Miejski Ośrodek Kultury w Nowym Targu

 

Spotkania literackie

 

Wydawnictwo

pod redakcją Macieja Pinkwarta

 

Nowy Targ 2004


 

Maria Giłka (Nowy Targ)

 

Co za dziewczyna!

 

Schodziła po schodach ruchem baletnicy i z upodobaniem wpatrywała się w swoją wachlującą w różne strony kloszową spódnicę. W jednej ręce trzymała telefon komórkowy, w drugiej słoik z kremem. Zarówno telefon jak i krem trzymała ostrożnie, gdyż dopiero co pomalowane lakierem paznokcie nie wyschły jeszcze.

Widok kręcącej biodrami dziewczyny zatrzymał wychodzących z sali restauracyjnej mężczyzn. Przyglądali jej się z dużym zainteresowaniem. Ale ona była zajęta wyłącznie sobą. Dopiero głośno wypowiedziane słowa jednego z mężczyzn Luka Wilstona zwróciy jej uwagę.

- Od takiej dziewczyny ja też bym chętnie odbierał telefony nawet w środku nocy...

Dziewczyna zatrzymała się, do słuchawki powiedziała:

- Muszę kończyć... - po czym zrobiła również taneczne trzy kroki - oznajmiła.

- Nie wykluczone, że takie życzenie mogła bym spełnić, lubię dogadzać próżności, więc proszę o numer telefonu.

Po czym ściągnęła z ramienia torbę, dmuchnęła na karminowe paznokcie i zniecierpliwionym ruchem wrzuciła do niej komórkę, a w drugi koniec swej przepadzistej torby krem. Luke w tym czasie wyciągnął z portfela swój bilet wizytowy i podając powiedział:

- Proszę, oto moje numery telefonów Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, aby pani mogła dotrzymać obietnicy.

Pomyślał: „Oto dziewczyna jakby z moich snów” i prędko dodał:

- Z telefonem nie rozstaję się ani w dzień ani w nocy.

Na co dziewczyna:

- Pożyjemy – zobaczymy...

Nie otwierając już swojej torby wizytówkę wepchnęła do kieszeni swojej seledynowej bluzeczki. W szeleście tańczącej wokół jej nóg spódnicy pomaszerowała przed siebie. Luke podszedł do reszty towarzystwa i głośno powiedział:

- Co za dziewczyna! Ale chyba nie Amerykanka.

Po czym wdał się w rozmowę o interesach z Johnem Stonem. Cały czas jednak nie spuszczał z oczu dziewczyny; wydawało mu się nawet, że wyjeżdżała z parkingu czerwonym Venem.

Luke Wilston miał 30 lat i dawno spłacony kredyt za studia Teraz zarabiał bardzo dobrze i mierzył wysoko, dlatego pracował ciężko. Nie tracił wiele czasu na rozrywki w pubie czy z kobietami. W dzień doglądał prac budowlanych i zawierał umowy, wieczorem odwalał robotę papierkową. Dzisiaj też się śpieszył, bo po południu miał kolejną naradę z podwykonawcami dotyczącą ustaleń terminu oddania budowanego osiedla mieszkaniowego. Chociaż dzień dzisiejszy mógł zaliczyć do udanych, to nie miał dobrego nastroju. Jedynie wspomnienie poznanej w tak oryginalny sposób dziewczyny wnosiło pewne ożywienie w jego życie. Wyprowadzenie zaległości papierkowej roboty zajęło mu cały wieczór, toteż położył się spać późno i zasnął snem bez marzeń. Ale nie dane mu było przespać spokojnie do samego rana, gdyż tuż przed 5-tą postawił go na nogi telefon. Porwał słuchawkę i już chciał nawrzeszczeć „czego”, gdy usłyszał śpiewnym głosem wypowiedziane powitanie, a potem krótką informację o pogodzie, zachętę do wstawania oraz pouczenie, aby ubrał się ciepło bo wiatr jest przenikliwy. Ledwo zdążył powiedzieć „Witaj, dziewczyno” i zapytać „Dlaczego mówisz do mnie jak moja mama, przecież od ciebie oczekuję zupełnie czegoś innego?”, kiedy rozmowa została przerwana. Spojrzał na wyświetlacz, żeby sprawdzić numer. Zamiast cyferek pojawił się napis „numer zastrzeżony”.

Luke sam się dziwił dlaczego nie był wściekły, dlaczego z irytacją nie rzucił telefonem ścianę, a wręcz przeciwnie czuł się jakiś radosny, zadowolony.

