Wiesław Piechocki, Feldkirch (Austria)
Malowanie
Poniższy tekst został nagrodzony we wrześniu 2005 w III Konkursie Literackim im. Marka Hłaski, organizowanym przez polonijny periodyk „Jupiter” [www.jupiter-online.at] z Wiednia. Inicjatorką kolejnych edycji tego konkursu i redaktorem naczelnym pisma jest pani Jadwiga HAFNER.
Jeszcze tu muszę pociągnąć lepiej pędzelkiem. Powierzchnia jest niby gładka, ale zawsze jakaś drobinka kurzu zatrzyma się na idealnej gładzi. Jeśli pociągnę włosami szczeciniastymi pędzla tę równą część, zamknę na zawsze malutką drobinkę pod warstewką farby, lakieru, czegoś, co ją uwieczni na pomalowanej powierzchni jak twarze na pożółkłej fotografii rodzinnej, gdzie jedni się patrzą na niebo, inni w aparat, ale wszyscy zastygli w pozach tamtego momentu. Albo jak owad zamknięty w bursztynie nie mogący donikąd wylecieć. Tkwi od wielu lat zastygły w swej klatce, mimo że ktoś się schylił po kawałek bursztynu po burzy, która przeszła dziwnego lata nad morzem i owada otacza swoista dynamika: przeszła burza, fale wyrzuciły, ktoś podniósł jantarowy kawałek.
Na zawsze tam tkwi. Brzmi to dumnie, strasznie jak karuzela, której motor się zepsuł i wszyscy się kręcą. Na zawsze. Motor życia jest tylko motorem, mogącym się zepsuć.
Wszystko mija jak korowód karnawałowy, jak deszcz wczesną jesienią, jak wielodniowa ceremonia wiejskiego ślubu, jak krew na ranie, jak ważność opon karawanu.
Ciągle delikatnie wodzę lakierem po metalowej powierzchni. Z uczuciem - con amore - tak jakbym przesuwał dłoń po kobiecych plecach, wodząc w dół palcami jak po wiolonczeli. Ktoś położył instrument na podłodze (nie zna się na cenie!), ktoś wcześniej pomalował tę wiolonczelę na różowo, toteż tym bardziej przypomina ramiona, linie wygięte jak wzgórza Toskanii (widziałem taki film w telewizji), wznoszące się kusząco. Instrument zakończony przedziałkiem zaprogramowanym grzecznie pośrodku jak równa linia we włosach kelnera w „Bajońskiej“ za czasów jeszcze mojego dziadka, kiedy ruszał na front, zakończony wiślanym cudem. Ale metal to nie kobiece plecy. Jest zimny. Jest jasny, gładki, nawet przyjemny w posuwistości lgnącej od dołu do palców. Ale zimny. Poza tym ta zielonawa szarość nie przypomina różowego dywanu pleców, powyginanego w esy-floresy zdolne zaśpiewać, kiedy zapragnie tego natura. Szef powinien być zadowolony. Przecież staram się jak mogę. Coraz rzadsze są nowe plamy na moim kitlu pożyczonym od szwagra szefa, który w międzyczasie zrobił karierę: nie musi malować takich starych metalowych części. On je teraz montuje, nawet w innych krajach. Jest cenionym pracownikiem, monterem. Dobrze, że mnie pochwalił wczoraj, kiedy tu przechodził. Taki komplement po pierwsze dodaje mi odwagi na emigrancką przyszłość, a po drugie słyszał go szef i to jest jeszcze ważniejsze, na jutro, może na pojutrze. Jest otucha.
Miesiąc temu, pamiętam, jak mnie szef przyjmował do pracy. Widziałem jak mu się podobały moje umięśnione ramiona. Starałem się, naprężając się, jak mogłem. Przynajmniej to. Obserwował pierwszego dnia moje palce. No tak, białe, dotychczas nienawykłe do fizycznej pracy. Widziałem, że to zauważył, ale nic nie powiedział. Dał mi szansę. Doceniam ten aspekt jego charakteru. Normalnie trochę wrzeszczy, rozkazuje. Ta niewielka fabryczka to jego imperium i wolno mu tu rozkazywać. Od dawna wie, że za gołymi cegłami (po rozbudowie jeszcze nie otynkowano ścian) kończy się jego władza tekstylnego magnacika. Tu mu wolno wszystko, jako że jest odpowiedzialny za tę pchełkę kapitalistycznego zakładziku produkcyjnego. Nie lubi słowa „kapitalistyczny“. Jaki tam z niego kapitalista?
