Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu
Spotkania literackie
Wydawnictwo
pod redakcją Macieja Pinkwarta
Nowy Targ 2004
Elżbieta Plewa (Nowy Targ)
Co dał im los
Do mostu na Czarnym Dunajcu zbliżała się grupka dziewcząt i chłopców. Szli w góry. Obładowani plecakami i sprzętem, roześmiani i pełni życia. Z tranzystora płynęły słowa piosenki ...bo to już było i nie wróci więcej.
Z przeciwnej strony nadeszły, pochłonięte rozmową, dwie starsze panie.
- Zobacz, Hanka - to zupełnie jak my - jakieś pół wieku temu. Trudno uwierzyć, że wszystko tak bardzo zmieniło się przez te lata. Miasto, my i nasze życie. A ta piosenka to chyba specjalnie dla nas.
- Dobrze, staruszko, za dwa tygodnie jubileusz Gimnazjum. Spotkamy się na zjeździe, choć już nie wszyscy, to będziemy wspominać tamte dobre czasy, a teraz muszę już iść. Pa, Zosiu!
Ucałowały się i rozeszły, każda w swoją stronę. Tylko Zośki - marzycielki - nie opuściły wspomnienia. Widok młodych turystów wywołał nastrój zrozumiałego smutku.
W domu zrobiła sobie kawę, rozsiadła się wygodnie na fotelu i biorąc z półki album ze zdjęciami, wróciła do świata dzieciństwa i młodości. Przeglądała zdjęcia i kłóciła się sama ze sobą.
„Przecież wiem, że bez nowoczesności, osiągnięć nauki i techniki nie można teraz żyć. To dlaczego czasem wracam myślami do spokojnego miasteczka, w którym było tak bezpiecznie i swojsko. Bardzo mi żal tamtych jarmarków, parku z altaną i Młynówki...”
Jarmarki odbywały się w każdy czwartek, w trzech punktach miasta: obecny pl. Słowackiego, dalej wzdłuż drogi obok „Sokoła”, (szkoła), aż do miejsca gdzie dzisiaj jest park i pomnik Adama Mickiewicza, Trzecim punktem była targowica na Berekach.
Obecnie handel zlokalizowany jest w całości na Berekach aż do brzegu Białego Dunajca. Odbywa się 3 razy w tygodniu łącznie z giełdą samochodową w niedziele. Tylko że to jest już zupełnie coś innego. Tamte jarmarki to było święto w mieście i widowisko. Już w nocy w środę napływały zewsząd do miasta kolumny pieszych, wozów, furmanek, bryczek, pełnych ludzi i towarów. Żywy inwentarz, prowadzony obok, głośnym rykiem, beczeniem i kwiczeniem oznajmiał światu swoje niezadowolenie i bunt. Po dojściu do wyznaczonych miejsc, natychmiast rozkładano stragany, stoły czy po prostu zwykłe skrzynki, według asortymentu towaru, kłócąc się przy tym zawzięcie.
Kupić można było tu prawie wszystko - odzież, buty, sukienne kapce na zimę, wysokie pod kolano, gospodarskie narzędzia i rolnicze przyrządy, uprząż dla koni, a przede wszystkim pięknie haftowane i ozdabiane kompletne stroje góralskie. Kobiety kupowały płótno lniane, pierze i puch, sukno, ręcznie tkane chodniki ze strzępków materiałów, a także wstążki, ozdobne grzebyki i spinki do włosów. Dzieciom kupowano proste drewniane zabawki i słodycze.
Po zakończeniu handlu, wyrównywano rachunki z mieszczanami: za sprzątanie, opiekę nad wozem i koniem zostawionym przed chałupą albo na podwórku. Opijano udane transakcje, żeby w „dobrym humorku”, po znojnym dniu, wrócić do domów. Miasto pustoszało, życie wracało do normy, by w następny czwartek zacząć wszystko od początku.
