Maria Giłka, Nowy Targ
Wojaże po USA
Nadchodził April. Komuś, kto jest w wielomiesięcznej gościnie właściwie nie powinno robić żadnej różnicy, jaki miesiąc się plecie, ale gdzieś w skrytości ducha czułam, że nadchodzi coś nowego, co nie bardzo mi przypadnie do gustu. I stało się. W czwartek zaraz po skończonym obiedzie Majk jako nad wyraz odpowiedzialny ojciec rodziny zakomunikował, że z uwagi na wiosenne ferie jedziemy do Las Vegas. Wyjazd rano o 8-mej w sobotę. Osobiste bagaże mają być zapakowane i postawione przed wyjściowymi drzwiami w piątek wieczorem.
Nowinę przyjęłam z przylepionym fałszywym uśmiechem, polecenie spakowania manatków z wyrozumiałością, ale pomysł wyjazdu do Las Vegas z cichym buntem. Jak to dopiero miesiąc temu przyleciałam z innego kontynentu, pokonałam tysiące kilometrów i setki stresów i znów w drogę? No nie po moim trupie! Kiedy udało mi się nieco stłumić złość, zaatakowałam. Córuś ja nigdzie nie jadę. Możecie to sobie wybić z głowy...
Mówiłam oczywiście po polsku wypraktykowanym sposobem, wiedząc, że należy tylko wypowiadać swoje kwestie pogodnie wesołym głosem z odpowiednią intonacją wtedy Majk i reszta nie podejrzewają nawet, że toczy się spór o być albo nie być. Moja dowcipna córeczka też mi wesoło odpowiedziała: wobec tego ja też nie jadę i mizdrzyła się dalej do Majka stwarzając nastrój ogólnej radosnej aprobaty co do pomysłu wyjazdu.
Wiedziałam, że dla Amerykanów wspólny wyjazd rodzinką na 5 dni i dwa weekendy jest rzeczą świętą, więc powinnam raczej podziwiać odpowiedzialność mojego zięcia względem rodziny, no ale nie moim kosztem! Dla moich wnuków - 6-letniego Karola i 12-letniego Tomasza było rzeczą zupełnie obojętną, w którą stronę ruszą, byle hotel czy motel, w którym się zatrzymają miał basen.
Kiedy nieco później na osobności mogłam wylać trochę żółci – wygarnęłam:
- Agnieszko! Czy ty moje dziecko wiesz ile ja mam lat? Nic nie mówiłam, kiedy woziliście mnie w różne strony i na różnych wysokościach tak, że wydawało mi się, że gdyby miałabym grabie przy sobie to mogłabym chmur dotykać i dziwiłam się sama sobie, dlaczego boję się latać samolotem skoro samochodem jeżdżę tuż pod chmurami, ale teraz protestuję. Ledwo się zaaklimatyzowałam i już mam jechać w inne strony klimatyczne? Po kiego licha mam oglądać jakieś Las Vegas, miejsce luksusu i rozpusty, ja zwyczajna Polka bez snobistycznych upodobań.... nie jadę i już!!! i
Odpowiedź była taka sama:
- Ja w takim razie też nie jadę, ale mamo - tak dla ścisłości, myślisz, że nie słyszałam, kiedy podróżowaliśmy jak ty ubolewałaś nad głupotą tych, co budowali drogi po szczytach gór zaczynając zawsze od słowa nieco wulgarnego. O k......, ale wysoko!
- To tylko drobny szczegół - odpowiedziałam natychmiast.
Pełna rozterek po chwili zapytałam:
- A co Majk i chłopcy?
- Może pojadą sami - brzmiała odpowiedź.
Co czuje wtedy taka matka Polka, za którą się uważam? Chaos... Więc zaczęłam robić rachunek sumienia. To przeze mnie będą mieli zepsute ferie. A poniesione koszty rezerwacji w The Mirage, już opłacone bilety wstępu na musical „Mamma Mia”. O matko, wzdychałam, co ja mam zrobić? A jak gdzieś zachoruję w tych Arizonach albo jeszcze dalej w Newadzie? Powoli wzburzona żółć się uspokajała i pogodzona już z rzeczywistością oznajmiłam, że nie powinnam się włóczyć po rozległych stanach tylko zażywać spokoju w Kolorado, ale nie chcę być zakałą rodu, więc proszę o buty odpowiednie na zwiedzane klimaty i wskazówki, co mam zabrać ze sobą.
Przyjęłam rolę obserwatora z upodobaniem przyglądając się wnukom, z jakim znawstwem pakowali swoje podróżne ciuchy. Ja też wyposażona zostałam w neseserek na kółkach oraz książkę do czytania jak i pozostali. Pech chciał, że w całym Denver nie było po polsku żadnej książki poza Panem Tadeuszem, więc dostałam to grube tomisko po polsku i angielsku i odtąd nie rozstawałam się z tym opasłym dziełem, by zadowolić zięcia.
