Andrzej Milewski, Nowy Targ

Wzlot

 

Aneta i Adam cudem uniknęli wówczas śmierci. Uciekli przed trzęsieniem ziemi  w ostatniej chwili. Ledwie zdążyli zabrać starożytne zwoje i darżar otrzymany w prezencie od Aszena. Kilka dni przed powrotem wzięli ślub na pustyni, tylko we dwoje, przed samym Bogiem. We wrześniu wrócili ostatecznie do Polski. Po powrocie dowiedzieli się o śmierci Pawła Gędłka, nowotarskiego aktora, grającego w serialu „Plebania”. W grudniu wypłynęła afera z ks. prałatem Jankowskim. Trzęsienie ziemi na Podhalu. W dalekiej Azji fale tsunami pozbawiły życia ponad 100 tys. osób, aliczba ofiar wciąż rośnie. Adam zapisuje w pamiętniku:

 

2 stycznia 2005 roku. Nowy Targ

Do domu przyjechałem w poniedziałek wieczorem. Poszedłem na spotkanie zorganizowane przez Adwentystów Dnia Siódmego. Miasto było pokryte białym, świeżym puchem. Po spotkaniu poszedłem na pocztę odebrać przekaz. Tam spotkałem Maćka, który już obsłużony odchodził od okienka. Zauważył mnie i podszedł:

- Słyszałeś o Romanie?- zapytał.

- Nie. Co się stało? - spytałem bardzo ciekawy.

Wyszliśmy na zewnątrz i wtedy usłyszałem po raz pierwszy o tym tragicznym wydarzeniu. Wstrząsnęło mną. Kroki skierowaliśmy w stronę „Steskala”. Szliśmy powoli, jak na pogrzebie. Rozmawialiśmy o nim. Szukaliśmy przyczyn jego targnięcia się na własne życie. Maciek mówił o czarach, wróżbach i wyśmiewaniu z Kościoła, do którego Roman nie chodził. Ja uważałem, że przyczyna leży głębiej.

Romka poznałem w 1998 roku. Nie pamiętam już, w jakich okolicznościach i przez kogo. Miał wówczas zaledwie szesnaście lat, ja prawie trzydzieści. Kończył gimnazjum, działał w gazecie „Nasza Ojcowizna” i „Głosie Podhala”, pisał powieści i wiersze. Zajął pierwsze miejsce w konkursie „Co się komu w duszy gra”, organizowanym przez Młodzieżowy Dom Kultury w Nowym Targu. Jeszcze tego roku twórczość naszej trójki ukazała się w tomiku „Przyjaciele”, z rysunkiem Katarzyny Mrowińskiej na okładce. Tomik został przygotowany i wydany własnym sumptem, Towarzyszyło mu przedstawienie promocyjne. Roman miał trzy miesiące na jego przygotowanie. Scenariusz napisał prawie w ostatniej chwili. Na próbach Maciek korygował scenariusz. Dochodziło między nimi do kłótni. Promocja kilka razy wisiała na włosku. Ale wszystko dobrze się skończyło. Sami rozwieszaliśmy plakaty po mieście i w szkołach oraz rozdawaliśmy zaproszenia. Spektakl nosił tytuł „Wzlot”. Dlaczego „Wzlot”? Po występie scenarzysta i zarazem reżyser tak powiedział „Gazecie Krakowskiej”: Nie chciałem, żeby to był kolejny wieczór poezji. Chciałem natomiast, żeby przyszli ci, którzy naprawdę lubią poezję i wspólnie z nami chcieliby wzlecieć ponad przeciętność. Z całego przedstawienia opowiem tylko dwie sceny. Pierwsza to ta, gdy Roman zszedł ze sceny, odnalazł wśród publiczności jedną ze swoich nauczycielek i zaczął jej zadawać pytania. Druga scena była parodią bardzo znanego wówczas teleturnieju „Idź na całość”. W finale sceny rozbrzmiewa głos do publiczności i aktorów od Tego Z Góry: Gracie o różne samochody i inne takie. A kiedy, kurwa, zagracie o mnie?