Chciał po prostu porządnie żyć, godnie – wtedy się tak to nazywało. Wracał z niewoli z Jugosławii, miał zapadnięte przez głód policzki. Przyciskał je do zimnej szyby powoli jadącego i często kontrolowanego pociągu, aby jechać na zachód Austrii. Lał deszcz, siekąc owej jesieni 1951 roku. Tyle straconych lat! Był, czuł się jeszcze młody, ale jak zacząć nowe życie? Ojciec miał mały zakładzik tekstylny przed wojną na zachód od Tyrolu. Chyba przejmie to dobro rodzinne, no bo co innego ma robić? Cholerna wojna, cholerna ideologia. Gdyby powiedział „nie“, postawiono by go pod ścianę i ciach! trach! - rozstrzelano by go. Tak mi mówi. Jego wujek się tak rzucał, pacyfista, katolik, krzyczał, że nie włoży munduru ze swastyką. I nie włożył. Pluton egzekucyjny docenił tę konsekwencję, o ile można tak nazwać paru chłopaków, którzy rano przyszli pod dom i wykonali zupełnie niespektakularnie i nieelegancko, ale skutecznie wyrok. Ciotka szefa, Elisabeth, opowiadała, że się wił w konwulsjach parę sekund, osunąwszy się wzdłuż słupka na podwórzu, gdzie normalnie przed wojną szlachtowała rodzina świnie z powodu jedynie wesołych okazji: poród, pierwsza komunia, ślub, następne narodziny dziecka, tak jak tego wymaga rytm życia w Alpach, podobnie jak w Karpatach czy Górach Dynarskich. Ludzie są wszędzie tacy sami. Chcą żyć dobrze, spokojnie, bez problemów. Ale Führer chciał przecież też dobrze. Dla tylu milionów. Tak dobrze mu szło w gospodarce. Ludzie wariowali za nim. No, nie wszyscy. Ale czy ktoś wielki, powiedz człowieku, wszystkim, rzeczywiście wszystkim dogodził?
Tu muszę lepiej polakierować, pochylić się, bo ta część metalowa jest wielka. Stoi przy stole, oparta o blat. W puszce wielkiej, jakby miała wodogłowie, coraz mniej lakieru. Coraz mniej śmierdzi w hali, przynajmniej z powodu lakieru.
Po co mi szef o tym tyle opowiada? Ma kompleksy, chce się pokazać jako szeroko pojmujący problemy świata człowiek, który niejedno przeżył. Ciągle przystaje przy tym brudnym stole, gdzie siedzę godzinami, już kilkadziesiąt dni, patrzy się na te moje białe, ale coraz bardziej poplamione palce. Wyciąga z kieszeni zapałki, paczkę z papierosami, starannie wkłada kolejnego papierosa do ust i z uśmieszkiem patrzy się na moje zgarbione plecy. A między moimi plecami są ręce, poruszające tym idiotycznym pędzlem, żeby rozprowadzić lakier o nieokreślonym kolorze. Moje ręce. A może ma satysfakcję? Ja kiedyś też byłem młody, los mi zesłał wojnę – teraz ty jesteś młody i los ci zesłał emigrację. Tak, zesłał. Tak, z ziemi polskiej do austriackiej. Nie chciało mi się już być żabą, płaszczyć się przed niewidzialnym systemem, korząc się przed cieniami, obawami, akceptować po kolacji na kanapie słusznych szklanoekranowych myśli, zawartych też w książkach o opasłych, prawie zawsze czerwonych grzbietach. Mój grzbiet był do czasu giętki jak różowe plecy młodych kobiet. Potem z czasem zesztywniał jak drewniana płoza sań w wielkie mrozy. O nie! Już nie będę żabą. Dwie żaby wsiadły w malutkie auteczko /FIAT 125/ jak zabawka dla młodocianych emigrantów i hulaj dusza – do raju! Helenka powiedziała: między obcymi, zobaczysz, nie będzie nam gorzej niż w PRL.
Klęknę przy tej części, bo jest wielgachna, już mnie ręce bolą od obracania. Zauważyłem, że kiedy sobie mrucząc klnę, to mi się łatwiej maluje, lakieruje.
Do raju? Do raju nie ma wstępu. Ten kraj się nazywa po pierwsze zupełnie inaczej, jest zasiedlony przez ludzi chodzących w ubiorach, a nie nago. Jabłka może wiszą na drzewach, ale kupuje się je konwencjonalnie w sklepach. Jeszcze tu nie widziałem węża. Nikt nie zmusza do zrywania jabłek i akurat nie za to grozi wysiedlenie. Po drugie pracę można otrzymać u takich ludzi jak mój szef z rzadkim przedziałkiem. Ale to nie jego wina, że mu wypadają włosy. Natura ma swoje prawa. Jesień też ścieli liśćmi i poeci piszą na ten temat rymy. I tak był szef miły, że dał pracę. Wreszcie trzeba mi podreperować budżet rodzinny. Każdy głupiec mógłby robić to, co od miesiąca robię. Nie potrzeba magisterium ani doktoratu. Ale emigrant jest wtłoczony od razu w ramy. Niewidzialne, ale ramy. Ciesz się, że dałem ci pracę, durniu. Ciesz się, słyszysz? Ciesz się! Sam opowiadałeś, że w twojej ojczyźnie wszyscy udają, że pracują, że system wykrzywia sylwetki (jak płozy sań...), że każdy chciałby wyjechać, tyle że większość się boi, bo ma taki charakter. Lękliwy, ostrożny, to się tak nazywa w psychologii. Tego „ciesz się!“ mi ani razu nie powiedział, ale ja to czuję, kiedy stoi obok mnie, strząsa popiół na i tak brudny beton hali, leciutko kiwając głową z zapadłymi policzkami.