Cały dzień przed wyjazdem trzymałam się z dala od centrum rodzinnego życia szpiegując jedynie poczynania i głośny komentarz wypowiedziałam dopiero wieczorem na widok długiej buły, z której środka wytargano nieco wnętrza i w jego miejsce napchano wędliny i zieloną sałatę. To coś było tak różne od naszych zwyczajowych kanapek, że wzbudziło we mnie mieszane uczucia, więc szydziłam, że należałoby do tej zakąski wziąć ostry nóż i deseczkę, a ja w czasie jazdy ofiaruję się koić to na drobno. Agnieszka nie przyjęła zaczepki odpowiadając o-kej, ale obędzie się bez drobienia.
Ogłaszając zawieszenie broni przymilnie zapytałam Majka, w którą stronę pojedziemy, drogą do Denver? czy do Canion City? No! - brzmiała odpowiedź - w stronę Utah. No, to wiedziałam dopiero połowę z tego, co chciałam wiedzieć, bo do Denver jechało się na północ, a do Canion City no południe. Ale czy do Utah jedzie się na wschód czy na zachód – nie wiedziałam. Więc już na migi zapytałam: in this side?, wskazując na wschód. No, in this side - odpowiedział Majk pokazując na zachód. O, jak fajno! – wykrzyknęłam -nareszcie coś nowego, bowiem może 2 kilometry od naszego domu piętrzyły się wysokie góry, które dzieliły mój wizualny świat tutaj na tam i tu. A tam właśnie słonce świeciło najdłużej cieniem pokrywając drugą stronę pasma górskiego, czyli nasze tu, budząc u co wrażliwych ludzi tęsknotę za ciepłem, światłem i blaskiem słonecznym, dobrodziejstwami ziemi obiecanej. Akurat! - sprostował mój rozum – to znaczy, że kiedy słońce wchodzi i tamtą stronę gór zalega cień, to po tej stronie jest ziemia obiecana?
W dzień wyjazdu obudziłam się świtem, ale ponieważ w głowie miałam uporządkowaną kolejność rannych czynności, więc nie musiałam się tak wcześnie zrywać. Tak czy owak, 10 minut przed zapowiedzianą 8 godziną zjawiłam się na podjeździe przed domem. Wyglądałam zabawnie. W Breckenridge nie było bowiem skrawka ziemi pozbawionego śniegu, a tam gdzie jechaliśmy wisiały pewnie kokosy na palmach, dlatego w swoim ubiorze przewidziałam dwie możliwości przetrwania - w zimie i w tropiku. Więc na nogach miałam klapki na koturnie, a spodnie z granatowego lnu, odziana byłam w kurtkę z kapturem taką na zimę, deszcz czy wiatr, na głowie miałam kapelusz z dość dużym rondem, taki na słońce. Na nosie okulary też od słońca. Z ramienia zwisała mi czarna torebka wypchana do granic możliwości. Pod pachą trzymałam opasłe dzieło naszego wieszcza.
Majk na mój widok uśmiechnął się od ucha do ucha, a potem zmarszczył tę swoją sympatyczną gębę, pewno aby nie buchnąć śmiechem, ale ja olałam jego wyśmienity humor, siadając na od lat przypisane mi miejsce. Majk przerwał sprawdzanie samochodu i zaproponował mi wzięcie kurtki, torebki i kapelusza do tyłu samochodu. Zaproponował mi również zabranie Pana Tadeusza, ale zaprotestowałam - przecież z wielkim nakładem sił kupił mi to dzieło, abym miała co czytać po drodze, więc muszę w widoczny sposób manifestować swoje zadowolenie. Mościłam się na moim miejscu dość długo, aż w końcu przyjęłam postawę doświadczonego turysty, któremu nic nie jest dziwne.
A jednak znowu miałam powody do dziwienia się. Na pewno w Polsce nie wielu ludzi mi uwierzy, że tam nie zamyka się domu na klucz. Widziałam to wiele razy, kiedy jechaliśmy na krócej i gdzieś dużo bliżej, ale teraz przecież wyjeżdżaliśmy na 10 dni i tak daleko i nikt nie sprawdzał, nikt nie szarpał drzwi czy się dobrze zamknęły. Mnie się to nie podobało, ale u mieszkańców Kolorado głęboko tkwi poszanowanie cudzej własności, oparte na wielowiekowej tradycji wywodzącej się z czasów poszukiwaczy złota i osadnictwa, kiedy to naruszenie czyjegoś dobra karane było nawet śmiercią. Kiedy wszyscy siedzieliśmy już na swoich miejscach Majk polecił nas opiece Anioła Stróża i ruszyliśmy w drogę, by po paru metrach znowu się zatrzymać. Majk uciszył sprawnie nasze pytające głosy, co znowu i nacisnął niebieski guzik. Zgłosiła się pani, której zakomunikował, że nazywa się tak i tak i wyjeżdża z rodziną na wycieczkę do Las Vegas. Pani na to odpowiedziała, że widzi nas na Main Street i że będzie nam służyła w potrzebie. Odtąd często korzystaliśmy z jej pomocy, kiedy chcieliśmy coś zjeść lub dowiedzieć się gdzie jest najbliższa stacja benzynowa itp.. Jednak zadanie serwisu było o wiele ważniejsze - w czasie naszej podróży miał w ogóle się nami opiekować, a w razie wypadku lub awarii samochodu natychmiast organizować pomoc. Przy tak bezludnych i odległych miejscowościach takie zabezpieczanie daje komfort psychiczny.
