Elżbieta Plewa, Nowy Targ

Drugie życie

 

Młoda, średniego wzrostu kobieta, wsparta na dwóch kulach, zwracała uwagę eleganckim wyglądem i zgrabną sylwetką. Biała sportowa bluzka i ciemno-popielata dopasowana kamizelka tworzyły całość z długą wąską spódnicą. Krótkie kasztanowe loki, duże smutne oczy i nieśmiały uśmiech na dyskretnie umalowanych ustach... O czym myślała? Szła wolno, spod rąbka spódnicy rytmicznie wysuwał się czubek eleganckiego czółenka. Drugiego bucika nie było.

Ostatnie lata były dla niej bardzo trudne. Dużo pracy, a do tego straciła rodziców. jednak była zmęczona, ale szczęśliwa. Wczoraj obroniła pracę doktorską i otrzymała tytuł doktora nauk medycznych. Jechała na cmentarz opowiedzieć o wszystkim rodzicom. Usiadła na ławce czekając na autobus. Tyle już wydarzyło się w jej życiu, a nie miała jeszcze czterdziestu lat. Szczęśliwe dzieciństwo, upragnione studia i pierwsza miłość z tysiącem planów na wspólną przyszłość. Wystarczyły minuty, żeby wszystko stanęło na głowie. Tylko rodzice nie pozwolili z niczego rezygnować. Pomagali, wspierali psychicznie, zmuszali do pracy nad sobą i kontynuowania nauki. Studia ukończyła z wyróżnieniem, potem staż, praca i specjalizacja. Marzeniem jej była chirurgia, tylko że to było już nierealne. Podjęła więc pracę w szpitalu dziecięcym na oddziale onkologicznym. Tu nauczyła się szacunku dla życia, wiary w dobro, uporu w walce z przeciwnościami, a także innego spojrzenia na swoją sytuację. Czasem wracały wspomnienia i wtedy coś boleśnie ściskało koło serca.

Spojrzała na zegarek i wolno ruszyła w stronę przystanku. Jechał tramwaj. Zachwiała się. Znów wróciły wspomnienia...

 

Był ciepły wiosenny dzień. Spieszyła na spotkanie z Jackiem. Kończyła piąty rok medycyny, a narzeczony był asystentem w AGH. Czekała na zielone światło. Z boku nadjeżdżał tramwaj. Nagle na jezdnię, prosto pod koła, wyskoczył mały chłopczyk. Zatrzymał się przerażony. Ewa jednym susem skoczyła ku dziecku, popychając go mocno do przodu. Upadła. Krzyk, zgrzyt, ból i ciemność. Obudziła się w jasno oświetlonej sali. Przy łóżku siedziała zgarbiona postać. Mama.

- Obudziłaś się, kochanie... - powiedziała gładząc policzek Ewy.

- Mamo, tak bardzo boli, nie mogę ruszyć nogą...

Matka krzyknęła i wybiegła na korytarz. Do sali wszedł miły, starszy pan, którego znała z wykładów.

- Dzielna dziewczyno! Chłopiec żyje, będzie zdrowy i ty też. Tylko nogi nie mogliśmy uratować...

Ewa powoli wracała do zdrowia. Rodzice byli z nią cały czas, odwiedzali ją przyjaciele.. Jacek przysłał kwiaty i list: ...Jestem bardzo zajęty, teraz sesja. Przepraszam i całuję. To było wszystko. Nigdy już nie spotkali się, Jacek wyjechał z kraju. Mijały tygodnie, zaczynała się trudna rehabilitacja.

 

- Proszę pani...

Otworzyła oczy. Leżała na ławce, a nad nią pochylało się dwoje młodych ludzi.

- Pani zemdlała, wezwałem pogotowie i przenieśliśmy panią na ławkę.

Uśmiechem podziękowała próbując wstać. Podjechała karetka pogotowia. Do ławki zbliżał się lekarz. Wysoki, szczupły, sylwetka sportowca. Siwa czupryna mogła oznaczać wiek około pięćdziesięciu lat. Bystre oczy obserwowały ją czujnie.

- Dzień dobry, pani doktor. Zabieramy panią ze sobą.