Od rannego telefonu minął już tydzień. Luke codziennie miał nadzieję, że znowu obudzi go jej telefon o jakiejś niesamowitej godzinie. Ale nic takiego się nie stało. Czekał i wymyślał sobie, że dał się zauroczyć dziewczynie. Może lepiej będzie poznać jakąś smukłą brunetkę, chętną do romansu bez zobowiązań. Dotąd nie miał żadnych trudności z podrywaniem kobiet, więc po odbiorze technicznym osiedla przez dwa tygodnie nie pójdzie sam do łóżka – tak postanowił.

Tej nocy Luke nie spał dobrze. Rano przebiegł swój wyznaczony odcinek trasy, wrócił do mieszkania, wziął prysznic włożył marynarkę, poprawił przed lustrem krawat. „Powinienem pójść do fryzjera” - pomyślał, ale lubił swoje długie włosy. A kiedy mu ich długość przeszkadzała, zwyczajnie zawiązywał je w kucyk rzemykiem.

Dzisiaj jednak chciał wyglądać elegancko, szedł bowiem do banku złożyć wniosek o nowy kredyt. W rannych godzinach nie było tam dużo ludzi. Stanął więc przy wysokim stoliku by uporządkować zebrane dokumenty i to układanie pochłonęło całą jego uwagę. Nagle usłyszał:

- Szukam bogatego męża, czy pan mógłby mi może coś w tej kwestii doradzić?

Luke zaskoczony tym trochę obcesowym pytaniem zadanym przez seksowną brunetkę powiedział:

- Ja nie jestem bogaty, ale niech pani spróbuje w tym drugim banku na Main Street.

Ledwo zamilkł, a już druga stojąca obok zalotnej brunetki kobieta spytała go:

- A ja też szukam męża, tyle, że przystojnego, czy może mógłby mi... - i już nie zdążyła skończyć, bo Luke rozpoznając głos porwał dziewczynę w objęcia i głośno powiedział:

- Już go znalazłaś... nie musisz już szukać.

A do ucha szeptał jej:

- Ja tylko tak mówiłem, że nie jestem bogaty, ale mam oszczędności w banku, firmę, dom...

Luke przyjrzał się z bliska dziewczynie i wydała mu się piękna. Miała ładne zielone oczy w kształcie migdałów, jasne długie włosy, pełne usta takie jakie uwielbiał i ledwo się hamował aby ich nie dotknąć. Dziewczyna przynaglana przez młodego mężczyznę do pośpiechu szybko wyrwała się z jego objęć i śmiejąc się wybiegła z banku. Luke ledwo zdołał się powstrzymać, aby głośno nie powiedzieć „co za dziewczyna!”.

Wystrzelił jak z procy z banku na jutro odkładając złożenie wniosku, bo bał się, że w takim nastroju powie albo zrobi coś głupiego. Postanowił resztę dnia spędzić zajmując się pracą fizyczną albo sportem. Szybko jednak porzucił myśl o wysiłku, wsiadł w samochód i pojechał drogą wzdłuż sztucznego jeziora w stronę Silvertown. Jadąc upajał się cudownymi widokami w słońcu i rozmyślał dlaczego właśnie ta dziewczyna zapadła mu w serce. Jedna jego część chciała, aby mógł ją zapomnieć i mieć święty spokój. Druga pragnęła zatonąć w jej uwodzicielskich oczach i nie tylko i nie tylko, bo pragnął dużo, dużo więcej.

W tym czasie pnącą się pod górę drogą jechała tyle, że na rowerze, Joanna. Przez ramię miała przewieszony aparat fotograficzny po który co jakiś czas sięgała chcąc zrobić jakieś ciekawe ujęcie. Sfotografowała już wejście do kopalni złota, stary - jak świat napis, że wejście grozi niebezpieczeństwem, wreszcie dżipa przeżartego rdzą kołami do góry pozostawionego tu jako memento mori. Tym dżipem jakiś śmiałek próbował zjechać z tej stromej góry.

Spojrzała na zegarek i zdecydowała wracać. Tyle, że już inną drogą. Czuła się tu wszędzie doskonale, znała tu każdy kamień i powinna czuć się szczęśliwa, gdyby, no właśnie.... myśl jej co chwila nie uciekała do pewnego przystojnego bruneta. Podobał jej się bardzo. Był typem faceta o jakim marzy każda dziewczyna. Wprawdzie mogła w każdej chwili wykręcić do niego numer, ale po co? Przecież za tydzień wyjeżdżała.

Luke przez cały następny dzień myślał, że może spotka gdzieś przypadkowo nieznajomą. Wybierał nawet takie miejsca, gdzie mógł liczyć, że ją spotka, ale niestety nic takiego się nie stało.