A więc stało się - ruszyliśmy w stronę zachodzącego słońca, za ścianę gór nieba sięgających, za którymi znikały od lat obserwowane przeze mnie srebrne odrzutowce pozostawiające po tej stronie wyzywającą tymczasowość w postaci białych znikających smug na błękicie nieba.
Więc siedzę sobie wygodnie i w zależności od woli mogę sobie siedzenie podgrzewać, chłodzić, zagłówek modelować wedle uznania, słuchać kaset zakładając słuchawki, patrzeć na mijany krajobraz i wreszcie czytać Pana Tadeusza, jest cicho, bo dzieci amerykańskie przyzwyczajone do wielogodzinnych podróży samochodem mają tu zmagazynowane komiksy, puzzle w twardej oprawie, nagrania bajek, gry komputerowe, kredki, malowanki - a zaprowiantowane w chipsy, wodę, dziusy, nie marudzą. Chyba, że któreś znudzone monotonią zacznie wyprawiać brewerie, jak to było w przypadku Karola. Zaintrygowany moim lusterkiem z jednej strony powiększającym zaczął do niego stroić głupie miny, a potem próbował udźwiękowić swoje wygłupy wydając różne tony. Tomka to wyprowadzało z równowagi, więc tytułem starszeństwa krzyknął quiet, ale nie zdążył na czas odwrócić głowy, gdy Karol w odwecie napluł mu w sam środek czoła i powrócił do wydawania dalszych jęków. Pewnie skończyłoby się to lekką szarpaniną, gdyby nie interwencja ojca, który w majestacie swego autorytetu powiedział chyba muszę zatrzymać samochód i z kimś sobie porozmawiać. Na co 6-letni cwaniaczek odciął się wcale nie musisz, przecież możesz sobie porozmawiać z mamą, ona tak lubi gadać z tobą.
Świetną zabawę dla mnie i moich wnuków stanowiło odczytywanie z tablic rejestracyjnych miejscowości skąd pochodzą mijane samochody. Rejestracja z Alabamy budziła nasz szacunek, szczególnie w przypadku tych ogromnych kontenerów, których na drogach amerykańskich jest zatrzęsienie. Ja zabawiałam się jeszcze w odczytywanie miejscowości z małych zielonych tabliczek, na których jest napisane ile mil zostało do granicy stanu. Ożywiłam się, kiedy przeczytałam dumnie brzmiącą nazwę Aspen. O Boże, kurort dla milionerów i możnych tego świata - pomyślałam. Ale nie zwiedzaliśmy go, bo był za blisko domu. Na rodzinie Aspen nie robiło żadnego wrażenia. To tylko ja poczułam się nobilitowana, że właśnie ocieram się o takie ekskluzywne miejsce. Widocznie wojna, a potem życie za żelazną kurtyną utrwaliło we mnie poczucie godzenia się z podziałem na tych, co mają wszystko i wszystko im się należy i na tę resztę.
Z dużą przyjemnością stwierdziłam, że odpowiada mi rola osoby całkowicie podporządkowanej rządom Majka, robi to dobrze ze znawstwem i serdecznością. Więc siedziałam, rozmyślałam i upajałam się świadomością, że nic nie muszę. Czekałam na propozycje typu może orzeszków? może wody? czekolady?, oraz na informacje musimy się zatrzymać i kupić baterie, tu zjemy lunch a tam zatrzymamy się na nocleg.
Zimowy krajobraz pozostawał za nami, zielona tabliczka wskazywała, że do granicy Utah zostało 40 mil. Tam planowany był pierwszy dłuższy przystanek. Zatrzymaliśmy się przed Wallmarkiem w jakiejś miejscowości na pewno związanej z Indianami, bo folklor indiański łączył się tu z cywilizacją XXI wieku, więc elektronika wysokiego lotu i suszone na słońcu mięso obok siebie. Przy wejściu do marketu otrzymaliśmy od Majka informacje, że możemy sobie wybrać, co się nam podoba. Ja wybrałam zrobiony z włóczki brązowy kapelusz, przecież w Breckenridge była jeszcze zima, mógł się przydać. Agnieszka jak zwykle praktyczna wybrała miętowe talarki czekoladowe i torbę precelków, takich do przegryzania z nudów. Tomek wyszukał sobie książkę. Karol, który oryginalnością pomysłów zawsze się wyróżniał w rodzinie wybrał łopatkę do odkopywania dinozaurów, jak triumfalnie to ogłosił. Zwyczajowo spędziliśmy w samochodzie pięć do sześciu godzin dziennie, resztę czasu poświęcając na posiłki i przyjemność zwiedzania.
