Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu

 

Spotkania literackie

 

Wydawnictwo

pod redakcją Macieja Pinkwarta

 

Nowy Targ 2004


 

Maria Giłka (Nowy Targ)

 

MOJE REFLEKSJE NAD PRZEMIJANIEM

Była taka ulica - Był taki dom - Była taka rodzina

 

 

Była taka ulica...

 

Niby zwyczajna - a nie zwyczajna, niby ta sama - a nie taka sama. Choć w nazwie nie zmieniona, w funkcji swojej zachowana, a w zabudowie rozpoznawalna - ale inna: mieszkańcami, nową scenerią i odgłosami toczącego się na niej innego życia. Próżno by pukać do domów, tak wielu już tamtych ludzi nie zastaniemy. Próżno by szukać najstarszych zabudowań - dawno zburzone. Próżno by nadsłuchiwać hałasu metalowych obręczy kół furmanek, wozów drabiniastych, fiakrów - nie nadjadą... Odjechały już w przeszłość.

Oto paradoks przemijania — wszystko powoli staje się przeszłością. Ulica, o której piszę, była jedną z głównych ulic miasteczka, zamieszkiwaną przez gospodarzy, rzemieślników, urzędników, kupców. zarówno katolików jak i mojżeszowego wyznania. Naliczyć by też można pośród mieszkańców paru nauczycieli jak i przedstawicieli wolnych zawodów.

Zabudowa ulicy była raczej nie ciekawa. W większości były to domy parterowe, dwu izbowe z sienią wjazdową. Obora ze stajnią - boiskiem i szopą pod jednym dachem stanowiły zabudowania gospodarcze. Poszczególne posesje rozdzielał miedzuch. Z czasem do tego jednolitego budownictwa zaczął się powoli wkradać nowy styl - kamienice piętrowe też z bramą wjazdową. Styl ten na długie lata stał się dominującym w architekturze miasta mimo swej banalności.

Wybudowano też parę oryginalniejszych domów oraz willi i budynków willo-podobnych. Ulica, o której piszę, miała parę przecznic w prawo i lewo, a jej lewa strona zabudowy licząc od rynku w kierunku Szaflar kończyła się na numerze 63.

Gdyby opisywana ulica z pobudek czystego zarozumialstwa chciała zaimponować innym ulicom mogła by się przechwalać: ja mam cztery sklepiki i dwa większe sklepy, i zaraz by wyliczała: u Edera jeden, potem Rajski, Michał Kądziołka i Ryfka Waiss po jednym. Wszystkie z towarami spożywczymi, ale w ograniczonych ilościach, tak na dziś i na jutro. Mam też dwa większe sklepy nazywane kolonialnymi to sklepy Pepki Klauzner i Czesława Rajskiego.

W sklepach tych i sklepikach towar był na ogół trzymany luzem, odważany na życzenie. Nabierany różnego rodzaju szufelkami i wsypywany do torebek. Najczęściej kupowaną ilością był funt i dla tego funta sklejane były specjalne torebki w kształcie trójkąta. Najczęściej kupowanym towarem była kawa, cykoria, sól, cukier. Cukierki luzem rezydowały w zakręcanych słojach, a ważone były do zwiniętych w rożek papierowych torebek. Umiejętność zwijania rożków była powinnością subiekta. Po większe zakupy chodziło się do rynku, bo tam była najwięcej sklepów różnego asortymentu – bławatne, żelazne, galanteryjne, drogeryjne...

Ulica mogła też pochwalić się posiadaniem apteki, jednej z dwóch istniejących w mieście. Apteka miała bodajże nazwę „Pod koroną” i była własnością Dworzańskich. Wnętrze jej pobudzało wyobraźnię. W szufladkach i słojach w odcieniu seledynu tkwiły jakieś specyfiki podpisane ślicznie wykaligrafowanym pismem na jednakowiuteńkich etykietkach i z aptekarską dokładnością przylepione do szufladek i słojów. Nazwy leków w łacińskiej wersji wprawiały w zakłopotanie kupujących i budziły podziw u zwykłych ludzi dla mądrości pana aptekarza, który ze znawstwem poruszał się wśród medykamentów.

Dla mnie w tym czasie zrozumiale brzmiał tylko jeden lek - „kogutek od bólu głowy” Z pogranicza horroru natomiast wydawały się stojące na aptekarskiej ladzie w słoju może pięciolitrowym pijawki. Było ich zawsze dużo, koczowały w grupach albo pojedynczo przylepione do ścianki słoja. Wydawały się takie bezosobowe - bez oczu, czarne, podstępne, żarłoczne. Kupowało się je na sztuki do własnego naczynia.

Miałam wątpliwą przyjemność z bliska przyglądać się takiemu pijawkowemu zabiegowi, któremu poddano mojego dużo młodszego brata. Zabieg w moich oczach wyglądał jak rytualny, a wykonywała go parająca się stawianiem baniek i pijawek oraz odczynianiem uroków kobieta, jakich wtedy nie brakowało. Do pracy przystąpiła energicznie i ze znawstwem. Wyciągnęła przyssaną do naczynia pijawkę i postawiła ją na posmarowane specyfikiem miejsce boleści. Przyglądający się zamarli w wyczekiwaniu. Przyssie się czy nie przyssie? Przyssała się i w oczach puchła opita krwią. Poinformowani wiedzieliśmy, że jak się nażre to sama odpadnie. Po chwili odpadła. Ale to nie był koniec - należało teraz tę krew z niej wydusić. Na bracie nie zrobiło to większego wrażenia, chociaż nie raz straszyłam go stawianiem pijawek, to pozostawał obojętny wobec mojej prowokacji. Odebrana jednak nauka poglądowa zachowała się w jego pamięci, bo jako mały berbeć naśladując wygniatanie pijawki tą samą metodą wyciskał życie z gąsienic.