Dopiero kiedy z budowy odwoził swoim BMW klientkę, z którą omawiał szczegóły wykończenia kuchni i łazienki - odezwał się jego telefon. Podnosząc słuchawkę Luke znudzonym głosem powiedział:

- Słucham, Wilston? - i powoli twarz zaczęła mu się wypogadzać aż do promiennego uśmiechu. Jakże mógł nie czuć się ucieszony, skoro wyśniona dziewczyna śpiewnym głosem, pozbawionym amerykańskiego akcentu, robiła mu wymówki:

- Okłamałeś mnie, obiecywałeś z nikim się nie spotykać, co więc robisz z tą kicią w swoim samochodzie?

- O Boże, czyżbyś była o mnie zazdrosna? - przerwał jej Luke - Nic nie sprawiłoby mi większej przyjemności jak to, że ty byłabyś o mnie zazdrosna. Kochanie moje, ale gdzie ty jesteś? Kim ty jesteś?

- Po pierwsze, nie jestem twoim kochaniem, a po drugie - za dużo pytań jak na jeden raz.

Potem usłyszał tylko śmiech jakieś innej kobiety i znowu musiał głośno powiedzieć „co za dziewczyna!”

A dziewczyna - cóż mogła mu więcej powiedzieć? To, że jedzie tuż za jego paradnym samochodem w starym odrapanym chevrolecie z koleżanką ze szkoły, że jej koleżanka przyjechała z Polski, by w czasie wakacji zarobić sobie trochę pieniędzy sprzątając mieszkania... A samochód jest stary, ale koleżanka nic za jego wypożyczenie nie płaci. Mogłaby mu jeszcze powiedzieć, że czasami lubi humor tej koleżanki i jej naiwność, może jeszcze i to, że koleżanka ta jest po raz pierwszy w Ameryce i tyle ją tu dziwi rzeczy, np. kultura jazdy Amerykanów i bezwzględne przestrzeganie przepisów, choćby takich na pozór śmiesznych: jeżeli kaczka, a lepiej jeszcze dzika kaczka ma ochotę przejść ruchliwą, a nawet bardzo ruchliwą jezdnię, to gdziekolwiek zamierza to zrobić nie musi się spieszyć. Wystarczy jeżeli dopilnuje tylko swoje kacząt, bo resztę załatwiają za kaczkę przepisy. A przepisy czynią zwierzęta uprzywilejowanymi.

*

Jeszcze tylko trzy noce i dwa dni pozostały Joannie do wyjazdu. Czas miała wypełniony po brzegi, jak to przed wyjazdem. Trochę czasu musiała jeszcze poświęcić na kupno prezentów i pakowanie. Mniej zatem myślała o sympatycznym właścicielu BMW. Ale postanowiła, że ostatniej nocy zadzwoni do niego po północy. Telefon odebrał prawie natychmiast co wprawiło ją w popłoch, gdyż była przekonana, że długo będzie się budził, a ona zacznie od słów: „obudziłam cię, ale przecież dałeś mi swoje przyzwolenie!”. Tymczasem musiała zacząć inaczej.

- Nie spałeś? co za pech, a ja tak lubię budzić mężczyzn ze snu...

Przerwał jej pytaniem:

- Gdzie jesteś, dziewczyno? skąd mówisz?

- Teraz stoję na tarasie na wprost straży pożarnej na Main Street, przed sobą mam widok na miasteczko oświetlone tysiącami świateł, z prawej świeci mi księżyc, nad sobą mam rozgwieżdżone niebo, za sobą góry Pik 7 i Pik 8.

- Doprowadzasz mnie do szaleństwa, dziewczyno! Czy mogę chociaż wiedzieć jak masz na imię?

- Powiem ci, ale jedynie przy świetle księżyca, więc podejdź do okna i popatrz na księżyc, a ja będę spelować ci moje imię, bo ono nie brzmi po amerykańsku.

- A nie możesz mnie tego nauczyć osobiście?

- Mogę, ale nie chcę. Zresztą jutro wyjeżdżam.

Usłyszał wreszcie „dżej – ou – ej – en – en – ej” i rozmowa została przerwana. I tym razem Luke tylko pomyślał „co za dziewczyna!” i jeszcze do tego dodał: „a ja chyba oszalałem, bo gotów byłem pędzić na złamanie karku, gdziekolwiek by ona była...”.

