Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu
Spotkania literackie
Wydawnictwo
pod redakcją Macieja Pinkwarta
Nowy Targ 2004
Maria Giłka (Nowy Targ)
MOJE REFLEKSJE NAD PRZEMIJANIEM
Była taka ulica - Był taki dom - Była taka rodzina
Była taka rodzina...
Czas przeszły dokonany, ale mimo to chcę jeszcze raz wyjść ciemną klatką schodową, trzymając się poręczy dotrzeć do drzwi i zapukać. A ponieważ będzie to rano zastanę Andzię rozpalającą ogień pod blachą. Stryj pochylony nad miednicą pełną wody będzie się mył z wielką starannością prychając przy tym ile wlezie. Potem zakręci sobie wąsa, oba wycieniowane końce do góry a dla utrwalenia fasonu nałoży uszytą z białego płótna opaskę zakładając podtrzymujące ją tasiemki za uszy. Jego żona w tym czasie będzie piła świeżo parzoną kawę w porcelanowej filiżance i czytała drukowaną w odcinkach jakąś powieść, ja zwyczajnie powiem dzień dobry, a stryjence Annie powiem chyba jeszcze - zapożyczając słowa od mojego taty - całuję rączki. Nie będę pytała o resztę domowników, bo przecież wiem, że dorosłe już dzieci wyjechały z domu. Pomyślę sobie tylko, że to wielkie szczęście dla rodziców mieć takie udane i urodziwe dzieci.
Najstarszy syn został lekarzem specjalistą chorób płucnych, obydwie córki wybrały zawód nauczycielki. Najmłodszy zaś syn, o którym jego ojciec mówił zawsze z dużym pobłażaniem został sekretarzem gminy w Chochołowie. Skąd brała się ta pobłażliwość? Stąd, że przechodzenie z klasy do klasy najmłodszemu szło niezwykle opornie, bo on nade wszystko kochał swobodę i nic-nie-robienie. Dlatego na pytanie gdzie jest Edek zawsze się słyszało: pewnie u Kasowskiego, a stryj dopowiadał ...w niebo patrzą i ptaszki rachują. Wymieniony Kasowski był od dzieciństwa kolegą Edka i miał podobne wady, ale wybrał sobie prostą drogę życia zostając stolarzem, stąd miał więcej możliwości patrzeć w niebo czy wypuszczone gołębie wracają... Edzio przymuszany w trosce o jego dobro przez rodziców do nauki musiał od czasu do czasu wykuć jakąś partię słówek czy przyswoić sobie porcję wiedzy z zakresu trygonometrii. Tak czy siak zmagał się z tym problemem aż do samej matury. Przedstawione powyżej obrazki z życia tej rodziny tworzą jakiś ogólnie zarysowany szkic, wiemy już z poprzedniego opisu Był taki dom jak mieszkali, wiemy już ile osób wchodziło w skład tej rodziny, a teraz pragnę opisać jak wyglądało codzienne życie emerytowanego urzędnika i jego żony.
Żyli dostatnio, gdyż pozwalała na to emerytura oraz dochody płynące z posiadanego lasu jak i dzierżawy zagonów. Stąd stać ich było na zatrudnienie dochodzącej gosposi oraz na urozmaicone życie towarzyskie, jak proszone podwieczorki, kolacyjki czy przypadkowe herbatki. Do miłych i szczególnie celebrowanych dni czy świąt należały te, na które przyjeżdżały dzieci. Wtedy trwały nie kończące się rozmowy o tym co było i co może być... Ciekawość ta wynikała z ich wzajemnej życzliwości i troski. Do zwyczajów tego domu należały również długie spacery - nazwałabym je krajobrazowe - z uwagi na to, że zaspakajały gusty bycia w bliskości z naturą. Stryj jako ojciec rodziny był człowiekiem powściągliwym, nie za bardzo wylewnym, ale z głębokimi zasadami - np. przez całe życie nie pozwolił wyciąć choinki obojętnie czy ze swojego lasu czy nabyć ją od sprzedającego. Uważał, że to taka sama strata drzewka, które musiało rosnąć na okoliczność zostania choinką ładnych parę lat.
Żona stryja była gadułą z sercem na dłoni, wiecznie czymś zajęta i wiecznie zatroskana. Barwnym akcentem ich domowego życia była pomoc domowa Andzia - pogodna, pod nosem coś zawsze nucąca, sprawna, profesjonalnie do obowiązków przygotowana. Andzia była panną, żeby nie rzec starą panną, która głosiła śmiało swoje poglądy. A na mój użytek wygłaszała wiadomość, że wszystkie stare panny po śmierci idą zaraz na wysokie niebo, inaczej na siódme niebo. Byłam zainteresowana łatwym osiągnięciem wysokiego nieba i nawet zwierzyłam się ze swoich zamiarów Tacie, ale lekko potraktował moje zamysły. Może dlatego że do staropanieństwa brakowało mi jeszcze ze trzydzieści lat.