W czasie jazdy często zapadała kontemplacyjna cisza; wtedy wracałam wspomnieniami w różne okresy mojego życia. Takie retrospektywne gmeranie w przeszłości budzi rozmaite nastroje - od rozrzewnienia do irytacji, od głębokiej zadumy nad przemijaniem do ironicznych uwag nad sobą. Budzi również trochę podziwu dla siebie i buntu, że w takich w takich czasach przyszło mi żyć. Za to zawsze z rozrzewnieniem wracam do lat dziecinnych i młodości moich dzieci odkrywając we wspomnieniach tyle wzajemnej miłości. Z tych rozmyślań zaczęło mi się robić markotno, więc wyciągnęłam Pana Tadeusza i za moment usnęłam. Sen przerwano mi zatrzymaniem samochodu w związku z potrzebą fizjologiczną Karola oraz koniecznością zaspokojenia chęci penetracji pobocza HAJWEJA w poszukiwaniu jakiś szczątków dinozaura nową łopatką.
Słońce chyliło się ku zachodowi, ale mając takiego odpowiedzialnego szefa nie musiałam myśleć o niczym. Samo stanie się na czas. Obiad jedliśmy w jakiejś przydrożnej restauracji, jedzenie urozmaicone, świeże i szybko podane, picia do woli, miła obsługa. Z motelem było trochę gorzej, bo musiał to być motel z basenem, a nie wszędzie takie są, wreszcie udało się. Za to sypialnie nie miały z okien ładnych widoków, co z kolei ja sobie bardzo ceniłam, ale wreszcie, na co komu piękny widok w nocy? Wraz ze zbliżającym się wieczorem ocknęło się nurtujące mnie „utrapienie” - coraz dalej od domu a jak zachoruję? Popsuję im wakacje... Motel jak wszystkie inne był czysty i wygodny. Zajęliśmy dwa pokoje: w jednym ja i moje wnuki, w drugim Agnieszka i Majk. Po raz pierwszy miałam spać w jednym pokoju z wnukami. Dotąd granice prywatności strzegły drzwi naszych pokoi. Wyczuwałam ukrywaną rezerwę i pokusę wypróbowania na ile mogą sobie pozwolić w obecności babci. Czy na przykład ewentualne bicie się poduszkami może ujść bezkarnie? Kocham te moje wnuki bardzo i dla nich to pewnie zgadzam się na te loty wysoko ponad chmurami powtarzając, za Wańkowiczem, że to niewielka różnica, z jakiej wysokości się spada.
Noc minęła mi bardzo szybko, a pogodny ranek wróżył piękny dzień, mimo to czułam się zagubiona i nie prędko uświadomiłam sobie, że właśnie dzisiaj jest niedziela, ale przecież ten fakt niczego nie zamieniał. Było z góry przyjęte, że to rodzice decydują o godzinie wyjazdu, więc czekaliśmy na sygnał od nich, wiedząc, że wszelka ingerencja z naszej strony zmierzająca do budzenia ich bez ważnego powodu jest karalna. Informacje o godzinie wyjazdu jak i polecenie spakowania ciuchów i zejścia na śniadanie otrzymaliśmy przez telefon.
Dziesięć minut po godzinie 10-tej wyruszyliśmy przed siebie. Już siedząc w samochodzie dowiedzieliśmy się, że mamy przed sobą cały dzień na zwiedzanie i pokonanie kolejnych mil, ale bez większego pośpiechu, bowiem od jutra mamy zarezerwowane pokoje w hotelu „Mirage” w Las Vegas.
Krajobraz zaczął powoli ulegać zmianie. Jak okiem sięgnąć jałowa ziemia, tylko gdzieniegdzie jakieś rachityczne krzewy i wyczarowane przez naturę góry, zróżnicowane wielkością i odległością, ale wszystkie siłami przyrody wyrzeźbione w różne monumenty postaciowe, w masywy w kształcie zamków czy w sceny rodzajowe. Wszystko w barwie gleby oraz kolorze brunatnym w różnych odcieniach. Tą niezmierzoną przestrzeń zamyka wkoło niebieskawy horyzont i rozdzielają wytyczone asfaltowe pasma drogi, po której mkną w dwie strony samochody - jedyny widoczny znak ludzkiej obecności.
Dojeżdżamy do jakiejś małej miejscowości. Przy drodze nareszcie widzę rosnącą palmę, ale jakaś taka karłowata, potem drugą i trzecią. Widocznie wkraczamy w inną strefę klimatyczną. Napotkane miasteczko jak wszystkie malutkie mieściny w USA takie samo: stacja benzynowa, poczta, pub, drewniane domki, dobrze utrzymana trawa wokół domów, kościółek, czasami City Market. Wszędzie tu panuje dziwna atmosfera senności spotęgowana widokiem starych ludzi grzejących się w słońcu przed swoimi domami. I tu nie brakuje tabliczek informujących o tym, że ten dom jest do sprzedania, a tamten do wynajęcia. Zresztą jak wynika z moich obserwacji połowa Ameryki jest do sprzedania. Widziałam już góry do sprzedania, lasy, rancza, domy, rezydencje, motele, sklepy. Widok takich anonsów budzi u mnie zwykle poczucie jakiejś destabilizacji i ludzkich uzależnień od koniunktury.
Wczesnym popołudniem osiągnęliśmy kolejny cel naszej podróży: Las Vegas, miasto-legenda, miasto z gangsterskich mrocznych dziejów, dziś w chwale akceptowanego hazardu - światowa stolica rozrywki.