Następny dzień zaczął Luke bardzo pracowicie. O 10-tej miał odbiór techniczny, o 14-tej naradę w Urzędzie Miasta w sprawie budowy nowego pasażu usługowego. Około 13-tej odezwała się komórka, Luke odebrał ją bez najmniejszego zainteresowania, ale po chwili uśmiech zagościł na jego twarzy. a osoby, które były obecne przy tej rozmowie zadziwiły słowa boszcz i piłogi, jakie Luke wypowiedział. A rozmowa z dziewczyną była bardzo rzeczowa. Joanna oznajmiła, że jest na lotnisku, za dwie godziny ma odlot, że leci do Europy, a konkretnie do Polski. Na co Luke przypomniał sobie Polkę, żonę pilota linii amerykańskich, którzy mieszkali po sąsiedzku obok jego rodziców i serwowane przez nich potrawy polskie przy różnych okazjach. Więc chcąc popisać się przed Joanną prędko powiedział, że lubi boszcz i piłogi. Dodał jeszcze, że w listopadzie będzie w Europie i że bardzo chce poznać rodzinny kraj papieża, więc będzie też w Polsce.

Zresztą kłamałby jeszcze bardziej, obiecywałby dużo więcej, żeby ją jeszcze mógł zobaczyć. Ale ona nie dała mu dojść do głosu mówiąc, że musi już kończyć i że z Polski zatelefonuje. Luke poczuł radość, przecież zostawiła mu nadzieję, ale i dziwną pustkę, więc emocje swoje skwitował słowami „co za dziewczyna!”.

 

Joanna dopiero w samolocie zdała sobie sprawę, że zachowuje się jakby nie była sobą. Przecież uważała, że każdą sprawę należy najpierw przemyśleć. Ona zaś dała się zauroczyć jakiemuś mężczyźnie, o którym niewiele wiedziała. Zawsze myślała o sobie, że jest wewnętrznie uporządkowana, że żyje w myśl zasady „sukces rodzi się z pracy i z systematyczności”.

Więc jakieś tam tęsknoty, jakiś tam ukochany i chęć bycia blisko niego nie powinny jej przysłaniać głównego celu, do którego zmierzała od lat: ukończenie studiów i praca w zawodzie architekta wnętrz oraz rozwijanie jej osobistych zamiłowań i zdolności. Od roku była zdecydowana zamieszkać w Polsce, ale teraz już nie wiedziała czy podjęła właściwą decyzję.

Spojrzała na tablicę wyświetlającą informacje o locie. Teraz lecieli na wysokości 11.300 m z prędkością 940 km/godz. Do przebycia pozostało jeszcze 1000 km czyli do lądowania miała jeszcze godzinę i kilka minut.

W Polsce powitała ją deszczowa pogoda, ale uśmiech i uściski brata wynagrodziły jej brak słońca. Cieszyła się też na spotkanie z babcią, bo babcia oraz brat na którego pomoc mogła liczyć w każdej potrzebie byli dla niej najważniejsi po tej stronie Atlantyku. Z nimi czuła się szczęśliwa. Ledwo ulokowała się w samochodzie pozostawiając załadowanie bagaży bratu, a już umysł jej zaprzątnął Luke. Myślała, czy spodobałaby mu się Polska, co robi o tej godzinie... Spojrzała na zegarek i ucieszyła się, że nie przestawiła go na czas polski. Postanowiła tego nie robić, bo już wiedziała, że przyjdzie jej żyć według tych dwóch czasów.

Od wyjazdu Joanny minęły zaledwie trzy dni. Lukowi czas wlókł się niesamowicie. Nigdy jeszcze jak sam to określał nie był tak dręczony czekaniem pustką jaką odczuwał. W dzień wynajdywał sobie mnóstwo dodatkowych zajęć, w nocy spał z przerwami, a w tych przerwach tęsknił i czekał na telefon. Przekonując sam siebie, że przecież obiecała. A telefon, na który Luke czekał nie odezwał się w nocy, ale właśnie w samo południe .Narada prawie dobiegała końca, więc Luke powiedział do zebranych dziękuję panowie narada skończona i ze słuchawką przy uchu przeszedł do swojego gabinetu. Nie czekając aż się odezwie Joanna, powiedział:

- Dziewczyno, coś ty ze mną zrobiła? Ani w dzień ani w nocy nie mam spokoju, nie przestaję myśleć o tobie. Tęsknię, chcę cię widzieć...

W odpowiedzi usłyszał, że to da się zrobić i że ona bardzo lubi spełniać czyjeś pragnienia.

- Nie czyjeś, a moje, Joanno. A czy ty masz pojęcie, dziewczyno, ile ja mam różnych pragnień? - wykrzyknął Luke.

Ale ona mu przerwała, mówiąc:

- No to gdzieś powiedzmy za 20 godzin oczekuj niespodzianki.

