Elżbieta Plewa, Nowy Targ

Strzał

 

Leniwie otworzyła oczy. Słońce oświetlało pokój przez nie zasłonięte okno. Powoli wstała z łóżka uśmiechając się do miłego snu. Z lustra w łazience młoda ładna dziewczyna mrugnęła do niej wesoło. Wolny od pracy dzień zapowiadał się przyjemnie. Z kubkiem gorącej kawy wyszła na balkon. Tak tu ładnie i cicho, z dala od zgiełku dużego miasta - zachwycała się. Z balkonu roztaczał się widok na ukwieconą łąkę, dalej zaczynały się ogródki działkowe. Dwa stojące obok siebie bloki mieszkalne, kilka drzew, piaskownica dla maluchów i balkony w kwiatach, tworzyły miłe osiedle. Zjem coś i pojadę do miasta załatwić kilka pilnych spraw, a potem spotkam się z przyjaciółmi w kawiarni - zaplanowała. Zapadał zmierzch kiedy wracała do domu. Od przystanku autobusowego nie było daleko, a ciepły wieczór zapraszał na spacer. Nagle usłyszała dziwny trzask i zduszony szept. Przyspieszyła kroku i obejrzała się. Zza drzewa wyskoczyła niewyraźna postać i dużymi krokami zmierzała w jej kierunku. Zaczęła biec. Byle do piwnicy, tam jest przejście do drugiego budynku!. Zdyszana zbiegła po schodkach w dół. Uderzył ją odór wilgoci i brudu. Plątaninę korytarzy oświetlała słaba żarówka zawieszona pod sufitem. Jej światło rzucało cień na ściany, potęgując uczucie strachu. Koło nóg przebiegło coś miękkiego. Jeszcze kilka kroków i będę bezpieczna. Zamiast drzwi widniała jasna plama świeżo zamurowanego przyjścia. Co teraz? Przecież nie mogę stąd wyjść! Wyszarpnęła z torebki składaną parasolkę i przysunęła się do ściany. W ciszę wdarł się pisk opon samochodowych. Przez uchylone okienko dochodziły odgłosy bieganiny, rozmów i poleceń. Ktoś krzyknął:

- Ty draniu!

Na schodach do piwnicy zadudniły pospieszne kroki. Mocniej chwyciła parasolkę, zacisnęła powieki i wtuliła się w kąt. Oślepiło ją światło latarki elektrycznej.

- Co pani tu robi? - usłyszała.

Rozdygotana otworzyła oczy. Przed nią stał wysoki mężczyzna w mundurze policjanta.

- Jak długo pani tu jest?

- Nie wiem. Szłam do domu, ktoś mnie gonił... - mamrotała pod nosem - Tu było przejście...

-  Gdzie pani mieszka?

- Tam - wskazała parasolką za siebie i rozpłakała się.

- Och, spokojnie - miłym głosem odezwał się mężczyzna - Odprowadzę panią, a jutro porozmawiamy.

Wziął ją za rękę i lekko pociągnął za sobą.

- Idziemy...

Z trudem stawiała kroki. Wyszli na zewnątrz, zachłannie zaczerpnęła świeżego powietrza. Dwa wozy policyjne oświetlały pobliski trawnik, kilku policjantów pilnowało porządku. Eskortujący ją mężczyzna zdecydowanie skierował się w stronę grupki funkcjonariuszy. Do miejsca zdarzenia podjechała karetka pogotowia

- Czy pani ją zna? - zapytał. zaprzeczyła ruchem głowy.. Pod drzewem na trawie leżała nieruchomo młoda dziewczyna. Rozdarta spódnica odsłaniała smukłe nogi. Wokół głowy na trawie ciemniała coraz większa plama krwi. Zachwiała się.

- Chcę iść do domu - wyszeptała.

Odprowadził ją pod drzwi mieszkania.

- Komisarz Jan Bartek - przedstawił się. - Jutro spiszemy protokół. Pani jest świadkiem. Proszę nie wychodzić z mieszkania i starannie zamknąć drzwi. Nie wie­my jeszcze czy sprawca działał sam, czy miał wspólników. Tu jest mój telefon.

Pożegnał się i została sama. Weszła do mieszkania, zapaliła wszystkie światła i usiadła w fotelu. Jak na jeden dzień, stanowczo za dużo się wydarzyło. Przed oczy wrócił obraz nieruchomej dziewczyny. Czy musiała zginąć, tak bardzo skrzywdzona przez los? Była taka ład­na i młoda. Pomyślała o przystojnym policjancie. Co jeszcze może się wydarzyć. Jestem świadkiem – powiedział. Obleciał ją strach.

Przygotowała się do spania, ale sen nie nadchodził. Wyszła na balkon. Była ciepła noc. Przywidzenie czy rzeczywiście ktoś przemknął pod są­siednimi balkonami? Znów dobiegł ją suchy trzask i coś mocno ją ude­rzyło. Osunęła się między skrzynki z kwiatami i zapadła w ciemność. Księżyc świecił jasno, pachniały kwiaty, a letnia noc szeptała słowa pożegnania.

 

Dalej

Powrót do spisu treści