Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu
Spotkania literackie
Wydawnictwo
pod redakcją Macieja Pinkwarta
Nowy Targ 2004
Elżbieta Plewa (Nowy Targ)
Uśmiech i łza
- Pas.
- 2 trefl.
- Kontra.
- 2 karo.
- 2 pik.
- 3 bez atu.
- Pas.
- Pas.
- Pas.
Dobrze, że nie musisz rozgrywać tego bez atu, bo byłoby krucho z tobą, panie mężu. Uczestnicy turnieju już się schodzą, przyszedł twój partner i pan sędzia. Ja dziękuję za grę, życzę udanych rozgrywek, ciekawych rozdań i tytułu „mistrza Zakładu”.
- Władek, uspokój się, żona ma rację, byłbyś co najmniej bez jednej...
- Nieprawda, miała trzymanie w kierach — nie mogłaś mi pokazać?
- Nie mogłam - jestem już w pracy.
Wzięła niedopitą kawę i poszła do biura. Przejęła dyżur od kolegi, sprawdziła sytuację w innych pomieszczeniach, usiadła z grafikiem zajęć i zamyśliła się.
*
Zakładowy Dom Kultury NZPS „Podhale” - tak nazywało się obecne moje miejsce pracy. Murowany budynek, przy szosie na Orawę, do którego wchodziło się po kilku kamiennych, szerokich schodach. Dwie kolumny podtrzymywały nad wejściem i holem małe poddasze, co tworzyło idealny środek niskiego rozłożystego budynku. Lewą stronę zajmowała sala widowiskowa, ze sceną i kabiną projekcyjną na .górze, zaś na prawo od wejścia, duża oszklona sala ze stolikami, kawiarnią, kolorowym telewizorem, proscenium i ewentualnym miejscem do tańca. Tutaj w zasadzie koncentrowało się całe życie ZDK.
W sali widowiskowej, oprócz kina objazdowego raz w tygodniu, odbywały się zajęcia Regionalnego Zespołu Pieśni i Tańca oraz kapeli góralskiej. Obok sceny w dawnych garderobach amatorskiego teatru dla dorosłych znajdowały się pomieszczenia i magazyn dla Zakładowej Orkiestry Dętej. Było też kilka mniejszych pomieszczeń: sala tenisa stołowego, bilarda, pracownia i ciemnia fotograficzna, salka „młodych plastyków”. Ci odnosili sukcesy w kraju i za granicy.
W bezpośrednim sąsiedztwie ZDK były Technikum Przemysłu Skórzanego i Zasadnicza Szkoła Zawodowa dla Pracujących, szkoła podstawowa, hotel żeński i kilka mieszkalnych baraków dla dziewcząt i młodych małżeństw czekających na mieszkania. W jednym z baraków działał Regionalny Teatr Lalek i Żywego Aktora przy ZDK. Lalki i inne rekwizyty uczestnicy wykonywali sami, sami też przygotowywali dla siebie znane teksty góralskie.
Z przeciwnej strony, na skraju lasu, mieściło się duże osiedle mieszkaniowe, sklepy, przedszkole, żłobek, hotel męski. Do Zakładów prowadziła przez las szeroka bita ścieżka. Wszystko to, łącznie z Zakładami i jego zapleczem, tworzyło miasteczko przemysłowe, na skraju starego rozwijającego się miasta.
Pracowałam tutaj od niedawna, skuszona możliwością otrzymania, na dogodnych warunkach, nowego mieszkania. Wciąż jeszcze poznawałam Zakłady, uczyłam się żyć w nowym środowisku, wg innych praw i zwyczajów dorosłej, bardzo zróżnicowanej społeczności. Nie był to już mały, życzliwy Dom Kultury Dzieci i Młodzieży. Tutaj były o wiele większe możliwości finansowe na działalność - ale też wysokie wymagania.
Do ZDK przychodzili ludzie odpocząć po ciężkiej pracy w huku maszyn, smrodzie klejów, umęczenia jednostajnością wykonywanej czynności przez 8 godzin dziennie. Ludzie z różnymi potrzebami kulturowymi i możliwościami intelektualnymi.