Nasz hotel widoczny był z daleka, na dojazd jednak zeszło nam dłużej niż godzinę, ale za to, jakie cuda na nas czekały! Wprost z ulicy głównej skręcało się w przecznicę, której cała prawa strona była podjazdem do hotelu, częściowo zadaszonym, ukwieconym, wyścielonym czerwonymi chodnikami.
Zatrzymanie się samochodu na podjeździe stawia na baczność trzech boyów hotelowych. Natychmiast dwóch z nich zajmuje się bagażem, a trzeci odprowadza samochód do piętrowych garaży. Pokoje mamy na 22 piętrze i znowu dają znać o sobie moje lęki i strach... Jaki czort sprawił, że muszę spać na 22 piętrze, wyżej się już nie dało? - myślałam ze złością. Tymczasem mojej córce i jej synom było wszystko jedno. Mogli spać i na 120 piętrze byle windy były szybkobieżne.
W pokojach hotelowych okna się nie otwierały, więc nie mogłam wychylić głowy i spojrzeć na ziemię, aby odczuć tą piekielną wysokość, więc powoli zaczęłam się uspakajać od czasu do czasu szepcząc sobie mantrę, co tam, strzyka mi to, jak mus to mus. Teraz siedzę w fotelu, a przed oczyma mam okno na całą ścianę, aż po sufit, tyle że jakieś metr dwadzieścia od podłogi. Przez okno widzę jedno skrzydło naszego hotelu, na szczycie prawie na całej długości ściany napis THE MIRAŻE, a ściana niebagatelna bo gdyby liczyć ciągi okien jednakowiuteńkich, to od mojego okna, tych szklanych pasów doliczyć bym się mogła 8, potem szeroki gzyms i znowu. tyle że w złotych oprawach 5 ciągów szklanych mieniących się w słońcu. Jak okiem sięgnąć podobne, może mniej dostojne budowle.
Wszystko to podporządkowane ludzkim wymogom i słabościom. Tu się gra, tu się stawia tu się traci... nawet wolę, nadzieję i wszystko. Ale tu można też wygrać fortunę. Nasze pokoje mają niebagatelne numery, pięciocyfrowe, więc ile jest takich pokoi w „Złotym Mirażu”? Nie wiem, ale setki. A ile w innych, równie luksusowych hotelach, a ile w całym Las Vegas? Ludzi wszędzie pełno. W przewadze starsi, może dlatego, że kwiecień nie jest miesiącem zbyt gorącym co sprzyja starym. Reprezentowani są tu ludzie wszystkich ras. Największą ciżbę ludzką spotyka się na dole hotelu, w holu i obok recepcji. Tam pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy jest morze zieleni hodowanej przez profesjonalistów w sztucznych warunkach. Zielono jest wszędzie, zieleń intensywna, wkomponowana nawet w tło płynącego z góry kaskadami potoku, który za ścianą palm i innej roślinności tropikalnej przemienia się w basen do pływania z wygodną plażą. Zdziwienie moje budzi najprawdziwiej wyglądający wulkan, czynny — nie jakiś tam namalowany na makiecie. Jeszcze więcej zieleni jest w najbliższym otoczeniu hotelu.
Kasyno. Miejsce, do którego prowadzą wszystkie drogi i z którego rozchodzą się żywotne arterie dobrego interesu. Wszystko tu jest podporządkowane hazardowi. Całego kasyna nie obejmuje się jednym spojrzeniem, żeby je poznać potrzeba czasu. Jak okiem sięgnąć maszyny do gry - w zestawie po 3, po 4, po 6, w podwójnym szeregu, przetykane stołami do gry wybitymi zielonym suknem. Spekulowałam sobie czy jest więcej tych maszyn niż sto? Ale sromotnie się myliłam - podobno cztery tysiące...
Za chwilę będę próbowała wpaść w szpony hazardu. Majk dostarczył nam, to znaczy mnie i Agnieszce 200 zielonych w rulonach po 10 dolarów. Więc na początek usiadłyśmy obok siebie na taboretach pragnąc zgłębić tajniki maszyny i poznać zasady gry. Widząc nasze nieobycie z maszynami pani, która na plakietce miała wypisane wdzięczne imię Mary-Ann, a która była tu postawiona po to by ośmielać wątpiących - poradziła nam zacząć od prostszych maszyn. A zatem są prostsze i bardziej skomplikowane maszyny... Na mojej poleconej mi przez Mary-Ann mogłam wygrać 2400 dolarów, a na tamtej poprzedniej aż 18000 dolarów. Postanowiłyśmy grać wspólnie. Rozwinęłyśmy 3 rulony i wrzuciłyśmy do specjalnego kubeczka, pomieszały, postrząsały pochuchały na szczęście i ja wrzucałam po 3 monety do maszyny, a Agnieszka pociągała korbę. Wrzuciłam już prawie połowę monet i nic. Pożarła wszystkie. Zniechęciłam się i zmieniłyśmy się rolami, teraz Aga wrzucała, a ja pociągałam. Znowu to samo. Ale pewnie przewidzieli to programujący, bo zanim zniechęciłyśmy się całkowicie - usłyszałyśmy lekki szumek i maszyna rzygnęła sześcioma monetami.