Opisywana ulica nie starała się być napuszoną, ale w poczuciu dobrze pojętej odpowiedzialności musi pochwalić się faktem, że już wtedy w małym miasteczku w kamienicy u burmistrza mieściło się biuro spółki akcyjnej Potoczek-Rajski, która była kapitalistyczną formą własności prywatnej i co ciekawsze miała się dobrze.

O, ulico lat 30-tych ubiegłego stulecia! Przywołałam cię do życia abyś dała świadectwo dobrych sąsiedzkich stosunków spokojnego pracowitego życia, dobrych obyczajów i zgodnego współistnienia...

To również w twój krajobraz wpisany był żydowski świat. Trochę nierzeczywisty, trochę egzotyczny już z perspektywy tylu lat, ale przecież prawdziwy. Prawdziwy obchodzonym przez wyznawców judaizmu ich kultowym świętem zwanym szabasem, wizerunkiem Żyda z wymodelowanymi przy uszach pejsami, prawdziwymi żydowskimi imionami i powiedzonkami. Szabas zaczynał się w piątek wieczorem, a kończył w sobotę po zachodzie słońca. W tym czasie sklepy i interesy żydowskie były zamknięte, a domy wyciszone świętowaniem, modlitwą i podniosłym szabasowym nastrojem. W ten dzień odbywały się modły w bożnicy, a wyznawców mojżeszowych obowiązywało uczestniczenie w nich w szatach sobotnich. Z tej okazji Żyd wdziewał na siebie chałat, przewiązywał się w pasie sznurem, na głowę zakładał jarmułkę, a na nogi białe pończochy do kolan. Żydówki odziane były bardziej zwyczajnie tyle, że niektóre w peruce.

W niedzielę stawało się zaś inaczej. To katolicy świętowali. Szli do kościoła też w odświętnym niedzielnym ubraniu i też w podniosłym nastroju. Obiad niedzielny różnił się od obiadu w dzień powszedni, był bardziej wyszukany, składał się z większej ilości dań i był przygotowywany z większym nakładem sił.

Nie sposób opisując cię, ulico, nie wspomnieć twoich sentymentalnych uroków, jak zadomowionych pod gankami domów jaskółek, które gromadkami obsiadały słupy telegraficzne i z przychylności do ludzi oznajmiały swoim niskim lotem zmianę pogody.

Jak pominąć milczeniem wróble - drobne szare ptaszki, bardzo ruchliwe, mało wymagające, wiecznie świergocące i wszędzie obecne ku radości człowieka... Jak nie wpisać w pejzaż ulicy drzemiących w słońcu kotów czy strzegących domów różnej rasy Azorów.

Jak nie wspomnieć odgłosów dochodzących z kuźni u Pieczka - tak się to miejsce potocznie zwało - niosących z sobą głosy pracowicie uderzających młotów w rytmie łup-łup, łup-łup, które zmieszane ze skrzypieniem wozów i hałasem żelaznych obręczy kół zwożących siano czy snopy, tworzyły swoistą melodię ulicy, swoisty i niepowtarzalny klimat naszej okolicy.

Były też na opisywanej ulicy dwie restauracje i jeden wyszynk. Jedna - Lolka Grzybczyka - tuż przy rynku, druga u Rajskiego, w kamienicy. Wyszynk był na rogu ul. Ogrodowej, mówiło się o nim „U Rybocki”, od nazwiska stojącej za szynkwasem fertycznej właścicielki, Rybakowej.

Nie wiele wiem o restauracjach i wyszynkach, ale myślę że różnica między restauracją a wyszynkiem polegała jedynie na tym, że w restauracji jadło się i piło, a w wyszynku piło i jadło. Oczywiście w obu przypadkach napoje wyskokowe.

Moja babka niebożycka - tak się zawsze wtedy mówiła o ludziach zmarłych - ilość wypitej gorzałki określała śpokami: dwa śpoki, trzy śpoki. Wypitą lemoniadę mierzyła krachlami. Mo a Babka również dając mi najprawdziwszą złotówkę mówiła: „mos dziwce grajcara”. Było to dość dużo, bo od taty czy mamy tak na odczepnego na takie tam tujejki czy malinki dostawałam 10 albo 15 groszy.

O, świecie lat 30-tych, taki byłeś mi bliski, bezpieczny, swojski, serdeczny. Choć pozostała ulica i niektóre domy - życia dawnego już nie ma. Odeszło, bo musiało odejść. Ale czy wśród zmienności otaczającego nas świata zostaje coś niezmienne? Chyba tylko ciągłość pokoleń i odradzanie się natury. I w tym odradzaniu być może tkwi mistyczny sens nadziei.

 

 

Powrót do spisu treści

Dalej