Mariola Socha, Łódź
Na przykład miłość
1. A jeśli miłość przyjdzie?
Mężczyzna zejdzie wolniutko ze wzgórza. Tylko raz obejrzy się za siebie. Przecież Orfeusz stracił swoją ukochaną w ten sposób. Ale miłość niczego nie straci. Ona w taki sposób istnieje. Potwierdza tęsknotę, beznadziejność emocji, które unoszą się gdzieś - nad dopiero co zapalonymi latarniami. Marzenie, sen, nic podobnego do zwykłej mgły, którą widzę… widzę wyraźnie.
Proszę, zostań tak jak teraz … w pozie do fotografii. Zaokrąglona, sympatyczna twarz, rozświetlone, oczy, nieznacznie uśmiechnięte usta. Zanim znikniesz. Potem. Nigdy nie zdarza się tak, aby Orfeusz nie obejrzał się. Zawsze to robi … zawsze kocha … zawsze umieramy. Umieramy z miłości. Oszalejesz po raz kolejny, a może po raz ostatni.
Będziesz uważnie śledzić wzrokiem z przylepionym do szyby nosem – mężczyznę, w krótkiej czarnej kurtce. Z nieba zaczną spadać krople jesiennego deszczu, a on rozepnie kurtkę. Tak po prostu, jakby było gorące lato. Wyraźnie widzisz ruch jego dłoni odpinającej kolejne guziki. To zastanowi cię. Przymrużysz oczy. Wzgórze poszarzeje. Zasnuje się mgłami. Mężczyzna przystanie na skraju drogi. Właśnie teraz. Wtedy zerwie się wiatr.
Każdego dnia może tędy chodzi, a ja go nie widziałam? – pomyślisz zdziwiona.
Mężczyzna włoży ręce do kieszeni i odwróci się w kierunku twojego okna. Przez chwilę tak będzie stał. Wasze spojrzenia będą wydawały się łączyć w jesiennym powietrzu. Ale kto to wie gdzie patrzy człowiek? Widzisz tylko jedną przeszkodę. Szybę dzielącą was. Potem wiatr… potem krople deszczu … potem jesienne powietrze.
Złociste chmury liści zasnuwają twoje pole widzenia. Otwierasz okno, a on rusza z miejsca. Gdy jest już całkiem blisko twojego okna i prawie wyraźnie widzisz jego twarz – odwracasz się.
Eurydyko, teraz ty … odwracasz się, aby nie widzieć, co będzie dalej. Bo może zdarzyć się tylko jakaś kosmiczna katastrofa. Na przykład miłość.
Kolejny podmuch wiatru zagłuszy jego kroki. Tylko ja widzę, jak mężczyzna wyjmuje ręce z kieszeni i delikatnie dotyka twoich ramion odważnie przekraczając niewidzialną granicę otwartego okna. Myślisz, że to tylko wyobraźnia. Może wzgórze nie istnieje?
Pewnego dnia w październiku....
Potem mały, biały kościół będzie pełny ludzi, ojciec prowadzi cię, dotyka delikatnie twojej chłodnej dłoni. Czujesz jak małe dziewczynki pociągają delikatnie twój welon, nie nadążając za ślubnym rytmem marszu do ołtarza. Mężczyzna w czarnej kurtce czeka tam na ciebie. Jednak nie kłamał. Dzwony zaczynają bić za wcześnie. Może czar pryśnie? – myślisz.
Ślub.
Ojciec puszcza twoją dłoń. Stajesz przy mężczyźnie, który uśmiecha się do ciebie. Pocałunek. Czujesz znów jego dłonie na swoich ramionach.
- Pojedźmy do hotelu, za miastem … teraz - mówisz do niego cicho.
Jak długo będę Cię kochać, przyjmować powiewy letniego wiatru? Do kiedy będę przyglądać się cieniom drzew, bezkrytycznie wdychać? Wspólny czas jest rozpaczą po świecie, który obok dzieje się. Przecież nie można przeżyć wszystkiego. A szczęście? Szczęście bardziej filozoficzne niż to, co można opisać, lub poczuć wtedy gdy nie da się niczego opisać. Szczęście … nagle przychodzi jak dzień, nie pyta o nic… Wieczory przede mną – nienazwane, z zaczerwienionymi powiekami, czekanie na sen.
Kładę dłoń na ścianie, jest biała i bezbronna. Twoja nieświadomość, budzi mnie ze snu. Już dawno po ślubie.
Winda przyjeżdża, drzwi otwierają się, wchodzę do środka, w otchłań wszechświata.
A szczęście?
2. A jeśli miłość nie przyjdzie?
Mężczyzna, który właśnie zszedł ze wzgórza włoży ręce do kieszeni i odwróci się w kierunku twojego okna. Przez chwilę będzie stał bez ruchu. Widzisz tylko jedną przeszkodę. Szybę dzielącą was. Ale będzie przeszkodą nie do przebycia. Okno pozostanie zamknięte. Wiatr, krople deszczu, potem jesienne powietrze. Wspólny czas jest rozpaczą. W dzień ciemne chmury, w nocy zupełnie białe … co się dzieje? Dzieje się wszystko, czego chcesz. Twoja ręka jest wilgotna, nie wstydź się strachu. Bóg i tak go nie widzi. Musisz poradzić sobie sama. Nie podchodź zbyt blisko nieba. Nie trzeba się tłumaczyć. Słyszę szum. Obudź się. Przed tobą mrok.
- Pewnie i ty nie zaznasz szczęścia – szeptała do siebie Eurydyka.
Była zbyt zdumiona i zdenerwowana tym co się stało. Usiadła na kamieniu przy pochodni, która nie daje wiele światła, ale jednak rozjaśnia mroki korytarza.
- Hej, panienko – woła ktoś tocząc przed sobą jakiś duży przedmiot.
Schyliła głowę.
- Nie boisz się, sama tutaj?- zapytał wysoki mężczyzna.
- Tutaj? – spojrzała na pytającego.
- Nie wiesz, że lepiej stąd zniknąć? – zapytał człowiek z dziwnym przedmiotem.
- Zniknąć? Znowu zniknąć? - opuściła ręce Eurydyka.
Mężczyzna przystanął. Podszedł do dziewczyny.
- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał cicho.
- Nie wiem, naprawdę, do cholery, nie wiem – chlipnęła.
- Żartujesz? Tylko proszę, nie denerwuj się – odpowiedział spokojnie nieznajomy.
A ty? Ty widzisz tylko jedną przeszkodę. Szybę dzielącą was. Ale będzie przeszkodą nie do przebycia. Okno pozostanie zamknięte. Winda przyjeżdża, drzwi otwierają się, wchodzę do środka, w otchłań wszechświata.
A szczęście?
Grudzień 2005