Młodzież szukała tu zajęcia i rozrywki dla zabicia czasu, a dzieci też domagały się zainteresowania ich potrzebami. Rodzice pracowali w systemie dwu i czterozmianowym, często oboje na tej samej zmianie. Wtedy dzieciaki u nas szukały wsparcia. Wymagało to dużej odpowiedzialności za taki kształt pracy, która wszystkim dawałaby zadowolenie i satysfakcję. I udawało się. Działały sekcje brydża, tenisa stołowego, szachów, sukcesy odnosili fotograficy i plastycy, i oba zespoły. Krótko działał w ZDK zakładowy kabarecik prowadzony przez profesjonalnego aktora, niestety nie udało się rozwinąć jego działalności na dłuższą metę. Prowadzona była też działalność oświatowa.
Filia zakładowej biblioteki cieszyła się dużym zainteresowaniem, regularne spotkania z ciekawymi ludźmi nauki, teatru, filmu i muzyki zyskiwały sobie wciąż nowych zwolenników. Powodzeniem cieszyły się też kursy gospodarstwa domowego, kroju i szycia, a dla młodych matek cykliczne spotkania z lekarzem pediatrą.
Na codzień przychodzili tu ludzie wypić kawę lub herbatę, przeglądnąć prasę, lub po prostu posiedzieć i obejrzeć program w kolorowym telewizorze.
Odbywały się spotkania załogi, zabawy taneczne, z różnych okazji - świąt państwowych czy branżowych, a także bale sylwestrowe. Dom Kultury miał swój zespół muzyczny, który obsługiwał te imprezy.
Pamiętam swój pierwszy samodzielny dyżur popołudniowo-wieczorny. Na sali było dość dużo ludzi, oglądali jakiś mecz, kilka osób grało w szachy i gry planszowe, po drugiej stronie ćwiczyli członkowie orkiestry dętej.
Raptem w całym budynku zgasło światło, i to tylko u nas.
- To na pewno faza, powiedział ktoś tu potrzebny jest elektryk.
Wiedziałam, że w biurze obok telefonu, jest wykaz numerów do dyżurnych elektryków, hydraulików i innych służb. Zapaliłam świecę, wykręcam numer telefonu. Po drugiej stronie zgłasza się mężczyzna. Tłumaczę co się stało i gdzie.
- Syćko dobrze, ino biskup mo przepustki - powiedział, podając mi nowy numer telefonu i wyłączył się.
„Dziwne zwyczaje” – myślę, ale zaczynam wszystko jeszcze raz. Zgłasza się inny mężczyzna, przedstawiam się i proszę do telefonu biskupa. Odpowiedź:
- Nikogo nima, pośli do papieża! - stuk odkładanej słuchawki.
Tego było już za wiele, łajdak stroi żarty, a ja mam poważny problem. Ręce mi się trzęsą, szukam innych telefonów, na sali ruch i niezadowolenie. Do biura wchodzi przewodniczący Rady Zakładowej, a mnie zżera wstyd i wściekłość.
- Co się dzieje, pani Elżbieto? - spokojny głos szefa.
Nie mogę powstrzymać łez, staram się wytłumaczyć zaistniałą sytuację. Uśmiechnął się, gdzieś zatelefonował i po chwili przed budynkiem zatrzymał się samochód.
Zanim rozbłysło światło, wiedziałam już, że Biskup i Papież to nazwiska pracowników Działu Energetyka, a żeby było ciekawiej, mistrz Biskup podlegał służbowo kierownikowi Papieżowi. Wszystko skończyło się dobrze, awaria została usunięta, a ja byłam bogatsza o jeszcze jedno doświadczenie.
*
Wg grafika dziś i jutro po południu pucharowe rozgrywki w brydża o mistrzostwo Zakładów, jutro do południa zakończenie młodzieżowego turnieju tenisa stołowego między osiedlem „Bór” a Stocznią Gdańską.
Dla wyjaśnienia - od kilku lat NZPS prowadziły wymianę szkół na kolonie i zimowiska dla dzieci i młodzieży. Do nas przyjeżdżała młodzież ze Stoczni Gdańskiej, a nasi wyjeżdżali na kolonie do Gdańska. Przez te kilka lat zaprzyjaźnili się ze sobą i chętnie przebywali razem, bawili się i współpracowali. W piątek do południa pomagam przygotować program rozrywkowy i dekoracje, a po południu i wieczorem pożegnalny bal z okazji zakończenia zimowiska, organizowany przez gospodarzy z osiedla. Wieczorkiem zajmuje się kolega, a ja mam przed sobą dwa dni wolne od pracy, za nadgodziny i niedziele.