Jasne, że od razu wziąłem tę pracę u tego wiecznie niedogolonego Austriaka. Gada o tej Jugosławii, co mu zabrała młodość. Wiem jeszcze ze szkoły, kiedy tam był dziwny komunizm, że tam są góry, lasy, jeziora, pola pełne mamałygi, ale jeszcze w formie kolb kukurydzy. Słoneczniki, kukurydza to reprezentanci rozbuchanego słońca. Tu ono nie dociera przez dość niedomyte okna. A kiedy on opowiada o tym kraju na północ od Grecji, to jest to piekło, które mu wyssało młodość jak wampir, co czyha na młode dziewczyny o północy, aby pozbawić je tryskającej energii. No wiem, wtedy była wojna i jego perspektywa jest skażona pacyfikacjami, a nie siedzeniem na plaży, akcjami w lasach przeciw partyzantom, a nie jeżdżeniem autokarami wśród zabytków; wpadaniem z wrzaskiem (żeby samemu dodać sobie odwagi) do serbskich domów, a nie odwiedzaniem przyjaciół w czasie pokojowym i pytanie ich o zarobki, dzieci i lepsze szanse na przyszłość.
Właściwie dobra sąsiadka mnie do niego przyprowadziła. Sam go przecież nie znałem i nie trafiłbym na tego pogrobowca zardzewiałej już niemal ideologii. A sąsiadka powiedziała, chcesz zarobić, idź do niego. To dobry człowiek, trochę pije, ale w sumie trzyma w garści tę fabryczkę. Pokrzykuje na tych parę osób, jakie zatrudnia, no bo tak prymitywnie pragnie wznieść się na orbity władzy. Jego fabryczce nie idzie najlepiej, bo nie inwestuje regularnie. Teraz kupił starą maszynę, rozłożyć ją trzeba, wyczyścić części w kąpieli z ługu (uwaga na żrące materie, mogą podniszczyć biel rąk), pomalować każdą cząstkę i złożyć. Jasne?
Jasne, że wziąłem. Świeży emigrant nie może wybrzydzać, bo od losu dostanie porządnego kopniaka. Wziąłem to, co się nadarzyło. Brak alternatywy, żadnej księżniczki (czyli innej, lepszej pracy) nie ma na horyzoncie. Szef dał mi stołek już dostatecznie poplamiony, jakąś złożoną szmatę na ten zydel, żeby mi było wygodniej, bardziej miękko pod pupą. Do garści mała beczka z lakierem i pędzel. Maluj, malarzu!
W zeszłym tygodniu było pranie tych części. Nie wiedziałem, że w takiej wielkiej prymitywnej pralce mieści się tyle metalowych części. Muszą się zmieścić po kolei. Dopiero porządnie wyprane kawałki, bardzo dobrze odczyszczone ze starych smarów i brudów, można pomalować. Kilka kąpieli za murem, gdzie leżą kawałki papy, jakieś zamierzchłe grządki, porozrzucane patyki, rozwalone cegły i rachityczna trawa. Zacząłem malować parę dni temu. Miła praca. Poważnie. Bo pranie to był koszmar. Pralka to był stary, olbrzymi, blaszany kocioł, pod którym palił się żywy ogień. A w kadzi woda z silnym roztworem ługu. Mieszać w kotle to odwaga. Mieszałem ostrożnie. Tak mi się zdawało. Nawet nie miałem skojarzeń z Lucyferem. Woda żrąca pryska, zaraz na kitlu robi się wypalona dziurka, co daje nawet ładny efekt kolorystyczny: całe pole rękawa i nogawek jest niebieskie, a na tym powoli, z każdym dniem powstają żółte plamki. Kaczeńce na firmamencie – powiedziałaby jakaś uduchowiona romantycznie dama. Ale tu dam nie ma i nikt tak, w sposób rozmarzony nie gada. Tu jest produkcja tekstyliów, a ja sobie siedzę obok, trochę drapiąc się po swędzących rankach, jakie powstały na rękach. Nie ustrzegłem się pryskającej cieczy. Nakremowałem sobie te miejsca. Trochę ukojenia. Drapię się i rozglądam. Maszyny pracują, lśnią oliwą i smarami. Ktoś kiedyś będzie je musiał po demontażu wyprać. Znowu kocioł, uważać na ręce i nogi, znowu ciecz żrąca jak ironia losu.