„Wzlot” odbył się 8 stycznia 1999 r. w Miejskim Ośrodku Kultury  w Nowym Targu. Duża sala prawie w całości wypełniona była młodzieżą szkolną. Zachował się materiał filmowy i zdjęcia, z których jedno jest szczególnie wymowne.

Roman myślał o kolejnych spektaklach, ale już z profesjonalistami. Szukał ich.

23 maja tego samego roku wystąpił z nami ponownie, tym razem w galerii „Pod Skałką” w Szaflarach. W spektaklu o tytule „Już nigdy nie będę”, wystąpiła grupa o roboczej nazwie „Crazy Pig”. Spektakl otwierał pierwszą wystawę obrazów Maćka. Zachował się materiał filmowy i zdjęcia. Roman wystąpił też w kolejnym spektaklu „Pomiędzy jawą a snem”, który odbył się w galerii „Jatki” w Nowym Targu, dnia 12 września 1998 r. Wtedy go poznałem bliżej. Spektakl składał się z wierszy, muzyki i scenek odgrywanych przez nas i przyjaciół Maćka, którzy specjalnie przyjechali z Krakowa. Niektóre fragmenty mogły uchodzić za skandaliczne. Mam przed sobą otwartą księgę pamiątkową z plakatami, zdjęciami, zaproszeniami. Z tego spektaklu, na którym spotkałem pierwszy raz Romana, został tylko materiał filmowy i ten plakat, który leży przede mną.

Świat wkroczył w nowy wiek i w nowe tysiąclecie. W Nowym Targu powstała Kawiarnia Artystyczna „Plama”. Roman zaangażował się w ten lokal. Wraz z Januszem ciężko pracowali przy adaptacji czterech pomieszczeń w starej kamienicy. Każde z nich symbolizowało daną porę roku, autor malowideł Paweł Leśniak z Krakowa wykorzystał też motywy secesyjne i cytaty z Biblii. Po zakończeniu pac i spełnieniu wymagań formalnych, które muszą przejść tego typu lokale otworzono Kawiarnię Artystyczną przy ul. Kościelnej 7, na miejscu dawnej „Siódemki”. Roman był w „Plamie” barmanem. Próbował stworzyć tam również kółko teatralne. W kawiarni poznałem Engela z Rabki. W międzyczasie Roman zajął pierwsze miejsce w ogólnopolskim konkursie debiutów modeli i modelek, w Poznaniu, rok 2000. Na jesieni tego roku wystąpił na wybiegu, w Teatrze Słowackiego w Krakowie, w imprezie na zakończenie Festiwalu Kraków 2000, w stroju średniowiecznym i barokowym. Następnego roku, też w Krakowie zdobył tytuł pierwszego wicemistera Małopolski. Otrzymał ofertę pracy z warszawskiej agencji „Orange”. Odmówił, bo chciał być w Nowym Targu. Coraz częściej pojawiał się na wybiegach i castingach. Był okres, że na pokazach mody bywał raz w miesiącu. Agencja, z którą współpracował wysłała go w 2001 do Paryża. Ze swoim portfolio zwiedził kilkanaście paryskich agencji. Trzy z nich zainteresowały się nim. Jedna z nich poleciła mu zapuścić włosy. „To była ciekawa, choć męcząca wycieczka. Czasami czułem się jak mięso” - wspominał po powrocie w wywiadzie dla „Tygodnika Podhalańskiego”. W tym samym roku brał udział w eliminacjach do półfinału konkursu Mister of Poland.