Nie tylko w czwartki handlowano w mieście. W Rynku, obok figury św. Jana, codziennie na kocich łbach, rozsiadały się kobiety z pobliskich wsi i przysiółków. Szły w różnej pogodzie, dźwigając swoje towary, nawet kilka kilometrów. W kosołkach (owalne głębokie koszyki z pałąkiem) były garnuszki ze świeżym masłem, sery w woreczkach z lnianego płótna, jaja i śmietana, W boreńkach (bańki emaliowane) pyszna maślanka z grudkami masła, lub kwaśne mleko. Inne kobiety a nawet dzieci oferowały własnoręcznie zebrane grzyby, jagody, maliny. Można też było kupić żywe kurczęta albo dorodną kurę, czy gęś. Po południu gromadzili się tu mężczyźni i kobiety, z kosami, grabiami, motykami. Byli to chętni do pracy w gospodarstwie, zależnie od pory roku: w sianokosy, żniwa lub wykopki. Często też zatrudniali się do rąbania drzewa, przygotowywania komórek, składowania węgla czy trocin. W mieście niektóre domostwa lub pojedyncze pomieszczenia opalane były tzw. trociniakami. Były to wykonane z blachy okrągłe pojemniki. Jeden większy na nóżkach, z małym paleniskiem u spodu, do którego wsuwało się szufladkę z rozpalonymi kilkoma drewienkami, oraz wylotem dla rury odprowadzającej dym do komina.
Drugi, mniejszy, jako wkład, miał dziurę w dnie. Wkład wypełniało się trocinami, dokładnie ubijając je wokół grubego pala, który po wyjęciu pozostawiał dziurę aż do dna. Całość była zamykana dopasowaną pokrywą. Urządzenie to było bardzo proste i wcale niedrogie. Trociniak rozgrzewał się bardzo szybko, można było na nim gotować, ale zazwyczaj stawiano na nim duży gar z wodą, zawsze potrzebną w domu i gospodarstwie.
Żal mi starego parku z altaną, gdzie w państwowe i miejskie święta odbywały się festyny. W altanie grała strażacka dęta orkiestra, chętni tańczyli, a wystrojeni mieszczanie spacerowali grupkami, rozprawiając o sprawach ważnych i nieważnych.
Była też w parku Młynówka – Przykopa. Płynęła sobie spokojnie, od strony miasta, równolegle do Dunajca. Gospodynie prały tam na przyniesionych z domu ławkach samodziałowe chodniki lub moczyły w niej lniane płótno, by potem rozłożone na trawie koło kopca bielić je na słońcu. Dzieci zaś, pod ich czujnym okiem chlapały się na brzegu, albo w pobliskich zaroślach bawiły się w chowanego – cyksa raz, dwa, trzy...
I tego też mi żal!
***
Zośka przekładała kartki albumu, wzruszona wspominała szkołę, początki ich znajomości, Gimnazjum. Zastanawiała się, co spowodowało, że z roku na rok, mimo różnych zawodów, miejsc zamieszkania, własnego życia, ich związek umacniał się i nadal trwa. Odwiedzali się, telefonowali do siebie, wysyłali kartki, wciąż żądni wiadomości o sobie.
Przyjaźń ich zaczęła się jeszcze w podstawówce, kiedy do szkół wprowadzono koedukację. Bliskie sąsiedztwo, wzajemna pomoc, udział w kołach zainteresowań stworzyło zaufanie do siebie i potrzebę przebywania razem. Realizowali to poprzez wspólne wycieczki, obozy, pod opieką mądrych wychowawców.
Wzrok Zośki zatrzymał się na zdjęciach z ostatniego wspólnego biwaku, zaraz po maturze dziewcząt i Jaśka. Staszek i Jędrek byli już studentami, a Tadziu miał jeszcze przed sobą rok Technikum Weterynaryjnego. Postanowili więc pożegnać znajome zakątki przed tą najważniejszą wyprawą w nowy świat i dorosłe życie. Zamknęła oczy i zobaczyła dokładnie wszystko tak, jakby to było wczoraj.
Wyruszyli z Rynku rano, bo dzień zapowiadał się upalny. Droga przed nimi nie była łatwa. Szli na Turbacz znanymi sobie ścieżkami. Na miejsce dotarli popołudniu. Rozbili namioty, odpoczęli, ugotowali posiłek i zjedli. Trudny dzień zbliżał się do końca. Usiedli na polanie rozkoszując się ciepłym wieczorem i zapachem skoszonej trawy. Przyszli tu odpocząć i nabrać sił do dalszego zmagania się z życiem, ciekawi co przeniesie los. Mrok wieczoru rozjaśniło niewielkie ognisko. Tadek wziął gitarę i w dal popłynęły piosenki, znane i lubiane. Nie zawsze wesołe.