Jeszcze pociągnę dla równej gładzi pędzelkiem, wzdłuż, łagodnie, posuwistym gestem, klęcząc na jednym kolanie. Nigdy mnie przedtem nie bolał krzyż. Cholera, robię sie perfekcjonistą w nie swoim zawodzie! Powoli, czyli langsam aber sicher tworzę nową powierzchnię na metalowych częściach. Tak powoli, jak powoli powstawała myśl o emigracji. To była łagodna pochylnia, jak łagodny jest charakter Helenki. Niekończące się spacery nad rzeką, przysiadywanie na zboczu, nad brzegiem, koło mostu, który widać było, domagał się remontu. Ale jedyna partia miała inne priorytety, a poza tym zupełnie nie wiedziała co to jest konkurencja. Taki system. Nie ma konkurencji. Natomiast jest monopol władzy. Przed wojną, kiedy dziadek wrócił z frontu cudu nad większą rzeką, był też monopol. Ale chodziło bodajże o wódkę, zapałki, mydło i wzrost gospodarczy. To obce słowo „monopol“ kojarzyło się ludziom z wódką, albo z hotelem. Toteż za mojego minionego dzieciństwa partia nie chciała się nazwać „monopolowa“, chociaż mogła (PZPM). Partia wiedziała: dobry zawodnik nie odkrywa od razu swojego głównego źródła energii, gracz nie pokazuje atutowej karty, a żołnierz nie wystrzeliwuje nabojów od razu na początku kampanii, przy pierwszej bitwie, jak jakiś dureń. Partia ta jedyna, monopolistyczna, też się okopała porządnie, z forpocztami, sygnalizacją wzrokową, mostami zwodzonymi, jak bastion średniowieczny, którego kasztelan wie, że przyjdzie mu długo sprawować rządy. Długość rządów była pewna. To uspokaja jak perspektywa porządnego najedzenia się albo rzetelnego spadku.
Coraz bardziej korodowały żelazne nity władzy. Coraz bardziej w dyskusjach chyliły się głowy przyszłych emigrantów. Ściszano głos, aby krytyka nie przeskoczyła poza kordony ludowych obrońców porządku. To mi zostało. Ciągle mówię za cicho, mimo że chciałbym grzmieć jak kopnięty pies, aby zauważono mój byt. Osobniczy byt wygnańca (dobrowolnego), wkręcającego się, a przynajmniej usiłującego się wkręcić w nowy system, górski (Alpy tu bardziej dominują, niż tatrzańskie zęby w polskim pejzażu), na początku w wyobrażeniach rajski, potem coraz bardziej, kiedy euforia poszła spać, przechodzący w czyściec. Osobniczy byt emigranta ma tyle cudownych rytuałów, bo się myśli – cholera, jaki ja byłem ważny tam, ilu prominentów na szczytach powiatu mnie znało tam, zapraszano mnie na wysokie pokoje tam, coś znaczyłem tam, tyle lat robiłem dobrą minę tam. Tam. Tam-tam. Tego tam-tamu tu nie słychać, nikt do diabła nie wie kim byłem tam, co sobą reprezentowałem. Jak ja udowodnię, że nie wyskoczyłem spod ogona historii i wydarzeń głęboko przypadkowych? Są one tak przedziwne, że nie wiadomo: śmiać się, płakać, rwać włosy, które i tak robią się jakoś rzadsze chyba z powodu tych ługowych kąpieli metalu. To mnie łączy z szefem – włosy wypadają. Syndrom harmonijnej syntezy między pracodawcą a robotnikiem. Coś do artykułu w tygodniku związków zawodowych.
Helenka mówi tak: ta maszyna jest bardzo wielka, ma sporo części, więc zwalniaj tempo, nie spiesz się. To może będziesz miał tę pracę przez kilka miesięcy, a może nawet przez rok? A jak szef zauważy taki spryt? Nie, nie zauważy.
Kiedy jego młoda żona go zdradziła, bo go nie było tak długo pod Alpami, tylko nad Sawą, rozszedł się z nią, co wtedy było, zaraz po roku 1951, ewenementem. Teraz jest to normalniejsze, chleb powszedni, niż trwanie razem przez wiele lat po ślubie. Tak zawsze było, ale teraz są inne czasy, ciekawsze, dynamiczniejsze, po prostu fajniejsze. Ja też chcę żyć w milszych czasach. Teraz ma szef nową żonę, drugą, ale mu jakoś z nią nie wychodzi psychologicznie. Spóźnił się na pociąg z napisem „miłość prawdziwa jest tylko dla młodych“. Może pamięta ognistą Gordanę z serbskiej wioski, którą znał dość dobrze wtedy. Kiedy stacjonowali w sąsiedniej wiosce, ona przynosiła im zamówiony chleb. Wszyscy widzieli, że jest ładna. Ale jemu się zdawało, że akurat na niego patrzy się dłużej, intensywniej. Zaczął oczywiście w tajemnicy przed kolegami w szarych dobrze skrojonych mundurach do niej chodzić, szukając jakichś mądrych pretekstów. A to trzeba było przeszukać strych, czy nie ma tam partyzantów, a to sprawdzał ważność i prawdziwość dokumentów, wystawionych przez niemieckie władze okupacyjne. Gordana trzymała się z daleka, bo bała się, że ktoś w tej wiosce, otoczonej górami ze wszystkich stron, doniesie partyzantom – że zadaje się z Niemcem. Jugosłowiańskim partyzantom nie było przecież obojętne, że on był Austriakiem. Widziałem dobrze: szef patrzał się przez okno rozmarzony, zaciągał się jeszcze mocniej kolejnym papierosem z filtrem i zdawało się – na stare lata wracają młode wspomnienia. Chyba się nudzi, bo opowiada mi w detalach swoje zakurzone erotyczne przygody? Może i zapomniałby o tamtej Gordanie, która mu po wielu tygodniach uległa na malutkiej polanie, wśród kwitnących kwiatków, szumiących pinii, koncertujących cykad, w oszałamiającym słońcu, gdzie w trawie obok błyszczał zdjęty przez niego gwałtownie pas z napisem „Gott mit uns“, chyba w trzy tygodnie po prawosławnej Wielkanocy, gdyby nie to – tak mi opowiadał przedwczoraj, czyli przy końcu XX wieku – że do sąsiedniego domu sprowadziła się rodzina serbska. Teraz, przy końcu XX wieku. On, ona (ta właśnie Gordana) i dwie córeczki. Gordana numer dwa, „wspomnieniowa“ wcale nie jest podobna do tamtej z jego młodości, zasypanej potem prochem, pyłem, tynkiem rozwalających się ścian przy akompaniamencie wycia syren i kanonady z pierwszej linii frontu. Oczywiście Gordana numer jeden była ładniejsza, miała jeszcze bardziej czarne, błyszczące włosy, niemal zawsze zaplecione w gruby warkocz. Coś mówiła po serbsku, śmiejąc się tak szeroko, że słońce bałkańskie odbijało się od jej zębów i ten promień wędrował do miejsca, gdzie pod jego nosem zaczynał się dość wątły jeszcze wtedy, młody wąsik. Co mówiła, tego nie rozumiał, ale śmiech jej wędrował do miejsca, które ma każdy rasowy mężczyzna gdzieś w ciele mające etykietę z napisem „musisz być moja, za każdą cenę!“.