Zachęcone ponowiłyśmy starania: 3 monety i przycisk, 3 monety i przycisk... ale więcej już nie wypluła. Przeszłyśmy do innej obok, takiej samej, ale nie tej samej, i znowu 3 monety i przycisk, 3 monety i przycisk... W ten sposób wsypałyśmy do tych żarłocznych maszyn następne 2 rulony, czyli 20 dolarów. Zawiedzione brakiem wygranej, już chciałyśmy odejść, gdy maszyna tym razem wyrzuciła świstek papieru z napisem 1 dolar 75 centów. Więc tak zaczyna się hazard - pomyślałam. Ucieszyła nas ta karteczka z wygraną, bo to już ewidentny dowód na podratowanie nadwątlonego wizerunku kasynowych bywalczyń. Kiedy oswoiłam się już trochę z ogromem kasyna, zaczęłam słyszeć przypisane temu miejscu dźwięki, jakie wydają maszyny wypluwające z siebie wygrane. Zaczęłam również dostrzegać ten najbardziej istotny dla kasyn rodzaj hazardu, zielone stoły. Tu gra się o wiele większe sumy, tu numery obstawiają gracze profesjonaliści... Im większe stawki tym więcej widzów, większe skupienie, a potem szmer podziwu albo współczucia.
Majk, że to z niejednego pieca jadł chleb i nic nie jest mu dziwne, wybrał się poszukać szczęścia na zielonym suknie. Wrócił grubo po północy, ale z wygraną 500 dolarów. Moje ocalałe kłodry czekają na desperacki krok, czyli ponowne zmierzenie się z jakąś może mądrzejszą maszyną. Zobaczymy, nie tracę ducha.
Spojrzałam przez okno. Jest prawie południe. Widzę, że piętrzący się gdzieś daleko jakiś inny hotel, który rano był zwyczajnym betonowym pudełkiem, teraz za sprawą słońca i chyba czarów jest rozświetlony kolorem miedzi, jakby był z niej odlany. Patrząc na północny zachód dostrzegam pustynię i dwa jałowe kopiaste wzniesienia w kolorze pustynnym. Ponad lśniącym i mieniącym się różnymi barwami miastem widzę błękitne niebo, poprzecinane białymi smugami po odrzutowcach. W tej chwili naliczyłam ich pięć, to pewnie oznacza, że tedy przebiega korytarz dla linii lotniczych.
Dużo rzeczy mnie tu peszy, ale dobrze się czuję w bufecie, do którego wchodząc wpłaca się 10 dolarów od osoby i za tę cenę można jeść i pić do woli. Wodę z lodem też tu podają na dzień dobry. Jedzenie według upodobań na zimno i na gorąco. Na gorąco nabiera się z podgrzewanych pojemników. Wybór potraw ogromny, reprezentowane chyba wszystkie kuchnie świata: europejska, chińska, meksykańska, amerykańska. Desery – ciasta, lody, owoce w bogatym asortymencie, kolorowo zdobione, wystawione są na chłodzonych ladach.
Budząc się rano ze zdziwieniem spostrzegłam, że to już czwartek. Ależ ten czas przeleciał - pomyślałam i czekałam na Agnieszkę bądź telefon stawiający nas na nogi. Tymczasem piłowałam sobie paznokcie popijając grejpfrutowy dżius. Po chwili przyszła Agnieszka i zakomunikowała, że Majk jeszcze śpi, bo w kasynie zastał go wschód słońca, wobec tego sami się gdzieś wybierzemy. Po krótkiej debacie decydujemy się na śniadanie w „bufecie wielkiej obfitości”, potem basen - gest w stronę chłopców, potem delfiny - gest w moją stronę.
Zerwanie się Majka z łóżka na równe nogi pokrzyżowało nam nasze plany. Ale nie byłby to Majk gdyby przepuścił okazję do dobrej zabawy i bycia z rodziną. Wobec tego on poszedł z chłopcami na basen, a my z Agnieszką do delfinów.
Dreptałam ogrodową alejką, jakimś mostkiem, znowu ogrodową alejką i myślałam jasny gwint, ale mnie boli to kolano, ale być tu i nie widzieć delfinów, to nie może się zdarzyć. Wreszcie przed nami coś, jakiś nieregularny obszar wody. Wydaje mi się za mały i za płytki dla delfinów. Pewno gdzieś tam w zakamarkach mojego rozumu pokutowało wyobrażenie o ogromie ssaków morskich, ale delfiny nie były aż takie duże, ale za to zabawne i wesołe. Bawiły się dużym kolorowym balonem podrzucając go nosami do góry z taką wprawą, że balon prawie wcale nie lądował w wodzie. Popisywały się też wysokimi skokami oraz pływaniem, ale jakim! - w postawie pionowej, wiosłowały ogonami z prędkością dorównującą łodzi motorowej. Cieszyłam się, że wyglądały na szczęśliwe, mimo że nie mieszkały w oceanie. Tygrysów i panter w czwartki nie pokazywano, a ja w piątek ich oglądać nie chcę, bo musiałabym jeszcze raz pokonać tą drogę, a zresztą czy to nie widziałam już tygrysów czy panter!