Wtedy do ogniska podszedł starszy mężczyzna znany im z poprzednich spotkań. Mieszkaniec Kowańca, kosił tu latem trawę, pilnował porządku i bezpieczeństwa lasu. Gorce znał jak własną kieszeń. Podobno w czasie wojny i zaraz po wyzwoleniu ukrywał się tu z partyzantami. Opowiadał ciekawe zdarzenia z tamtych lat, jednak nie z każdym i nie zawsze chciał o tym rozmawiać. Dzisiaj udało się namówić go na wspomnienia.
Długo rozmawiali o sobie, o przyszłym życiu i obecnym świecie. Potem poprosił o kilka piosenek, śpiewał je razem z nimi. Mógł być w wieku ich rodziców lub starszego rodzeństwa. Nigdy nie wspominał o wieku, a oni nie pytali. To pokolenie miało za sobą koszmar okupacji i lat zaraz po wyzwoleniu. Tragedię rozbitych rodzin, utraconej młodości, niespełnionych nadziei i marzeń.
Po chwili gość pożegnał się, upomniał o dokładnym wygaszeniu ogniska i odszedł w mrok nocy.
Pozostawił po sobie jakiś smutek i świadomość, że rozpoczynają się trudne zadania. O treści i smaku życia będą już decydować sami, i tylko oni odpowiedzą za to co im przyniesie. Radość i szczęście czy rozczarowanie i łzy...
Zośka niespokojnie poruszyła się, na podłogę posypały się zdjęcia. Wróciła do rzeczywistości. Raptem uświadomiła sobie, że tamten wieczór, a szczególnie rozmowa z panem Antonim, dała im poczucie więzi, taki mały klucz do zagadki, co stanowi o sensie i wartości życia.
A życie układało się im różnie.
Tadzia - lekarza weterynarii losy rzuciły na Kaszuby. Tam po odbyciu stażu założył rodzinę, doczekał się syna Michała, który ukończył medycynę. Tadeusz w czasie stażu zaraził się ciężką chorobą odzwierzęcą, i po kilku latach zmarł. Danusia, jego żona, nadal prowadzi zajęcia dla niepełnosprawnych łącznie z hipoterapią.
Staszek ukończył WSP, osiadł na Śląsku, ożenił się, ale żona wkrótce porzuciła go, pozostawiając mu córeczkę Marysię. Ze względu na dziecko wrócił do rodzinnego domu, podjął pracę jako dyrektor szkoły podstawowej w pobliskiej wsi. Marysia, którą wspólnie z jego rodzicami wszyscy wychowywaliśmy, ukończyła prawo. Staszek nie ożenił się ponownie, ale czeka cierpliwie na wnuki.
Andrzej po śmierci matki odnalazł w Szwecji ojca, który trafił tam po wyzwoleniu obozu koncentracyjnego. Studiów nie ukończył, ale przejął po ojcu zawód, zrobił wszelkie uprawnienia i został jubilerem - zegarmistrzem.
Hanka i Jasiek nie ukończyli żadnych studiów. Jasiek zaraz po maturze pracował u ojca - renomowanego stolarza, uzyskał uprawnienia mistrza stolarza meblowego. Ożenił się z Hanką, są szczęśliwym małżeństwem, rodzicami i dziadkami.
Dwa miesiące przed Zjazdem z okazji setnej rocznicy Gimnazjum, Andrzej wraz z rodziną ulegli poważnemu wypadkowi samochodowemu. Szczęściem nikt nie zginął. Natychmiast wyjechali do Szwecji Staszek i Michał, narzeczony Ewy - córki Andrzeja...
Po dwóch miesiącach
Witaj, Jędruś!
Dzisiaj ja, z polecenia „szanownego Ogółu”, piszę do ciebie, bo wszyscy odsypiają wczorajsze harce i nocne balety po uroczystościach w Gimnazjum.
W słowie „witaj” zamknęłam wszystkie nasze myśli i życzenia dla ciebie i twoich bliskich.