Kolana już mnie bolą, a z drugiej strony powierzchnia jeszcze nie gotowa... Znowu zacznie się drzeć, kiedy zobaczy włos zastygły na gładzi, albo nie gotową nogę boczną do przyszłej zmontowanej maszyny.
Gordana numer dwa jest wykształcona, mówiła szefowi, iż pracowała w telewizji w Nowym Sadzie. Córeczki poszły tu oczywiście (wymóg władz) do austriackiej szkoły. Mąż nawet nie jest zwykłym robotnikiem, jakich wielu w Austrii, lecz jest trenerem piłki nożnej. Nie kryje, iż lepiej tu w Austrii zarabia niż nad serbskim Dunajem. Takie czasy. Kiedy szef, skazany na tekstylną przyszłość, wracał jako zmęczony niewolą jeniec austriacki, wtedy, w 1951 roku, na dwa lata przed śmiercią Stalina, nigdy nie przypuszczałby, iż czasy się tak odmienią. Jeden kolega, Niemiec, w serbskich górach mówił mu wtedy, bo akurat przed 1939 rokiem miał zdawać w Kassel maturę, że już Rzymianie mówili: „czasy się zmieniają“. Święta prawda: on jako jeniec u Jugosłowian za bardzo ich nie lubił przez resztę swego austriackiego życia, a teraz ma za sąsiadów właśnie Jugosłowian. Nigdy by nie wpadł sam na taki scenariusz. Ale los tak. Los jest zawsze dowcipniejszy. Co prawda, kiedyś przy kolejnym piwie, gdy koledzy poszli już do domu, oddalając się od „Stammtischa“, wpadł nagle na myśl nader fantazyjną: a może ta nowa Gordana, nowocześnie prowadząca volkswagena combi z rejestracją z Bregenz, ma coś wspólnego, oprócz imienia oczywiście, z tamtą „jego“ Gordaną z roku 1943? Nie, głupia myśl! Nic tu by nie mogło realistycznie pasować: ona by mogła być wnuczką tamtej? Wnuczką? To już jest taki stary?
A co mnie właściwie obchodzą scenariusze w życiu szefa, jego byłe miłostki? Każdy ma na podorędziu coś do obgadania, coś do ukrycia, coś do przekazania potomnym. Ja przecież muszę myśleć o sobie. Przecież nie jestem żółwiem, który zaczął nieokreślony marsz i nagle mu się nie chce już iść. Nawet nie wie ile procentowo dystansu przeszedł. Gdybym umarł, od razu wiedziano by jak szybko szedłem trasą mego życia, jak często chorowałem i co właściwie było przyczyną śmierci. Co prawda, nikt nie wiedziałby nadal po co żyłem, dlaczego nie byłem ojcem, teściem i dziadkiem...