Nie palił, nie pił, żył zdrowo, uprawiał jogę, chciał być pisarzem: Pisarstwo jest dla mnie najważniejsze. Nie chcę sławy, ale chcę zdobyć prestiż, chcę poczuć satysfakcję z tego, co robię. Marzę o tym i wiem, że mi się to uda. W 2003 roku brał udział w programie „Bar” w telewizji „Polsat”. Był tam tylko pięć tygodni. Sam zrezygnował. Roman obchodząc swoje dwudzieste urodziny wypił za dużo alkoholu. Tańczył i całował się z dziewczyną, która zaręczyła się z innym uczestnikiem programu, co było przyczyną, że oboje znaleźli się na gorącym stołku. Podczas głosowania większość telewidzów była za tym, by Roman opuścił program. Jednak w końcówce głosowania sytuacja się odwróciła i dziewczynie groziło wyrzucenie. Roman widząc, że dziewczyna ma już ponad pięćdziesiąt procent - dobrowolnie zrezygnował z dalszego uczestnictwa w Barze. Gdy usłyszał to prowadzący, Krzysztof Ibisz -nie wiedział, jaką podjąć decyzję. Zrobił przerwę na reklamę i poszedł do szefa. Minęło kilka minut reklam. Po powrocie, prowadzący oświadczył widzom i uczestnikom Baru, że rezygnacja Romka została przyjęta. Następnego dnia narzeczeni wzięli ślub w programie na oczach telewidzów. Roman spakował walizki i wrócił w chwale na rodzinne Podhale.

Był wówczas najpopularniejszą osobą w mieście. Na drugi lub trzeci dzień po jego powrocie poszedłem z Maćkiem go odwiedzić. Podczas spotkania musiał często nas opuszczać, schodzić do drzwi lub okna i odbierać gratulacje, pozdrowienia, kwiaty i rozdawać autografy. Rozmawialiśmy o programie „Bar”, ale tylko ogólnie, gdyż w umowie, którą Roman podpisał z „Polsatem”, zobowiązał się przez dwa lata nie ujawniać kulis programu. Zdradził nam też, że chce napisać książkę o swoim pobycie w „Barze”. Wiele się nauczył. Psychicznie był zmęczony. Wypoczywał, by za kilka dni znów wyjechać, tym razem do Warszawy. Otworzyły mu się nowe możliwości. Dostawał różne i ciekawe oferty zawodowe. Pozwolił promować i sprzedawać wspólnie wydany w 1999 roku tomik poezji „Przyjaciele”.

W 2004 roku działał w Warszawie m.in. z nowotarżaninem Józefem Fryźlewiczem, aktorem głównie teatralnym.

 

Wtorek, 3 styczeń 2005 roku. Nowy Targ.

Dzień po tragicznej wiadomości usłyszanej od Maćka, rano obudziłem się z dziwnymi myślami. Sięgnąłem po długopis i kartkę. Leżąc napisałem kilka zdań. Wydawało mi się, że nie mają sensu i ładu. Potem odłożyłem kartkę na bok, jak wykonane szkolne zadanie. Po śniadaniu wyszedłem z domu. Idąc do MOK-u rozglądałem się za klepsydrą Romana. Minąłem trzy tablice ogłoszeniowe. Były, ale nie jego. Może Roman przeżyje, myślałem. Z paniami z czytelni rozmawiałem o Romanie i tym tragicznym wydarzeniu. Jedna z nich miała w ręce tomik „Przyjaciele”. Od nich dowiedziałem się o klepsydrze przed nowym kościołem. Poszedłem ją zobaczyć. Było na niej zdjęcie Romana, oraz data śmierci: 2 stycznia 2005 roku. Żył 22 lata. Pogrzeb jest jutro o 13.30.

 

Środa, 4 styczeń 2005 rok. Nowy Targ.

Rano tuż po obudzeniu sięgnąłem po kartkę ze zdaniami napisanymi wczoraj. Ułożyłem je w wiersz i dałem tytuł „Ostatni dzień roku ziemskiego”. Po śniadaniu poszedłem do Jurka. Właśnie wrócił z Włoch. Nie wiedział nic o Romanie. Roman z Jurkiem miał bliższy i cieplejszy kontakt niż ze mną. Być może Jurek rekompensował mu braki z domu. Rozmawialiśmy. Przepisałem wiersz na jego komputerze. Wydrukował mi dwa egzemplarze. Wyszedłem od Jurka. Zrobiłem ksero. Wsiadłem w szóstkę. Załatwiłem sprawę w Urzędzie Pracy i pociąłem ksero. Razem miałem 80 kopii najnowszego wiersza. Około 13-tej poszedłem na cmentarz. Ludzie byli już w kaplicy. Stanąłem plecami do wejścia. Wręczałem wchodzącym po wierszu. Przyszła matka i brat Romka. Składano im kondolencje. Zauważyła mnie. Uśmiechnąłem się do niej smutno. Nikt nie płakał. Weszli do kaplicy. Stanąłem obok Maćka. Jemu i ludziom obok rozdałem resztę wierszy. Było zimno. Maciek zasłabł. Przyjechało pogotowie i zabrało go na sygnale do szpitala.