Mocno wierzyłam i tłumaczyłam wszystkim, że ta tragedia musi mieć szczęśliwe zakończenie. I jest szczęście bo: wszyscy żyjecie, dzieci są zdrowe, a Inga szybko wraca do pełnej sprawności. Tylko ty, biedaku, ucierpiałeś najwięcej, ale w rezultacie uratowałeś wszystkich swoim ryzykownym manewrem. O całym zajściu opowiedzieli nam dokładnie Staszek i Michał, a to co opowiadali wyglądało na horror. Największym osiągnięciem są udane operacje i uniknięcie wózka inwalidzkiego. Reszty dokona twoja cierpliwość i solidna rehabilitacja.
Już teraz obiecuję ci, że za rok na weselu twojej córy Ewy i Michała, porwę cię do upojnego tanga.
Ja na bal nie poszłam, Jędruś, domyślasz się dlaczego, ale jako wspaniała ciocia - babcia, trwam na straży bezpieczeństwa wnuków i domostwa Hani i Jaśka. Dzieci są urocze, a rodzicom i dziadkom należy się trochę zabawy. Jest tu ze mną Danusia i Michał - twój przyszły zięć. Przyjechali, bo załatwiają sprawy spadkowe po Tadeuszu i jego rodzicach. Wiesz, że rodzice Tadzia byli zamożni, on był jedynakiem, więc spadkobiercami są żona i syn. Całość pilotuje Marysia, córka Staszka, ponoć świetna prawniczka. Bardzo brakowało nam tutaj ciebie i Tadzia, ale on niestety już do nas nie wróci. A przecież wszystko miało być inaczej.
Dokładną relację z uroczystości i balu otrzymasz niedługo od Hanki. Jasiek, na 35 rocznicę ślubu dostał od niej i od dzieci kamerę filmową. Znasz go, więc wiesz co tu się teraz dzieje. Film obiecała opatrzyć komentarzem Hanka, więc zabawa będzie przednia.
Wyobraź sobie Jędruś, że przed kilkoma dniami miałam „popołudnie wspomnień”. Przeglądałam zdjęcia, przypomniałam sobie nasze zajęcia, zabawy, biwaki, obozy i pracę. Dom rodzinny i tamto nasze miasto. Jego wygląd, zwyczaje i specyficzną atmosferę. Tamto miasto i to dzisiejsze, rozbudowane pięknie, i choć zaniedbane i brudne, hałaśliwe i czasem niebezpieczne, jednak takie mimo wszystko kochane.
Zmiany zapoczątkował na pewno kombinat, słynne NZPS „Podhale”. To była olbrzymia inwestycja. Zatrudnienie dla kilku tysięcy ludzi z Podhala i całej Polski. Nowe osiedla mieszkaniowe, szkoły, sklepy, kryty basen i sztuczne lodowisko.
Andrzej - wytłumacz mi, dlaczego tak tęsknimy do tego co było dawno i na pewno już nie wróci, bo taka jest kolej rzeczy? Czy ciebie też bierze czasem na wspomnienia? Pewnie nie masz czasu, bo zakład, rodzina, codzienne obowiązki, a może po odnalezieniu ojca i wyjeździe z Polski nie chcesz wracać do tamtych trudnych lat? Kto wie czy i ja, gdyby nie rozleciał się mój dom, miałabym czas na sentymenty. Wiesz, pozbierałam te wspomnienia, dołączyłam do nich zdjęcia i schowałam do koperty. Może ktoś to kiedyś znajdzie?
Często zachodzę do Hanki i Jaśka. Rozbudowali wspaniale dom, urządzili pensjonat na 6 pokoi, gości mają okrągły rok. Hanka zatrudniła pokojówkę i kucharkę. Teraz chce to wszystko przekazać starszej córce i zięciowi, a sama zająć się wnukami i zaniedbanym ogrodem. Pamiętasz, jakie tam były róże i tulipany za życia rodziców Hanki...
Kochany Jędrek, zdrowiej szybko, pozdrawiamy cię serdecznie, ucałowania dla dzieci, wnuka i Ingi. Przypominam ci, że na weselu Ewy i Michała, nie daruję Ci obiecanego tanga.
Zośka i wszyscy
W Polsce, w jesieni 2004 roku.