A tak to człowiek siedzi, otworzy dla odmiany okno, aby wywietrzyć salę fabryczną. Też zapaliłbym, ale nie mam za co. Odkładam delikatnie cząstkę metalową tekstylnej maszyny, mającej powstać i tworzyć nowe bogactwa dla szefa o zapadłych policzkach. Takie już mu z tej serbskiej niewoli zostały wspomnienia. Potem nigdy nie mógł patrzeć na zdjęcia Broz-Tito, w białym mundurze, na dziobie partyjnego jachtu. Fuj! On wie lepiej, tam było piekło a nie taka kolorowa propaganda. Łatwiej jest odłożyć polakierowaną malutką część maszyny na brudną deskę, aby sobie wyschła, niż zapomnieć o upokorzeniach. Łatwiej pędzlem poruszać niż zastanowić się jak sobie właściwie wyobrażam nowe życie wśród obcych ludzi. Czuję się jak w lesie, pełnym drzew i ciemnych miejsc. Ktoś idzie ścieżką: nie wiadomo, cholera, czy to Czerwony Kapturek czy wilk. Człowiek nic nie kojarzy, najchętniej by wrócił. Aha, ale powrotu nie ma, jak w motywach bajek: młody rycerz wychodzi z zamku, bo mu tato powiedział, że gdy tylko czegoś dokona, to niech wróci. Kiedy sukces nie będzie widoczny, namacalny, sprawdzalny, chwalebny, to niech raczej nie wraca. Każdy ma takiego ojca na straży sukcesu, w głowie. No bo jak nie ma być sukcesu, to lepiej siedzieć w domu, oglądać coraz to nowe kanały telewizyjne, narzekać na drożyznę, pojechać do kumpla z wojska, który ma drugą żonę i trzecie (ale jeszcze bardzo małe) dziecko.
Siedząc sobie na zydlu i na szmacie, maluję ochoczo pędzelkiem, który ma być drzewcem na dużym sztandarze małej, ale lepszej przyszłości. Wdycham okropne powietrze, bo akurat po coś używano aceton w hali. Śmierdzi strasznie. Lepsza była gnojówka na wiosnę. Moje młode (jeszcze) płuca nie mogą tego znieść tutaj, oficjalnie. Bo jak sobie zapalę papierosa (nie takiego drogiego jak u szefa) to jest moja sprawa, czy sobie zaśmiecam drogi oddechowe. Ale ten aceton wjeżdża mi do głowy. Zaczynam dzięki niemu ostro myśleć. Ta moja fizyczna praca mi się nie podoba. Rewolucyjne! Niebywałe!
Najgorsze przede mną, bo kiedy wreszcie wieczorem stąd wyjdę to zacznę iść bocznymi drogami do domu. Myśl jest zupełnie absurdalna, wiem o tym, ale ostrożność nie zawadzi: wracać będę więc bocznymi drogami, gdyż mógłbym spotkać Krzyśka. Krzysiek to jest największy patriota, jakiego znam, mieszka w Warszawie i ma się dobrze. Założył rodzinę, ma dzieci. Zawsze mówił, że by nie wyjechał. Sytuacja mu politycznie nie odpowiada, ale ojczyzny się nie porzuca jak chorej matki. Trzeba przy niej stać w chorobie, zawołać lekarza, przynosić medykamenty, ukojenie. Tak zawsze mi mówił, zwalniając kroku na chybotliwych kaflach chodnika. Tylko gdzie się podział numer telefonu do pielęgniarki? Jak ona się nazywa? Gdzie mieszka? Skąd wytrzasnąć gremium lekarskie? Zamiast konsyliów były komitety... Nie pytałem o to Krzyśka, bo czułem, iż zepsułbym delikatną nić najpiękniejszej materii świata: męskiej przyjaźni. Wolałem otulić się fajnym kokonem ciszy i dać spokój nękającym pytaniom. Dyplomaci żyją dłużej, śpią spokojniej, tworząc wiekopomne dzieła. Ale tu w maleńkim miasteczku na zachodzie Austrii, gdzie będzie stać Krzysiek? Na rozstajach dróg symbolicznie? Zobaczę go jak oparty o latarnię, znak drogowy lub maszt z światłami, ironicznie na mnie spojrzy, pokiwa głową, dając do zrozumienia „Człowieku, co ty zrobiłeś? Na głowę upadłeś? Tak upaść zawodowo? I ty to znosisz?“ Przy czym zrobi rzecz najokrutniejszą na świecie: pokiwa głową i nic, dosłownie nic nie powie, odsunie się od oparcia, od tej lampy kretyńskiej, odwróci się i odejdzie. Stanie się rzecz fizycznie przedziwna: on będzie odchodzić powoli a bardzo szybko zniknie za zakrętem małej uliczki. Jak to jest możliwe?