Zamurowało go - czyżby wracała do Colorado? nie rozumiał, ale i spytać nie zdążył, bo informacją, że pojutrze zatelefonuje zakończyła rozmowę. A on tym razem pomyślał: „Co ja mam z tą dziewczyną, wywraca mi życie do góry nogami. Jednak czuł się szczęśliwy, co zdążyli zauważyć nawet jego pracownicy, pytając czy może wygrał milion.

Dobiegała 19-ta godzina czekania. Nic się nie działo. Luke uczestniczył w omawianiu szczegółów reklamy nowo budującego się osiedla. Nagle jakieś zamieszanie w sekretariacie przerwało obrady. Luke, który czasami posługiwał się własnym głosem zamiast interkomu wrzasnął:

- Eni, co tam się dzieje?

W odpowiedzi na to w drzwiach pojawiła się sekretarka, a za nią młody mężczyzna, który podniesionym głosem mówił:

- Ja tylko chciałem przez minutę porozmawiać z panem Lukiem Wilstonem.

- Ja jestem Wilston, o co chodzi?

- Mam dla pana przesyłkę - usłyszał w odpowiedzi i zobaczył wyciągniętą w swoją stronę kopertę. - Już się bałem, że nie doręczę na czas, ale zostało mi jeszcze 3 minuty - powiedział posłaniec i nie zatrzymywany przez nikogo wyszedł. Luke z najwyższym zaciekawieniem zaglądał do koperty, chwilę jakby się dziwił, ale po tym szybko wyciągnął z koperty płytę CD i wrzasnął:

- Gdzie jest ten co to przyniósł?

- Wyszedł - rzeczowo odpowiedziała sekretarka.

- Wypuściłaś go tak bez słowa? No nie, przecież on jeden mógł mi coś więcej powiedzieć!

Po chwili zreflektował się i powiedział:

- Przepraszam, Eni, za dużo gadam.

- Szefie - odezwał się jeden z pracowników. - Ja wiem, gdzie mógłby pan znaleźć tego posłańca. Pamięta szef, jak pan zlecił nam zrobienie podjazdu dla tej swojej znajomej co straciła po wypadku władzę w nogach? Kiedy tam zaczęliśmy robotę, starszej pani nie było w domu i nie mieliśmy skąd brać wody. Posłałem wtedy Bruce’a do tej pralni obok, żeby nam dali kilka wiader wody. W pralni była taka młoda blondynka i najpierw zapytała Bruce’a ile tej wody, a Bruce odpowiedział, że może cztery albo pięć wiader, a wtedy ona zapytała „A kiedy oddacie?”. Nigdy nie słyszałem, żeby w Ameryce wodę pożyczać więc sam poszedłem się dogadać, ale od razu zobaczyłem, że ona tylko żartuje. Pomyślałem sobie, że fajna dziewczyna i jutro z przyjemnością oddam jej tę wodę. Kiedy rano przytaszczyliśmy do pralni beczkę z wodą, wyglądaliśmy głupio, bo ta woda ochlapywała nas za każdym krokiem bryzgając na boki. Chciało nam się śmiać, ale zupełnie poważnie powiedzieliśmy: „Chcemy oddać te cztery wiadra wody, gdzie mamy wlać? Ona, jakby to było zupełnie oczywiste polewać wodą z beczki ulicę, powiedziała „o, tam przed pralnią wylejcie. Na szczęście tam jeszcze dziś nie polewaliśmy” i roześmiała się. Gromkim śmiechem wybuchnął też właśnie ten mężczyzna, który dostarczył szefowi kopertę. Zapamiętałem go dobrze, bo pomagał nam polewać ulicę. Dziewczyna zaprosiła nas na kawę, ale nie wypiliśmy, bo właśnie szef zatelefonował gdzie się podziewamy.

- I bardzo dobrze, nic tam było po tobie. A teraz mów gdzie ta pralnia?

Potem powiedział sekretarce, że ma zamiar ten kompakt obejrzeć jeszcze dzisiaj, najlepiej zaraz. Okazało się, że zaciekawieni byli wszyscy i Luke nie mógł jakoś im powiedzieć „a wy co tu? wynocha!”. W kwadrans aparatura była ustawiona w sali konferencyjnej i sekretarka wsunęła płytę do odtwarzacza.