Na dzisiaj już koniec pracy. Młodzież przed godziną poszła do domu, zadowoleni brydżyści zakończyli rozgrywki, jeszcze tylko zabezpieczyć, pozamykać i zdać klucze. Godzina 22.00 - ciemno, nieprzyjemnie. Dobrze, że jest ze mną mąż, przed nami jeszcze około 2,5 km pieszej wędrówki do domu.
Przed południem w piątek na osiedlu w baraku zakwaterowano grupę młodzieży z wychowawcą aż z Kamienia Pomorskiego. Przebywali w tych stronach już kilka dni, do nas dotarli „na dziko”. Nie znaleźli kwater, nie mieli zabezpieczonego wyżywienia, a wyjeżdżali dopiero w niedzielę wg rezerwacji miejsc w pociągu. W takiej sytuacji mogli liczyć tylko na pomoc w naszym zakładzie. Młodzież udało się zakwaterować, stołówka zakładowa też obiecała chociaż obiady zagwarantować.
Ja po zakończeniu dopołudniowej pracy, z perspektywą wolnych dni, szybko zabrałam się do domu, życząc udanej zabawy. Ale nie udało się...
W sobotę wczesnym rankiem obudziło nas natarczywe stukanie do drzwi. Wzywano mnie do pracy. Samochód MO czekał niedaleko domu. W drodze dowiedziałam się tylko, że moje wezwanie dotyczy dnia wczorajszego. Na miejscu prokurator zadał mi kilka pytań na temat organizacji wieczorku, kto był w to zaangażowany, jakie było zachowanie młodzieży w godzinach dopołudniowych, czy Wiesiek, ogólnie lubiany mieszkaniec osiedla, uczestniczył w organizacji zabawy. Nadal nie rozumiałam o co chodzi, dopiero zmęczony po nieprzespanej nocy Staszek opowiedział co się stało.
Na zabawę wtargnął nieproszony gość z Kamienia Pomorskiego. Uciekł wychowawcy przez okno, żeby się zabawić. Podobno zaczepiał dziewczęta. Nie chciał opuścić sali, doszło do scysji między nim i Wieśkiem. Nie zgłosili tego faktu ani instruktorowi dyżurnemu, ani wychowawcy z zimowiska. Postanowili załatwić to „po męsku” na zewnątrz budynku. Wyszło z nimi kilku kolegów. W czasie bójki, nie wiadomo kiedy, „gość” wyciągnął nóż. Nikt też nie zauważył w jaki sposób Wiesiek nadział się na jego ostrze.
Ruch, rannego wprowadzono do biura, karetka, szpital... Niestety Wiesiek w drodze zmarł. Miał 16 lat, a winowajca 15. Tak zakończył się pięknie i wesoło rozpoczęty wieczorek pożegnalny.
Tragedia wstrząsnęła nami wszystkimi, a najbardziej zdumiony był sprawca.
*
Ale życie nieubłaganie gna naprzód, rzucając coraz to nowe wyzwania.
Wyjazd Teatru Lalek ze sztuką Kazimierza Przerwy-Tetmajera pt. „Ociec Nędza”, zaowocował kolejnym sukcesem. W Olecku na ogólnopolskim konkursie zespołów lalkarskich, zespół otrzymał I nagrodę za lalki, animację, folklor oraz połączenie z żywym aktorem i kapelą góralską. Ten zespół nie tylko potrafił rozweselić publiczność, ale sam bawił się doskonale, co zostało podkreślona w werdykcie.
W nagrodę za sukces i całokształt pracy, zespół miał pojechać na wczasy do NRD – do miejscowości Storkow.
NZPS „Podhale” oprócz własnych ośrodków wczasowych prowadziły też wczasy wymienne, w atrakcyjnych miejscowościach na morzem i w NRD – w Storkowie i Frankfurcie.