Resztę dnia spędzamy jak kto chce, ja wybieram się na lody do specjalnej lodziarni, a za mną ciągnie reszta rodziny, nikt niczego nie chce odpuścić... Na potem zaplanowałam sobie drzemkę. Wcale nie niepokoi mnie obawa, że w jasny dzień nie zasnę, na to mam już wypróbowany w samochodzie sposób - 5 stron z Pana Tadeusza i już mi się ziewa, po następnych 20 wersach śpię. Agnieszka i Majk również myśleli o drzemce, za to chłopcy postanowili jeździć windami. Na wieczór Majk zapowiedział niespodziankę.
Zapowiedziana na wieczorową porę „niespodzianka” to 6 metrowej długości limuzyna: czarna, błyszcząca z ciemnymi szybami. I my przed tą limuzyną jak jakieś milionerskie plemię, witani jesteśmy przez szofera uniżonym ukłonem. Szofer w białej koszuli, pod krawatem w czarnym garniturze prezentuje się jak biznesmen. Otwiera nam drzwi limuzyny, czeka aż się wtaszczymy i zamyka drzwi, po czym zajmuje miejsce przy kierownicy. Wsiadam do pojazdu, który jest synonimem dobrobytu i luksusu i przez dwie godziny będę się bawić w milionerkę. Opuszczona ciemna szyba pozwala mi widzieć wszystko dokładnie.
Zatrzymujemy się przy hotelu, przed którym wybudowano kawał okrętu. Tu odbywa się widowisko zdobywania przez piratów statku. Załoga broni dostępu do burt, słychać palby muszkietowe, dym unosi się nad walczącymi, marynarze walczą wręcz już na pokładzie, słychać jęki, nawoływania. Zwycięstwo przechyla się na stronę piratów. Są aktorzy, jest widz i jest teatr - godzina przerwy i widowisko zostanie powtórzone. Powoli noc obejmuje Las Vegas w swoje posiadanie. Teraz zatrzymaliśmy się przed kompozycją, którą nazwałabym światło, woda i muzyka. Woda wyrzucana do góry pod dużym ciśnieniem na różną wysokość pod różnym kątem tworzy słupy i ściany wodne, imitujące balet do piosenek śpiewanych przez Franka Sinatrę. Prawdziwa uczta dla oczu ducha i wyobraźni. Za sprawą tej limuzyny i dzięki interwencji uprzejmego kierowcy zwiedziliśmy wszystkie place, ulice i ciekawostki Las Vegas, sami też budząc pewną ciekawość wśród turystów, którzy brali nas za jakichś VIPów, pewno nie wiedząc, że to paradne auto można wynająć na godziny.
Rozmieszczenie siedzeń i kanapek w limuzynie stwarza wiele możliwości, zwłaszcza w oparciu o bogato zaopatrzony bufet, ale myśmy nie drinkowali. Jeszcze zatrzymaliśmy się przy wulkanie, który co kwadrans zaczyna się biesić, mruczeć aż do wybuch ognia i dymu, ale ten wulkan już jest w bliskości naszego hotelu. Trochę zamieszania w tę pompatyczną atmosferę jazdy limuzyną wniósł Karol, któremu po nadmiarze lodów i dżiusu pomarańczowego zachciało się rzygać. Szofer - jakże to brzmi po pańsku! - przyszedł się pożegnać, przedtem z uniżonością otwierając drzwi limuzyny. Kiedy szliśmy spać - był środek nocy, więc następny ranek planowaliśmy zacząć koło południa.
Jednak tak się nie stało, bo wcześnie rano zaczęli nas poszukiwać bliscy znajomi córki z Breckenridge, z którymi zresztą byliśmy umówieni. Jeny, bo o niej tu mowa prowadzi w tam zakrojony na szeroką skalę wynajem apartamentów, domów, pokoi turystom tłumnie przyjeżdżającym prawie z całego świata na narty, w lecie na żeglowanie, konne i rowerowe przejażdżki po górach. Mąż jej zbija krocie na prowadzeniu handlu nieruchomościami - stać ich więc na posiadanie własnego rancha w Arizonie, dlatego zwyczajne dni spędzają na ranchu jeżdżąc na koniach, a na weekendy zwalają się do Las Vegas, aby się bawić. Tym sposobem Tomasz ma do towarzystwa Gereta. a Karol idzie w odstawkę.
Na wieczór Majk zapowiedział nam znowu niespodziankę, może dlatego, że Aga nadrabia zaległości w plotkowaniu z Jeny równocześnie pływając i opalając się nad basenem, a ja i Karol jesteśmy pozostawieni sami sobie, bo Majk z mężem Jeny są całkowicie pochłonięci oglądaniem bokserskiego meczu.
Wyciągam więc życzliwą dłoń do Karola i proponuję mu grę w karty. Musia1)AM jednak zadbać o to by te karciane rozgrywki w prowadzić ciekawym miejscu, bo z góry wiedziałam, że skazana jestem na wieczne przegrywanie i tasowanie kart bo Karol takie wymyśla reguły gry i tak je zmienia często aby jego było na wierzchu, dlatego muszę mieć drugi plan rozrywki w zasięgu. Tym razem było to obserwowanie ludzi.
