Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu
Spotkania literackie
Wydawnictwo
pod redakcją Macieja Pinkwarta
Nowy Targ 2004
Maria Giłka (Nowy Targ)
MOJE REFLEKSJE NAD PRZEMIJANIEM
Była taka ulica - Był taki dom - Była taka rodzina
Był taki dom...
Ktokolwiek projektował ten budynek, w zamyśle miał wybudowanie czegoś niezwykle prostego, żeby nie rzec - prymitywnego. Powstał więc dom w kształcie prostokąta przylegającego jedną ścianą do sąsiedniego budynku, pozostałe trzy ściany jako narożne pozostały wolno stojące. Dom przykryto dachem dwuspadzistym, ale jakoś wbrew sztuce budowlanej odwróconym szczytem do ulicy głównej. W szczycie tym właśnie zaprojektowano poddasze z oknami wychodzącymi na wschód, pomijając możliwość umieszczenia okien w trzy różne strony świata. Dom ten w czasie, który próbuję przywołać do życia należał do trzech właścicieli.
Trzech właścicieli i trzy diametralnie różniące się od siebie sposoby na życie. Jeden z właścicieli był rolnikiem i zajmował połowę parteru. Drugą połowę zajmował sklep i magazyn dzierżawiony przez Żyda Klauznera. Piętro, a ściślej poddasze stanowiło własność urzędnika sądu nowotarskiego. Wspólną własnością była sień, bardzo zróżnicowana intensywnością użytkowania przez współwłaścicieli. Do sieni wchodziło się wprost z ulicy i natrafiało zaraz na jakieś gospodarcze wtajemniczenia, jak wielkich rozmiarów sąsiek, wsparty o niego duży tłuczek do ziemniaków oraz coś co służyło do siekania buraków. Obok sąsieku korytko, czasem ceber i zawsze jedno albo dwa wiadra. Wszystkiemu temu towarzyszył swoisty zapach zróżnicowany stężeniem zależnym od pory dnia. Żydowi, jego żonie Pepce oraz ich pomagierowi Ickowi sień owa służyła do przechodzenia na zaplecze sklepu. Czasami też do składowania jakiś skrzynek, ale to działo się już w końcowej części sieni.
Urzędnikowi i jego rodzinie sień umożliwiała dojście do klatki schodowej. Życie w tym osobliwym domu obywało się bez waśni, swarów i z podziwu godną wyrozumiałością dla poszczególnych tak różnych potrzeb użytkowników. Może działo się tak dlatego, że ludzie wtedy nie wymyślili jeszcze kolegiów orzekających. A może dlatego, że nie czuli się lepsi jedni od drugich, a to pozwalało na zgodne wspólne użytkowanie obory i wychodka. Takiego zwyczajnego, zbitego z heblowanych desek, wypiętego tyłem do gnojowiska, a równającego w swej służebności stany i narody.
Urzędniczy standard posesji zaczynał się zaś od wycieraczki leżącej tuż przed schodami oraz od rozłożonego na podeście schodów czerwonego, kokosowego chodnika. W zasadzie ten czerwony kolor nie wpływał na walory estetyczne klatki schodowej, gdyż ona sama znajdowała się w stałym mroku nie mając żadnego źródła światła z zewnątrz ani też doprowadzonej do budynku elektryczności.
Nie łatwo było w panujących ciemnościach dostać się do mieszkania, ale wtajemniczeni wiedzieli, że należy chwycić się poręczy i trzymając się jej kurczowo wspinać. Po osiągnięciu piętra należało jeszcze dwa razy skręcić w prawo i nadal trzymając się poręczy namacać drzwi. Czasami domownicy słyszeli idącego po klęciu i potykaniu, wtedy mówili: otwórzcie drzwi, ktoś do nas idzie. Wchodziło się wprost do kuchni. A kuchnia była kwadratowa z jedną ścianą ściętą dachem.
