
Drżącymi dłońmi uniosła wieczko, spojrzała na pierścionek i zobaczyła mieniący się w słońcu brylant na szerokim złotym kółeczku.
- Wyjdziesz za mnie? - łagodny ton jego głosu sprawił, że Julia była bardzo wzruszona i dopiero po chwili odpowiedziała – tak - wsuwając pierścionek na palec. Pasował idealnie. Potem pocałowała go namiętnie, wyrażając w ten sposób ogrom swoich uczuć.
- Julio, jeszcze dziś chcę się oświadczyć twoim rodzicom.
- Nie możesz, znamy się zaledwie tydzień i ukryliśmy przed rodzicami naszą wcześniejszą znajomość.
-To ty, moje słoneczko, nie ja. Tak się składa, że ja nic nie miałem do ukrycia, chwalił się Maks.
- Ale w końcu zostałeś wspólnikiem kłamstwa, a to też jest karalne.
I już Julia ze śmiechem mówiła dalej:
- Mój ojciec jest starej daty i zaprotestuje. Już teraz mogę ci powiedzieć co usłyszysz... Pan daruje i bez urazy, ale Julia to coś najdroższego czym obdarzyło mnie życie i jej los jest dla mnie najważniejszy. Nie mam nic przeciwko panu, ale nalegam, poznajcie się lepiej, poczekajcie z małżeństwem, nacieszcie się sobą i życiem.
Tym krótkim monologiem Julii Maks został przekonany i zgodził się poczekać z oświadczynami do powrotu z Afganistanu. Więc ich ciche zaręczyny pozostały na razie tylko ich tajemnicą. Kiedy podjechali razem pod dom Julii zastali rodziców w ogrodzie przed domem i na pytanie skąd przyjechali razem, wytłumaczyli, że spotkali się przypadkowo, kiedy Julia wracała z psem ze spaceru. Kłamali bardzo przekonywująco, ale mimo pośpiechu Maks i tak zdążył powiedzieć Julii - jak myśmy się nauczyli łgać, Julio. To sformułowanie „my” bardzo ubawiło Julię, więc z uwielbieniem spojrzała na wpatrzone w nią z miłością błękitne jak niebo oczy ukochanego.
Samo pożegnanie przebiegło zwyczajnie, jak pożegnanie przyjaciół, Julia i Maks nie chcąc wprowadzać rodziców w konsternację, nie okazywali sobie jawnie uczuć i dopiero kiedy Maks wsiadał już do samochodu, udało mu się jeszcze szepnąć:
- Kochaj mnie i czekaj na mnie.
Kiedy samochód znikł za zakrętem, Julia zrozumiała co Maks miał na myśli mówiąc, że gaśnie słońce, kiedy ona odchodzi. Ona też chciała krzyczeć za nim, nie zabieraj mi słońca z sobą. Ale przecież dzień trwał nadal, jej kilkudniowy pobyt u rodziców też dobiegał końca, więc nie pora myśleć i smucić się, że czasami nie wraca się z takich niebezpiecznych wypraw jak ta, w którą wybrał się Maks.
Pora zabrać się za malowanie, skoro poważnie miałaby potraktować swój udział w proponowanej jej wystawie. Musi o tym porozmawiać z rodzicami, najlepiej zaraz. Oczywiście jak słusznie przewidywała, plany jej spotkały się z pełną akceptacją, ba wydało się jej nawet, że rodzice są dumni z jej osiągnięć, ale przecież zawsze ta sfera jej życia była idealna.
Wiele godzin później, kiedy przechodziła do kuchni, podsłuchała dziwną rozmowę, jak mama mówiła do ojca:
- To miły człowiek i bardzo przystojny, mówiłeś, że to świetny dziennikarz - i już Julia wiedziała o kim mowa.
Po chwili usłyszała:
- A widziałeś, jak patrzył na Julię, nie spuszczał z niej wzroku, myślę, że mu się musiała spodobać. Zresztą to, że wrócił dzisiaj, aby się pożegnać, nadkładając tyle kilometrów jazdy to tylko z powodu Julii.
- Czekasz na mój komentarz? Więc on brzmi tak - niech się zaraz zamienię w wielbłąda, jeżeli on naszej jedynaczce pozostał obojętny. Co więcej, ona jest nim oczarowana, mało tego, podejrzewam, że nawet zakochana, o czym świadczą jej rozmarzone oczy.
Julia aż drgnęła na ojcowską przenikliwość, ale nie byłaby sobą, gdyby po swojemu nie skomentowała faktu:
- A mój komentarz do komentarza brzmi: no i gitara.