Sen ten powtarza się niemal co noc. Krzysiek przychodzi i wali mnie tym niemym wzrokiem jak ZOMO-wcy mnie walili pałką w Alejach Jerozolimskich. Ale byłem młody, plecy (u kobiet są różowe, u mnie były najpierw bardzo czerwone, a potem była tęcza zielonawo-żółto-brązowa z połyskiem fioletu) też, jeszcze bardziej nogi. Umknąłem, chociaż potykałem się, gdyż już wyrwane były płyty chodnikowe a pod nimi był piękny żółty piach, taki jak nad polskim Bałtykiem. W środku Warszawy odkryłem piach urlopowy o zachęcających barwach, dzięki zamieszkom chuligańskim. Tak skomentowała prasa reżimowa kolejny wybuch złości ludu. Lud istniał jedynie w tytule gazety wiodącej prym monopolowo. Lud, prawda, wiadomości, trybuna, trybuni. Krzysiek jest moim sumieniem, otwartą raną, wstydem, który nie schowa się do żadnego konfesjonału. Nie ucieknę od niego długo. On jest lepszy od Zomowców. Widocznie robak sumienia we mnie pogadał sobie z nim. Wie jak mnie dręczyć. Po co wyjechałem? No bo chcę żyć lepiej, egoistycznie, buńczucznie, hardo mu we śnie odpowiadam. A on tylko się odwraca, skamieniały w sylwetce, żeby się wydawać jeszcze bardziej monumentalny. Jasna cholera! Jak on to robi? Kiedy on przestanie mnie nawiedzać? Ja nie chcę tych wizyt! Apage satanas, odejdź diable! Nie, to byłoby świństwo tak powiedzieć do Krzyśka. On na to nie zasłużył. Każdy wie, czyli ja też, że Krzysiek to anioł. Zazdroszczę mu odwagi, spokoju, ustabilizowanych poglądów, twardych jak stal produkowana kiedyś w Nowej Hucie. Kiedy poglądy się kształtują, są jeszcze miękkie, jak ciemiączko niemowlaczka albo jak właśnie stal. Ale potem wszystko hardzieje, jak stal (Ostrowskij). Byłem kiedyś przy spuście stali (wycieczka szkolna na Śląsku) w Chorzowie w hucie. Stal się lała jak gorąca zupa do zbiorników, większych od największych talerzy. Gdyby Marsjanin to oglądał (zakładam, iż nie ma hut na jego planecie), to w życiu by nie wpadł na myśl, że ta ciecz zastygnie i będzie tak twarda jak doktryny pewnych partii. Chyba że ktoś przedtem, przy kolacji, pokazałby mu istotę świeczek: popatrz Marsjaninie, leję wosk na obrus jak zupę a za chwilę będzie ta masa twarda jak kości ludzi, jadających regularnie witaminy. Marsjaninie, rozumiesz to?
Absurd moich myśli polega na tym, że Krzysiek jest w okolicach Alei Jerozolimskich a ja pod Alpami w małym miasteczku, gdzie większość ludzi to Austriacy. Skądby mógł wiedzieć, że ja tu mieszkam? Nie jest duchem świętym. Nie może mnie spotkać. Ale ja, na wszelki wypadek, wiedząc, że dobry agent zabezpiecza się na wszelkie sposoby, aby po prostu być inteligentniejszy od konkurentów, nie pójdę tą główną drogą do domu, pójdę bocznymi, koło pól, potem skręcę niedaleko poczty na lewo. Gdyby on tam stał, to skryję się pod drzewa, bo jest tam taki mały plac dla zabaw dziecięcych. W najgorszym przypadku, gdyby nadal tam stał, wlazłbym do poziomego betonowego korytarza na placu zabaw. Dzieci malutkie uwielbiają się tam kryć. Zająłbym im główną atrakcję, ale na krótko. Obserwowałbym Krzyśka. Nie będzie stać przy skrzyżowaniu wiecznie. Pójdzie gdzieś sobie, ja wyjdę, otrzepię kitel trochę rozerwany na kolanie i pójdę do domu. Ale on nie może tu być. Mnie pozostaje strach. Zabiorę go, jak każdego dnia, do domu.
„Do domu“ – jak to pięknie brzmi. Kiedyś go miałem. Pięknie zbudowany na obrzeżach komunizmu. Wszędzie był komunizm. Kłamię: dom nie był piękny. Okropność zakuta w pokruszone cegły, wyliniałe framugi okien, liszaje tynku, który był młody, kiedy umierał kanclerz Bismarck. Podwórko było najgorsze: kupy kur, klatki z królikami, baraczki z gołębnikami, ruina szopy, niedomknięte szambo, rozwalony śmietnik. Wśród nich, o dziwo, romantyczna dróżka do ogródka, będącego oazą piękna: mały staw, w nim rybki i rzęsa wieczna na powierzchni wody, czyli pokarm uwielbiany przez kaczki. W samym ogródku mniej więcej równo wytyczone grządki, parę drzewek. Ale w sumie obraz rozpaczliwie smutny z powodu podwórka. Dla mnie był to raj.
- Chłopcze, ty płaczesz?
Utracony teraz raj. On tylko istnieje w moich myślach. No to jest czy go nie ma? Rzeczywistość urojona, taka jak chmury wysoko nad głową nieosiągalne, bo daleko. Jak pożółkły pomysł, aby ulepszyć ludzkość za pomocą filozofii, religii, polityki, nauki, sztuki i paru innych sztuczek, wyciągniętych z cylindra historii na scenie rozległego globu. Wchodziłem na podwórko i byłem w innym świecie, rozmawiając z nieistniejącymi kwiatami. Mnóstwo ich było w mojej głowie. Pytałem je, czy odrobiły zadanie domowe. Mówiły mi, że jeszcze nie, bo musiały się kołysać na wiosennym wietrze i cieszyć barwami małe dzieci. Ja im nic nie mówiłem, że ten wiatr idzie od hałd i koksowni, więc nie może być romantyczny, ale kwiaty zamykały wtedy swe korony, nie chciały słuchać. Wiadomo: kwiaty są mądrzejsze od ludzi.