W niej osadzono okno, które chcąc zachować podobną do innych okien wielkość musiało być wmurowane jakieś 40 cm od podłogi. Mnie fakt ten zachwycał. Nareszcie okno odpowiednie do mojego wzrostu! Jeszcze do tego z takim szeroki parapetem, że mogłam na nim siedzieć i wiercić się do woli. Mogłam też widzieć kawałek obory i daszek drewutni. Na daszku w okresie wiosny i lata umieszczano skrzynki z kwiatami i szczypiorkiem. Wystarczało tylko mieć trochę wyobraźni, aby skrzynkowa zieleń przeistaczała się w kwitnący ogródek.
Kiedy przynudzałam pytaniami np. kiedy już pójdziemy do domu, dawano mi wagę, odważniki i domino w pudełku. Ważyłam więc to domino, na sztuki i hurtem, z opakowaniem i bez, a kiedy to robiło się nudne ważyłam nawet muchy, które musiałam sobie jednak najpierw nałapać. Ale z tym nie było kłopotu, bo okno wychodziło na oborę i to gwarantowało stałą dostawę. Po lewej stronie kuchni stał zbiornik na wodę zrobiony przez blacharza na zamówienie. Wodę nosiło się z rogu ulicy, a do pracy tej wynajmowany był Jasiek, taki chłop trochę „ułemny na rozumie”, jak się wtedy określało. Reszta kuchni była typowa. Kredens, stół, krzesła, wisząca półka na przybory do mycia, umywalka z miednicą, haczyki, a na nich wiszące ręczniki. Oryginalny natomiast był piec kuchenny, a raczej sam tylko szparchet, bo piec stał już w pokoju. Palenisko było w szparchecie kuchennym, więc paląc w kuchni ogrzewało się dwa pomieszczenia. Taki typ pieca określało się mianem „piec kamyczkowy”.
Pokój za kuchnią umeblowany był meblami zrobionymi z blachy. Stały tam dwa łóżka, dwa nachtkastliki, szafa i owalny stolik z wyplatanymi krzesełkami. Meble blaszane malowane były na ciemnozielony kolor z żółto brązowymi obwódkami. Nad łóżkami wisiała tkanina z utrwaloną na niej sceną batalistyczną rzymskich legionów. Z pokoju jedne drzwi prowadziły na stryszek, drugie do następnego pokoju. Okna były dwa. Na jednym stało mnóstwo doniczek z kwiatami, drugie przystosowane było do częstego otwierania. Nad oknami wisiały lambrekiny przypięte do karnisza żabkami.
Pozostał mi do opisania jeszcze jeden tylko pokój, ale moje dotychczasowe relacje są takie muzealne... Muszę więc je ożywić przytaczając jakieś przykłady toczącego się w nim życia. Zacznę od sklepikarza, Żyda Klauznera, wiecznego malkontenta, który zatruwał życie umoralnianiem, szczególnie dybał na swojego pomocnika Icka, a wtedy pouczał go mniej więcej tak:
- Oj ! Gwałtu! Co to się też człowiek namitręży... Na ten przykład ty, Icek, po porządku już dawno powinieneś był sklep zamiatać, a ty jeszcze skrzynków nie ustawił. Patrz, mówię ci, bez harówy żaden uczciwy Żyd nie opływa we wszystkie dobroci, chyba żeby Pan Wszechświata pobłogosławił mu specjalnie pomyślnym rokiem i sprawił urodzaj w zbożach czy w innych roślinach albo zesłał potop, żeby ludzie towary ze sklepów z nagłością wykupywali, ale rozważywszy to — to co by tobie, Icek, abo i mnie przyszło z tego - tyle pewnie co psowi z tego gdy wołowina potanieje. Ty sobie Icek wiedz, że każden Żyd winien nasamprzód myśleć co ma zrobić, a nie na ten przykład co ma zjeść bo od przejedzenia łatwo dostać bólów wnętrzności i kolków. A to niechaj moich wrogów dotchnie, a mnie sprawiedliwemu Żydowi niechaj idzie ku dobremu...