Po chwili karetka odjechała, w pogotowiu zrobiono rutynowe badania, opatrzono skaleczenia i Ewa niespodziewanie zasnęła. Obudził ją znajomy głos.

- Skończyłem dyżur, odwiozę panią do domu. Konieczny solidny wypoczynek i dłuższy urlop. To skrajne wyczerpanie...

W drodze opowiedziała o ostatnich trudnych latach i wczorajszym sukcesie.

- Wiem - powiedział - Dokładnie śledziłem przebieg pracy. Już na stażu zwracałaś uwagę pasją życia i drobiazgową wiedzą. Fascynowałaś mnie, Ewo - niespodziewanie zaczął mówić jej po imieniu. - Ja jestem Marcin. Jutro zapraszam się na pogawędkę, a teraz trzeba odpocząć.

Dopilnował, żeby weszła do mieszkania i odjechał.

Na spotkanie przyszedł punktualnie z dużym bukietem czerwonych róż.

- Pozwól mi opiekować się tobą, chronić, razem łatwiej pokonamy zły los.

Gawędzili wesoło, wino lekko zaszumiało im w głowach. Marcin opowiadał o żonie, o latach samotności. Teraz miał Torę - ukochaną spanielkę, której kiedyś uratował życie. Razem łowili ryby, wędrowali, wyjeżdżali na wakacje.

- Ewo, ty musisz solidnie odpocząć, jeżeli podejmujesz pracę naukową. Ja wybieram się do przyjaciół w Bory Tucholskie. Są tam fantastyczne warunki. Jedź ze mną.

Roześmiała się. Pierwsze spotkanie i od razu tyle planów...

Mijały dni. Marcin i Tora odwiedzali ją codziennie, on pomagał w gospodarstwie domowym, Tora przyjaźnie machała ogonem i przytulała wierny pysk. Nadszedł dzień wspólnego wyjazdu na urlop. Wczesnym rankiem przyjechali po Ewę i samochód ruszył w daleką drogę, w nieznane. Tora drzemała na tylnym siedzeniu.

Wjechali w sosnowy las. Bita drożyna pozwalała na swobodne manewry samochodem. Drzewa stały równymi rzędami, jak wojsko na apelu. Ciężkie gałęzie wyrastały z pni wysoko nad ziemią, nie kryjąc zazdrośnie bogactwa grzybów, jagód i innych skarbów leśnego poszycia. Dojechali do niewielkiego jeziorka, które srebrzyło się wśród ciemnej zieleni. Słońce oświetlało opodal stojący jednopiętrowy, drewniany budynek „Myśliwskiego dworku”.

- Jesteśmy na miejscu.

Marcin pomógł Ewie wysiąść z samochodu, za nią wyskoczyła Tora z głośnym szczekaniem. Ewa, oniemiała z zachwytu, rozglądała się ciekawie dokoła.

- Nareszcie - powitał ich tubalny głos gospodarza pensjonatu - Wszystko gotowe, kolacja będzie za godzinę.

Rozlokowali się w jasnych pokojach z widokiem na jezioro. Ewa odpoczywała po podróży, Marcin zajął się bagażami. Zziajana Tora uganiała po lesie. Zaczynała się cudowna baśń. Mijały dni na spacerach po lesie, Marcin zbierał grzyby, jagody, czasem łowił ryby lub pływał w jeziorze. Ewa przesiadywała na brzegu, chłonąc czyste powietrz i uspakajającą ciszę. Wieczorami obserwowali zachody słońca, a rano wracało do nich ciepłymi promieniami. Rodziła się miłość...

Nadszedł dzień powrotu do domu. Torby spakowane, pęki tataraku i kolorowej trawy wraz z zapasem własnoręcznie zebranych i suszonych grzybów czekały w samochodzie. Niespokojna Tora węszyła sprawdzając bagaże. Marcin tuląc Ewę dziękował za wspaniały urlop, ona szczęśliwa sadowiła się w samochodzie. Trzasnęły drzwi, zamruczał silnik, samochód ruszył i odjechali na spotkanie nowego życia.

 

 

Dalej

Powrót do spisu treści