Renata Piżanowska-Zarytkiewicz, Nowy Targ

Niebo Paryża

 

Na stole stał szampan - Ciel de Paris. Co za głupia nazwa. Bo właściwie, jakie jest niebo Paryża? Bezchmurne czy chmurne, deszczowe - bezdeszczowe, wietrzne - bezwietrzne... A może wieczne… Tak, chyba to. Ten sam kloszard na dworcu wiecznie siedzi, ten sam malarz przy Sekwanie wiecznie te same obrazy sprzedaje, ta sama winda na wieżę zawiezie turystów. Winda do nieba, do nieba Paryża… Czy w ogóle jest tam jakieś niebo? Hm… Paryż sam jest jak niebo. Chmury fontann rozrzucających krople wody niczym łzy krokodyla w tak niebanalnej ilości, że w słońcu tworzą tęczowy most. Kobiety - anioły leżące na trawie w Les Jardines des Tuileries ze skrzydłami przydeptanymi przez problemy życia codziennego. Często skrzydła oparte o drzewa spoczywają czekając na ponowne ich założenie, jak woda Evian na wypicie w upalny dzień. A nad wszystkim blask słońca, kataryniarz, papuga i mim. Taki srebrny. Stojący bez ruchu. Normalny. Jak guru. Paryska odmiana boga. Może być. Zatrzymany w czasie obraz wieczności, sielskości, swobody, beztroski… I czy to nie jest niebo? Nie jakiś tam biały wytrawniak z kieliszka zniszczonego przez sól ze zmywarki będącego nikłą improwizacją tego, co naprawdę nazywa się niebem.

Patrzyła na to z zamyśleniem starając się zachować dla siebie wyrobiony pogląd na temat owej nazwy tak wspaniałego afrodyzjaka. Czegoż można oczekiwać w takiej chwili? Banalności? Podniosła głowę i spojrzała na niego. Oczekiwał pochwały.

- Wspaniałe - powiedziała - Prawdziwe niebo Paryża. Tak właśnie wyobrażałam to sobie.

Skłamała. On to lubił. Takie małe kłamstewko. Takie nic. Nie wiedział, że ona nie musi sobie tego wyobrażać, że ona to widziała, że ona to wie. Okropieństwo. To profanacja nieba w jak najwyższym stopniu. Niebo niebieskie, niebo anielskie, włosy anielskie - myśli błądziły w obłokach tak jak spojrzenie, by w końcu spotkać się oczno - myślowo - słownie. Wiedziała, czego oczekuje od niej w tej danej chwili, jednak uparcie udawała głupią. Wstydziła się. Ale dlaczego? Nie potrafiła tego powiedzieć. To chyba rodzaj pruderii. Nic więcej.

- Powiedz mi, kochasz mnie jeszcze? - zapytała nieśmiało czekając na odpowiedź jak na zbawienie.

- Tak - konkretna samcza odpowiedź.

Szowinistyczny egoizm męski zabrania formułować zdania złożone. To takie babskie trochę. Nie mów za dużo, będziesz the best.

Milczeli. Patrzyli na siebie czekając, kto pierwszy powie to, co obydwoje wiedzieli, choć żadne z nich nie chciało powiedzieć głośno. Paradoks. Zupełne zdziecinnienie dwóch dorosłych, w pełni dojrzałych uczuciowo osób.

- Wiesz? Nie wiesz… Powiem ci. Za bardzo się przyzwyczaiłem do ciebie. Ale to dobrze. Chyba dobrze. Jesteś jak narkotyk. Każde spotkanie z tobą uzależnia i podsyca żądzę sięgania po jeszcze. Działanie narkotyku jest dobroczynne. Trochę otumania, ale daje mnóstwo euforii. Ponoć niebiańskie odloty. Ale wiesz, no wiesz, ja chcę cię dawkować z umiarem i ciągle. To nałóg…

Terminologia wyznania zakrawała na tekst z recepty lekarskiej u pacjenta objętego opieką terminalną na paliacji. Przed sobą siedziało dwoje ludzi, którzy na taki typ opieki jeszcze nie zasługiwali. Ona patrzyła na niego z wielką miłością i przywiązaniem, choć mogło to wypływać już z kolejnego wypitego „kieliszka nieba”. To tylko sugestia. Kiedy równowaga alkoholu we krwi i emocje stopniowane przepychanką słowną uzyskały kulminacyjny punkt, nastąpiła degradacja i zejście z parnasu do otchłani uciech życia doczesnego, gdzie króluje seks, a bogiem jest pożądanie.

Leżąc na wznak patrzyła w sufit, a może w niebo… Obok niej on. Starał się przyjmować bierną postawę. Nie mogąc zdzierżyć jego pasywności przytuliła się. Czuła ciepło i bliskość, szybsze bicie serca, pulsujące żyły. Oddech stał się niemiarowy. Widziała siłę swojego działania. Zawsze działała. Objęła rękami jego twarz. Usiłowała zapamiętać każdy jej szczegół na tyle, na ile pozwalał jej półmrok, jaki dawała lampka stojąca w kącie. Pocałowała. Odwzajemnił. W szczególny sposób pocałunek uwiecznił i zapieczętował skryte wyznania, które posiadali, zamknięte jak list w kopercie własnych osobowości. Tak opieczętowane uczucie należało posłać w czasowy tunel i nadać mu odpowiedni priorytet. Już ona się o to postara. Palce wsadziła we włosy. Lekko mierzwiąc czuprynę starała się wyprostować myśli, które błąkały się po jego głowie.

