Maria Giłka, Nowy Targ

Czekanie na natchnienie

 

Starość - inaczej określana jesienią życia albo złotą jesienią. Jak ją zwał tak zwał, to dość dokuczliwy okres egzystencji ludzkiej, tym gorszy, że nieunikniony. Toteż aby zwalczać dolegliwości tego stanu, a szczególnie pasywność trwania często biorę pióro do ręki aby tak ad hoc notować co ześle natchnienie. Tym razem długo przyszło mi czekać aż drgnęło pióro, a drgnęło dopiero wtedy kiedy usłyszałam: sprawdź co cię czeka w przyszłym roku... może spotkasz wielką miłość... może czeka cię duża wygrana... albo nieoczekiwana przygoda. Wysłuchawszy tej mowy zdegustowana zanuciłam nie dla mnie sznur samochodów... Ale kiedy usłyszałam kaznodzieję jezuitę głoszącego na użytek telewidzów swoje filozoficzno teologiczne przemyślenia, których najgłębszy sens określić by się dało stwierdzeniem człowiek powinien zabiegać całe życie o swoje osobiste szczęście, bo szczęśliwy człowiek tworzy szczęśliwą rodzinę, bo szczęśliwy człowiek emanuje szczęściem na innych. Nie wytrzymałam i wrzasnęłam: gdzie byłeś wtedy z tymi swoimi wzniosłymi mowami kiedy jeszcze posiadałam osobiste walory, możliwe do zamienienia na opisywane przez ciebie szczęście? A wtedy przecież mówiono mi siedź w kącie znajdą cię, albo owo panaceum na wszystkie zwątpienia da Bóg dzień da i radę. Głosisz teraz otwarcie zasady nijak mające się do tych dawnych norm, o powinnościach, wartościach, wiernościach, czystościach. Teraz mi to mówisz, kiedy moja skóra przybiera po trochę fakturę skóry słonia, tyle że chociaż zachowuje dawną miękkość. Włosy przędą się leniwie, cieniutko, wymagają stałej odżywki i to nie byle jakiej, bo włoskiej o nazwie placenta. W mózgu zanikają mi powoli połączenia między neuronami i myślenie moje odbywa się teraz okrężnymi drogami. Szczeliny międzyzębowe, bez mojej woli, poszerzają się i co dwa miesiące wymagają stomatologicznej konserwacji. A kolano nacierane czy nie dalej boli jak jasny gwint i domaga się podpórki w postaci laseczki. Nie chcę teraz słyszeć, że to moja wina, że zaniedbałam troskę o osobiste szczęście. Może jeszcze mi powiesz, że i starość ma swoje piękne strony, że i teraz szczęście jest osiągalne. Nie zaprzeczam, bo trochę jest w tym prawdy - pozbyłam się lęku o siebie, poginęły w sprzecznościach różne autorytety, władza, policjant, prokurator, to dla mnie żaden strach. Przecież teraz legalnie mogę nie widzieć dobrze, nie słyszeć dokładnie, nie zapamiętywać wszystkiego, czyli inaczej mówiąc mogę nie kumać. A jakby mnie wezwała przed swoje oblicze jakaś władza i gdyby urzędowała gdzieś na piętrze, to kto by mi nakazał abym tam właziła. Wolę wyjścia, czemu nie, okazywałabym, ale kto by zmusił moje kolano do podjęcia trudu wspinania się? Zresztą to już wypróbowałam kiedy nakazali zmieniać dowody osobiste. Urzędnik, który chciał abym złożyła podpis w jego obecności, musiał się pofatygować do mnie z drugiego piętra, a nie ja do niego i tyle.