 Zaczęła się uroczystość.

 

OSTATNI DZIEŃ ROKU ZIEMSKIEGO

 

Rękami wrażliwego człowieka Oświęcim społeczeństwa dokonuje dzieła kremacji

Płonący poeta na środku cmentarza widoczny znak buntu przeciw ich Bogu.

Ludzkie sakramenty wciąż zabijają a Bóg czeka cierpliwie

Ludzie umierają codziennością poeta żyje w wierszu

Tam już nikt cię nie będzie bił i straszył

Dziecko nie poczuje objęć swojej matki

A teraz w zimnym niebie Big Brother z miłością

Polewa czekoladą twoje słone prochy

Oni nie są ludźmi, Ty jesteś panem

Dogmat cię zabił Bóg uratował

Ty żyjesz!!!

Bo wciąż krzyczysz

NIEE!!!!

 

 Młodzież wciąż się schodziła. Nie zostałem do końca pogrzebu. Odwróciłem się i skierowałem w stronę wyjścia z cmentarza. W alejkach mijałem pielgrzymów. Szybko minąłem kościółek i zbiegłem po schodach, po tych schodach. Na wprost mnie szła Asia, siostra Janusza. Zwolniliśmy. Wpatrywaliśmy się w swoje twarze. Miała makijaż, który nie ukrywał wzruszenia. Widzieliśmy tylko swoje twarze. Zatrzymaliśmy się tuż przed sobą. Zapadła cisza.

- Z – powiedziałem.

Jej oczy zaszły łzami. Szum łez przerwał ciszę. Przełknąłem ślinę. Ruszyliśmy powoli dalej każde w swoją stronę, przed siebie. Otarliśmy się delikatnie ramionami. Po kilku krokach stanąłem. Obróciłem się. Chciałem podbiec do niej i ją objąć. Nie było jej. Nie było mnie. Był ból. W miejscu, gdzie wydawało mi się, że ją spotkałem stał Anioł. Wokół wszystko falowało. Świat pokryty był jaśniejącą bielą. Zmrużyłem oczy i zobaczyłem go. Był postawny. Miał potężne skrzydła, które składał powoli. Stał nieruchomo i prześwietlał mnie swoim spojrzeniem. Schował skrzydła za siebie. Nie byłem w stanie spojrzeć mu w twarz. Dreszcze przeszły mi po plecach. Patrzył na mnie. Staliśmy tak całą wieczność. Opuściłem wzrok. Bardzo powoli zaczął rozkładać skrzydła. Gdy rozłożył je zamachnął raz dotykając końcami ziemi i uniósł się kilka metrów. Wciąż patrzył na mnie, teraz z góry. Zamachnął drugi raz i uniósł się ponownie, prosto w górę, kilkanaście metrów. Biel i falowanie powoli ustępowało. Zamachnął trzeci raz i zamienił się w znikający punkt na błękitnym niebie. Kolory i spokój wróciły. Nigdy w życiu nie widziałem Anioła. Gdybym miał wówczas więcej odwagi zapytałbym go o coś.

            31 grudnia 2004 roku, przed główną bramą nowotarskiego cmentarza Roman Szewczyk rozebrał się do naga, oblał benzyną, i z Biblią w ręku podpalił się. Po około czterech godzinach odnalazł go pod schodami przypadkowy przechodzień, który wezwał pomoc.

Dwa dni później w wyniku poniesionych obrażeń Roman Szewczyk zmarł w nowotarskim szpitalu.

