Elżbieta Plewa, Nowy Targ

Był taki bal...

 

Szła zamyślona brzegiem leniwie płynącej rzeki. Dzieci baraszkowały w płytkiej wodzie, a niespokojne matki ciągłym upominaniem przeszkadzały pociechom w zabawie. Powietrze było nagrza­ne i duszne, słońce przypiekało coraz mocniej. Rozrzucone na tra­wie ciała opalających się przypominały placki na patelni. „Na pewno będzie burza” - powiedziała cicho do siebie. W domu, w piecyku zostawiła dla męża obiad. Dzisiaj późno wróci z pracy.

Zmęczona usiadła na pniu zwalonego drzewa. Lubiła to miejsce z dala od ludzi, gwaru, miejskich plotek. Cisza i spokój tego zakątka sprzyjały rozmyślaniom, wspomnieniom, pozwalały marzyć.

Przypomniała sobie bajkę z dzieciństwa. Opowiadała ją zaprzy­jaźniona z rodziną, starsza koleżanka mamy, przez wszystkich nazywa­na Matusia. Bajka o Kopciuszku, ale trochę inna. Chyba dlatego, że miała w sobie posmak goryczy i smutku z lat wojny i okupacji, ale przede wszystkim mówiła o spokoju, szczęściu i wielkiej miłości. Ta refleksja przyszła do niej po latach, kiedy sama zaczynała swoje życie i usiłowała je zrozumieć. Opowiadanie to pozostawiło głęboki ślad w jej osobowości.

Zawsze chciała być Kopciuszkiem. Marzyła o balu, sukni z jed­wabiu w kolorze starego złota i pantofelkach wyszywanych perełkami. Ten bal, zgodnie z tradycją, rozpoczynał się walcem, który należało zatańczyć z ojcem lub starszym bratem.

Więc tańczyła swojego pierwszego walca. Płynęła szczęśliwa w opiekuńczych ramionach ojca, a on uśmiechał się do swojej dziewczynki. Roześmiana, gadała i tańczyła, była taka radosna... Pod koniec balu zgubiła pantofelek. Znalazł go Książę. Przymierzył jej, i na rączym rumaku uprowadził w daleki świat. W uroczej chacie, na skraju lasu żyli długo i szczęśliwie. Odwiedzały ich tajemnicze postacie, do chaty podchodziły leśne zwierzęta. Ona je karmiła i bawiła się z nimi. Do snu kołysał ich szum drzew, rano budziły rozśpiewane ptaki...

Och, tato!... Tatusiu!...  Nie było balu, strojnej sukni ani pantofelków z perełkami. Nie było walca!... a ciebie i mamy nie ma już tyle lat.

Wzdrygnęła się. Dookoła cicho, nie widać nikogo. Z granatowego nieba spadały duże krople deszczu.  Szybko do domu. Zanim dobieg­ła, nie miała na sobie suchej nitki. Głuche grzmoty słychać coraz bliżej, mrok rozjaśniało raz po raz ostre światło błyskawic. Zdjęła przemoczone ubranie, owinęła się szlafrokiem i zwinęła w kłębek na tapczanie. Znowu błysk i grzmot. Przykryła głowę kocem, zacisnęła powieki i zapadła w niespokojny sen.

- Już jestem, kochanie.

Mąż cicho wszedł do pokoju. Wiedział jak panicznie boi się burzy, wiedział co przeżywała. Ostrożnie położył się obok i mocno przytulił ją do siebie.

- Już dobrze, burza minęła.

Rozbudzona powoli odwróciła się do niego. Uśmiechnięta, przyjazna twarz, taka znajoma z jej marzeń i snów, pochyliła się nad nią.

- Płakałaś!

Lekkimi pocałunkami osuszał jej oczy i mokre od łez policzki. Wtuliła się mocniej w jego ramiona. Pocałunki stawały się gorące i coraz dłuższe, a ona chętnie je oddawała. Ręce męża rozchyliły szlafrok i rozkosznie gładziły ciało. Ogarnął ją płomień. Zadrżała, a potem nie widziała już nic.

 

 

 

Dalej

Powrót do spisu treści