Tak jak ja nie chciałem niedawno przecież (1981) słuchać starej Cyganki, krótko przed wyjazdem. Przyszła do mnie, kiedy czytałem „Życie Warszawy“ na ławce z obowiązkowymi liszajami złażącego lakieru. Jedna z ławek przed potężnym Pałacem Kultury, rzucającym cień iglicą aż do Wisły. Siedziałem sobie wygodnie, dookoła było ciepło, lektura jak zwykle ciekawa. Cyganka miała pomarszczoną twarz, świadczącą o długim przebywaniu na powietrzu, na wietrze, o zmaganiu się z energią kosmosu. Przysiadła się, ja udawałem, że jej nie widzę. Jeszcze głębiej wetknąłem nos w płachty gazety. Ale ona sama jakby do siebie, zaczęła mruczeć dość monotonnie, tak jakby odprawiała cichogłośne modły swojej tajemniczej religii. Ja czytałem, a ona przed siebie zaczęła mruczando półgłosem, pod wątłym wąsikiem:
„- Wiem, czuję, że chcesz wyjechać z PRL... Przecież mnóstwo młodych ludzi tego chce... To nie jest tajemnica... To wie każdy wróbel na dachu, nawet na dachu gmachu każdego komitetu partyjnego... Nie jesteś jeden... Ale ja ci mówię – zostań. Wiesz dlaczego? Bo teraz jest rok 1981. Za kilka lat, coś mi się zdaje, za osiem, nie będzie już tu w Polsce (ja jestem z Rumunii, na Bałkanach to dłużej potrwa) ani partii komunistycznej, ani Rosjan, których oficjalnie trzeba na kolanach chwalić i im dziękować od dziesiątków lat za wyzwolenie twojej ojczyzny. Zostań... Jestem starą kobietą, moje spódnice są brudne, dzieci głodne, daj mi za te przepowiednie parę groszy“.
Byłem wściekły. Nie dlatego, że przerwała mi czytanie artykułu o budowie następnej nitki syberyjskiej kolei transkontynentalnej, bo o tym się jeszcze potem dowiadywałem wieczorem z dziennika telewizyjnego, ale już dawno w tak krótkim czasie nie usłyszałem tak wielkiej ilości głupoty: za parę lat w PRL nie będzie PZPR! Oczywiście nienawidziłem tej partii źle rządzącej moją ojczyzną, ale każdy wiedział, że jest stabilna swoją monopolistyczną władzą. Za parę lat nie trzeba będzie kłaniać się Rosjanom, którzy nam po 1945 roku przynieśli import zupełnie chorej ideologii! Nie! Ta baba zwariowała! Przeważnie dawałem parę złotych starym Cygankom, ale tym razem się zaciąłem. Ostentacyjnie z wielkim szelestem złożyłem egzemplarz „Życia Warszawy“, włożyłem go do kieszeni lekkiego płaszcza, szybko wstałem, oddalając się dumnie. Durna baba! Jak można być tak głupim człowiekiem? Ja, śledzący puls zmian, lekkie dostosowywanie się komunizmu do wymogów nowoczesnej gospodarki, czułem, iż moje dzieci (gdybym je miał), dożyją tej pięknej chwili, iż już nie będzie tej przebrzydłej ideologii nad Wisłą. Ale ja? Moja wrodzona i nabyta inteligencja mówiła mi: zobaczysz, ten durny system będzie trwać długo, a ze szkoły wiesz, że ile człowiek żyje? 70, 80 lat? Ten system jest silniejszy. Ten system ciebie przeżyje. Przecież czujesz to w każdej minucie, ale się nie chcesz do tego przyznać. W twoich flakach, poskręcanych wnętrznościach czujesz codziennie, że nie chcesz tu mieszkać, oddychać powietrzem skażonym zjazdami partyjnymi, patrzeć na wiatr, na którym powiewają flagi zaprzyjaźnionych krajów obozu. Wspólnota biedaków. Nie jesteś Krzyśkiem. Cyganka była zła, agresywna się zrobiła. Coś pokrzykiwała, ale w ogóle mnie nie obchodziła. Zezłościła mnie, przecież usiłowała, nie wiedząc o tym, zepsuć mi klarowność moich przemyśleń: tu nigdy nie będzie dobrze, tu trzeba zrobić zmiany. Ja ich nie zrobię, bo jestem, czuję się sam. Każdy dzień mi mówi, udowadnia, że z systemem nie zwyciężę. No to co? Trzeba porozmawiać z Helenką.
Porozmawialiśmy. Jesteśmy w Alpach, maluję kawałki maszyny tekstylnej, która ma być zmontowana, zaczynamy emigrację. Marzyliśmy o niej tyle lat, tyle niesprzespanych, przedyskutowanych nocy. Teraz ją mamy jak muchę w zaciśniętej ręce. Dzisiaj. A jakie będzie jutro? Mądrzy ludzie mówią, iż rzeczywistość rzadko osiąga wysoki poziom marzeń. Muszę włożyć do pralki myśli ten zespół rzeczywistości i marzeń. Dosypię optymizmu, włączę prąd młodości i wodę, tę z gór. Zawirują razem, moje marzenia, nasze marzenia (Helenka pomoże) z twardym bytem alpejskim, połączą się chyba jakoś, powstanie coś nowego – wyprane, przemalowane życie...
maj 2005