Nie od rzeczy będzie wspomnieć też, że w opisywanym przez mnie czasie ludzie umilali sobie czas podczas pracy czy odpoczynku śpiewaniem. Warto więc podsłuchać co sobie nuci gotując obiad pomoc domowa Andzia, a słowa jej piosenki brzmiały jakoś tak:
W zielonym gaju
tam przy ruczaju
dała mi mama pierwszego,
ale ten pierwszy
jest bardzo śmieszny
oj mamo nie chcę go.
Piątego też nie chciała bo był skąpy, szósty był tłusty i tak się chyba śpiewało dokąd się obiad nie ugotował, dobierając rymy do każdej liczby. Jeszcze tylko wzmianka o niedzieli, słonecznej niedzieli albo i nie, kiedy to ludzie świętując słuchali muzyki z gramofonu. A słuchane piosenki były takie różne. Na przykład obiecujące: Umówiłem się z nią na dziewiątą albo Przyjdź ukochany w najbliższą niedzielę. Były też przebaczające, jak Stachu wróć daruję ci winy albo takie zwyczajne, a często śpiewane: Zielony mosteczek ugina się czy Kamień na kamieniu.
Opisywanie atmosfery tętniącego życiem domu w latach przedwojennych pragnę zakończyć prostą kantatą, w którą wkomponowane są wszystkie głosy solowe zwierząt domowych, jak miauczenie, muczenie, beczenie, rżenie oraz chóralne pianie i gdakanie na tle sekcji rytmicznej w postaci piłowania i rąbania drzewa, klepania kosy, rżnięcia sieczki, trzepania chodników, szorowania podłóg...
Wracam teraz do opisania drugiego pokoju w mieszkaniu stryja mojej Mamy - Bartłomieja i jego żony Anny. Przypuszczam, że pokój ten stale ulegał przeobrażeniom wprost proporcjonalnym do dorosłości osiąganej przez dzieci stryja. W każdym razie zachowałam go w pamięci jako nadzwyczaj elegancki, ale wyzbyty życia. Znajdował się w nim kredens z zastawą porcelanową i różnego innymi paterami i kloszami, wazami, stół okrągły na toczonych nogach wyposażonych w kółka jak fortepian, do niego sześć krzeseł, etażerka, na niej skrupulatnie ustawione książki. Na najwyższej półce lampa naftowa kulista.
W kącie pokoju stał tapczan, a nad nim kilim, cały zajęty przez jednego lwa, ale jakiego lwa! - z rozwianą grzywą, gotowego do skoku i w dodatku z właściwościami hipnotyzującymi, bo ile razy siedząc na bujaku wpatrzyłam się w tego lwa już nic nie mogło mnie z tego miejsca ruszyć, dopóki ktoś po mnie nie przyszedł, przerywając ten przypadkowy seans. A ja przecież tego nie chciałam - to ten lew pastwił się nade mną wykorzystując moją ciekawość świata.
Dzisiaj kiedy moje jutro jest nie rokującym niczego jutrem, często wracam do wspomnień. Wzrusza mnie fakt, że mogę odtworzyć niektóre miejsca i niektórych ludzi już tylko ja. To ja mogę jeszcze wypełnić życiem miejsca między stołem a piecem, między drzwiami a kredensem, między ranem a zmierzchem, animując osoby z ich przyzwyczajeniami, powiedzonkami gestami....
Dzisiaj z tego domu po kapitalnej przebudowie pozostały tylko niektóre ściany. Ale ciekawa jestem gdybym wypowiedziała odnoszące się do przemijania symboliczne słowa: „gdyby te ściany mogły mówić...” - co bym usłyszała? czy krzyk rozpaczy? czy aprobatę nowego?
Próżno czekać... odpowiedzi nie usłyszę, więc zacytuję jedynie na koniec wziętą ze sztambucha sentencję datowaną na luty 1933 rok, ku wiecznej pamięci:
Wszystko przemija
tak chce przeznaczenie
lecz jedno tylko zostaje –
wspomnienie...