 

Ten dzień zaczął się tak jak inne. Był zwykły, ale zarazem wyjątkowy. Słońce wychyliło się zza linii horyzontu i wypuściło promienie, rozbijając resztki nocy. Nadchodził piękny i ciepły, wiosenny dzień. Było bezwietrznie. Serce miasta niczym wielka maszyna zaczęła tłoczyć hałas ulicami do swoich najdalszych granic, który zagłuszał pobliski strumyk. Siedzieli na skraju skarpy.

Adam podniósł głowę do góry. To samo zrobiła Aneta.

- Powiedz, że tam jest Niebo – poprosiła.

- Jest i czeka na nas – odpowiedział chłopak.

- Czuję się jakbym tam już była.

- Oni czekają na nas. Zobacz!

Spojrzała na bezchmurne, spokojne, jaśniejące niebo.

- Jaki tam spokój. Będziemy tam za chwilę.

- Oni muszą tam żyć szczęśliwie – stwierdził Adam.

- My też będziemy, kochanie – z uśmiechem powiedziała Aneta.

Objęli się jeszcze mocniej przyglądając się temu widokowi przez kilka chwil. Opuścili jednocześnie głowy, zwrócili się do siebie i pocałowali. Potem powiedzieli do siebie kocham cię, chwycili za dłonie i wstali. Odwrócili plecami do miasta i odeszli kilkadziesiąt kroków w stronę słonecznej tarczy. Zatrzymali się, puścili ręce i obrócili w stronę przepaści. Spojrzeli jeszcze raz na swoje radosne twarze i ponownie chwycili mocno za dłonie.

- Nie bój się – powiedział pewnie i spokojnie Adam.

- Nie boję się. Ufam ci – odpowiedziała Aneta.

- Ufam ci też.

- Oni czuwają nad nami.

- Słyszysz ten głos?

Aneta wsłuchiwała się w pobliski las zagłuszany przez rosnący hałas miejski. Skądś dobiegały nuty piosenki U2, With or  without you.

- Tak! Słyszę! Jakby ktoś mówił: Lećcie, nie bójcie się. Spójrzcie w górę na te ptaki – oboje podnieśli głowy. – Czy my jesteśmy gorsi od nich! Możemy lecieć wyżej niż one! Wyżej niż one!!!

Trzymając się za dłonie i wpatrując w ptaki zaczęli biec. Krzyczeli powtarzając: „czy my jesteśmy gorsi od nich?! Możemy latać wyżej niż one!! Czy my jesteśmy gorsi od nich?! Możemy latać wyżej niż one!!”. Biegli truchtem, pędem aż w końcu galopem zakończonym odbiciem od brzegu skarpy i równoczesnym wyciągnięciem wolnych rąk na boki i nieco do przodu. Po kilkunastu metrach opadli lekko jak dwa piórka. Lecieli i śmiali się wciąż krzycząc: „nie jesteśmy gorsi od nich!!! Możemy latać jak ptaki!!!”. Wówczas przestali opadać, płynęli nieruchomo przed siebie na jednej wysokości, by za chwilę wzbić się do góry. Jakby ziemia wypluła ich w stronę otwartych drzwi nieba niczym od niewidzialnej trampoliny, wysoko ponad gwarne blokowisko miasta. Lecieli pionowo, wprost do Nieba. Nastała cisza, w której słyszeli tylko szum powietrza stawiającego opór ich ciałom. Zrobili jeszcze kilka okrążeń nad miastem, lasami, rzekami i górami. I poszybowali w stronę najwyższych chmur zamieniając się w mały punkt na błękicie, by w końcu zniknąć w przestworzach stając się już na zawsze częścią Nieba.

Od tamtego dnia Aneta i Adam spoglądają z góry na cierpiących młodych ludzi  i pomagają im zrozumieć, że miłość nie chroni od śmierci, a śmierć nie chroni od miłości. Miłość i śmierć to jedno.

Do dziś w tym miejscu słychać jak las i łąka śpiewają:

Możecie latać jak one

Możecie kochać jak oni

Możecie latać jak one

Możecie kochać jak oni

Możecie latać jak one

Możecie kochać jak oni

Możecie latać jak one

Możecie kochać jak oni

 

 

 

Dalej

Powrót do spisu treści