Trochę później przyszło mi zwątpić w prawdy Andzine, kiedy mnie przekonywała, że najwięcej imion żeńskich jest na J - bo to i Jancia, i Jadzia, Janielcia, Jantosia, Jagnieszka... Ale do końca pozostałam pod jej osobistym urokiem podziwiając ją za pogodę ducha i za to, że potrafiła zmyślnie wykorzystać najprostsze środki poprawiające urodę, jak czernienie brwi spaloną zapałką i różowienie ust i wyblakłych lic papierkiem z opakowania po cykorii.
O, czasie mojego szczęśliwego, leniwie płynącego dzieciństwa, bezpiecznego i spokojnego! Nie wiedzieliśmy, że ponad naszymi głowami toczy się dialog dwóch przyszłych zbrodniarzy wojennych, führera i generalisimusa Stalina w celu uknucia intrygi wojennej paktu diabła z szatanem. W konsekwencji czego ruszyła wielka nawałnica i ogarnęła cały mój dotychczasowy świat. Już nic nie pozostało takie same, odmieniło się życie wszystkim i każdemu z osobna w skali rodziny, poszczególnych społeczeństw i całego narodu.
A w rodzinie, którą z takim sentymentem wspominam? Najpierw ubyła Andzia, wywieziona na roboty do Niemiec. Gospodyni pozostawiona bez żadnej pomocy musiała sobie jakość radzić, a przecież nie było jej łatwo. Wiecznie więc była zapracowana i zatroskana obawą o jutro i o losy dzieci, o których całymi tygodniami nie miała wiadomości. Kroiła coraz cieńsze plastry mydła i wydzielała coraz mniejsze porcje z zapasów poczynionych tuż przed wybuchem wojny. Odchodziła powoli w milczenie i zadumę, aby któregoś dnia późnej jesieni pożegnać się z tym światem. Wtedy przydał się ów drugi pokój z gustem urządzony. Stabilny stół na toczonych nogach stał się katafalkiem, by w pełnej asyście świec i bukietów kwiatów jeszcze raz zaistnieć pełnią przedwojennej elegancji.
Rok, a może dwa później ten sam pokój po raz ostatni przejął na siebie reprezentacyjną rolę dając swoim wnętrzem oprawę do ceremonii wystawienia zwłok stryja Bartłomieja. Kiedy wyniesiono trumnę, można było już na drzwiach napisać: To koniec. Życia dawnego już nie ma. Odeszło w przeszłość. A jednak żal...
A dzieci, zapytacie? Czy nigdy do tego domu nie wrócą? Nie wrócą, bo przecież dom umarł w środku. Choć będzie to nadal ich poddasze to związani z nim zostaną tylko wspomnieniami i powinnością jaka wynika z posiadania.
Tak oto przemijają rodziny, domy, ulice...
A mnie nęka tylko jeszcze jedno pytanie, dość sentymentalne w wyrazie. Czy dzieci stryja wychodząc w różnym przecież czasie z domu rodzinnego mogły myśleć, że czynią to po raz ostatni?
Najstarszy syn na pewno nie mógł tak przypuszczać, bo przecież był rok 1938, kiedy ze swoją piękną żoną i ich czteroletnią córką w czasie urlopu odwiedził rodziców. Potem już nigdy więcej nie przejechał, nawet na pogrzeb żadnego z rodziców. Co przecież nie dziwiło w okupacyjnym terrorze.
Starsza córka była na pogrzebie matki, więc mogła może myśleć, że póki żyje ojciec to na pewno będzie wracać. Ale tak się nie stało: na pogrzeb ojca też nie przejechała. Później z tym domem miała tylko tyle wspólnego, co płacenie podatku od nieruchomości. Na dobór lokatorów wpływu nie miała - to już działo się prawem kaduka.
Najmłodszy syn, kiedy usłyszał od lekarza specjalisty, że jego choroba postępuje, a to w krótkim czasie uniemożliwi mu chodzenie, przyjechał na grób rodziców, obszedł stare rodzinne kąty zaludnione przez obcych, odwiedził i mnie. Wtedy bez dobierania słów powiedział, że jest tu już ostatni raz i że nie ma się co za nim oglądać na Wszystkich Świętych, bo już nie przyjedzie więcej na groby rodzinne. Jak powiedział tak się stało... Więc i w jego przypadku zaczął się wypełniać czas przeznaczenia - podstępny element przemijania.
Pozostała mi odpowiedź czy druga córka w rodzinie zwana Maryną mogła myśleć, że już do domu rodzinnego nigdy nie wróci? Ona tak mogła przypuszczać. Ojca bowiem odwiedziła, kiedy był już bardzo chory i to nie jako córka, ale jako koleżanka córki zmieniając kolor włosów i uczesanie. Nie chciała, żeby ojciec ją rozpoznał z uwagi na ewentualne represje ze strony gestapo. Była przecież poszukiwaną politycznie niebezpieczną działaczką podziemia.