Luke nie wiedział, czego ma się spodziewać i miał rację, bo tego co zobaczył i w snach nie mógłby wyśnić. Najpierw ukazała się panorama gór, potem miasto z siecią ulic, z wieżami kościołów, z budynkami uchwyconymi w zbliżeniu, wreszcie na tle zieleni pojawiła się estrada, a na niej jakiś zespół folklorystyczny, ubrany w kolorowe ludowe stroje. W skład tego chyba ponad dwudziestoosobowego zespołu wchodzili mężczyźni i młode kobiety, sami śpiewacy i tancerze. Tylko trzech pośród nich grało na instrumentach. Występ rozpoczął śpiew wszystkich tancerzy i zespołu muzycznego. Dla oglądających była to egzotyka, więc oglądali występ z upodobaniem, ale dopiero szybkie rytmy taneczne wzbudziły ich prawdziwy podziw. Luke zaraz rozpoznał swoją dziewczynę, jak ją już w myślach od jakiegoś czasu nazywał. Poczuł dziwną tkliwość w sercu przyglądając się tańcom. Rozmarzył się a kiedy wrócił do rzeczywistości, ona już od jakiejś chwili tańczyła solowy numer wraz ze swoim partnerem. Wyglądała jak barwny kwiat, kiedy w rytmie muzyki coraz to bardziej przyspieszającej tempo kręciła się niczym wrzeciono raz w jedną, raz w drugą stronę ledwo stopami dotykając ziemi. Wokół jej uśmiechniętej twarzy w swoistym rytmie wywijały warkocze, a dokoła zgrabnych smukłych nóg furgały spódnice. Urzeczony widokiem Luke nie próbował się hamować i głośno powiedział:

- A niech to! Co za dziewczyna!

Ktoś z obecnych dodał „beautifull!”, ot ktoś inny poprawił „very beautifull!”.

Luke przerwał oglądanie pod byle jakimś pretekstem. Miał już za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Musiał tyle przemyśleć i coś postanowić - nie chciał żyć w ciągłej rozterce.

W pralni nie poszło mu jak się spodziewał. Nie zastał bowiem tego młodego mężczyzny. Miał być dopiero w sobotę. Dowiedział się tylko, że na imię Bart i że jest synem właścicieli pralni, a teraz właśnie kończy studia na wydziale prawa. W sobotę już o 10-tej Luke był w pralni i zastał Barta wycierającego pralki. Podszedł do niego i powiedział:

- Jestem Luke Wilston, a ty Bart? Poznaję cię, doręczyłeś mi kopertę od Joanny.

- Rzeczywiście, to pan, w czym mogę pomóc? - zapytał Bart.

- Chciałbym się dowiedzieć czegoś o Joannie.

- A co pan chce wiedzieć?

- Najchętniej wszystko i jeszcze więcej - zażartował Luke.

Bart nie podjął żartobliwego tonu i odpowiedział, że musi się zastanowić co w domyśle znaczyło, że musi się zapytać o zgodę Joanny.

- Proszę przyjść jutro, będę przez cały dzień w pralni.

- A może mógłbyś mi chociaż powiedzieć w jakim mieście w Polsce mieszka Joanna, albo może zechcesz mi dać jej numer telefonu?

- Odpowiedź na oba pytania brzmi „nie”. Może jutro będzie pan mógł otrzymać lepsze wiadomości - powiedział Bart i życzliwie się uśmiechnął.

Luke odpowiedział też uśmiechem i dodał:

- Mów mi Luke, proszę.

No to do zobaczenia, Luke, jutro.

Luke jednak zwrócił się ponownie do Barta.

- Mam jeszcze jedno pytanie, może chociaż na nie zechcesz mi odpowiedzieć... Kim ona dla ciebie jest?

- Dobrą, pełną pomysłów dziewczyną, do tego utalentowaną, piękną i bardzo kochaną... - tu Bart na chwilę przerwał, by po kilku sekundach skończyć - starszą siostrą.

Reakcja Luka była spontaniczna: chwycił Barta w ramiona i uścisnął, a potem powiedział:

- To dobra dla mnie wiadomość, to do jutra.

Wydawało się, że pierwsze lody zostały przełamane.

Luke lubił rozwiązywać swoje problemy bez odwlekania. A po nocnych rozmyślaniach wiedział już, że dziewczyna zapadła mu głęboko w serce jak żadna inna dotąd. Wiedział też, że musi się z nią spotkać i był skłonny szukać jej aż do skutku. Tak przemyślane zamysły zaczęły się układać w logiczny ciąg spraw do załatwienia. Najpierw pretekst do służbowego wyjazdu do Europy Potem zawiadomienie matki o konieczności opuszczenia na kilka dni Ameryki. Następnie rozmowa z Bartem i zdobycie jak największej ilości informacji. Wreszcie rezerwacja biletów i hoteli. To ostatnie zadanie było najłatwiejsze, bo załatwić je mogła Eni.