Do Storkowa zaproszony został Regionalny Zespół Pieśni i Tańca wraz z kapelą. Mieli tam zaplanowane kilka występów dla załogi zakładu obuwniczego i mieszkańców okolicznej miejscowości. Ja jechałam służbowo jako opiekun i kierownik grupy, ale też jako „głos” dla jednej z lalek.
Z wyjazdem górali łączą się inne wspomnienia i mieszane uczucia. W dniu wyjazdu, przed ZDK czekał zakładowy autokar, który miał nas zawieźć do Zgorzelca, a stamtąd po odprawie celnej, pociągiem mieliśmy dotrzeć na miejsce.
Na zbiórkę przed wyjazdem przyszedł choreograf zespołu Franek, który wcześniej z powodu choroby matki zrezygnował z wyjazdu. Przyszedł jednak pożegnać się z kolegami, udzielić ostatnich wskazówek, przypomnieć o zmianach jakie spowoduje jego nieobecność. Zza pazuchy wystawała mu szyjka „żytniej” i pokaźne pęto kiełbasy. Chwilę naradzano się w „męskim gronie” wspomagając się pełnym kieliszkiem, po czym Franek zdecydowanie oświadczył:
- Matka i tak zrobiom po swojemu, a mnie druga tako okazja może sie juz nie trafić.
I z godnością wsiadł do autokaru, mając za cały bagaż wspomnianą żytnią i przegryzkę. Formalnie nadal był prawowitym członkiem wycieczki, stroje dawno były zapakowane, dokumentacja w porządku, Franek dorosły i sam decydujący o sobie. Tak naprawdę, to nikt z nas nie wierzył, że nie wyjedzie z zespołem.
A w Zgorzelcu zaczęły się pierwsze kłopoty. Franek został zabrany do osobistej kontroli. Celnikom nie mieściło się w głowach, że na czternastodniowe wczasy, można wyjechać w jednej koszuli, garniturze, bez bielizny, ręcznika czy przyborów toaletowych. W czasie kontroli podochocony Franek głośno wyrażał swój protest, popierając wypowiedzi wyraźną gestykulacją. Przez moment było gorąco, ale udało się wszystko załagodzić dzięki wspaniałemu tłumaczowi. Pożegnaliśmy więc Polskę tęskną góralską nutą.
Mimo swoich wad, Franek był doskonałym tancerzem, jako rodowity góral, zresztą większość członków była góralami, a nie przebranymi mieszczanami, i dobrze, że z nami pojechał. O jakość występów w tej sytuacji byłam zupełnie spokojna. Wzbudziły powszechne uznanie, sympatię, a piękne stroje wywołały uzasadniony zachwyt.
Pobyt w Niemczech obfitował w bardzo nieprzewidywalne sytuacje i wydarzenia związane z ogólnie dostępnym piwem, „ułańską fantazją” i góralską dumą. Wreszcie po dwóch pełnych emocji tygodniach szczęśliwie wróciliśmy do domu. Franek zastał matkę w dobrym zdrowiu, więc szybko zapomniał o wyrzutach sumienia. Ja mimo wszystko ciepło wspominam pobyt w Storkowie, ale gdybym jeszcze raz miała wyjechać w tym samym składzie i w tej samej roli, zdecydowanie wolałabym pozostać w kraju.
Praca w Zakładowym Domu Kultury, a potem w samym zakładzie, dała mi duże doświadczenie i wiele satysfakcji. Serdeczna, niemal rodzinna atmosfera wśród pracowników i uczestników przetrwała do dziś, choć czasem bywały przykre chwile - jak zawsze i wszędzie.
W końcu lat siedemdziesiątych, Zakładowy Dom Kultury został oddany do kapitalnego remontu, a pracownicy oddelegowani do pracy na terenie zakładów. Nigdy już nie powrócił do swej dawnej świetności, a obecnie egzystuje jako hotel i restauracja pod nazwą „Ruczaj”.
Nie istnieją już Nowotarskie Zakłady Przemysłu Skórzanego „Podhale”. Pozostało po nich kilka inwestycji dla miasta, na dawnym terenie kilka smutnych budynków, nieuporządkowane przestrzenie, dla byłych pracowników garść wspomnień, i ta łza, co kręci się w oku.