Jest jeszcze coś fajnego w starości - tak zwana pobłażliwość. Denerwuje cię wścibstwo sąsiadki czy znajomej, to mówisz wprost co myślisz, bo dynda ci co one myślą o tobie. Idzie ci na nerwy nadmierna ruchliwość któregoś z rodzinnej latorośli, to też sobie z tym radzisz, mówiąc uroczystymi słowami... siadaj młody człowieku i konsumuj czipsy bo w tym wcieleniu bardziej cię wolę i uchodzi człowiekowi, bo jakie jest inne wyjście? Protekcyjność dla starości jest obowiązkowa i powszechna. Więc kiedy w pierwszy dzień świąt ciocia Kazia siedząc w bliskości upudrowanych cukrem ciasteczek, kichnęła zdmuchując z powierzchni ciastek miałki cukier nikt nic nie powiedział, nikt nie próbował nawet się śmiać z ciocinego kichnięcia. Ciastka ponownie pocukrowano i postawiono na stole, tyle że daleko od cioci. A kiedy w Nowy Rok wuj Ziutek domolny i nie poddający się starości zobaczył wyposażenie do ćwiczeń wzmacniających kondycję u swojego bratanka Zenka zaraz dosiadłszy roweru zaczął pedałować z wielką brawurą. Pobudzone wysiłkiem wuja jelita, podjęły intensywny ruch robaczkowy w wyniku, którego cześć ciała usadowiona na siodełku zaczęła wydawać głośne burkliwe dźwięki, które stryj Wacek skomentował: „chyba mu rura wydechowa nawaliła”. A ubawiony śmieszną sytuacją Zenek dodał, a może za ostro hamuje, a wuj Ziutek pedałując dalej z pasją myślał: ...kondycję sobie poprawię i jeszcze gazów się pozbędę, taki rower to dobra rzecz. Szczęśliwy fantazjował, że pokonuje ostatnie ostre podejście górskiego etapu. Ot, uroki starości...

Skąd się wzięły takie rozmyślania u progu Nowego Roku? Przecież ja już przestałam liczyć lata i nie bardzo mnie obchodzi, że kończy się czy zaczyna to coś, co ludzie wymierzyli wyliczyli i nazwali rokiem. Dla mnie liczą się teraz tylko świty i zachody słońca. I jeszcze coś takiego co bliższe jest ptakom, czyli nadejście pory ciepłej, a więc lata oraz jesienne obumieranie przyrody. Ale nadal wierzę w gwiazdy, w dobre słowo, w magię życzeń wypowiedzianych w dobrą godzinę, w szczęśliwy traf, w wymowę przypadków, które czasami wyjaśniają tak wiele. Lata temu bywałam często w kamienicy, róg ulicy Kolejowej i Rynku. Kamienica ta należała do przedwojennego notariusza, a że opisuję tu czas powojenny - świetność tej kamienicy oraz kancelarii notariuszowskiej odeszły już w odległą przeszłość. Zmuszony trudnościami właściciel odnajmował część swoich ułożonych w amfiladzie pokoi rodzicom mojej przyjaciółki. Kiedy więc przekraczałam próg tego wspólnego mieszkania, często spotykałam w holu pana notariusza zmierzającego do ubikacji. Czasami notariusz niósł przed sobą seledynowy porcelanowy nocnik, widomy znak minionego dobrobytu. Posiadanie bowiem porcelanowego nocnika było wyrazem wyższego statusu społecznego: inni, biedniejsi, mieli na swój użytek nocniki fajansowe albo blaszane emaliowane. Spotykając pana notariusza wypowiadałam zawsze wdzięcznie dzień dobry, a pan notariusz przeciągając sylaby pytał, panienko, a która jest teraz godzina?, więc odpowiadałam zgodnie z prawdą, że właśnie minęło wpół do czwartej albo że za dziesięć czwarta albo piętnaście po piątej. I wtedy padało drugie pytanie: ale rano czy wieczór? Słysząc to z ledwością hamowałam śmiech, takie to wydawało mi się pocieszne. Dzisiaj już mnie to nie śmieszy. Dzisiaj już znam smak i fanaberie przemijania, więc powiem tylko – ot, zwyczajne uroki starości.

 

Dalej

Powrót do spisu treści