Pretekst do wyjazdu służbowego znalazł bardzo szybko, bo przypomniało mu się, że jeden z inwestorowi chciał wybudować w górach Colorado hotele wzorując się na architekturze górskich kurortów alpejskich.

Do matki wybrał się zaraz po pracy i już od drzwi zaczął:

- Mamo wiesz, że bardzo cię kocham, ale po raz pierwszy nie będę mógł być na twoich urodzinach. Muszę lecieć do Europy. Tylko nie mów mi „gdzie mnie znów niesie” i że tata dobrze mówił, że ze mną będą same kłopoty.

- Nic takiego nie powiem, ale czy wolno mi chociaż zapytać...

Luke skończył za nią:

- Kiedy się ożenię?

- No właśnie - powiedziała pani Wilston patrząc synowi w oczy – Chciałabym, abyś założył rodzinę i był szczęśliwy, a nie tracił czas na nic znaczące flirty.

- Amen - dokończył za nią Luke i z szacunkiem ucałował jej pomarszczoną rękę.

Nazajutrz w pralni poszło o wiele lepiej. Nie tylko dowiedział się, gdzie może znaleźć Joannę, ale jeszcze otrzymał dwa numery jej telefonu i – już wyłącznie z inicjatywy Barta - numer komórki ich starszego brata. Na koniec Bart udzielił mu rady:

- Dobrze zrobisz jeżeli wyjazdu nie będziesz odkładał, bo 6 października jest w Krakowie w Galerii Sztuki Współczesnej otwarcie wystawy malarstwa rzeźby i tkactwa artystycznego, więc w tym czasie Joanna na pewno będzie w Krakowie, bo tam również będą wystawiane jej gobeliny.

W związku z tym Luke musiał inaczej zaplanować podróż. Najpierw lot do Polski, a nie do Szwajcarii, jak planował.

Do Krakowa przyleciał rejsem z Chicago już 3 października późnym popołudniem. Do hotelu dojechał bez przeszkód taksówką. Rozgościł się w pokoju po czym zszedł do hotelowej jadalni, gdzie zjadł późny obiad albo wczesną kolację i poszedł spać. Jutro czekało go tyle niespodzianek. Już wiedział, że rozmówić się po angielsku może tylko w recepcji. Gdzie indziej liczyć może tylko na przypadek. Dogadał się przecież z kelnerem i taksówkarzem więc nie ma się czego obawiać - jakoś to będzie.

Dzień rozpoczął od telefonu do brata Joanna. Wiedział od Barta, że jego starszy brat ma na imię Mike. Nie czuł się pewnie telefonując, chyba przez tą barierę językową. Obawy Luka okazały się jednak przedwczesne. Wprawdzie Mike odezwał się po polsku ale zaraz przeszedł na perfekcyjny angielski. Luke szybko wyrecytował, że jest znajomym Joanny z Breckenridge i że od Barta dostał jego numer telefonu. A telefonuje dlatego, że chciałby się dowiedzieć gdzie może się spotkać z Joanną. W odpowiedzi usłyszał, że teraz jest ona u babci w Zakopanem, ale 5-go popołudniu razem wyjeżdżają do Krakowa. Luke podziękował za wiadomości i poprosił o bliższe szczegóły jak może dojechać do Zakopanego. Mike przekazał mu wszystkie konieczne informacje, łącznie z dokładnym adresem domu gdzie mieszka Joanna.

Luke miał przed sobą cały dzień, ale i wiele trudnych zadań do wykonania. Zaczął od wypożyczenia samochodu. Z tym uporał się prędko i już po godzinie jechał powoli na południe, zaskoczony liczbą pojazdów na szosie i ich różnorodnością: auta osobowe, ciężarowe, furmanki, busy szkolne, rowery, motory, wielkie kontenery - wszystko to jakoś wymijało się, wyprzedzało i jechało z brawurą naprzód, przypominając mu jazdę po metropolii Indii. Mimo trudnej jazdy zakopianką, Luke o 13-tej już zameldował się w hotelu. Teraz miał zamiar zjeść lunch, a potem wybrać się na rekonesans w okolice Doliny Strążyskiej, gdzie mieszkała babcia Joanny. Za dnia miał zamiar wszystko obejrzeć dokładnie, aby spotkanie z Joanną odbyło się według wymyślonego przez niego scenariusza.

O 10 wieczór Luke wystukał w telefonie po raz pierwszy otrzymany od Barta numer Joanny i z bijącym sercem czekał kto odbierze telefon. Usłyszał jej głos, więc zaczął swoją grę.