Tu pozwolę sobie zacytować wzmiankę o niej z książki Włodzimierza Wnuka Walka podziemna na szczytach:
Spośród mieszkańców Nowego Targu, zaangażowanych w akcji przerzutowej, na żywą pamięć zasłużyła Maria Pajerska („Marynka”), przed wojną nauczycielka gimnazjalna, która jako działaczka Wojskowego Przysposobienia Kobiet brała udział we wrześniu 1939 w obronie Warszawy, a po powrocie do Nowego Targu stała się czołową łączniczką Związku Walki Zbrojnej i jednocześnie organizatorką, a w końcu kierowniczką jednego z głównych szlaków kurierskich, mającego swoją bazę w Nowym Targu pod kryptonimem „Teresa” (wiódł on z Warszawy przez Kraków—Nowy Targ—Jabłonkę—Trstenę—Zwolen—Lucenec na Budapeszt). Odebrała sobie życie 12 sierpnia 1942 r. w Warszawie, w momencie kiedy gestapo wdarło się do jej mieszkania. Jedna z nielicznych kobiet odznaczonych orderem Virtuti Militari.
Po tej krótkiej wzmiance biograficznej moja ciotka Maryna stała się jakaś bardziej pomnikowa i jeszcze bardziej umarła. A przecież umierając była młodą, bardzo piękną, pełną życia kobietą. I taką chciałabym ją pamiętać. Wiem na pewno, że lubiła swoją pracę nauczycielki, wiem też, że kilka razy zdarzało się jej zostać królową balu z uwagi na urodę i reprezentowane przez nią umiejętności taneczne.
Pamiętam również, że ubóstwiała jazdę na nartach i podróże. Właśnie w czasie jednej takiej podróży w 1938 r. do Szwajcarii poznała, o ironio losu, niemieckiego magnata, który się nią zachwycił. Pamiętam też zaskoczenie rodziny, kiedy w lipcu 1939 r. ów niemiecki arystokrata kurierską przesyłką przesłał Marynie kwiaty wraz urodzinowymi życzeniami. Wtedy Maryna była już szczęśliwą narzeczoną Jana Winklera, inżyniera - konstruktora samolotów, który zginął śmiercią lotnika gdzieś nad Niemcami. Lato 1939 roku było dla niej ostatnim radosnym i pełnym obietnic latem.
Następne były już inne, uwikłane między poczuciem obowiązku wyrażającym się przynależnością do walczącego podziemia, a egzystencją ciągle zagrożoną aż do utraty życia włącznie. I to dopadło ją wczesnym rankiem 12 sierpnia 1942 roku, kiedy to podający się za pracowników gazowni gestapowcy wtargnęli do jej mieszkania. Wiedziała, że to jej ostateczny koniec, bo żywcem nie chciała dać się zabrać, aby torturami nie wymusili na niej zdrady kolegów i organizacji.
O czym myślała w tych ostatnich sekundach jakie jej pozostały nim przegryzła truciznę? Może o najbliższych, że ich już nigdy nie zobaczy, a może, że żal jest umierać? bo jakże okrutne jest takie nagłe wymuszone umieranie w imię patriotycznych uniesień nagradzanych najwyżej werblami i pustymi słowami „poległa ku chwale ojczyzny”.
To moje rozumowanie zawieszę chyba w przestrzeni między „było” a „jest”, niech zawiśnie w przerażającej pustce skłaniając do myślenia.
PS. Oto jeszcze jeden paradoks przemijania. Po 60-ciu latach ktoś z działaczy podziemia zostawia list na grobie „Marynki”, adresowany do rodziny z prośbą o kontakt w sprawie popadającego w ruinę nagrobka. A na policzenie potomnych wystarczą już tylko dwa palce. Ale oni chcą swoją drogę krzyżową ku wolności i niezawisłości narodu polskiego przekazać wiekom, zachowując mogiły i upamiętniając miejsca walk.
Wzniosłe cele, ale czy nie utopijne w tak radykalnym i wyrachowanym świecie w jakim żyjemy dzisiaj?
Miło by było, nie powiem, ale pewno za sentymentalnie jak na rzeczywistość obecną wiedzieć, że Liceum im Seweryna Goszczyńskiego jako pokoleniowe zadośćuczynienie oraz w zgodzie z głoszonym na tablicy pamiątkowej uczniów i profesorów tej szkoły poległych w czasie drugiej wojny światowej przesłaniem „potomnym przekażcie”, by przy okazji wycieczek do Warszawy kierowali swe kroki na Bródno, aby na grobie śp. Marynki - chyba jedynej uczennicy tej szkoły odznaczonej pośmiertnie Krzyżem Walecznych, Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami, Honorową Odznaką Żołnierza Komendy Głównej AK Oddziału V Łączności Zagranicznej, nowotarżanki z dziada pradziada - złożyć wiązankę kwiatów i zapalić znicz, póki jeszcze ostał się ten relikt bohaterstwa...
Oj, kończę. Chyba za dużo patosu...