Niespodzianką wieczoru był objazd obrzeżami Las Vegas, zakończony niedaleko lotniska pasażerskiego w restauracji RED LABSTER. Taki typ restauracji rozpowszechniony jest w całej Ameryce. Serwowane są tu owoce morza oraz kurczaki. Obsługa fachowa, szybka, ale czekanie na zewnątrz na pewno nie w guście Polaków. Już w drzwiach dostaliśmy do ręki jakiś aparacik z informacją proszę czekać oczywiście za drzwiami. Ja bym się tam obraziła, co mi tam jakieś owoce morza myślałam, ale przemogła ciekawość, co dalej. Usiadłam więc na wygrzanej słońcem ławce, reszta rodziny za mną i myślałam czy to coś zadzwoni? przemówi? Przemówiło głosem hostessy zapraszającej nas do środka. W drzwiach przeprosiła, że musieliśmy czekać i zaprowadziła nas do stolika. Tam już czekała woda z lodem i kelner, który przyjął zamówienie na picie wg indywidualnych życzeń, więc Agnieszka kawa, ja hot tea, Majk cola z lodem i soki dla chłopców. Oprócz zamówionego picia przyniósł na sałatki z różnego rodzaju dresingami i ciepłymi bułeczkami, chłopcom mus jabłkowy i przyjął zamówienie na dania z karty. Majk zamówił kraby, Agnieszka „slimsy” takie niby rybki-w kształcie muszelki z nogą, przezroczyste podane w czarce ze szkła, w której był sos, one zaś to główne danie powieszone wokół czarki. Kompozycja ciekawa, ale wolę jak ktoś inny to je. Ja wybrałam rybę w galarecie i zdziwiona byłam, że do tego dostałam ziemniaka w skórce, upieczonego, okraszoną śmietaną i posypanego zieloną cebulką. A przed chwilą mówiłam, że najchętniej to zjadłabym ziemniaki z kwaśnym mlekiem. Wychodząc, ze współczuciem spojrzałam na kraby w akwarium, którym się udało jeszcze dzisiaj ujść z życiem, bo ich nikt jak dotąd nie wybrał na pożarcie, a lokal za pół godziny zamykali.
Ranek piątkowy był podobny do innych, ale nie taki sam, bo jutro już wyjeżdżaliśmy, a Majk koniecznie chciał, abym jeszcze raz spróbowała hazardu. Tym razem Agnieszka została z chłopcami a ja wybrałam się z Majkiem do kasyna, zdecydowana pójść na całość. Majk prowadził mnie długo wzdłuż, potem w bok i po przekątnej, aż dotarliśmy do maszyn bardziej skomplikowanych. Już nie chciałam biernie wrzucać monety po 3 albo po 5 sztuk i pociągać za korbę, ale chciałam myśleć. Teraz było inaczej, maszyna żądała aż pięciu 5-ciu kłodrów, po czym pociągało się za korbę. Wtedy przy charakterystycznych dźwiękach wyskakiwało 5 kart, z tego dwie karty mogłam zmienić, zmieniałam, dosypywałam monet, pociągałam korbę i znów zmieniałam i nic - ona wciąż żądała żeru. Już upłynniłam 3 rulony kordów, kiedy wreszcie pojawił się napis wygrana 1 dolar.
Miałam już dość tego oszukańczego procederu, żetony wartości 1 dolara zachowałam na pamiątkę kasynowych wrażeń i z miną godną lepszej sprawy wyruszyłam ku słońcu porzucając jarzące się od świateł kasynowe wnętrze, pozbawione okien, więc i dziennego światła, aby nikt z grających nie mógł zauważyć, że wstaje lub zachodzi słońce, a on ciągle łudzi się nadzieją wygranej. Wdzięczna jestem za zebrane doświadczenia, za smak przegranej, za jedyną w swoim rodzaju atmosferę kasyna, za poznanie zasad zamiany gotówki na żetony i odwrotnie i za to że parokrotnie dane mi było być jedną z tych, którzy oddawali się hazardowi.
Jutro mamy odjeżdżać. Doba hotelowa kończy się o 11-tej, ale do tej pory ani Agnieszka ani Majk nie przekazali poleceń dla nas. Sami odsypiali noc, bo poszli na musical
ABBA MAMA MIA i wrócili dobrze po północy. Bilety na imprezy w Las Vegas rezerwowane są kilka miesięcy wcześniej i chociaż ceny nie bagatelne, na bilety chętnych nie brakuje. Ja już jestem spakowana, chłopcy w trakcie pakowania, więc kiedy przyjdzie Agnieszka to tylko sprawdzi chłopcom uszy i paznokcie i czy pod łóżkami coś nie zostało i w drogę. Trochę mi żal luksusów, chociaż na początku myślałam jak Pawlak: przyszło mi się męczyć w luksusie, ale nie powiem - miło jest stąpać po puszystych dywanach, łóżek za sobą nie ścielić, pokoju nie sprzątać, bagaży nie dźwigać, tylko w asyście boyów hotelowych z jedną torebką w ręce i oczywiście z Panem Tadeuszem pod pachą wsiadać do samochodu, również przed obsługę podstawionego, za wszystko rozdając uśmiechy i napiwki.