- Nie spałaś? Co za pech, a ja tak lubię budzić kobiety ze snu, najchętniej pocałunkami.

Joanaa przerwała mu pytaniem, kto mówi.

- Jak to kto? Twój wielbiciel z Colorado, nie poznajesz?

- Skąd dzwonisz, Luke?

- Powiem ci, ale jedynie przy świetle księżyca. Więc podejdź do okna.

Joanna przypomniała sobie, że podobne kwestie wygłaszała ona do niego w Colorado i spodobało się jej, że teraz on w tak dowcipny sposób odgrywa się na niej. Podeszła do okna, ale o nic nie musiała już pytać. Zobaczyła go po drugiej stronie ulicy. Wybiegła z domu i prosto w jego stronę. On chwycił ją w ramiona i czule przytulił. Potem wziął ją za rękę i poszli przed siebie bez słowa. Tylko on, ona i księżyc, niemy świadek wszystkich zakochanych.

Wreszcie Luke zdobył się na odwagę:

- Musisz mnie wysłuchać, Joanno. Aż tu za tobą przyleciałem, bo kocham cię i proszę, żebyś została moją żoną. Wiem, że jesteś zaskoczona moimi oświadczynami, ale daję ci dwa dni na zastanowienie i na danie mi odpowiedzi.

*

To właśnie dzisiaj wieczorem mijały owe dwa dni.

Joanna od popołudnie przygotowywała się do wyjścia na uroczystą kolację z okazji otwarcia wystawy. A już od dwóch godzin przebierała w sukniach, nie wiedząc, na którą się zdecydować. Zależało jej aby w tym dniu wyglądała szczególnie pięknie. Zdenerwowana, nie mogła usiedzieć w jednym miejscu spacerowała stukając obcasami, siadała na kanapie i znowu spacerowała, ale przecież istniał powód do zdenerwowania. Dzisiaj miała dać odpowiedź czy wyjdzie za mąż za Luka.

Gdy rozległ się dzwonek u drzwi, pobiegła je otworzyć. Zauważyła, że kiedy spojrzał na nią uśmiech zamarł mu na ustach. Podobnie i ona na chwile wstrzymała oddech widząc tak przystojnego mężczyznę przed sobą. Może coś nie w porządku ze strojem? Dotknęła złotego naszyjnika wygładziła czarną aksamitną sukienkę. „Do czego mógł mieć zastrzeżenia” - myślała. Z pewnością była odpowiednio ubrana na taką okazję. Sukienka nie miała zbyt dużego dekoltu, chyba, że długość...

- Czy uważasz, że sukienka jest zbyt krótka? – spytała zdenerwowana.

- Kiedy ma się takie nogi, nic nie jest za krótkie – odpowiedział Luke.

- To o co chodzi?

- O nic, a właściwie o to, że zniewalasz mnie swoją urodą.

Kiedy odwróciła się do niego tyłem aż gwizdnął z zachwytu.

- Jaki piękny dekolt! - a potem zapytał - Czy masz na sobie biustonosz?

- Luke! a co to za pytanie? i co cię to obchodzi?

Wiele godzin później, kiedy uroczysta kolacja miała się ku końcowi, Joanna i Luke tańczyli na parkiecie upojne tango, zapatrzeni w siebie. Joanna wtuliła się w Luka, nie chcąc aby cokolwiek ich rozdzielało. Czuła że ten mężczyzna stanowi jej obronę przed złem całego świata. Pragnęła zostać w jego ramionach na zawsze. Spojrzała mu w oczy. Palcem nakryła jego usta, aby powstrzymać go od mówienia i powiedziała:

- Luke, kocham cię i zawsze będę cię kochać, chcę też zostać twoją żoną.

Ponaglony jakimś nagłym impulsem, który nigdy nie wiadomo skąd się bierze, wyciągnął zaręczynowy pierścionek i patrząc z miłością w oczy Joanny wsunął go na jej serdeczny palec, chcąc w ten sposób na zawsze przypieczętować ich związek.

A cicho szepnął:

- Niech wszyscy odtąd wiedzą, że jesteś tylko moja, dziewczyno. Nie wiem jak ułoży się nam życie, ale jednego jestem pewny, że nigdy nie będę się z tobą nudził.

I tak przypadkowe zainteresowanie Luka Wilstona schodzącą tanecznym krokiem ze schodów dziewczyną przemieniło się w zauroczenie, zauroczenie w gorącą miłość, która ma wszelkie racjonalne podstawy stania się początkiem sagi polsko-amerykańskiej.

 

Powrót do spisu treści

Dalej