- Cudownie, rób tak jeszcze…

Zasługiwał na dużo więcej i to chciała mu ofiarować. Było to jak preludium miłości, które mieli zagrać na cztery ręce. Całując twarz usiłowała wycisnąć na swoich ustach jego maskę. Spojrzał prosząc o jeszcze. Litościwie łaknął smaku, zapachu wszystkiego, co było nią. Choć spojrzenie może zabijać, to akurat zabijało jedynie czas i rzeczywistość. Delikatnie językiem rysowała kontur jego ust zatrzymując się co chwilę, by móc zapamiętać to, co jeszcze pozostało. Dreszcze wstrząsnęły jej ciałem. Poczuła na swojej piersi jego dłoń błądzącą usilnie w poszukiwaniu czegoś jeszcze nieznanego. Emocje sięgały zenitu. Rozpalone ciała wiły się w sambie miłości, która zastąpiła preludium. Nie kontrolując własnego zachowania lekko gryzła jego ramię. Jęczała z rozkoszy spotęgowanej dotykiem, ślepym, ale cudownym błądzeniem w poszukiwaniu miejsca błogości.

Wzięła kieliszek szampana, który znacznie zmienił temperaturę dostosowując się do otoczenia. Ale nie zagotował się jeszcze. Oni tak. Wylała kroplę na jego ciało, ta staczając się powoli znaczyła sobie drogę powrotu. Przywarła ustami łapczywie spijając ów trunek i rozkoszując się zmianą smaku.

- Co za rozkosz – jęknęła.

Łapczywie zlizywała to małe co nie co, nektar pożądania… niebo…

- Uwielbiam to. Zrób tak jeszcze… Wiesz jak ja to uwielbiam. Kocham. Pożądam. - wyszeptał prawie krzycząc.

- Jesteś próżny!

- Cóż. Próżność jest elementem gry wstępnej. Jak jej nie ma to czegoś brakuje w miłości.

- Czy wiesz, że cię kocham?

- No, nie wiem… Powiedz, a kochasz mnie?

- Zawsze. Całując, piszę na twojej skórze wiersz. Tylko dla ciebie. Wyrazem jest pocałunek, piórem język. Czytam ci go zawsze jak się przytulam. Utrwalam go w tobie, sobą. To, co napisałam jest wieczne, jest twoje. Zniknie z tobą wraz ze śmiercią. Nikt obcy tego nie posiądzie. Tylko my. Cieszysz się?

- Kochanie…

Odłożyła kieliszek by móc kontynuować komponowanie miłości. Delikatnie muskała jego piersi schodząc niżej, niżej, niżej… Nie wytrzymał. Chwycił ją za ręce, energicznym ruchem położył na wznak. Przytrzymując jedną ręką dłonie uniemożliwił jakikolwiek ruch. Był silny. Poczuła się zniewolona, całkowicie poddana. Energiczny, a zarazem delikatny. Nie sprawiał bólu. Niemoc wyrwania się z uścisku wywoływała dodatkowe wrażenia i podniety. On robił swoje bacznie obserwując reakcję. Jęczała z rozkoszy. Dotyk potrafił wzniecić dreszcz uniesienia. Delikatnie pieścił jej ciało. Kiedy wiedział, że oboje są gotowi oddał jej siebie jako podarek dla uczucia, utrwalił w niej miłość, to co ona najbardziej pragnęła… Utrwalił w niej siebie…

Boskość nie jest cechą niebiańską. Upewnili się tym schodząc do cielesnych zabaw, które nie były rozrywką duchową. Żałowała, że było tak krótko, że musi odejść. Zawsze odchodzi… Żałowała, że nie spotkała go wcześniej. Nie mogła… Wtedy była jeszcze w nicości. Chęć bycia z nim była silniejsza. Żałowała, że wypiła cały napój. Napój pożądania.

Wzięła butelkę. Tę niebieską, po szampanie. Tylko to jej pozostało. Taki sentyment babski. Korka nie znalazła. Otworzonego boskiego trunku nie da się już zamknąć. Zresztą i tak został skonsumowany. Nie żałowała. Boskość upadła. Nie zasługiwała teraz na stąpanie nawet w towarzystwie aniołów. Zastanawiała się jedynie, co zrobić ze skrzydłami pozostawionymi w przechowalni na dworcu. I tak nie pasują... Chęć powtórzenia ucieczki z raju była silna. On czekał. Czekał na powtórzenie drogi do wieczności, do wieczności bram gdzie kolor czerwony wyznacza cel życia, a przyziemność jest domeną mieszkańców… Odmienna proza, proza anty-anielska, nie-boska…

Awizo.

Nadawca – niebo

Odbiorca – ona

„Informujemy, że nie odebrane skrzydła zostaną przekazane do punktu rzeczy znalezionych lub pozostawionych”.

Nikt nie pytał o celowość, nikt nie pytał o powód. Wiele jest takich bezpańskich anielskich sierot…

Ciel de Paris. Pusty dworzec bez kloszarda, pusta ulica bez artysty, pusta winda na wieżę… Winda nieczynna. Pozostają schody. One też są do nieba… Do nieba Paryża…

 

 

 

Dalej

Powrót do spisu treści